Miałem nigdy nie tłumaczyć żadnego wiersza, który napisałem. A przynajmniej nigdy na papierze, bo zdarzało mi się już słownie wyjaśniać punktując o co chodziło i wyjaśniając wszystkie znaczenia, które sam miałem w głowie gdy coś pisałem. Zauważyłem, że w większości przypadków wiersz podobał się bardziej, gdy odbiorca znał moją, odautorską interpretację. W końcu, jak wielu twierdzi, to nie zamyka wcale poszukiwania innych możliwych znaczeń, a wiersz znaczy dokładnie tyle, ile jest w stanie odczytać z niego czytelnik. Niemniej jednak każdy poczułby się chyba zawiedziony dowiadując się, że jego interpretacja była „błędna”, a przynajmniej niezgodna z zamysłem autora. Dlatego trzymałem język za zębami.
Dziś powiedziałem sobie „Aaaa, what the hell.”, bo czasem niektóre zwroty zdarza mi się pomyśleć po angielsku, gdy nie mają w pełni oddającego klimat polskiego odpowiednika. Wiersz jest świeży, nikt nie widział, nikt nie ma jeszcze własnej wersji zdarzeń. Jeden wiersz mogę poświęcić, tym bardziej że jest jednym z gorszych i jednym z tych, które mnie osobiście nie do końca satysfakcjonują. Tak oto na patelnię wrzucam „Wiatr słoneczny”. Spróbuję zatem skupić się nie tylko na samym sensie słów, ale zapewne polecę dalej, w jakąś genezę, może nawet odbiegnę nieco od tematu. Dlaczego nie?
Zacznijmy od początku, czyli od nadmiaru kawy. Po ciężkim dniu położyłem się do łóżka. Zauważyłem, że pobudzenie herbatą, kawą czy Colą daje nie tylko wiadomą stymulację, ale także wyczula na drobniejsze rzeczy, zwiększa podatność na irytację.
Taka irytacja występuje codziennie, ale jestem już na nią uodporniony albo znieczulony.
Ponieważ nie szło mi tego dnia rysowanie, w natłoku bazgrołów zacząłem zapisywać pewne słowa, sentencje, pomysły. Były one luźno ze sobą związane, ale spajał je temat, podmiot i czas akcji.
Zakładam, że już czytaliście wiersz, który będę omawiał. Jeżeli nie, zróbcie to teraz. Dlaczego? Bo z reguły pomysł na wiersz pojawia się u mnie „w całości” z naciskiem na puentę i to od niej zaczniemy. Puenta jest najważniejsza, to ona zostawia wrażenie i to ona ma najwięcej mocy, może obrócić dosłownie wszystko do góry nogami w paru słowach. Miałem wstępną koncepcję na dwie możliwe puenty – romantyczną lub komiczną. Zapytałem dziewczyny jakie lubi bardziej. Odpowiedziała, że komiczne. I zacząłem rozwijać tę koncepcję.
Zatem puenta polegająca na grze słów i znaczeń – kłócenie – zakłócenie rozpoczęła się od zakłóceń, które są tematem wiersza, później zauważyłem jak można to słowo głębiej wykorzystać. Podmiot w puencie otrzymuje odniesienie do początku, jest tym samym uświadomiony (a raczej jego uświadamianie jest tu dopiero zainicjowane), że nie jest tylko ofiarą zakłóceń, na które przez cały utwór narzeka, ale jest także ich źródłem. Kłótnią zakłóca spokój komuś innemu.
Teraz mamy pierwszą przerzutnię - „kłóciłem się / głośno”, gdzie ostatni wyraz znajduje również zastosowanie jako początek następnego wersu „głośno podpaski z ekranu / zagłuszyły”. Chodzi tu oczywiście o reklamę podpasek w telewizji. Już w pierwszym wyrazie widzimy, że podmiot jest mężczyzną, zatem można się domyślać jak bardzo obchodzą go reklamy podpasek. A niezależnie od nakładanych kar, niezależnie od wszystkiego telewizja i tak puszcza reklamy znacznie głośniej od zwykłego programu. Przy TV można zasnąć, ale reklamy na bank Cię obudzą.
Pomyślałby jeden z drugim, że za takie pieniądze reklamy te będą dobrze umieszczane, dotrą dokładnie do tej grupy odbiorców, dla której są przeznaczone, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Wciąż, gdy wchodzę na Cinemassacre.com i oglądam np. typowo „nerdowy” filmik dot. gier retro zmuszony jestem obejrzeć najpierw trzydziestosekundową reklamę jakiegoś tuszu do rzęs. Reklamę niemożliwą do pominięcia. Ktoś naprawdę pomyślał, że tusz do rzęs będzie interesował grupę oglądającą filmik „SNES vs. Sega Genesis”?
To można wytłumaczyć brakiem możliwości targetowania reklam na blip.tv (choć tak duży serwis powienien sobie z tym już normalnie radzić). Nie można jednak wytłumaczyć reklamy pisma „Avanti” przed seansem „Niezniszczalnych 2”. Już za chwilę obejrzysz najbardziej męski film wszech czasów odwołujący się do innych najbardziej męskich filmów wszech czasów i reklamujesz pismo z … reklamami jakichś ciuchów (bo czym innym jest Avanti, jak nie książeczką z reklamami; z tym że Real, Auchan czy Ikea rozdaje je za darmo, Metro dorzuci nawet coś do poczytania na zachętę, a tu każą Ci jeszcze za to płacić).
Odbiegłem od tematu, czyli wszystko zgodnie z planem. Najlepiej planować, że wszystko może ulec zmianie albo zakończyć się w dowolnym momencie – plan idealny, nic nie może wówczas zostać uznane za niezgodne z planem.
„to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już coś chce?” miało brzmieć na początku „to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już dzieciak coś chce?”, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie ukonkretniać tak bardzo kto i co chce (jeszcze jedna wersja mówiła „czy już jest głodne”), bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że w życiu wciąż ktoś coś od Ciebie chce, czegoś oczekuje. Od innych po prostu łatwiej jest wymagać, łatwiej powiedzieć „i mnie nie obchodzi”. Z tego najwidoczniej nie wyrastamy.
Pisk kontrolny telewizora daje nam do zrozumienia, że mamy środek nocy, czyli ciągle przerywany sen. Czy to włącza się pisk na TVP1 (choć nie wiem czy wciąż się włącza, od bardzo dawna nie dotrwałem) czy to wyje dziecko, czy to żona coś chce czy to sąsiedzi informują, że Lechia Pany lub, że Wisła szaleje. A może budzik lub głos w radiu coś chce?.
„już nie czekam na telefon, maila, smsa / jak u Hłaski na list”. O, jakże ja polubiłem, jeszcze w podstawówce, „List” Marka Hłaski. Jest tak prawdziwy i wciąż aktualny, tylko że teraz mamy inne formy komunikacji. W pierwotnym pomyśle miałem wspomnieć o telefonie z Call Center, gdy po raz kolejny chcą mi coś sprzedać. Maile, w których kiedyś usilnie chcieli mi przedłużać penisa albo sprzedać oryginalną podróbkę Rolexa. Smsy z loterią BMW lub inną. Miała też być masa makulatury, którą zbieram i wyrzucam przechodząc 10 metrów ruchliwej części chodnika. Myślę, że gdzieś w tym wersie się to wszystko zmieściło, głównie dlatego, że wszyscy znamy to z życia. Wystarczą dwa słowa i wiadomo o co chodzi.
No dobra, przyznaję, ulotki się nie zmieściły wcale, ale na to mam inną koncepcję, zupełnie oddzielną.
„komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu” - tak, chodzi o kino, o którym wspomniałem już dziś. Pomyślałby kto, że na głośnym filmie z głośnym „łubudubu” nikt jedzenia popcornu przez sąsiada nie będzie słyszał. Zapewne osoba ta nigdy nie miała okazji usłyszeć brzęczenia komara przy uchu. Irytuje chyba bardziej niż mucha obijająca się o sufit.
„może by je tak cepem?” - dochodzimy do sedna, do tego na czym miała się opierać romantyczna koncepcja zakończenia. Czyli do oddzielania ziarna od plew. Oddzielanie cepem to dość bezpośrednia metoda, ale i skuteczna. Należałoby spróbować oddzielić cały szum tego świata, przefiltrować ten wiatr słoneczny by zobaczyć piękno ukryte pod spodem.
„zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle” - nie dość, że uparty jak osioł, to w swym uporze postanowił być upierdliwy i ignorancki. Tylko kto taki? Czytelnik? Nie, raczej to zwrot, w którym podmiot oskarża innych o uparte irytowanie go na wszelkie możliwe sposoby, o zagłuszanie piękna tła. Oskarża raczej o niezrozumienie tego, co robi ten tajemniczy „ktoś”. Ale kto? Ale co za różnica kto? Wstawcie tutaj sobie dowolną istotę, która was irytuje.
„chciałem tylko posłuchać drzew / jak rozmawiają z morzem” - dwa elementy tła, które powinno być takie piękne, które tak bardzo podmiot chce usłyszeć. Oba dobrane pod kątem wydawanych odgłosów (stąd rozmowa) – kojarzone głównie z szumem, ale także z relaksem. Tu miał nastąpić spokój i w takim romantycznym tonie, w drugiej wersji zakończenia, miał się utwór zakończyć.
Dalej mamy już tylko puentę, którą oczywiście wymyśliłem na samym początku i tytuł, który zawsze powstaje na końcu. Znacznie łatwiej mi jest podsumować gotowy wiersz paroma słowami tytułu niż dostosowywać treść do tematyki nadanej przez tytuł (co, wbrew pozorom, też może być udane).
Tytuł pozostawię już wam, możecie szukać metafor czytając wikipedię ;)
Uzbrojeni w taką wiedzę mam cichą nadzieję, że zerkniecie również na kilka pozostałych wierszy. Za każdym (no, prawie każdym :P) z nich coś się kryje, zazwyczaj jest tego więcej niż w „wietrze słonecznym”, zazwyczaj wydawało mi się ciekawsze niż tutaj.
I czasem wraca jeszcze do mnie taka myśl – co rozumie czytelnik, ile tak naprawdę rozumie, a ile tylko wyczuwa?Ile zrozumiał Pan Karol Maliszewski z „blablam się w tapletku” i całej ideologii za tym stojącej (z którą, nawiasem mówiąc, już się nie zgadzam)? Może zrozumiał wszystko i stwierdził, że „do dupy”? Ciężko powiedzieć. Jeden utwór, który względnie pochwalił jest jednocześnie tym, którego napisanie zajęło mi najmniej czasu. Był praktycznie napisany na kolanie (dosłownie i w przenośni) i nikt, z kim miałem okazję o nim rozmawiać nie wyjaśnił ani nie poczuł tego, o czym wiersz opowiadał. A opowiadał dość konkretną, choć krótką historię.
29 sierpnia 2012
28 sierpnia 2012
Wiatr słoneczny
Wiatr słoneczny
kłóciłem się
głośno podpaski z ekranu
zagłuszyły
to jeszcze pisk kontrolny telewizora
czy już coś chce?
rano włączyłem drzemkę
cały dzień mnie trzymała
już nie czekam na telefon, maila, smsa
jak u Hłaski na list
komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu
może by je tak cepem?
zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle
chciałem tylko posłuchać drzew
jak rozmawiają z morzem
za co?
zakłócenie
kłóciłem się
głośno podpaski z ekranu
zagłuszyły
to jeszcze pisk kontrolny telewizora
czy już coś chce?
rano włączyłem drzemkę
cały dzień mnie trzymała
już nie czekam na telefon, maila, smsa
jak u Hłaski na list
komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu
może by je tak cepem?
zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle
chciałem tylko posłuchać drzew
jak rozmawiają z morzem
za co?
zakłócenie
21 sierpnia 2012
Informacja dotycząca pozwu sądowego
Dawno nie pisałem niczego od siebie bez większego powodu, typowo blogowo. Dziś mam pretekst. Dość długo się zastanawiałem czy wykorzystać te materiały, w końcu doszedłem do jakże istotnego wniosku "a co mi tam".
Otrzymałem niedawno dość interesującego maila, który jest najprawdopodobniej błędnie wysłanym do mnie forwardem. Dostałem go prawdopodobnie dlatego, że firma, która mi tego forwarda wysłała miała mnie na jakiejś podręcznej liście adresatów. Skąd mieliby mnie tam mieć? Dawno temu wysyłałem im swoje CV w sprawie pracy. Cóż, ktoś się pomylił i to dość sromotnie, a ja tę pomyłkę niecnie przeanalizuję publicznie. Zachowując resztki moralności nazwiska i nazwy firm zachowam dla siebie, istotna jest dla mnie sama treść.
Mail zatytułowany jest "Informacja dotycząca pozwu sądowego", zatem brzmi groźnie. Sama treść usilnie będzie starała się brzmieć groźnie, ale niestety zabrzmi raczej niepoważnie.
I ja myślałem, że konstruuję zbyt długie i niezrozumiałe zdania.
Zacznijmy od czepialstwa - błędy ortograficzne ("nie prawdziwych"), interpunkcyjne ("poinformować że, będę") i dziwaczna składnia ("dobre imię moje") sprawia, że ciężko jest traktować takiego maila w 100% poważnie.
"za szkody doznane przez państwa firmę" - pierwszy raz się spotykam z sytuacją, w której firma ma płacić komuś za szkody, których doznała ;)
Ponadto nie rozumiem po co tyle zer po kropce. Myślę, że zapłacenie kwoty 5 zł nie będzie stanowiło problemu dla tak poważnej firmy. Ponadto jeżeli ten Pan ma konto na Allegro, to bardzo chętnie pośledzę jego aukcje. Mam dziwne przeczucie, że mogę tam trafić na interesujące cenowo oferty ;)
Zajrzałem na stronę tej firmy na portalu "Trójmiasto.pl". Zauważyłem jedną, dość rzetelnie wyglądającą negatywną opinię z dokładnym opisem tego, co zostało wykonane błędnie i dwie entuzjastyczne pozytywne opinie. Nie czarujmy się, te dwie pozytywne opinie wyglądają na typową zagrywkę marketingową. Całkiem możliwe, że wspomniane opinie zostały skasowane, ale czy w takim układzie nie stracilibyśmy dowodu do rozprawy?
Myśl mnie nachodzi jeszcze jedna, dość niebezpieczna. Czy to oznacza, że nie wolno na temat innej firmy i ich usług i produktów wyrażać swojej negatywnej opinii publicznie? Gdy reklama wdziera nam się dosłownie wszędzie z przejaskrawionymi pozytywnymi hasłami, opinia negatywna będzie piętnowana? Przypomina mi to sprawę opinii Raczka o filmie "Kac Wawa".
Poczytajmy dalej, bo to nie koniec:
Czyli jednak ugoda, czyli tylko straszenie? Co można udowodnić po IP bez dokładnej informacji od operatora do kogo w danym momencie przydzielony był dany adres? A jeżeli adres należy do szkoły lub biblioteki - pozwiemy instytucję? Przecież opinie mógł napisać dowolny użytkownik.
Mail ten wygląda mi bardziej na próbę wyłudzenia pieniędzy poprzez ugodę, żerowanie na strachu.
To ja chyba wolę być świadkiem pobicia i kradzieży. Przynajmniej sprawa jest jasna, klarowna, bardziej fair.
Otrzymałem niedawno dość interesującego maila, który jest najprawdopodobniej błędnie wysłanym do mnie forwardem. Dostałem go prawdopodobnie dlatego, że firma, która mi tego forwarda wysłała miała mnie na jakiejś podręcznej liście adresatów. Skąd mieliby mnie tam mieć? Dawno temu wysyłałem im swoje CV w sprawie pracy. Cóż, ktoś się pomylił i to dość sromotnie, a ja tę pomyłkę niecnie przeanalizuję publicznie. Zachowując resztki moralności nazwiska i nazwy firm zachowam dla siebie, istotna jest dla mnie sama treść.
Mail zatytułowany jest "Informacja dotycząca pozwu sądowego", zatem brzmi groźnie. Sama treść usilnie będzie starała się brzmieć groźnie, ale niestety zabrzmi raczej niepoważnie.
W Związku z uiszczeniem nie prawdziwych informacji oraz szkalujących dobre imię moje zaznaczam [imię i nazwisko wielkimi literami] właściciel [nazwa firmy] z siedzibą w Gdańsku, na portalu Trójmiasto.pl chciałbym poinformować że, będę domagał się poprzez drogę sądową przeprosin, sprostowania jak również zadośćuczynienia w kwocie 5.000 zł za szkody doznane przez państwa firmę, skontaktowałem się już w owej sprawie z instytucjami prawa oraz radcą prawnym który będzie reprezentował naszę interesy na drodzę sądowej, nie macie państwo prawa szkalować moje dobrę imię nie prawdziwymi ocenami.
I ja myślałem, że konstruuję zbyt długie i niezrozumiałe zdania.
Zacznijmy od czepialstwa - błędy ortograficzne ("nie prawdziwych"), interpunkcyjne ("poinformować że, będę") i dziwaczna składnia ("dobre imię moje") sprawia, że ciężko jest traktować takiego maila w 100% poważnie.
"za szkody doznane przez państwa firmę" - pierwszy raz się spotykam z sytuacją, w której firma ma płacić komuś za szkody, których doznała ;)
Ponadto nie rozumiem po co tyle zer po kropce. Myślę, że zapłacenie kwoty 5 zł nie będzie stanowiło problemu dla tak poważnej firmy. Ponadto jeżeli ten Pan ma konto na Allegro, to bardzo chętnie pośledzę jego aukcje. Mam dziwne przeczucie, że mogę tam trafić na interesujące cenowo oferty ;)
Zajrzałem na stronę tej firmy na portalu "Trójmiasto.pl". Zauważyłem jedną, dość rzetelnie wyglądającą negatywną opinię z dokładnym opisem tego, co zostało wykonane błędnie i dwie entuzjastyczne pozytywne opinie. Nie czarujmy się, te dwie pozytywne opinie wyglądają na typową zagrywkę marketingową. Całkiem możliwe, że wspomniane opinie zostały skasowane, ale czy w takim układzie nie stracilibyśmy dowodu do rozprawy?
Myśl mnie nachodzi jeszcze jedna, dość niebezpieczna. Czy to oznacza, że nie wolno na temat innej firmy i ich usług i produktów wyrażać swojej negatywnej opinii publicznie? Gdy reklama wdziera nam się dosłownie wszędzie z przejaskrawionymi pozytywnymi hasłami, opinia negatywna będzie piętnowana? Przypomina mi to sprawę opinii Raczka o filmie "Kac Wawa".
Poczytajmy dalej, bo to nie koniec:
Moderator i administrator serwisu Trojmiasto.pl wysłał nam już IP komputera z którego zostały dodane opinie , macie państwo 7 dni od daty wysłania na ustosunkowanie się do owej sytuacji i wysunięcie propozycji ugody, w innym przypadku sprawę wyjaśniać będziemy na drodzę sądowej Pozdrawiam [imię i nazwisko][nazwa firmy]
Czyli jednak ugoda, czyli tylko straszenie? Co można udowodnić po IP bez dokładnej informacji od operatora do kogo w danym momencie przydzielony był dany adres? A jeżeli adres należy do szkoły lub biblioteki - pozwiemy instytucję? Przecież opinie mógł napisać dowolny użytkownik.
Mail ten wygląda mi bardziej na próbę wyłudzenia pieniędzy poprzez ugodę, żerowanie na strachu.
To ja chyba wolę być świadkiem pobicia i kradzieży. Przynajmniej sprawa jest jasna, klarowna, bardziej fair.
1 lipca 2012
27 czerwca 2012
5 czerwca 2012
Filmowy twitter cz. 7

reżyseria: Tanya Wexler
Gdy usłyszałem po raz pierwszy, że taki film powstaje w głowie miałem jedną myśl – temat zdecydowanie nastawiony na spęd bydła, kontrowersję z dodatkiem „czego to jeszcze nie wymyślą”. Nastawiony byłem negatywnie. Potem o tych zapowiedziach zapomniałem, na plakacie zabrakło podtytułu i gdy szedłem na film, nie za bardzo jeszcze wiedziałem na co się piszę.
A co dostałem? Interesującą, autentycznie zabawną komedię romantyczną, która korzystając ze standardowej i znanej kalki tego gatunku tworzy coś unikalnego. Niezwykły klimat dawnych lat uświetnia idealna realizacja i doskonale dobrani aktorzy. Jedno, co mogę produkcji zarzucić to przewidywalność. Odnoszę wrażenie, że widząc po raz pierwszy daną postać widz niekoniecznie musi wiedzieć czy odegra ona dużą rolę w fabule. Jednak gdy widzimy, że jest ona grana przez kogoś znanego, sprawa staje się jasna.
Niechaj zatem tematyka was nie zrazi. Jest to naprawdę dobry film idealny na miły wieczorek i zdecydowanie godny polecenia.

reżyseria: Cameron Crowe
Kolejny przypadek, w którym widząc po raz pierwszy bohaterów od razu orientujemy się jakie role będą odgrywać do samego końca. Amerykańskie produkcje tego typu poszukują jedynie wstępnie oryginalnie brzmiącej tematyki, by później zrobić z tego kalkę masy filmów, które już widzieliśmy. Tę wersję ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez nadmiernego przejęcia się losami bohaterów. Trudno się nimi przejąć wiedząc, co będzie dalej. Jeżeli macie ochotę na miły i ciepły film, który już tyle razy widzieliście, to serdecznie polecam. W przeciwnym wypadku odejmijcie od oceny jedno oczko.

reżyseria: Lasse Hallström
Kolejna przewidywalna komedia romantyczna. Z przewagą tego ostatniego. Co ją wyróżnia? Szczerze mówiąc – nie wiem. Lasse Hallström po prostu potrafi z takich opowieści wyciągnąć absolutne maksimum i ogląda się to naprawdę ciekawie, a po seansie wciąż wyczuwa się opary ciepła płynące z ekranu. Nie jest to tak wysoki poziom uzyskiwania z człowieka emocji, który udało się osiągnąć w „Hachiko”. Jeżeli poszukujecie dobrego, relaksującego i mimo banałów niegłupiego filmu – ten jest dobrym wyborem.
Ach, no tak, no i kto nie lubi Ewana McGregora?

reżyseria: Paolo Sorrentino
Osobiście na filmie byłem w kinie studyjnym, ale widziałem DVD z miażdżącymi hasłami w stylu „Najlepsza komedia Seana Penna”. Nie dajcie się nabrać przede wszystkim słowu „komedia”. Owszem, w filmie znajduje się niejeden element humorystyczny (ze slapstickiem włącznie), ale ogólny wydźwięk całości jest zdecydowanie dramatyczny. Sporo tutaj „klimatycznych dłużyzn”, które miały chyba budować profil postaci i zbliżać opowiadaną historię do realizmu. W efekcie jednak podczas tych dłużyzn widz się nudzi i jego uwaga podtrzymywana jest tylko sporadycznymi dowcipami. Zatem komedia jest tutaj tylko czymś, co nie pozwala nam zasnąć.
Autorzy chcieli w tym filmie upchnąć chyba wszystko. Głównym wątkiem i motywem okazuje się jednak starająca się na niebanalne podejście historia o dojrzewaniu. Całość jednak psuje dość ostentacyjnie podane zakończenie. Delikatność w podawaniu zawartości pryska, wygrywa kompromis – amerykański widz musi zakończenie zrozumieć. Zatem mamy produkcję bardzo nierówną i trudną do oceny.
W takich przypadkach należy sobie zadać podstawowe pytanie – jak się bawiłem oglądając film? Nieźle.
P.S. Spotkałem się już z wymuszonymi wybuchami śmiechu w kinie w wykonaniu facetów. Chcą oni zaimponować swoim poczuciem humoru przed innymi (dziewczyną albo przed 'ziomkami'). Na tym seansie po raz pierwszy spotkałem się z przypadkiem damskim.
Dziewczę wybuchło śmiechem na widok jednej z nielicznych autentycznie dobrych i poruszających scen w filmie dzięki czemu skutecznie zaimponowała głupotą. Dobra rada wujka Slesza – śmiejcie się tylko autentycznie choćby to miało oznaczać, że będziecie wiecznie wyglądać na smutnych.

reżyseria: Quentin Tarantino, Eli Roth
Zapewne widzicie nazwisko reżysera, widzicie tytuł filmu i ocenę obok. I zapewne albo zachodzicie w głowę „jak on to teraz uzasadni”. Ogromną zaletą „Bękartów” jest ich całkowita nieprzewidywalność. Obecność znanego aktora oznacza zazwyczaj, że jego rola będzie bardziej rozbudowana i że nie zginie on prędko. Tutaj jednak niczego nie możemy być pewni. I choć dość zaskakujące zakończenie przypadło mi do gustu, to całość po prostu nie porwała. Coś nie zagrało, jak powinno. Wydaje mi się, że brakowało tutaj postaci, z którymi moglibyśmy się utożsamić choć odrobinę lub na których by nam zależało. Najbardziej wyrazistą postacią jest pułkownik Hans Landa (świetny Christoph Waltz), ale to zdecydowanie za mało. Ogląda się to bez emocji i wrażenie w trakcie oraz po seansie jest takie samo – średniak. Żeby dobrze ocenić film jako powyżej normy trzeba się najpierw dobrze bawić oglądając go, prawda? Kilka fajnych scen i oryginalne podejście, złamanie konwencji to nie recepta na sukces, a jego podpora.

reżyseria: Radosław Piwowarski
O rany, przyznaję, zostałem zmuszony do obejrzenia tego filmu. Polski romans z podstarzałym Danielem Olbrychskim i średnio trafiającą do mego gustu Marią Seweryn? Odnoszę wrażenie, że postać Rafała Nawrota mocno nawiązuje do ówczesnego stanu kariery Daniela Olbrychskiego (niegdysiejszy „mistrz” obecnie zmuszony do pracy w podrzędnym teatrze).
Postaci zachowują się raczej mało wiarygodnie, ze starym podrywaczem trudno sympatyzować, a wydaje mi się, że taką sympatię próbuję się tutaj wzbudzić. Oglądałem z wyraźnym znudzeniem i w oczekiwaniu na koniec. Od totalnej porażki film ratuje postać ojca Julii oraz dyrektor teatru (jak zwykle świetny Wojciech Siemion). Coś tu jest o młodości i o miłości, ale uwierzcie mi – nic ciekawego. Jeżeli wasza kobieta będzie was zmuszała do obejrzenia tego filmu, to w akcie zemsty zmuście ją do obejrzenia filmu „Zardoz”. Wrażenia wizualne z oglądania romansującego Daniela i podskakujących cycków Seana Connerego są bardzo zbliżone.

reżyseria: Justin Kerrigan
Film w głównej mierze o imprezowaniu. W życiu nie spodziewałbym się, że przypadnie mi do gustu. A jednak, forma tka nijaką fabułę i wątki humorystyczne i miłosne w sposób niezwykle interesujący. Bardzo szybko przywiązujemy się do postaci i sympatyzujemy z nimi. Wątki humorystyczne, choć dość rubaszne, śmieszą. „Human traffic” to niezły film i dobre kino rozrywkowe. A jeśli uwielbiasz zabawę w klubach i wszystko, co z tym związane – śmiało dodaj do oceny oczko.

reżyseria: Jan Komasa
O rany, jak ja negatywnie byłem nastawiony do tego filmu po obejrzeniu trailera w kinie. Słowa tego nie opiszą. Spodziewałem się kolejnej popłuczyny z serialowym stylu. Filmu, który bezpodstawnie będzie obwiniał świat komputerowej rozrywki o zejście dzisiejszej młodzieży na ścieżkę niegodziwości i rozpusty. Spodziewałem się posmaku Ilony Łepkowskiej w scenariuszu.
Jakże miło i niezwykle zostałem zaskoczony. Jest to niezwykły dramat psychologiczny, który nie popada w te same, znane nam już banały. A gdy o banał się ociera, robi to gustownie i po prostu poruszająco. Aktorzy wypluwają z siebie wszystko. Choć wizualnie czasem ciężko uwierzyć w ich wiek, tak swą grą wszystko nadrabiają. Wiele zdań skreśliłem pisząc ten krótki tekst – nie chcę zdradzać za wiele. Naprawdę dobry film, warto obejrzeć. A zważywszy na to, że dobrych polskich produkcji jak na lekarstwo – nawet trzeba obejrzeć.

reżyseria: George Clooney
Żorż Klunej robi całkiem niezłe filmy, trzeba przyznać i tylko żałuję, że dotykają tematów, które kompletnie mnie nie interesują. A mianowicie amerykańskiej polityki. „Idy marcowe” mają jednak puentę, którą odnieść można do polityki w każdym kraju. Znaną prawdę owija w nici fabularne, które zgrabnie unaoczniają nam problem i zgłębiają go nieco.
Philip Seymour Hoffman, Paul Giamatti i oczywiście sam Żorż błyszczą w tym filmie. Szkoda, że Ryan Gosling wypada średnio. Jeżeli nie zraża was i nie nudzi tematyka polityczna i tak samo, jak i ja lubicie P.S.Hoffmana i Paula Giamatti, to możecie śmiało dodać oczko do oceny końcowej.
21 maja 2012
Growy twitter cz. 1
Podróż
platforma: PlayStation 3
Podróż to gra wyjątkowa pod każdym względem. Spłodzona przez artystów z thatgamecompany, autorów równie niekonwencjonalnych „flOw” oraz „Flower”. Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę ich nazwać „artystami”, bo to gra artystyczna. W przeciwieństwie do ich poprzednich projektów, tutaj kontrola ruchowa nie odgrywa już tak znaczącej roli, co cieszy przy nieprecyzyjnym Sixaxisie. Nie znajdziecie tutaj żadnych menusów, statystyk, cyfr, liczb ani nawet słów. Cały ciężar przyjmuje na klatę strona wizualna i dźwiękowa. Grafika jest na najwyższym możliwym poziomie, co w przypadku gry dostępnej w dystrybucji cyfrowej nie zdarza się często. Piasek i śnieg robią wrażenie podobne, a może i lepsze od znanego z serii Uncharted. Strona dźwiękowa aktywnie reaguje na poczynania gracza i stanowi bardzo istotny element w budowaniu klimatu i w kreowaniu wrażeń i doznań towarzyszących „Podróży”. A tych ostatnich jest tu pod dostatkiem i to one są głównym celem gry.
Niestety, jak na grę kosztującą 47 zł oczekiwałbym podróży dłuższej niż 2 godziny. Wraca się do tego tytułu z przyjemnością, ale pozostaje pewien niedosyt.
Ocena: 9/10
Mortal Kombat
platforma: PlayStation 3
A właściwie Mortal Kombat 9. Skusiłem się na kupno wydania Komplete Edition ze wszystkimi postaciami DLC i od razu przyznam – nie żałuję (jest Freddy Krueger!). Gra serwuje godny powrót do korzeni i oferuje masę trybów oraz nagród do odblokowania. Niestety, w większości odblokowują się artworki, czasem jakiś strój czy ujawnienie dodatkowego Fatality. Mimo to dodatek ten motywuje do rozgrywki. Tryb Story oferuje naprawdę długą i wyczerpującą linię fabularną przedstawiającą pierwsze 3 odsłony turnieju. Nie jest to tylko kalka starych Mortali w nowej oprawie. Dostajemy ataki specjalne (w tym genialne X-Ray, czyli brutalne kombo z dokładnie widocznym łamaniem kości w zwolnionym tempie), dostajemy rozbudowany tryb Challenge, dostajemy grę w Tag-teamie, Testy i oczywiście klasyczny Arcade oraz multiplayer bez Online Passa. Poziom trudności jest doskonale wyważony (rzucałem padem podczas ostatniej walki w Story Mode). Czego więcej do szczęścia trzeba?
Mam tylko jedno zastrzeżenie – co się stało z digitalizowaną grafiką? Gębofony wojowników wyglądają co najwyżej „tak sobie”.
W rozgrywce to oczywiście nie przeszkadza. Jest to bez wątpienia najlepsza część cyklu (tak, lepsza nawet od jedynki i dwójki) i bijatyka warta swej ceny.
Ocena: 8/10
Duke Nukem Forever
platforma: PlayStation 3
Gra, która obrosła w legendę z powodu czasu produkcji. Przyznam, że nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek się ukaże. Obiecałem sobie wtedy, że jeżeli gra faktycznie wyjdzie, z pewnością oryginał będzie stał na mojej półce. Choćby gra miała być totalnym dnem – to warto, dla potomnych. I stało się. Żarcik z „pożycz kasę, oddam jak wyjdzie Duke Nukem Forever” już stracił przydatność do spożycia.
Gra została ostro objechana przez krytykę. Co dziwne – zapowiedzi z optymizmem odnosiły się do elementów, które później w recenzjach wytykano jako największe wady. A jak ma się to do rzeczywistości?
Grafika faktycznie nie jest na poziomie najnowszych „dzieł” gatunku, ale nie jest źle. Wygląda schludnie, jest zrozumiała. Nie mam na co narzekać.
Całość rozgrywki jest mocno urozmaicona i to jest jej największą siłą. Nie wystarczy przeć przed siebie i walić do świń z shotguna (choć tego też mamy tu pod dostatkiem). Trzeba czasami ruszyć mózgownicą. Nie ma żadnych podpowiedzi, nikt nas tu za rączkę nie poprowadzi. Albo zorientujesz się co musisz zrobić albo utkniesz.
Będzie nam dane nawet pojeździć Monter Truckiem, pokierować samochodem-zabawką, pograć w pinballa czy w cymbergaja. Zagadki nie są skomplikowane, ale wymagają odrobiny pomyślunku. Warto poświęcić także chwilę zadaniom pobocznym, pobawić się nieco. Za pierwsze wykonanie czynności specjalnych podbijamy sobie pasek życia (zwany „Ego”, ale jak zwał, tak zwał).
Malkontenci narzekali mocno na ograniczenie posiadania maksimum dwóch broni przy sobie. Szczerze – mi w ogóle to nie przeszkadzało. Broni jest pod dostatkiem, amunicji zazwyczaj też. Przechodziłem grę na „normalu” i czułem lekki opór, ale obeszło się bez rwania włosów z głowy. Poziom trudności został dobrze wyważony.
Po włączeniu gry wszystkie inne (włącznie ze Skyrim) poszły tymczasowo w odstawkę do czasu, gdy ukończyłem DNF. To o czymś świadczy. Przechodzi się tę grę z niekłamaną przyjemnością, kampania jest długa biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, nie nudzi, feeling Duke'a został w pełni zachowany. Po przejściu można pobawić się nieco odschoolowym multiplayerem, którego polubią fani Quake'a 3.
W tej chwili DNF można kupić już w granicach 50zł i w takiej cenie naprawdę warto. Come get some!
Ocena: 7/10
platforma: PlayStation 3
Podróż to gra wyjątkowa pod każdym względem. Spłodzona przez artystów z thatgamecompany, autorów równie niekonwencjonalnych „flOw” oraz „Flower”. Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę ich nazwać „artystami”, bo to gra artystyczna. W przeciwieństwie do ich poprzednich projektów, tutaj kontrola ruchowa nie odgrywa już tak znaczącej roli, co cieszy przy nieprecyzyjnym Sixaxisie. Nie znajdziecie tutaj żadnych menusów, statystyk, cyfr, liczb ani nawet słów. Cały ciężar przyjmuje na klatę strona wizualna i dźwiękowa. Grafika jest na najwyższym możliwym poziomie, co w przypadku gry dostępnej w dystrybucji cyfrowej nie zdarza się często. Piasek i śnieg robią wrażenie podobne, a może i lepsze od znanego z serii Uncharted. Strona dźwiękowa aktywnie reaguje na poczynania gracza i stanowi bardzo istotny element w budowaniu klimatu i w kreowaniu wrażeń i doznań towarzyszących „Podróży”. A tych ostatnich jest tu pod dostatkiem i to one są głównym celem gry.
Niestety, jak na grę kosztującą 47 zł oczekiwałbym podróży dłuższej niż 2 godziny. Wraca się do tego tytułu z przyjemnością, ale pozostaje pewien niedosyt.
Ocena: 9/10
Mortal Kombat
platforma: PlayStation 3
A właściwie Mortal Kombat 9. Skusiłem się na kupno wydania Komplete Edition ze wszystkimi postaciami DLC i od razu przyznam – nie żałuję (jest Freddy Krueger!). Gra serwuje godny powrót do korzeni i oferuje masę trybów oraz nagród do odblokowania. Niestety, w większości odblokowują się artworki, czasem jakiś strój czy ujawnienie dodatkowego Fatality. Mimo to dodatek ten motywuje do rozgrywki. Tryb Story oferuje naprawdę długą i wyczerpującą linię fabularną przedstawiającą pierwsze 3 odsłony turnieju. Nie jest to tylko kalka starych Mortali w nowej oprawie. Dostajemy ataki specjalne (w tym genialne X-Ray, czyli brutalne kombo z dokładnie widocznym łamaniem kości w zwolnionym tempie), dostajemy rozbudowany tryb Challenge, dostajemy grę w Tag-teamie, Testy i oczywiście klasyczny Arcade oraz multiplayer bez Online Passa. Poziom trudności jest doskonale wyważony (rzucałem padem podczas ostatniej walki w Story Mode). Czego więcej do szczęścia trzeba?
Mam tylko jedno zastrzeżenie – co się stało z digitalizowaną grafiką? Gębofony wojowników wyglądają co najwyżej „tak sobie”.
W rozgrywce to oczywiście nie przeszkadza. Jest to bez wątpienia najlepsza część cyklu (tak, lepsza nawet od jedynki i dwójki) i bijatyka warta swej ceny.
Ocena: 8/10
Duke Nukem Forever
platforma: PlayStation 3
Gra, która obrosła w legendę z powodu czasu produkcji. Przyznam, że nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek się ukaże. Obiecałem sobie wtedy, że jeżeli gra faktycznie wyjdzie, z pewnością oryginał będzie stał na mojej półce. Choćby gra miała być totalnym dnem – to warto, dla potomnych. I stało się. Żarcik z „pożycz kasę, oddam jak wyjdzie Duke Nukem Forever” już stracił przydatność do spożycia.
Gra została ostro objechana przez krytykę. Co dziwne – zapowiedzi z optymizmem odnosiły się do elementów, które później w recenzjach wytykano jako największe wady. A jak ma się to do rzeczywistości?
Grafika faktycznie nie jest na poziomie najnowszych „dzieł” gatunku, ale nie jest źle. Wygląda schludnie, jest zrozumiała. Nie mam na co narzekać.
Całość rozgrywki jest mocno urozmaicona i to jest jej największą siłą. Nie wystarczy przeć przed siebie i walić do świń z shotguna (choć tego też mamy tu pod dostatkiem). Trzeba czasami ruszyć mózgownicą. Nie ma żadnych podpowiedzi, nikt nas tu za rączkę nie poprowadzi. Albo zorientujesz się co musisz zrobić albo utkniesz.
Będzie nam dane nawet pojeździć Monter Truckiem, pokierować samochodem-zabawką, pograć w pinballa czy w cymbergaja. Zagadki nie są skomplikowane, ale wymagają odrobiny pomyślunku. Warto poświęcić także chwilę zadaniom pobocznym, pobawić się nieco. Za pierwsze wykonanie czynności specjalnych podbijamy sobie pasek życia (zwany „Ego”, ale jak zwał, tak zwał).
Malkontenci narzekali mocno na ograniczenie posiadania maksimum dwóch broni przy sobie. Szczerze – mi w ogóle to nie przeszkadzało. Broni jest pod dostatkiem, amunicji zazwyczaj też. Przechodziłem grę na „normalu” i czułem lekki opór, ale obeszło się bez rwania włosów z głowy. Poziom trudności został dobrze wyważony.
Po włączeniu gry wszystkie inne (włącznie ze Skyrim) poszły tymczasowo w odstawkę do czasu, gdy ukończyłem DNF. To o czymś świadczy. Przechodzi się tę grę z niekłamaną przyjemnością, kampania jest długa biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, nie nudzi, feeling Duke'a został w pełni zachowany. Po przejściu można pobawić się nieco odschoolowym multiplayerem, którego polubią fani Quake'a 3.
W tej chwili DNF można kupić już w granicach 50zł i w takiej cenie naprawdę warto. Come get some!
Ocena: 7/10
27 marca 2012
Filmowy twitter cz. 6
Jestem Bogiem (2011) - ocena 7/10
reżyseria: Neil Burger
Choć za mocno do postaci się w tym filmie nie przywiązujemy, choć fabuła dla wprawionego widza jest przewidywalna, to coś nie pozwala odejść od ekranu. Może to wartka akcja wciąż trzymająca widza w napięciu? Może to inspirująca wizja, po której mówimy sobie „ja też tak mogę, nawet bez tabletek”? Nie wiem. W każdym razie na pewno nie odepchnie od niego aktorstwo (Robert de Niro gra na poziomie, reszta mu nie ustępuje). Od montażu miejscami można dostać nudności i zawrotów głowy. Dosłownie. I wiecie co? Podoba mi się to rozwiązanie, bo jest czymś nowym, czymś co wpływa bezpośrednio na widza pozwalając mu poczuć choć trochę to, co czuje główny bohater. Dla wielbicieli dobrego kina akcji pozycja godna polecenia.
Przygody Tintina (2011) - ocena 7/10
reżyseria: Steven Spielberg
Od pierwszych zapowiedzi tego filmu minęło już sporo czasu, zdążyłem o nim zapomnieć. Czego się spodziewałem? Kolejnej bajki w stylu studia Dreamworks, czyli średniej jakości animacji z dziecinnymi dowcipami. Kopii tego, co już wszyscy znamy. Co dostałem? Naprawdę dobre kino akcji nawiązujące i czerpiące pełnymi garściami z klimatu filmów z Indianą Jonesem. Nie mogę o tym nie wspomnieć – strona wizualna po prostu MASAKRUJE oczodoły. Jest to najlepiej wykonany film animowany, jaki dotąd widziałem. Forma filmu animowanego dała Spielbergowi dowolność w prowadzeniu kamery, która po prostu szaleje, gdy na ekranie dzieją się rzeczy niesamowite. Do oglądania ofkors potrzebne jest lekkie zawieszenie niewiary. Każdy, kto lubił filmy z Indianą Jonesem i któremu podobała się seria Uncharted polubi też Przygody Tintina. Czysta, niczym nieskażona rozrywka w najwyższej jakości.
Jeż Jerzy (2010) - ocena 2/10
reżyseria: Wojtek Wawszczyk, Jakub Tarkowski, Tomasz Leśniak
Nigdy nie czytałem komiksów z Jeżem Jerzym. Film pełnometrażowy powstawał ponoć bardzo długo. Jeszcze przed premierą niektórzy nazywali go „kultowym”. A po premierze? Słyszałem kilka niezbyt pozytywnych opinii, po czym o Jeżu zapomniano. Postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy na to zapomnienie rzeczywiście zasłużył.
Mam niejasne podejrzenie, że to, co widziałem miało w założeniu twórców być komedią. Nie oceniajmy jednak filmu za to czym nie jest, ale za to, czym jest. Widzimy historię oklepaną i wypróbowaną już w tak wielu filmach (horrorach, thrillerach, serialach, także animowanych), czyli powstanie sobowtóra i zamiana ról. Schemat sprawdzony w „Księciu i żebraku” powtarzany do znudzenia. Taki koncept mógłby bawić jeżeli byłby doskonale i z polotem zrealizowany. Tutaj scenariusz nie serwuje nam nic ponad to, co przed chwilą opisałem i do tego jednego krótkiego zdania mógł się sprowadzać - „powstaje sobowtór, zamieniają się rolami”. Jak to się skończy? Wszyscy możemy się domyśleć.
„Jeż Jerzy” nie jest filmem ani zabawnym (choć padają w nim przekleństwa – prawdopodobnie to miała być oś elementów humorystycznych), ani interesującym w jakimkolwiek wymiarze. „Dlaczego zatem aż 2/10 dałeś, drogi Sleszu?” - zapytał ktoś z tłumu - „I czy ty przypadkiem nie straciłeś rozumu?”. Rozum postradałem już dawno, a film ratuje realizacja i chęć przemycenia ochłapów drugiego dna. Twórcy starali się wyśmiać polityków, a także prostactwo popkultury. I co ciekawe – wyśmiali również prostackie żarty, którymi sami próbowali się posługiwać. Trudno takie podejście zrozumieć.
Wizualnie film wygląda bardzo dobrze (szczególnie biorąc pod uwagę polskie warunki). Niestety widać, że raz narysowane obiekty poruszają się w formie niezmienionej. Trąci to techniką zastosowaną w polskich „Muminkach”. Czasami zastanawiałem się czy wszystko to nie zostało wykonane we flashu.
Staranność wykonania, doborowa obsada i scenariusz do bani – to recepta większości rodzimych hitów sezonowych. Naprawdę chciałbym, żeby ten film był lepszy, ale po prostu nie jest.
Na koniec powinienem znaleźć w nim jeszcze coś pozytywnego, coś dającego nadzieję utrapionym duszom. Mam! „Jeż Jerzy” jest krótki, trwa zaledwie godzinę i 20 minut, także utrapienie nie trwa zbyt długo.
Ach, jeszcze jedno – przeczytałem na „Filmwebie” recenzję niejakiego Marcina Pietrzyka, gdzie znalazłem m.in. takie oto zdanie: „Borys Szyc jako tytułowy Jerzy rozbawia do łez.” I nie zastanawiam się już „dlaczego?”, rozważam odpowiedź na inne pytanie: "Ile?".
Rango (2011) - ocena 3/10
reżyseria: Gore Verbinski
Ten film dostał jakiegoś Oscara? Że niby za najlepszy film animowany? Idź Pan do lasu z takimi Oscarami. Z nowości – mamy zwierzątka, których w filmie animowanym jeszcze nie mieliśmy. W klimacie westernu, którego też jeszcze nie było. Jest nawet postać Clinta Eastwooda, masa klasycznej muzyki, dobrze odwzorowany klimat dzikiego zachodu. Widziałem wersję z polskim dubbingiem zatem ominęły mnie, podobno obecne w oryginale, liczne nawiązania do ról Deppa.
A oprócz tego? Ta sama papka, co zwykle. Może ja źle podchodzę do takich filmów? Może to trzeba, jak w „Matrixie” - zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że to danie wykwintne. Tak, myślę że to dobry pomysł. Jeśli wyjdzie druga część, to podczas seansu zamknę oczy. Czy to wystarczy? …
Odniosę się tu jeszcze nieco do hurraoptymistycznych recenzji, które spotkałem w Internecie. Montypythonowski humor, absurdalny i niezwykle zabawny? Owszem, jest kilka momentów, przy których można wykrzywić usta na kształt banana ("Ziemia ma kształt banana!"), ale do Monty Pythona mu baaardzo daleko. Większość gagów miała kloaczny posmak, a podkreślenie ciszą i konsternacją bohaterów wcale nie oznacza, że oglądamy wysokiej jakości absurdalny dowcip.
Film nie jest lekkostrawny, tchnie od niego powiew świeżości? Wymiana bohaterów i scenerii to powiew świeżości? Mamy trochę akcji, trochę komedii, trochę westernu, wszystko obliczone i ułożone niczym burgery z McDonalda. I równie czerstwe. Hmm, po chwili zastanowienia muszę przyznać odrobinę racji. Porównania z burgerami ciąg dalszy – film nie jest lekkostrawny, a po serii kloacznych dowcipów, oglądaniu kury z głową przebitą strzałą i na myśl o straconym czasie zbiera na wymioty.
Kung Fu Panda 2 (2011) - ocena 5/10
reżyseria: Jennifer Yuh
Mam ogromną słabość do wyolbrzymionych filmów z kung fu w roli głównej. Właściwie mam słabość sięgającą czasów oglądania „Dragonball Z” na RTL7. Dlatego ten średnio interesujący film, który serwuje nam nic innego, jak powtórkę z rozrywki, bezczelny replay przerzutej wielokrotnie kalki, oglądało mi się miło i przyjemnie. Dużą zaletą jest strona wizualna i chodliwa tematyka, którą również lubię. Byłoby nawet 6, gdyby nie ta tendencja do robienia z głównego bohatera „spoko ziomka – fajtłapy”. Irytujące niczym rozpuszczony gimnazjalista z ADHD, który sili się na bycie dowcipnym ...
reżyseria: Neil Burger
Choć za mocno do postaci się w tym filmie nie przywiązujemy, choć fabuła dla wprawionego widza jest przewidywalna, to coś nie pozwala odejść od ekranu. Może to wartka akcja wciąż trzymająca widza w napięciu? Może to inspirująca wizja, po której mówimy sobie „ja też tak mogę, nawet bez tabletek”? Nie wiem. W każdym razie na pewno nie odepchnie od niego aktorstwo (Robert de Niro gra na poziomie, reszta mu nie ustępuje). Od montażu miejscami można dostać nudności i zawrotów głowy. Dosłownie. I wiecie co? Podoba mi się to rozwiązanie, bo jest czymś nowym, czymś co wpływa bezpośrednio na widza pozwalając mu poczuć choć trochę to, co czuje główny bohater. Dla wielbicieli dobrego kina akcji pozycja godna polecenia.
Przygody Tintina (2011) - ocena 7/10
reżyseria: Steven Spielberg
Od pierwszych zapowiedzi tego filmu minęło już sporo czasu, zdążyłem o nim zapomnieć. Czego się spodziewałem? Kolejnej bajki w stylu studia Dreamworks, czyli średniej jakości animacji z dziecinnymi dowcipami. Kopii tego, co już wszyscy znamy. Co dostałem? Naprawdę dobre kino akcji nawiązujące i czerpiące pełnymi garściami z klimatu filmów z Indianą Jonesem. Nie mogę o tym nie wspomnieć – strona wizualna po prostu MASAKRUJE oczodoły. Jest to najlepiej wykonany film animowany, jaki dotąd widziałem. Forma filmu animowanego dała Spielbergowi dowolność w prowadzeniu kamery, która po prostu szaleje, gdy na ekranie dzieją się rzeczy niesamowite. Do oglądania ofkors potrzebne jest lekkie zawieszenie niewiary. Każdy, kto lubił filmy z Indianą Jonesem i któremu podobała się seria Uncharted polubi też Przygody Tintina. Czysta, niczym nieskażona rozrywka w najwyższej jakości.
Jeż Jerzy (2010) - ocena 2/10
reżyseria: Wojtek Wawszczyk, Jakub Tarkowski, Tomasz Leśniak
Nigdy nie czytałem komiksów z Jeżem Jerzym. Film pełnometrażowy powstawał ponoć bardzo długo. Jeszcze przed premierą niektórzy nazywali go „kultowym”. A po premierze? Słyszałem kilka niezbyt pozytywnych opinii, po czym o Jeżu zapomniano. Postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy na to zapomnienie rzeczywiście zasłużył.
Mam niejasne podejrzenie, że to, co widziałem miało w założeniu twórców być komedią. Nie oceniajmy jednak filmu za to czym nie jest, ale za to, czym jest. Widzimy historię oklepaną i wypróbowaną już w tak wielu filmach (horrorach, thrillerach, serialach, także animowanych), czyli powstanie sobowtóra i zamiana ról. Schemat sprawdzony w „Księciu i żebraku” powtarzany do znudzenia. Taki koncept mógłby bawić jeżeli byłby doskonale i z polotem zrealizowany. Tutaj scenariusz nie serwuje nam nic ponad to, co przed chwilą opisałem i do tego jednego krótkiego zdania mógł się sprowadzać - „powstaje sobowtór, zamieniają się rolami”. Jak to się skończy? Wszyscy możemy się domyśleć.
„Jeż Jerzy” nie jest filmem ani zabawnym (choć padają w nim przekleństwa – prawdopodobnie to miała być oś elementów humorystycznych), ani interesującym w jakimkolwiek wymiarze. „Dlaczego zatem aż 2/10 dałeś, drogi Sleszu?” - zapytał ktoś z tłumu - „I czy ty przypadkiem nie straciłeś rozumu?”. Rozum postradałem już dawno, a film ratuje realizacja i chęć przemycenia ochłapów drugiego dna. Twórcy starali się wyśmiać polityków, a także prostactwo popkultury. I co ciekawe – wyśmiali również prostackie żarty, którymi sami próbowali się posługiwać. Trudno takie podejście zrozumieć.
Wizualnie film wygląda bardzo dobrze (szczególnie biorąc pod uwagę polskie warunki). Niestety widać, że raz narysowane obiekty poruszają się w formie niezmienionej. Trąci to techniką zastosowaną w polskich „Muminkach”. Czasami zastanawiałem się czy wszystko to nie zostało wykonane we flashu.
Staranność wykonania, doborowa obsada i scenariusz do bani – to recepta większości rodzimych hitów sezonowych. Naprawdę chciałbym, żeby ten film był lepszy, ale po prostu nie jest.
Na koniec powinienem znaleźć w nim jeszcze coś pozytywnego, coś dającego nadzieję utrapionym duszom. Mam! „Jeż Jerzy” jest krótki, trwa zaledwie godzinę i 20 minut, także utrapienie nie trwa zbyt długo.
Ach, jeszcze jedno – przeczytałem na „Filmwebie” recenzję niejakiego Marcina Pietrzyka, gdzie znalazłem m.in. takie oto zdanie: „Borys Szyc jako tytułowy Jerzy rozbawia do łez.” I nie zastanawiam się już „dlaczego?”, rozważam odpowiedź na inne pytanie: "Ile?".
Rango (2011) - ocena 3/10
reżyseria: Gore Verbinski
Ten film dostał jakiegoś Oscara? Że niby za najlepszy film animowany? Idź Pan do lasu z takimi Oscarami. Z nowości – mamy zwierzątka, których w filmie animowanym jeszcze nie mieliśmy. W klimacie westernu, którego też jeszcze nie było. Jest nawet postać Clinta Eastwooda, masa klasycznej muzyki, dobrze odwzorowany klimat dzikiego zachodu. Widziałem wersję z polskim dubbingiem zatem ominęły mnie, podobno obecne w oryginale, liczne nawiązania do ról Deppa.
A oprócz tego? Ta sama papka, co zwykle. Może ja źle podchodzę do takich filmów? Może to trzeba, jak w „Matrixie” - zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że to danie wykwintne. Tak, myślę że to dobry pomysł. Jeśli wyjdzie druga część, to podczas seansu zamknę oczy. Czy to wystarczy? …
Odniosę się tu jeszcze nieco do hurraoptymistycznych recenzji, które spotkałem w Internecie. Montypythonowski humor, absurdalny i niezwykle zabawny? Owszem, jest kilka momentów, przy których można wykrzywić usta na kształt banana ("Ziemia ma kształt banana!"), ale do Monty Pythona mu baaardzo daleko. Większość gagów miała kloaczny posmak, a podkreślenie ciszą i konsternacją bohaterów wcale nie oznacza, że oglądamy wysokiej jakości absurdalny dowcip.
Film nie jest lekkostrawny, tchnie od niego powiew świeżości? Wymiana bohaterów i scenerii to powiew świeżości? Mamy trochę akcji, trochę komedii, trochę westernu, wszystko obliczone i ułożone niczym burgery z McDonalda. I równie czerstwe. Hmm, po chwili zastanowienia muszę przyznać odrobinę racji. Porównania z burgerami ciąg dalszy – film nie jest lekkostrawny, a po serii kloacznych dowcipów, oglądaniu kury z głową przebitą strzałą i na myśl o straconym czasie zbiera na wymioty.
Kung Fu Panda 2 (2011) - ocena 5/10
reżyseria: Jennifer Yuh
Mam ogromną słabość do wyolbrzymionych filmów z kung fu w roli głównej. Właściwie mam słabość sięgającą czasów oglądania „Dragonball Z” na RTL7. Dlatego ten średnio interesujący film, który serwuje nam nic innego, jak powtórkę z rozrywki, bezczelny replay przerzutej wielokrotnie kalki, oglądało mi się miło i przyjemnie. Dużą zaletą jest strona wizualna i chodliwa tematyka, którą również lubię. Byłoby nawet 6, gdyby nie ta tendencja do robienia z głównego bohatera „spoko ziomka – fajtłapy”. Irytujące niczym rozpuszczony gimnazjalista z ADHD, który sili się na bycie dowcipnym ...
3 marca 2012
Muppety (2011)
Muppety
(2011) reż. James Bobin
Wstęp
Zawsze lubiłem Muppety i serwowane w nich specyficzne poczucie humoru, a także ich przedłużenie w postaci Ulicy Sezamkowej (szczególnie Ciasteczkowy Potwór i Glover zachowali specjalne miejsce w moim sercu). Z takim bagażem sentymentu wybrałem się do kina na najnowszy film z udziałem Muppetów. Dość późno, w niewielu kinach jeszcze grają i o bardzo nieprzystępnych porach (rano albo w południe – ludzie w takich godzinach pracują, czyżby dział marketingu obliczył sobie sprzedaż głównie dla dzieci?).
Na seans wybrałem się z bardzo pozytywnie nastawioną przyjaciółką i z moją dziewczyną, która była nastawiona negatywnie i całkiem możliwe, że odwdzięczała mi się za to, że dałem się zaciągnąć na „Listy do M.”.
Kino
Zaraz po wejściu do sali okazało się, że na ekranie w najlepsze trwał reklamowy pokaz slajdów. Już zaczęliśmy się zastanawiać czy to nie próba obejścia jakichś nowych, nieznanych nam jeszcze przepisów dotyczących wyświetlania reklam na filmach dla dzieci. Szybko wyprowadzono nas z błędu i puszczono normalne reklamy. Właściwie to nie normalne, a reklamy dla dzieci. Rozejrzałem się z niepokojem i zobaczyłem wokół siebie ich zgraję, spęd jakiś. Ostatnio w kinie otoczony przez taką masę młodych widzów byłem... gdzieś w okolicach wczesnej podstawówki, gdy spędzali nas do kina ze szkoły. Tak, wszystko wskazywało na to, że trafiłem nie na Muppety, których się spodziewałem, ale na jakąś bajkę dla dzieci do lat 8. I zacząłem się bać.
Kolejny niepokój wzbudził napis „Zapraszamy na film po krótkiej przerwie”, który pojawił się zaraz po reklamach. Znaczy, że co? Że po krótkiej przerwie na kolejne reklamy? Czy że mamy wyjść z kina? Przerwie na co, przecież tu siedzą prawie same dzieciaki, one nawet nie palą. Raczej.
Przypomniało mi to czasy słynnego kina „Zawisza”, gdzie rolki z filmem chyba nie dotarły na czas i oglądaliśmy do połowy drugi raz inny film, a film właściwy widzieliśmy bez jednej rolki w środku (bohaterowie rozmawiają na łące – ciach – bohaterowie toną na kajakach). Dość szybko zamaskowano problemy techniczne pokazując krótkometrażówkę Pixara z Toy Story 3 (rewelacyjną). W jej trakcie udało się też naprawić problem z dziwnym zielonym paskiem ciągnącym się przez cały ekran.
Niestety do końca filmu nie udało się naprawić problemów z dźwiękiem. Czasami nie działał przedni prawy głośnik i muzyka i odgłosy z bocznych głośników zagłuszały całkowicie wypowiadane przez bohaterów kwestie (a niestety zmuszeni byliśmy do wersji z dubbingiem). Innym razem cały dźwięk przenosił się na przednie dwa głośniki. Przejścia były częste i wybijały z rytmu.
Z rytmu wybijały też dzieciaki. Z tyłu słyszałem wciąż ich głosy „Mama, ja już nie chcę oglądać tej bajki” , „Mama, boję się!”, „Ale to się dobrze skończy, prawda?” „Chce mi się pić!” i inne, mniej wyraźne i zagłuszone przez szelesty papierków i jedzonego popcornu.
Gdzie byliśmy? Multikino w Gdańsku. To ja zakrzyknę „Zawiszo, wróć!”, bo tam przynajmniej było wyraźnie taniej, a i nogi można było rozłożyć na wyrwanym przed sobą oparciu krzesełka.
Film
Nie pomyliłem seansów. To nie jest film dla dzieci, to film dla tych, którzy oglądając dawno temu Muppety byli dziećmi. I oni będą się utożsamiać z głównym bohaterem. Dzieci wyniosą z tego prostą historyjkę, dla nich mało zabawną, z masą piosenek, których nie lubią, z postaciami których nie znają i które w dodatku nie są generowane komputerowo. Dorośli dostaną tonę fantastycznego humoru ze starymi ulubieńcami z nutką autoironii, gustownym burzeniem czwartej ściany i wieloma nawiązaniami do otaczającej nas rzeczywistości. Target autorów filmu był dość wyraźnie sprecyzowany o czym świadczy wiek i postawa głównych bohaterów, a także gościnne występy aktorów znanych głównie ludziom w pewnym bardzo konkretnym przedziale wiekowym. I przedziałem tym nie jest 4-10, jak większość widowni, na której siedziałem, a raczej 20-40.
Jak już wspomniałem, byłem skazany na obejrzenie wersji z dubbingiem, ale muszę oddać odrobinę sprawiedliwości autorom – robili co mogli. Głosy Muppetów starali się możliwie wiernie odzwierciedlić i wyszło to całkiem schludnie, a tłumaczenie było prima sorte z elementami w stylu „Wierzbięta”, choć nielicznymi i nie walącymi po oczach, jak w „Shreku”.
Film okraszony jest sporą liczbą piosenek, które wbrew temu, co można by przypuszczać są naprawdę fajne, dobrze wykonane i autentycznie bawią. Widzieliście zapewne „Bohemian Rhapsody” w wykonaniu Muppetów, prawda? Tak, na tym poziomie, przez cały film. Z wyjątkiem może jednej scenki, która jest gorsza w 100% intencjonalnie, jako swoisty żart.
Fabuła jest prosta, jak drut i w dodatku bardzo podobna do „Muppetów na Manhattanie”, co zresztą sami bohaterowie sami szybko zauważają. Ostatecznie jednak jest to w pełni satysfakcjonująca opowieść, która spełnia swoją rolę pretekstu do powrotu.
Powrót ten jest zdecydowanie udany. Cały film oglądałem z uśmiechem na ustach. Jeżeli kiedykolwiek lubiliście lub nawet po prostu kojarzycie Muppety czy Ulicę Sezamkową – to jest pozycja obowiązkowa. Niekoniecznie w kinie. A co z tymi, którzy Muppetów nie znają albo nie lubią? Cóż, moja dziewczyna, jednoznacznie negatywnie nastawiona w kierunku filmu, bawiła się doskonale i uznała film za dobry. Zatem warto obejrzeć niezależnie od nastawienia.
Z jednym zastrzeżeniem, którego polscy marketingowcy ani pedagodzy nie byli w stanie zrozumieć – to nie jest film dla dzieci!
Podsumowane dla tych, którym nie chciało się czytać wszystkiego powyżej i przelecieli tylko do podsumowania:
Rewelacja, Muppety wracają w wielkim stylu i robią niezły show. Nie pokazujcie dzieciom, wynudzą się na śmierć.
Stan: jednokrotne obejrzenie filmu w kinie, recenzja pisana „na gorąco”, ocena „na chłodno”
Ocena: 8/10
17 lutego 2012
Mass Effect 2
Mass Effect 2
platforma: PlayStation 3
etap: Jedno całkowite przejście gry + większość questów pobocznych
Wstęp
Zadziwiające, że przy dzisiejszych częstokroć wygórowanych cenach sklepowych gier równie drogi Empik potrafi czasami zaskoczyć. Mass Effect 2 długo trzymał się na poziomie 200 zł, niedawno zszedł od razu do około 70zł w pakiecie z dodatkowymi misjami. W podobnej cenie można kupić nowy egzemplarz na Allegro, więc po co czekać i ryzykować zagubienie przesyłki, skoro można mieć w tej samej cenie od ręki. Szkoda tylko, że książeczka praktycznie nie istnieje – w opakowaniu oprócz płyty jest tylko kod do darmowego ściągnięcia misji DLC i mała czarno-biała książeczka, która w niczym nie przypomina standardowej książeczki do gry PS3.
Ponieważ pierwsza część nigdy nie miała szansy ukazać się na PS3, wydarzenia z jedynki wyjaśnione zostały w postaci interaktywnego komiksu. Szumnie brzmiące stwierdzenie, ale de facto dostajemy mocno streszczoną opowieść, w której dokonujemy dosłownie kilka kluczowych decyzji. Wizualnie komiks prezentuje się ładnie i ciekawie. Drobnym uchybieniem będzie to, że zanim pojawi się kolejny kadr danej planszy, widzimy puste miejsce zarezerwowane na niego. Skoro już ma się to pojawiać w formie prezentacji, to niech nowe kadry nachodzą na w pełni widoczne tło, a nie w puste miejsca.
Wizualnie
Gra prezentuje się bardzo dobrze, głównie ze względu na wysokiej jakości tekstury, bo ociosanie obiektów bywa widoczne. Shepard (grałem wersją męską) dziwnie biega i gdy nie nosi broni, to wygląda jakby doznał jakiegoś dziwnego skrętu szyi w lewo. Podczas biegu jego głowa wciąż obraca się w jedną stronę, co wygląda nienaturalnie i potrafi zdekoncentrować. Czasami zdarzy się jakaś nieostra tekstura, która po chwili doczytuje się, by w pełni zaprezentować swoje walory. Nieco gorzej wyglądają sekwencje, w których musimy latać poduszkowcem. Za to o pomstę do nieba prosi się element misji z DLC pt. „Overlord”, w którym musimy latać wyżej wymienionym pojazdem. W pewnym momencie komputer pokładowy ostrzega nas przed pięknymi widokami. I owszem, z daleka zieleń wygląda nawet nieźle. Gdyby nie to, że sporej wielkości krzaczki doczytują się i pojawią dosłownie przed pojazdem, a tekstury podłoża miejscami biją po oczach pikselozą godną Atari 2600.
Dźwiękowo
Wszystkie scenki odegrane są porządnie i fachowo, dźwięki brzmią realnie. Muzyka w większości zrzyna z jedynki albo mocno się nią inspiruje. Z jednej strony to dobrze, bo przecież chcemy grać w tym samym klimacie, tego oczekuje się od sequela. Z drugiej, brak tu powiewu świeżości.
Na osobny akapit zasługuje muzyka i udźwiękowienie w misjach DLC. To zupełnie inna bajka. Zupełnie, jakby najlepsze kawałki zostawiono dla tych właśnie misji. Są naprawdę rewelacyjne i wprowadzają w klimat, który chciałoby się odczuwać przez całą grę. Napięcie, żywa akcja i dobra muzyka. Misje DLC zbliżają się tu nieco bardziej do Uncharted.
Systemowo
Zapewne dotarły już do was głosy i zadawane wciąż w branżowych czasopismach i na stronach www pytania – Czy Mass Effect 2 to jeszcze gra RPG czy już tylko strzelanina. Oczywiście należałoby tu zapytać – co definiuje grę RPG? Jeżeli poddać się nowym trendom i patrzeć tylko przez pryzmat gier komputerowych i konsolowych, to grą RPG nazwałbym grę, w której można rozwijać swoją postać lub całą drużynę, w której znajduje się wiele rozbudowanych statystyk wpływających na rozgrywkę i duże nastawienie na rozwój tychże statystyk, a także zdobywa się coraz lepszy ekwipunek. Czy to wszystko występuje w Mass Effect 2? Zdobywamy punkty doświadczenia za wykonane misje i drobne zadania (nie liczy się tutaj liczba pokonanych wrogów, styl ani nic z tych rzeczy). Po zdobyciu poziomu doświadczenia dostajemy 2 (a po 20 poziomie tylko 1) punkty umiejętności. Każda postać ma kilka umiejętności aktywnych i jedną pasywną, które można rozwijać do max 4 poziomu przy pomocy wyżej wymienionych punktów. To wszystko jeśli chodzi o sam rozwój postaci. Liczba misji jest ograniczona, zatem nie ma możliwości wyjść poza pewne ramy zdobywanych PD i wybić się znacząco poziomem ponad przeciwników. Już ten fakt sprawia, że rozwój w kwestii walki nie jest specjalnie odczuwalny. Rozwój ekwipunku również został uproszczony. Teraz upgrade dla każdej broni jest od razu założony i gdy tylko go zdobędziemy, warto od razu zebrać surowce i go wykupić. Nie ma już możliwości zakładania różnych upgrade'ów dla każdej części ekwipunku i kombinowania na tym polu. Różnice między poszczególnymi broniami są spore i wyraźnie odczuwalne, ale upgrade'y już mniej (może poza zmianą liczby posiadanych naboi). Wyjątkiem jest sytuacja, w której gracz od razu postanowi rzucić się na głęboką wodę i bez wypełniania misji poszczególnych członków ekipy rozpocznie końcową misję (co jest możliwe). Wówczas zapewne odrobinę odczuje brak pewnych usprawnień i będzie mu ociupinę trudniej.
Czy zatem pod tym kątem patrząc Mass Effect 2 jest eRPeGiem, czy nie? Patrząc przez ten pryzmat trzeba przyznać, że to raczej strzelanina rozbudowana o elementy RPG.
Jest jednak druga strona medalu. Co jeśli odwołamy się do genezy gatunku i do samego nazewnictwa – Role Playing Game? Pod tym względem Mass Effect 2 eRPeGiem jest w całej rozciągłości. Ma się to wrażenie, że nasze wypowiadane kwestie wpływają znacząco na rozwój wypadków, na relacje między postaciami oraz na sam rozwój charakteru naszej postaci (dość prosty podział na dobro i zło, podobnie jak w jedynce). Przechodziłem wszystkie dodatkowe misje każdego członka drużyny nie tylko dla doświadczenia i dla uzyskania lepszego zakończenia i trofeów, ale także z czystej ciekawości i chęci rozwinięcia relacji. Grając postacią męską mogłem flirtować praktycznie za wszystkimi kobietami na statku i większość da się zakończyć seksem i stałym związkiem (liczyłem na to, że zobaczę prawdziwą twarz Tali, ale niestety nic z tego – kamera ustawia się tak, że nic nie widać).
Osobiście uważam ME2 po prostu za udane połączenie RPG ze strzelaniną.
Świat przedstawiony
Kosmos jest ogromny, ale jeżeli miałbym się sugerować ME2 – również kosmicznie nudny. Oprócz podstawowych misji oraz dużo lepszych misji DLC panuje posucha. Zadań, które można złapać na poszczególnych stacjach kosmicznych jest niewiele, a tych możliwych do znalezienia przez skanowanie kosmosu chyba jeszcze mniej. Ciężko mi to do końca stwierdzić, bo po prostu odechciało mi się skanować wszystko wszędzie nie znajdując nic albo znajdując misję, w której rozwalam kilka gethów i wciskam O aby powrócić na statek. Cytadela wydaje się znacznie mniejsza, co autorzy starają się usprawiedliwiać wydarzeniami z pierwszej części. Niby słusznie, ale dlaczego pozostałe stacje są równie mało rozbudowane, a porozmawiać można z niewielką liczbą postaci tułających się tu i ówdzie. Zmniejsza to poczucie immersji, grając w ME2 czułem się ograniczony przez wszędobylskie ściany i puste zakamarki. W samych misjach spodziewałem się więcej skarbów i od początku przeszukiwałem każdy kąt. Najczęściej nie znajdowałem nic, a najistotniejsze rzeczy były do zdobycia na drodze do celu misji, więc po jakimś czasie po prostu zacząłem bezmyślnie przeć do przodu, strzelać i zbierać tylko to, co się napatoczy.
Za to klimat, różnorodność ras i środowisk planet i stacji to wciąż ta sama wysoka jakość, co w Mass Effect.
Fabularnie
Jest w miarę ciekawie, ale tylko jeżeli interesują nas ciekawie zbudowane postaci i ich przeszłość. Sama główna linia fabularna daje nam mniej dylematów. Umiejętnie buduje atmosferę tajemnicy, ale finał nie daje takiej satysfakcji, jak np. finał Dragon Age 2.
Technicznie
Shepard oraz jego towarzysze nie potrafią skakać inaczej, jak tylko przez wybrane murki. Kilka razy zdarzyło mi się, że musiałem loadować do ostatniego sejwa, bo postać nie wiadomo jak „wlazła” na stolik i nie było możliwości, by z niego zejść. W przypadku towarzyszy to nie problem, bo Ci jakimś cudem potrafią sobie z tym poradzić, gdy odejdziemy odpowiednio daleko (zapewne mają umiejętność teleportowania się), ale gdy zablokujemy się Shepardem, to koniec.
Ponadto kilka razy gra się po prostu zacięła i konieczny był całkowity reset konsoli (czasami ta musiała zarzucić checkdiska po takiej operacji). Nie jest to problem na taką skalę, jak w Skyrim, ale występuje i bywa upierdliwy.
Poza tym animacja zacina się rzadko, a loadingi bywają bardzo długie. Tęsknię za loadingami w windzie, gdzie można było posłuchać newsów i rozmów towarzyszy.
Podsumowanie
Bawiłem się przy tej grze naprawdę dobrze. Największe wrażenie robią misje DLC, co źle świadczy o autorach – dlaczego nie postarali się tak przy tworzeniu misji podstawowych? (Odpowiedź jest jedna: dojarka). Zakończenie zdecydowanie zawodzi – dostajemy przeraźliwie łatwego bossa, który robi umiarkowanie pozytywne wrażenie. Dużo ciekawszy i trudniejszy już był boss w misji DLC „Lair of the Shadow Broker”. A potem dostajemy trzykropek i … czekajcie na trójkę. Zupełnie jakbym po przejściu dobrej gry przy której miło spędziłem czas usłyszał głośne „Haha! Znowu dałeś się wydoić! Czekaj teraz i kup trójkę, tam już na pewno ;) cię nie wydoimy”.
I wiecie co? Chyba kupię, ale na pewno nie jako nowość.
Co zostało?
Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia to tyle. Zostało mi jeszcze przejście gry na najtrudniejszym poziomie trudności (na normalu było przeraźliwie łatwo), wybranie kobiecej postaci i zrobienie z niej renegatki. Ale to innym razem, przy innym podejściu.
Wizualnie: 8/10
Dźwiękowo: 6/10
Systemowo: 6/10
Świat przedstawiony: 5/10
Fabularnie: 6/10
Technicznie: 7/10
Podsumowanie: 7/10
platforma: PlayStation 3
etap: Jedno całkowite przejście gry + większość questów pobocznych
Wstęp
Zadziwiające, że przy dzisiejszych częstokroć wygórowanych cenach sklepowych gier równie drogi Empik potrafi czasami zaskoczyć. Mass Effect 2 długo trzymał się na poziomie 200 zł, niedawno zszedł od razu do około 70zł w pakiecie z dodatkowymi misjami. W podobnej cenie można kupić nowy egzemplarz na Allegro, więc po co czekać i ryzykować zagubienie przesyłki, skoro można mieć w tej samej cenie od ręki. Szkoda tylko, że książeczka praktycznie nie istnieje – w opakowaniu oprócz płyty jest tylko kod do darmowego ściągnięcia misji DLC i mała czarno-biała książeczka, która w niczym nie przypomina standardowej książeczki do gry PS3.
Ponieważ pierwsza część nigdy nie miała szansy ukazać się na PS3, wydarzenia z jedynki wyjaśnione zostały w postaci interaktywnego komiksu. Szumnie brzmiące stwierdzenie, ale de facto dostajemy mocno streszczoną opowieść, w której dokonujemy dosłownie kilka kluczowych decyzji. Wizualnie komiks prezentuje się ładnie i ciekawie. Drobnym uchybieniem będzie to, że zanim pojawi się kolejny kadr danej planszy, widzimy puste miejsce zarezerwowane na niego. Skoro już ma się to pojawiać w formie prezentacji, to niech nowe kadry nachodzą na w pełni widoczne tło, a nie w puste miejsca.
Wizualnie
Gra prezentuje się bardzo dobrze, głównie ze względu na wysokiej jakości tekstury, bo ociosanie obiektów bywa widoczne. Shepard (grałem wersją męską) dziwnie biega i gdy nie nosi broni, to wygląda jakby doznał jakiegoś dziwnego skrętu szyi w lewo. Podczas biegu jego głowa wciąż obraca się w jedną stronę, co wygląda nienaturalnie i potrafi zdekoncentrować. Czasami zdarzy się jakaś nieostra tekstura, która po chwili doczytuje się, by w pełni zaprezentować swoje walory. Nieco gorzej wyglądają sekwencje, w których musimy latać poduszkowcem. Za to o pomstę do nieba prosi się element misji z DLC pt. „Overlord”, w którym musimy latać wyżej wymienionym pojazdem. W pewnym momencie komputer pokładowy ostrzega nas przed pięknymi widokami. I owszem, z daleka zieleń wygląda nawet nieźle. Gdyby nie to, że sporej wielkości krzaczki doczytują się i pojawią dosłownie przed pojazdem, a tekstury podłoża miejscami biją po oczach pikselozą godną Atari 2600.
Dźwiękowo
Wszystkie scenki odegrane są porządnie i fachowo, dźwięki brzmią realnie. Muzyka w większości zrzyna z jedynki albo mocno się nią inspiruje. Z jednej strony to dobrze, bo przecież chcemy grać w tym samym klimacie, tego oczekuje się od sequela. Z drugiej, brak tu powiewu świeżości.
Na osobny akapit zasługuje muzyka i udźwiękowienie w misjach DLC. To zupełnie inna bajka. Zupełnie, jakby najlepsze kawałki zostawiono dla tych właśnie misji. Są naprawdę rewelacyjne i wprowadzają w klimat, który chciałoby się odczuwać przez całą grę. Napięcie, żywa akcja i dobra muzyka. Misje DLC zbliżają się tu nieco bardziej do Uncharted.
Systemowo
Zapewne dotarły już do was głosy i zadawane wciąż w branżowych czasopismach i na stronach www pytania – Czy Mass Effect 2 to jeszcze gra RPG czy już tylko strzelanina. Oczywiście należałoby tu zapytać – co definiuje grę RPG? Jeżeli poddać się nowym trendom i patrzeć tylko przez pryzmat gier komputerowych i konsolowych, to grą RPG nazwałbym grę, w której można rozwijać swoją postać lub całą drużynę, w której znajduje się wiele rozbudowanych statystyk wpływających na rozgrywkę i duże nastawienie na rozwój tychże statystyk, a także zdobywa się coraz lepszy ekwipunek. Czy to wszystko występuje w Mass Effect 2? Zdobywamy punkty doświadczenia za wykonane misje i drobne zadania (nie liczy się tutaj liczba pokonanych wrogów, styl ani nic z tych rzeczy). Po zdobyciu poziomu doświadczenia dostajemy 2 (a po 20 poziomie tylko 1) punkty umiejętności. Każda postać ma kilka umiejętności aktywnych i jedną pasywną, które można rozwijać do max 4 poziomu przy pomocy wyżej wymienionych punktów. To wszystko jeśli chodzi o sam rozwój postaci. Liczba misji jest ograniczona, zatem nie ma możliwości wyjść poza pewne ramy zdobywanych PD i wybić się znacząco poziomem ponad przeciwników. Już ten fakt sprawia, że rozwój w kwestii walki nie jest specjalnie odczuwalny. Rozwój ekwipunku również został uproszczony. Teraz upgrade dla każdej broni jest od razu założony i gdy tylko go zdobędziemy, warto od razu zebrać surowce i go wykupić. Nie ma już możliwości zakładania różnych upgrade'ów dla każdej części ekwipunku i kombinowania na tym polu. Różnice między poszczególnymi broniami są spore i wyraźnie odczuwalne, ale upgrade'y już mniej (może poza zmianą liczby posiadanych naboi). Wyjątkiem jest sytuacja, w której gracz od razu postanowi rzucić się na głęboką wodę i bez wypełniania misji poszczególnych członków ekipy rozpocznie końcową misję (co jest możliwe). Wówczas zapewne odrobinę odczuje brak pewnych usprawnień i będzie mu ociupinę trudniej.
Czy zatem pod tym kątem patrząc Mass Effect 2 jest eRPeGiem, czy nie? Patrząc przez ten pryzmat trzeba przyznać, że to raczej strzelanina rozbudowana o elementy RPG.
Jest jednak druga strona medalu. Co jeśli odwołamy się do genezy gatunku i do samego nazewnictwa – Role Playing Game? Pod tym względem Mass Effect 2 eRPeGiem jest w całej rozciągłości. Ma się to wrażenie, że nasze wypowiadane kwestie wpływają znacząco na rozwój wypadków, na relacje między postaciami oraz na sam rozwój charakteru naszej postaci (dość prosty podział na dobro i zło, podobnie jak w jedynce). Przechodziłem wszystkie dodatkowe misje każdego członka drużyny nie tylko dla doświadczenia i dla uzyskania lepszego zakończenia i trofeów, ale także z czystej ciekawości i chęci rozwinięcia relacji. Grając postacią męską mogłem flirtować praktycznie za wszystkimi kobietami na statku i większość da się zakończyć seksem i stałym związkiem (liczyłem na to, że zobaczę prawdziwą twarz Tali, ale niestety nic z tego – kamera ustawia się tak, że nic nie widać).
Osobiście uważam ME2 po prostu za udane połączenie RPG ze strzelaniną.
Świat przedstawiony
Kosmos jest ogromny, ale jeżeli miałbym się sugerować ME2 – również kosmicznie nudny. Oprócz podstawowych misji oraz dużo lepszych misji DLC panuje posucha. Zadań, które można złapać na poszczególnych stacjach kosmicznych jest niewiele, a tych możliwych do znalezienia przez skanowanie kosmosu chyba jeszcze mniej. Ciężko mi to do końca stwierdzić, bo po prostu odechciało mi się skanować wszystko wszędzie nie znajdując nic albo znajdując misję, w której rozwalam kilka gethów i wciskam O aby powrócić na statek. Cytadela wydaje się znacznie mniejsza, co autorzy starają się usprawiedliwiać wydarzeniami z pierwszej części. Niby słusznie, ale dlaczego pozostałe stacje są równie mało rozbudowane, a porozmawiać można z niewielką liczbą postaci tułających się tu i ówdzie. Zmniejsza to poczucie immersji, grając w ME2 czułem się ograniczony przez wszędobylskie ściany i puste zakamarki. W samych misjach spodziewałem się więcej skarbów i od początku przeszukiwałem każdy kąt. Najczęściej nie znajdowałem nic, a najistotniejsze rzeczy były do zdobycia na drodze do celu misji, więc po jakimś czasie po prostu zacząłem bezmyślnie przeć do przodu, strzelać i zbierać tylko to, co się napatoczy.
Za to klimat, różnorodność ras i środowisk planet i stacji to wciąż ta sama wysoka jakość, co w Mass Effect.
Fabularnie
Jest w miarę ciekawie, ale tylko jeżeli interesują nas ciekawie zbudowane postaci i ich przeszłość. Sama główna linia fabularna daje nam mniej dylematów. Umiejętnie buduje atmosferę tajemnicy, ale finał nie daje takiej satysfakcji, jak np. finał Dragon Age 2.
Technicznie
Shepard oraz jego towarzysze nie potrafią skakać inaczej, jak tylko przez wybrane murki. Kilka razy zdarzyło mi się, że musiałem loadować do ostatniego sejwa, bo postać nie wiadomo jak „wlazła” na stolik i nie było możliwości, by z niego zejść. W przypadku towarzyszy to nie problem, bo Ci jakimś cudem potrafią sobie z tym poradzić, gdy odejdziemy odpowiednio daleko (zapewne mają umiejętność teleportowania się), ale gdy zablokujemy się Shepardem, to koniec.
Ponadto kilka razy gra się po prostu zacięła i konieczny był całkowity reset konsoli (czasami ta musiała zarzucić checkdiska po takiej operacji). Nie jest to problem na taką skalę, jak w Skyrim, ale występuje i bywa upierdliwy.
Poza tym animacja zacina się rzadko, a loadingi bywają bardzo długie. Tęsknię za loadingami w windzie, gdzie można było posłuchać newsów i rozmów towarzyszy.
Podsumowanie
Bawiłem się przy tej grze naprawdę dobrze. Największe wrażenie robią misje DLC, co źle świadczy o autorach – dlaczego nie postarali się tak przy tworzeniu misji podstawowych? (Odpowiedź jest jedna: dojarka). Zakończenie zdecydowanie zawodzi – dostajemy przeraźliwie łatwego bossa, który robi umiarkowanie pozytywne wrażenie. Dużo ciekawszy i trudniejszy już był boss w misji DLC „Lair of the Shadow Broker”. A potem dostajemy trzykropek i … czekajcie na trójkę. Zupełnie jakbym po przejściu dobrej gry przy której miło spędziłem czas usłyszał głośne „Haha! Znowu dałeś się wydoić! Czekaj teraz i kup trójkę, tam już na pewno ;) cię nie wydoimy”.
I wiecie co? Chyba kupię, ale na pewno nie jako nowość.
Co zostało?
Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia to tyle. Zostało mi jeszcze przejście gry na najtrudniejszym poziomie trudności (na normalu było przeraźliwie łatwo), wybranie kobiecej postaci i zrobienie z niej renegatki. Ale to innym razem, przy innym podejściu.
Wizualnie: 8/10
Dźwiękowo: 6/10
Systemowo: 6/10
Świat przedstawiony: 5/10
Fabularnie: 6/10
Technicznie: 7/10
Podsumowanie: 7/10
30 stycznia 2012
Na Facebooku zarejestrowałem się w czasach, gdy rejestrowało się tam tylko w celu rozmowy ze znajomym z zagranicy. Rejestrowałem się z ciekawości i za namową kogoś, kto znajomych zagranicą miał. Teraz rozrosło się to do niebotycznych rozmiarów, przerosło nawet nienaruszalną pozycję NK i Grona. I zaczął się śmietnik.
Osobiście wchodzę na Facebooka może raz dziennie. Gdy mi się mocno nudzi albo wpadnie mi coś ciekawego do głowy, to wchodzę drugi raz. Znajomi pewno zaraz powiedzą „Wiedzieliśmy Cię znacznie częściej!”. Tak, bo moje konto robi za multikonto do durnych gierek na Fb, w które gra moja dziewczyna (i dupa, i będę - przyp.edyt.). Osobiście wkurzają mnie coraz bardziej powiadomienia, że dostałem prezenty w grach, w które nie gram. Póki co jeszcze jest to do przeżycia.
Na fb wszedłem wczoraj około godziny 20:00. Następnie zajrzałem dziś około 10:30. Zawsze przeglądam i czytam wszystkie wpisy, które zobaczę na wallu (co nie znaczy to samo co „klikam we wszystko”). I co ja widzę, co ja pacze? Ile można napisać przez te parę godzin? Okazuje się, że bardzo dużo. Kilka godzin nieobecności na Facebooku oznacza przegapienie kluczowych informacji udostępnianych przez znajomych, a jest ich zazwyczaj MASA. Tymi jakże istotnymi informacjami, które po prostu wszyscy muszą wiedzieć są m.in.:
Co ja słucham? Masa linków do youtube i do teledysków. Nie mam nic do słuchania muzyki z youtube, choć jakość jest tam tragiczna, ale po co udostępniać taką masę utworów, których akurat słuchacie? Nie rozumiem wciąż wielu społecznych zachowań, możemy uznać, że jestem aspołeczny. Rozumiem chęć polecenia innym czegoś fajnego, sam nieraz mam ochotę zakrzyknąć „Obejrzyjcie grecki film 'Kieł', REWELACJA!”, ale wiem doskonale, że skutek będzie żaden, a może nawet osiągnę odwrotność. Narzucanie się z utworami, filmami i tekstami jakoś mi nie leży. Ostatnio dostałem podpowiedź – wysyłaj linka do każdego nowego wpisu na swoim blogu znajomym na pw, bo na wallu to nikt nie zauważy. Z jednej strony patrząc – musiałbym to robić wbrew sobie, przymuszać się. Z drugiej – jak inni mają zauważyć taki link wśród masy linków do youtube itp.?
Co ja robie? Są osoby, po wpisach których można wywnioskować, że żyją głównie na Facebooku lub żyją Facebookiem. Jaki inny powód można mieć pisząc wpis „Dobranoc.”? Albo „Idę do kuchni zrobić sobie kawę”, w domyśle „zaraz wracam”. Nosi to znamiona pierwszej fascynacji Internetem, dbania o zmieniane kilka razy dziennie statusy na gadu-gadu itp. Podejrzewam jednak, że nie jest to pierwsza fascynacja możliwościami Internetu. Zatem co? O co chodzi? Dlaczego taki wpis miałby być dla mnie interesujący, co w nim mogę znaleźć również dla siebie i być może dla innych?
Co ja linkam? Linki do kwejków, po-landów i innych (BTW gdzie zniknęło zainteresowanie bashem?), wszystko przeglądam. W większości przypadków są to ciekawe linki i wykonują za mnie robotę, której nie chciałoby mi się normalnie wykonywać. A mianowicie wykopują z wykopanych, wyróżniają ze śmietniska. Czasami mam chwilę przerwy w pracy, przejrzę jakąś stronę typu „ciekawe obrazki, komentarze, demoty”, czasem coś ciekawego się trafi. Wtedy facebookowe linki do treści, które już znam zaczynają mnie irytować. Głównie liczbą – jest tego masa.
Co ja spamie? Linki do gier to norma. Oczywiste jest, że są irytujące. Gorsze od wszystkiego są jednak aplikacje typu „Ciekawe zdjęcia” - gdy raz się zgodzisz na wykorzystywanie swojego konta, potem ciężko to odkręcić. A aplikacja sama rozpowszechnia swoje treści na Twoim Facebooku i nie potrzebuje do tego Twojej obecności. Sam nie akceptuję żadnych tego typu gówien na swoim facebooku, ale nie gwarantuję czy ja-jako-multikonto z automatu czymś nie spamuję. Za to w pełni świadomie połączyłem swoje konto PlayStation Network z Facebookiem. Mniejsza o spam trofikami (za który dostałem opierdziel od … matki mojej dziewczyny), ale daje to fajną możliwość np. w Uncharted 3 udostępniania krótkich filmików z gry. Od dawna obiecuję sobie, że gdy tylko pojawią się takie wpisy na moim Fb, to wkrótce poprę je recenzją danej gry na blogu. Zawsze się z tego wycofuję, zazwyczaj mam wrażenie, że grę poznałem w niedostatecznym stopniu, by brać się za recenzowanie. Gran Turismo 5, o którym w swoim czasie pisałem i które oceniałem, teraz po licznych aktualizacjach wygląda ZUPEŁNIE inaczej, to niemal inna gra. I co teraz z tym fantem zrobić, recenzować drugi raz?
W temacie spamu jeszcze jedna uwaga – mocno zdziwiłem się, gdy wczytałem się w spam wysyłany przez dwójkę znajomych oraz stronę grupy komiksowej. Na pierwszy rzut oka myślałem, że to oferta typu „składanie długopisów” albo przynajmniej oglądanie reklam za kasę. Niezbyt chlubne, ale co kto lubi. Prywatnie spamować rozumiem, ale ze strony webkomiksu? Gdy się wczytałem okazało się, że jest jeszcze gorzej - to link do najzwyklejszej piramidki finansowej. Webkomiks reklamuje piramidkę finansową...
Dlaczego jeszcze zaglądam na facebooka?
Bo wiem, że jak wyładuje mi się komórka albo mojej dziewczynie, to najprędzej tam znajdę znajomych, aby im coś przekazać (tam lub na gmailu, ktoś jeszcze korzysta z GG?).
Bo lubię poczytać różne dziwne przemyślenia (niektórzy mają ciekawe), zobaczyć zdjęcia (zdarzają się dobre) i pokomentować czasem z przymrużeniem oka. Bawi mnie ostatnio nawet like'owanie dziwnych wpisów, jak np. „polubiłem” komentarz obcej mi osoby, która pod spamowym wpisem z gry Sims Social na wallu mojej dziewczyny wpisała „Kliknięte” (zapewne korzystała z automatu). Wkrótce planuję zacząć je komentować.
Dzięki Facebookowi widzę też, co niedługo zamieści lub czym tam się dzieli np. Angry Joe, Nostalgia Critic czy Obsidian z Commissionedcomic.
Facebook ma też swoje ogromne zalety, ale trzeba mieć sporo samozaparcia, aby móc go we właściwy sposób wykorzystać. Znajomej udało się zaprosić uwielbianą artystkę do siebie, zorganizować jej (nie bez pomocy przyjaciół) dwa koncerty i przenocować we własnym domu. I nie jest to artystka niszowa, a grająca wśród najlepszych, wydająca własne płyty z naprawdę rewelacyjną muzyką. W życiu nie pomyślałbym, że coś takiego jest możliwe. A jednak.
Może dzięki Fb uda nam się jeszcze coś większego w ramach prostestów antyrządowych, drugi Egipt?
Z mojego prywatnego punktu widzenia facebook nie stanowi wielkiej wartości. Globalnie ma spory potencjał, czasami potrafi dokonać cudu. Odkąd za Fb wzięły się agencje reklamowe i domy mediowe, a ludzie zaczęli wykorzystywać Fb jako prywatny dziennik wydarzeń domowych, Facebook przestał być ciekawy. To już nie jest przestrzeń dla ludzi, którzy mają coś do powiedzenia ani tym bardziej dla ludzi, którzy mają ochotę poczytać, posłuchać, obejrzeć coś interesującego.
Ocena końcowa: 3/10
Osobiście wchodzę na Facebooka może raz dziennie. Gdy mi się mocno nudzi albo wpadnie mi coś ciekawego do głowy, to wchodzę drugi raz. Znajomi pewno zaraz powiedzą „Wiedzieliśmy Cię znacznie częściej!”. Tak, bo moje konto robi za multikonto do durnych gierek na Fb, w które gra moja dziewczyna (i dupa, i będę - przyp.edyt.). Osobiście wkurzają mnie coraz bardziej powiadomienia, że dostałem prezenty w grach, w które nie gram. Póki co jeszcze jest to do przeżycia.
Na fb wszedłem wczoraj około godziny 20:00. Następnie zajrzałem dziś około 10:30. Zawsze przeglądam i czytam wszystkie wpisy, które zobaczę na wallu (co nie znaczy to samo co „klikam we wszystko”). I co ja widzę, co ja pacze? Ile można napisać przez te parę godzin? Okazuje się, że bardzo dużo. Kilka godzin nieobecności na Facebooku oznacza przegapienie kluczowych informacji udostępnianych przez znajomych, a jest ich zazwyczaj MASA. Tymi jakże istotnymi informacjami, które po prostu wszyscy muszą wiedzieć są m.in.:
Co ja słucham? Masa linków do youtube i do teledysków. Nie mam nic do słuchania muzyki z youtube, choć jakość jest tam tragiczna, ale po co udostępniać taką masę utworów, których akurat słuchacie? Nie rozumiem wciąż wielu społecznych zachowań, możemy uznać, że jestem aspołeczny. Rozumiem chęć polecenia innym czegoś fajnego, sam nieraz mam ochotę zakrzyknąć „Obejrzyjcie grecki film 'Kieł', REWELACJA!”, ale wiem doskonale, że skutek będzie żaden, a może nawet osiągnę odwrotność. Narzucanie się z utworami, filmami i tekstami jakoś mi nie leży. Ostatnio dostałem podpowiedź – wysyłaj linka do każdego nowego wpisu na swoim blogu znajomym na pw, bo na wallu to nikt nie zauważy. Z jednej strony patrząc – musiałbym to robić wbrew sobie, przymuszać się. Z drugiej – jak inni mają zauważyć taki link wśród masy linków do youtube itp.?
Co ja robie? Są osoby, po wpisach których można wywnioskować, że żyją głównie na Facebooku lub żyją Facebookiem. Jaki inny powód można mieć pisząc wpis „Dobranoc.”? Albo „Idę do kuchni zrobić sobie kawę”, w domyśle „zaraz wracam”. Nosi to znamiona pierwszej fascynacji Internetem, dbania o zmieniane kilka razy dziennie statusy na gadu-gadu itp. Podejrzewam jednak, że nie jest to pierwsza fascynacja możliwościami Internetu. Zatem co? O co chodzi? Dlaczego taki wpis miałby być dla mnie interesujący, co w nim mogę znaleźć również dla siebie i być może dla innych?
Co ja linkam? Linki do kwejków, po-landów i innych (BTW gdzie zniknęło zainteresowanie bashem?), wszystko przeglądam. W większości przypadków są to ciekawe linki i wykonują za mnie robotę, której nie chciałoby mi się normalnie wykonywać. A mianowicie wykopują z wykopanych, wyróżniają ze śmietniska. Czasami mam chwilę przerwy w pracy, przejrzę jakąś stronę typu „ciekawe obrazki, komentarze, demoty”, czasem coś ciekawego się trafi. Wtedy facebookowe linki do treści, które już znam zaczynają mnie irytować. Głównie liczbą – jest tego masa.
Co ja spamie? Linki do gier to norma. Oczywiste jest, że są irytujące. Gorsze od wszystkiego są jednak aplikacje typu „Ciekawe zdjęcia” - gdy raz się zgodzisz na wykorzystywanie swojego konta, potem ciężko to odkręcić. A aplikacja sama rozpowszechnia swoje treści na Twoim Facebooku i nie potrzebuje do tego Twojej obecności. Sam nie akceptuję żadnych tego typu gówien na swoim facebooku, ale nie gwarantuję czy ja-jako-multikonto z automatu czymś nie spamuję. Za to w pełni świadomie połączyłem swoje konto PlayStation Network z Facebookiem. Mniejsza o spam trofikami (za który dostałem opierdziel od … matki mojej dziewczyny), ale daje to fajną możliwość np. w Uncharted 3 udostępniania krótkich filmików z gry. Od dawna obiecuję sobie, że gdy tylko pojawią się takie wpisy na moim Fb, to wkrótce poprę je recenzją danej gry na blogu. Zawsze się z tego wycofuję, zazwyczaj mam wrażenie, że grę poznałem w niedostatecznym stopniu, by brać się za recenzowanie. Gran Turismo 5, o którym w swoim czasie pisałem i które oceniałem, teraz po licznych aktualizacjach wygląda ZUPEŁNIE inaczej, to niemal inna gra. I co teraz z tym fantem zrobić, recenzować drugi raz?
W temacie spamu jeszcze jedna uwaga – mocno zdziwiłem się, gdy wczytałem się w spam wysyłany przez dwójkę znajomych oraz stronę grupy komiksowej. Na pierwszy rzut oka myślałem, że to oferta typu „składanie długopisów” albo przynajmniej oglądanie reklam za kasę. Niezbyt chlubne, ale co kto lubi. Prywatnie spamować rozumiem, ale ze strony webkomiksu? Gdy się wczytałem okazało się, że jest jeszcze gorzej - to link do najzwyklejszej piramidki finansowej. Webkomiks reklamuje piramidkę finansową...
Dlaczego jeszcze zaglądam na facebooka?
Bo wiem, że jak wyładuje mi się komórka albo mojej dziewczynie, to najprędzej tam znajdę znajomych, aby im coś przekazać (tam lub na gmailu, ktoś jeszcze korzysta z GG?).
Bo lubię poczytać różne dziwne przemyślenia (niektórzy mają ciekawe), zobaczyć zdjęcia (zdarzają się dobre) i pokomentować czasem z przymrużeniem oka. Bawi mnie ostatnio nawet like'owanie dziwnych wpisów, jak np. „polubiłem” komentarz obcej mi osoby, która pod spamowym wpisem z gry Sims Social na wallu mojej dziewczyny wpisała „Kliknięte” (zapewne korzystała z automatu). Wkrótce planuję zacząć je komentować.
Dzięki Facebookowi widzę też, co niedługo zamieści lub czym tam się dzieli np. Angry Joe, Nostalgia Critic czy Obsidian z Commissionedcomic.
Facebook ma też swoje ogromne zalety, ale trzeba mieć sporo samozaparcia, aby móc go we właściwy sposób wykorzystać. Znajomej udało się zaprosić uwielbianą artystkę do siebie, zorganizować jej (nie bez pomocy przyjaciół) dwa koncerty i przenocować we własnym domu. I nie jest to artystka niszowa, a grająca wśród najlepszych, wydająca własne płyty z naprawdę rewelacyjną muzyką. W życiu nie pomyślałbym, że coś takiego jest możliwe. A jednak.
Może dzięki Fb uda nam się jeszcze coś większego w ramach prostestów antyrządowych, drugi Egipt?
Z mojego prywatnego punktu widzenia facebook nie stanowi wielkiej wartości. Globalnie ma spory potencjał, czasami potrafi dokonać cudu. Odkąd za Fb wzięły się agencje reklamowe i domy mediowe, a ludzie zaczęli wykorzystywać Fb jako prywatny dziennik wydarzeń domowych, Facebook przestał być ciekawy. To już nie jest przestrzeń dla ludzi, którzy mają coś do powiedzenia ani tym bardziej dla ludzi, którzy mają ochotę poczytać, posłuchać, obejrzeć coś interesującego.
Ocena końcowa: 3/10
29 stycznia 2012
Star Trek 8: Pierwszy kontakt (1996)
Star Trek 8: Pierwszy kontakt
(1996) reż. Jonathan Frakes
To film, który przypomniał mi, jak prędko człowiek się starzeje. Dlaczego? Bo pamiętam, jak wchodził do kin...
Muszę przyznać, że zarówno fabuła, jak i przedstawione postaci nie wzbudzają w tym filmie żadnych emocji. Wyjątkiem jest może postać Lily (POTWORNIE irytująca) i momentami postać Cochrane'a (w tej roli świetny James Cromwell). A przecież prawdziwe emocje powinny pochodzić od starej ekipy, załogi Enterprise. Mam bardzo pozytywne wspomnienia z tymi postaciami, pamiętam z dzieciństwa serial z nimi, bardzo lubię Patricka Stewarta. I co z tego? Nie ma tu emocji, które mogłyby przytrzymać na dłużej. Nawet wspierając się na pozytywnych wspomnieniach nie mogę z czystym sumieniem pozytywnie wypowiedzieć się o postaciach.
Linia fabularna niestety również zawodzi. Łatwość z jaką bohaterowie przenoszą się w czasie zastanawia - dlaczego nie korzystają z tej możliwości inni i dlaczego nie robią tego często i nagminnie? Co ich powstrzymuje?
Picard w pewnym momencie mówi dość jasno, że w ich świecie nie ma pieniędzy, a ludzie pracują dla dobra ludzkości i samodoskonalenia. O, przepraszam, w taką utopijną bajkę nie chce mi się wierzyć - w fazery, teleportacje, podróże w czasie uwierzę, ale w coś takiego?
Hologramowe naboje mogą rzeczywiście ranić i zabijać po wyłączeniu wszelkich zabezpieczeń? WTF?
Wychodzą i są podkreślone Star Trekowe absurdy. Za każdym razem, gdy widzę Worfa zastanawia mnie jakim cudem rasa Klingonów do tego stopnia zmieniła się wizualnie i poniekąd mentalnie. Śmiesznie wygląda scena, w której nastąpić ma pierwszy kontakt ludzi z obcą rasą, a ze statku wychodzi postać niczym nie odróżniająca się od ludzi. Po czym zdejmuje kaptur i okazuje się, że jednak istnieje jakaś różnica - inne końcówki uszu. Wow! Faktycznie, OBCA rasa.
Ciekawym pomysłem była postać Borga - istoty o kolektywnej świadomości asymilującą wszystko i asymilującą się do wszystkiego w mgnieniu oka. Ich próby zasymilowania Daty były nawet ciekawe.
Interesująca przez moment była postać Cochrane'a i jego reakcja na informacje o swojej przyszłości.
Wizualnie też nie można się do niczego przyczepić, efekty specjalne wyglądają ładnie, aktorzy grają na przyzwoitym poziomie, kamera nie szaleje, a montaż nie rzuca się w oczy. Słowem - jest ok.
Czy jest jakiś powód dla którego warto obejrzeć ten film? W sumie tylko jeżeli jesteście wielkimi fanami Star Treka i oglądacie serial z załogą Picarda - to jest jakby dodatkowy, nieco przydługi odcinek i nic ponadto.
Ocena: 4/10
P.S. Worf: "Zasymiluj to."
*facepalm*
10 stycznia 2012
Filmowy twitter cz. 5
Człowiek z księżyca (1991) - ocena 6/10
reżyseria: Robert Mulligan
Nie pomylcie tego filmu z „Człowiekiem z księżyca” autorstwa Milosa Formana, to nie ten sam film. Młodziutka Reese Witherspoon w sielankowym, pastelowym klimacie. Dramat, w którym nie ma jednoznacznie negatywnych (ani w 100% pozytywnych) postaci. To właśnie doskonale zbudowane charaktery i styki między nimi sprawiają, że film ogląda się z autentyczną przyjemnością i jestem w stanie w niego w pełni uwierzyć. Tempo, którego nabiera fabuła pod koniec tylko wzmacnia przekaz. Cóż jednak z tego, skoro po seansie nie zostaje nic w mojej głowie, co sprawiałoby to wrażenie obejrzenia jednoznacznie dobrego filmu. Nie mogę powiedzieć „o, to był naprawdę świetny film”, raczej coś na miły wieczór i bez głębszych emocji. A może po prostu nie jestem właściwym odbiorcą dla tego filmu, może gdybym był zakochaną gimnazjalistką...
Żądło (1973) - ocena 8/10
reżyseria: George Roy Hill
Odświeżyłem sobie niedawno ten klasyczny film pokazując go komuś, kto go jeszcze nie widział. I tak, mimo upływu lat okazuje się, że nie tylko sentyment mój, ale i świeże spojrzenie potwierdza jedno – to po prostu bardzo dobry film. Wprowadził praktycznie nowy podgatunek filmowy i jednocześnie stał się w tymże gatunku niedoścignionym wzorem. Ta opowieść nigdy się nie zakurzy, zawsze będzie bawiła z taką samą mocą. Jesteś zrażony/zrażona do „uznanych klasyków”? To przecież zawsze muszą być nudne melodramaty z ciężkostrawnym filozoficznym przekazem albo poetyckie i trudne w zrozumieniu eksperymenty, a ich wysoka ocena to fanaberia zapatrzonych we własne nosy „recenzentów”, prawda? Nieprawda. Ten film to lekka, łatwa i przyjemna komedia. I kto widział np. nowe filmy z serii „Ocean's Eleven”, a nie widział „Żądła” powinien czym prędzej nadrobić zaległości albo schować głowę w bagno i nakryć ściółką.
Zakładnik (2004) - ocena 7/10
reżyseria: Michael Mann
Były takie czasy, gdy Michael Mann robił naprawdę dobre kino akcji. Z ciekawymi postaciami i z napięciem powodującym, że nawet pogaduchy w taksówce trzymają widza na brzegu kanapy. Oglądałem ten film w krótkim czasie dwukrotnie. Raz sam, drugi raz pokazując go szerszej widowni polecając jako lepszą alternatywę dla oglądania po raz kolejny „Gladiatora” (dlaczego dałem „Gladiatorowi” aż 6/10? Nie pamiętam i jakoś specjalnie nie kusi mnie, by sobie przypominać). Towarzystwo wydawało się raczej znudzone i rozproszone. Zatem wydaje mi się, że w swojej ocenie będę raczej osamotniony. Nic to. „Zakładnik” nie tylko w treści, ale i w swej formie poszerza pewien „feeling”, który odczuwało się chyba tylko podczas oglądania pierwszej części „Szklanej pułapki”. Z tym, że tutaj wszystkie sceny akcji wyglądają realnie. Są kręcone w dość specyficzny sposób, nie są wymuskane i w pełni idealne, a przez to prawdziwsze. Ogromną rolę przy tworzeniu tych scen miał Tom Cruise, który w tym filmie po prostu błyszczy. To chyba jego najlepsza rola (a widziałem niejedną). Jeżeli macie ochotę na dobre, niegłupie kino akcji, zdecydowanie polecam. Dobrze zrobi na gorycz, którą wciąż czuję na oczach po obejrzeniu „Wrogów publicznych”.
Essential Killing (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Jerzy Skolimowski
Z jednej strony film zdobył wiele nagród na całym świecie, a jego reżyserem jest autor jednego z lepszych filmów ostatnich lat, „Czterech nocy z Anną”, zatem oczekiwania powinienem mieć wysokie. Z drugiej jednak mańki wiedziałem o czym ma to być film i jaką formułę przyjmie, formułę raczej średnio porywającą, zatem nie mogłem spodziewać się cudów na kiju. Co dostałem? Przyzwoity film o przetrwaniu i o tym, co człowiek może zrobić tylko po to, by przetrwać. Przyzwoite kino, ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem. Na szczęście film nie jest też zbyt długi, gdyż ta formuła bardziej rozwleczona z pewnością zaczęłaby przynudzać. Nie spodziewajcie się niczego wielkiego, raczej lekko wybijającego się ponad przeciętność filmu, który można obejrzeć i zapomnieć.
Kolor purpury (1985) - ocena 6/10
reżyseria: Steven Spielberg
Spielberg, Whoopi Goldberg i przydługa historia o uciskanych murzynkach. Los bohaterek albo wzruszy albo zirytuje ich bezsilnością. Niby nic, ale czas przy tym filmie leci nie wiadomo jak i gdzie. Najlepszą postacią i najlepszą rolą z całego filmu jest, ku mojemu zaskoczeniu, rola Opry Winfrey. Bez wątpienia jeden ze słabszych filmów Spielberga. Może dlatego, że los biednych amerykańskich murzynek jest mało emocjonującym tematem w naszym kraju.
Leonard, część 6 (1987) - ocena 4/10
reżyseria: Paul Weiland
Z poprzedniego filmowego twittera mogliście się dowiedzieć, jak boję się tego filmu. Jeden z najgorzej ocenionych na imdb, zdobywca Złotej Maliny, z Billem Cosbym w roli głównej. Niech was nie zmyli tytuł, to jedyny film „z serii”, nie istnieje żadna inna „część”. Tytuł chyba z założenia miał mieć wydźwięk humorystyczny, jak np. „Naga broń 33 i 1/3”. Pozornie niezabawne, ale gdy widzę zaintrygowanie ludzi tą częścią tytułu, to uśmieszek pojawia się na moich ustach. Taki „practical joke” i to nawet wyjaśniony fabularnie. A jak sam film? Spodziewałem się totalnej szmiry, a dostałem umiarkowanie zabawną komedyjkę, która ze względu na niesamowite dawki absurdu i Billa Cosby'ego może się podobać. Poważnie. To, co w tym filmie woła o pomstę do nieba, to realizacja i „efekty specjalne”. Efekty są na poziomie kartonowych wycinanek i animacji tworzonej przez początkującego nastolatka. Jeżeli macie ochotę na odrobinę absurdu i kilka udanych żartów, to *gulp* polecam. Tylko 4/10 ze względu na tragiczną realizację. Aż 4/10 za scenę w kuchni, mordercze żaby i strusia wierzchowego. Aha, świetna rola ś.p. Glorii Foster znanej np. z roli Wyroczni w „Matrixie”.
Cinderella Story (2004) - ocena 5/10
reżyseria: Mark Rosman
Średnio już pamiętam ten film. Jakieś disneyowskie popłuczyny, historyjka o Kopciuszku zaadaptowana na dzisiejsze amerykańskie realia. Średniak godny uwagi jedynie ze względu na pomysł na adaptację albo dla spragnionych taniego romantyzmu w amerykańsko-disneyowsko poprawnym politycznie i moralnie romansidle którego fabułę i tak znacie na wylot zanim zasiądziecie do seansu. Bleh.
reżyseria: Robert Mulligan
Nie pomylcie tego filmu z „Człowiekiem z księżyca” autorstwa Milosa Formana, to nie ten sam film. Młodziutka Reese Witherspoon w sielankowym, pastelowym klimacie. Dramat, w którym nie ma jednoznacznie negatywnych (ani w 100% pozytywnych) postaci. To właśnie doskonale zbudowane charaktery i styki między nimi sprawiają, że film ogląda się z autentyczną przyjemnością i jestem w stanie w niego w pełni uwierzyć. Tempo, którego nabiera fabuła pod koniec tylko wzmacnia przekaz. Cóż jednak z tego, skoro po seansie nie zostaje nic w mojej głowie, co sprawiałoby to wrażenie obejrzenia jednoznacznie dobrego filmu. Nie mogę powiedzieć „o, to był naprawdę świetny film”, raczej coś na miły wieczór i bez głębszych emocji. A może po prostu nie jestem właściwym odbiorcą dla tego filmu, może gdybym był zakochaną gimnazjalistką...
Żądło (1973) - ocena 8/10
reżyseria: George Roy Hill
Odświeżyłem sobie niedawno ten klasyczny film pokazując go komuś, kto go jeszcze nie widział. I tak, mimo upływu lat okazuje się, że nie tylko sentyment mój, ale i świeże spojrzenie potwierdza jedno – to po prostu bardzo dobry film. Wprowadził praktycznie nowy podgatunek filmowy i jednocześnie stał się w tymże gatunku niedoścignionym wzorem. Ta opowieść nigdy się nie zakurzy, zawsze będzie bawiła z taką samą mocą. Jesteś zrażony/zrażona do „uznanych klasyków”? To przecież zawsze muszą być nudne melodramaty z ciężkostrawnym filozoficznym przekazem albo poetyckie i trudne w zrozumieniu eksperymenty, a ich wysoka ocena to fanaberia zapatrzonych we własne nosy „recenzentów”, prawda? Nieprawda. Ten film to lekka, łatwa i przyjemna komedia. I kto widział np. nowe filmy z serii „Ocean's Eleven”, a nie widział „Żądła” powinien czym prędzej nadrobić zaległości albo schować głowę w bagno i nakryć ściółką.
Zakładnik (2004) - ocena 7/10
reżyseria: Michael Mann
Były takie czasy, gdy Michael Mann robił naprawdę dobre kino akcji. Z ciekawymi postaciami i z napięciem powodującym, że nawet pogaduchy w taksówce trzymają widza na brzegu kanapy. Oglądałem ten film w krótkim czasie dwukrotnie. Raz sam, drugi raz pokazując go szerszej widowni polecając jako lepszą alternatywę dla oglądania po raz kolejny „Gladiatora” (dlaczego dałem „Gladiatorowi” aż 6/10? Nie pamiętam i jakoś specjalnie nie kusi mnie, by sobie przypominać). Towarzystwo wydawało się raczej znudzone i rozproszone. Zatem wydaje mi się, że w swojej ocenie będę raczej osamotniony. Nic to. „Zakładnik” nie tylko w treści, ale i w swej formie poszerza pewien „feeling”, który odczuwało się chyba tylko podczas oglądania pierwszej części „Szklanej pułapki”. Z tym, że tutaj wszystkie sceny akcji wyglądają realnie. Są kręcone w dość specyficzny sposób, nie są wymuskane i w pełni idealne, a przez to prawdziwsze. Ogromną rolę przy tworzeniu tych scen miał Tom Cruise, który w tym filmie po prostu błyszczy. To chyba jego najlepsza rola (a widziałem niejedną). Jeżeli macie ochotę na dobre, niegłupie kino akcji, zdecydowanie polecam. Dobrze zrobi na gorycz, którą wciąż czuję na oczach po obejrzeniu „Wrogów publicznych”.
Essential Killing (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Jerzy Skolimowski
Z jednej strony film zdobył wiele nagród na całym świecie, a jego reżyserem jest autor jednego z lepszych filmów ostatnich lat, „Czterech nocy z Anną”, zatem oczekiwania powinienem mieć wysokie. Z drugiej jednak mańki wiedziałem o czym ma to być film i jaką formułę przyjmie, formułę raczej średnio porywającą, zatem nie mogłem spodziewać się cudów na kiju. Co dostałem? Przyzwoity film o przetrwaniu i o tym, co człowiek może zrobić tylko po to, by przetrwać. Przyzwoite kino, ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem. Na szczęście film nie jest też zbyt długi, gdyż ta formuła bardziej rozwleczona z pewnością zaczęłaby przynudzać. Nie spodziewajcie się niczego wielkiego, raczej lekko wybijającego się ponad przeciętność filmu, który można obejrzeć i zapomnieć.
Kolor purpury (1985) - ocena 6/10
reżyseria: Steven Spielberg
Spielberg, Whoopi Goldberg i przydługa historia o uciskanych murzynkach. Los bohaterek albo wzruszy albo zirytuje ich bezsilnością. Niby nic, ale czas przy tym filmie leci nie wiadomo jak i gdzie. Najlepszą postacią i najlepszą rolą z całego filmu jest, ku mojemu zaskoczeniu, rola Opry Winfrey. Bez wątpienia jeden ze słabszych filmów Spielberga. Może dlatego, że los biednych amerykańskich murzynek jest mało emocjonującym tematem w naszym kraju.
Leonard, część 6 (1987) - ocena 4/10
reżyseria: Paul Weiland
Z poprzedniego filmowego twittera mogliście się dowiedzieć, jak boję się tego filmu. Jeden z najgorzej ocenionych na imdb, zdobywca Złotej Maliny, z Billem Cosbym w roli głównej. Niech was nie zmyli tytuł, to jedyny film „z serii”, nie istnieje żadna inna „część”. Tytuł chyba z założenia miał mieć wydźwięk humorystyczny, jak np. „Naga broń 33 i 1/3”. Pozornie niezabawne, ale gdy widzę zaintrygowanie ludzi tą częścią tytułu, to uśmieszek pojawia się na moich ustach. Taki „practical joke” i to nawet wyjaśniony fabularnie. A jak sam film? Spodziewałem się totalnej szmiry, a dostałem umiarkowanie zabawną komedyjkę, która ze względu na niesamowite dawki absurdu i Billa Cosby'ego może się podobać. Poważnie. To, co w tym filmie woła o pomstę do nieba, to realizacja i „efekty specjalne”. Efekty są na poziomie kartonowych wycinanek i animacji tworzonej przez początkującego nastolatka. Jeżeli macie ochotę na odrobinę absurdu i kilka udanych żartów, to *gulp* polecam. Tylko 4/10 ze względu na tragiczną realizację. Aż 4/10 za scenę w kuchni, mordercze żaby i strusia wierzchowego. Aha, świetna rola ś.p. Glorii Foster znanej np. z roli Wyroczni w „Matrixie”.
Cinderella Story (2004) - ocena 5/10
reżyseria: Mark Rosman
Średnio już pamiętam ten film. Jakieś disneyowskie popłuczyny, historyjka o Kopciuszku zaadaptowana na dzisiejsze amerykańskie realia. Średniak godny uwagi jedynie ze względu na pomysł na adaptację albo dla spragnionych taniego romantyzmu w amerykańsko-disneyowsko poprawnym politycznie i moralnie romansidle którego fabułę i tak znacie na wylot zanim zasiądziecie do seansu. Bleh.
8 stycznia 2012
Spis treści
Ze względu na formę Filmowego Twittera oraz samego bloga znalezienie odpowiedniego artykułu np. nt. konkretnego filmu może być utrudnione. Zaradzić temu powinien ten spis treści, który co do zasady będzie aktualizowany na bieżąco gdy tylko pojawią się nowe związane z tematem wpisy.
Nowy spis treści możecie sortować klikając na nagłówek danej kolumny.
GRY
Nowy spis treści możecie sortować klikając na nagłówek danej kolumny.
Tytuł filmu | Rok | Reżyser | Data publikacji | Tag |
---|---|---|---|---|
21 x Nowy Jork | 2016 | Piotr Stasik | 2020-05-02 | Rekomendacje |
6-ty dzień | 2000 | Roger Spottiswoode | 2015-04-17 | |
Adam | 2009 | Max Mayer | 2010-02-10 | |
Agenci | 2013 | Baltasar Kormákur | 2013-10-04 | |
Alicja w Krainie Czarów | 2010 | Tim Burton | 2010-03-16 | |
American Hustle | 2013 | David O. Russell | 2014-02-16 | |
Autor Widmo | 2010 | Roman Polański | 2010-03-29 | |
Aż poleje się krew | 2007 | Paul Thomas Anderson | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Bękarty wojny | 2009 | Quentin Tarantino, Eli Roth | 2012-06-05 | |
Billy Elliot | 2000 | Stephen Daldry | 2011-10-02 | |
Birdman | 2014 | Alejandro González Iñárritu | 2015-01-25 | |
Blade Runner 2049 | 2017 | Denis Villeneuve | 2018-01-07 | |
Bogowie | 2014 | Łukasz Palkowski | 2014-10-23 | |
Była sobie dziewczyna | 2009 | Lone Scherfig | 2013-10-24 | |
Cena strachu | 1977 | William Friedkin | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Chappie | 2015 | Neill Blomkamp | 2015-03-28 | |
Chłopak z sąsiedztwa | 2015 | Rob Cohen | 2015-04-23 | |
Ciacho | 2010 | Patryk Vega | 2011-08-26 | |
Cicha noc | 2017 | Piotr Domalewski | 2018-01-07 | |
Cień wampira | 2000 | E. Elias Merhige | 2011-11-13 | |
Cinderella Story | 2004 | Mark Rosman | 2012-01-10 | |
Cinema Paradiso | 1988 | Giuseppe Tornatore | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Czarny łabędź | 2010 | Darren Aronofsky | 2011-02-04 | |
Czas na miłość | 2013 | Richard Curtis | 2014-02-16 | |
Człowiek z księżyca | 1991 | Robert Mulligan | 2012-01-10 | |
Człowiek ze stali | 2013 | Zack Snyder | 2013-06-23 | |
Daję nam rok | 2013 | Dan Mazer | 2013-03-05 | |
Diabelska plansza Ouija | 2014 | Stiles White | 2015-03-04 | |
Django | 2012 | Quentin Tarantino | 2013-02-13 | |
Do ciebie, człowieku | 2007 | Roy Andersson | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Donnie Darko | 2001 | Richard Kelly | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Dragonheart 3: The Sorcerer's Curse | 2015 | Colin Teague | 2015-03-04 | Dragonheart |
Droga do zapomnienia | 2013 | Jonathan Teplitzky | 2015-03-28 | |
Dwoje do poprawki | 2012 | David Frankel | 2013-02-13 | |
Dziennik cwaniaczka | 2010 | Thor Freudenthal | 2011-08-26 | |
Dziennik cwaniaczka 2 | 2011 | David Bowers | 2011-08-26 | |
Dzień dobry, kocham cię | 2014 | Ryszard Zatorski | 2015-03-16 | Węże 2015 |
Dziewczyna z sąsiedztwa | 2007 | Gregory Wilson | 2011-08-26 | |
Dżej Dżej | 2014 | Maciej Pisarek | 2015-03-16 | Węże 2015 |
Dżentelmeni | 2019 | Guy Ritchie | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Dżungla | 2017 | Greg McLean | 2018-01-07 | |
Ebirah - potwór z głębin | 1966 | Jun Fukuda | 2013-11-03 | Godzilla |
Egzamin | 2016 | Cristian Mungiu | 2018-01-07 | |
Elle | 2016 | Paul Verhoeven | 2018-01-07 | |
Essential Killing | 2010 | Jerzy Skolimowski | 2012-01-10 | |
Europa | 1991 | Lars von Trier | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Facet (nie)potrzebny od zaraz | 2014 | Weronika Migoń | 2015-03-16 | Węże 2015 |
Få meg på, for faen | 2011 | Jannicke Systad Jacobsen | 2014-10-31 | |
Full Metal Jacket | 1987 | Stanley Kubrick | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Furia | 2014 | David Ayer | 2015-03-04 | |
Gdzie jesteś Amando | 2009 | Ben Affleck | 2011-07-28 | |
Ghidorah - Trójgłowy potwór | 1964 | Ishirô Honda | 2013-10-26 | Godzilla |
Gladiator | 2000 | Ridley Scott | 2011-08-26 | |
Godzilla | 1954 | Ishirô Honda | 2013-10-10 | Godzilla |
Godzilla | 1984 | Koji Hashimoto , R.J. Kizer | 2014-04-06 | Godzilla |
Godzilla | 1998 | Roland Emmerich | 2014-05-04 | Godzilla |
Godzilla | 2014 | Gareth Edwards | 2014-05-16 | Godzilla |
Godzilla kontratakuje | 1955 | Motoyoshi Oda | 2013-10-12 | Godzilla |
Godzilla kontra Biollante | 1989 | Kazuki Omori | 2014-04-12 | Godzilla |
Godzilla kontra Destruktor | 1995 | Takao Okawara | 2014-05-02 | Godzilla |
Godzilla kontra Gigan | 1972 | Jun Fukuda | 2014-03-29 | Godzilla |
Godzilla kontra Hedora | 1971 | Yoshimitsu Banno | 2014-03-24 | Godzilla |
Godzilla kontra Kosmogodzilla | 1994 | Kensho Yamashita | 2014-04-30 | Godzilla |
Godzilla kontra Król Ghidorah | 1991 | Kazuki Omori | 2014-04-14 | Godzilla |
Godzilla kontra Mechagodzilla | 1974 | Jun Fukuda | 2014-04-02 | Godzilla |
Godzilla kontra Mechagodzilla 2 | 1993 | Takao Okawara | 2014-04-25 | Godzilla |
Godzilla kontra Mechagodzilla 3 | 2002 | Masaaki Tezuka | 2014-05-10 | Godzilla |
Godzilla kontra Megaguirus | 2000 | Masaaki Tezuka | 2014-05-07 | Godzilla |
Godzilla kontra Megalon | 1973 | Jun Fukuda | 2014-03-30 | Godzilla |
Godzilla kontra Mothra | 1964 | Ishirô Honda | 2013-10-22 | Godzilla |
Godzilla kontra Mothra | 1992 | Takao Okawara | 2014-04-24 | Godzilla |
Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują | 2001 | Shûsuke Kaneko | 2014-05-09 | Godzilla |
Godzilla: Ostatnia wojna | 2004 | Ryûhei Kitamura | 2014-05-14 | Godzilla |
Grawitacja | 2013 | Alfonso Cuarón | 2013-11-08 | |
Gru, Dru i Minionki | 2017 | Kyle Balda, Pierre Coffin, Eric Guillon | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi | 2017 | Rian Johnson | 2018-01-07 | |
Hachiko - A Dog's story | 2009 | Lasse Hallström | 2010-02-09 | |
Harrison Bergeron | 1995 | Bruce Pittman | 2011-11-13 | |
Harry Potter i Insygnia Śmierci cz. II | 2011 | David Yates | 2011-06-28 | |
Histeria – romantyczna historia wibratora | 2011 | Tanya Wexler | 2012-06-05 | |
Hobbit: Niezwykła podróż | 2012 | Peter Jackson | 2013-02-13 | |
Human traffic | 1999 | Justin Kerrigan | 2012-06-05 | |
I stanie się koniec | 1999 | Peter Hyams | 2015-04-17 | |
Idy marcowe | 2011 | George Clooney | 2012-06-05 | |
Iluzja | 2013 | Louis Leterrier | 2013-08-20 | |
In Touch | 2018 | Paweł Ziemilski | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Indiana Jones i artefakt przeznaczenia | 2023 | James Mangold | 2023-07-12 | Indiana Jones |
Infernal Affairs - Piekielna gra | 2002 | Wai-keung Lau / Alan Mak | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Infernal Affairs - Piekielna gra 2 | 2003 | Wai-keung Lau / Alan Mak | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Infernal Affairs - Piekielna gra 3 | 2003 | Wai-keung Lau / Alan Mak | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Interstellar | 2014 | Christopher Nolan | 2014-11-18 | |
Inwazja potworów | 1965 | Ishirô Honda | 2013-11-02 | Godzilla |
Jack Ryan: Teoria Chaosu | 2014 | Kenneth Branagh | 2014-02-16 | |
Jak ukraść Księżyc | 2010 | Pierre Coffin, Chris Renaud | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Jak wytresować smoka | 2010 | Dean DeBlois, Chris Sanders | 2011-02-06 | |
Jak zostać królem | 2010 | Tom Hooper | 2011-02-05 | |
Jazon i Argonauci | 1963 | Don Chaffey | 2013-02-13 | |
Jestem Bogiem | 2011 | Neil Burger | 2012-03-27 | |
Jeż Jerzy | 2010 | Wojtek Wawszczyk, Jakub Tarkowski, Tomasz Leśniak | 2012-03-27 | |
Jiao Zi | 2004 | Fruit Chan | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Jim & Andy: The Great Beyond | 2017 | Chris Smith | 2018-01-07 | |
Jojo Rabbit | 2019 | Taika Waititi | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Karol, który został świętym | 2014 | Grzegorz Sadurski, Orlando Corradi | 2015-03-16 | Węże 2015 |
Kieł | 2009 | Giorgos Lanthimos | 2011-07-28 | |
King Kong kontra Godzilla | 1962 | Ishirô Honda | 2013-10-17 | Godzilla |
Kłamstewko | 2019 | Lulu Wang | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Kochaj i rób co chcesz | 1997 | Robert Gliński | 2011-07-28 | |
Kochanie, chyba cię zabiłem | 2014 | Kuba Nieścierow | 2015-03-16 | Węże 2015 |
Kochankowie z księżyca | 2012 | Wes Anderson | 2014-10-31 | |
Kod nieśmiertelności | 2011 | Duncan Jones | 2011-08-26 | |
Kod 8 | 2019 | Jeff Chan | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Kolejność uczuć | 1993 | Radosław Piwowarski | 2012-06-05 | |
Kolor purpury | 1985 | Steven Spielberg | 2012-01-10 | |
Kroniki żywych trupów | 2007 | George A. Romero | 2011-11-13 | |
Księga ocalenia | 2010 | Albert Hughes, Allen Hughes | 2015-03-28 | Przy Herbacie |
Księżniczka i żaba | 2009 | Ron Clements, John Musker | 2011-10-02 | |
Kung Fu Panda 2 | 2011 | Jennifer Yuh | 2012-03-27 | |
Kupiliśmy zoo | 2011 | Cameron Crowe | 2012-06-05 | |
La strada | 1954 | Federico Fellini | 2011-08-26 | |
Leonard, część 6 | 1987 | Paul Weiland | 2012-01-10 | |
Likwidator | 2013 | Jee-woon Kim | 2015-04-17 | |
Listy do M. | 2011 | Mitja Okorn | 2011-12-20 | |
Listy do M. 3 | 2017 | Tomasz Konecki | 2018-01-07 | |
Looper - Pętla czasu | 2012 | Rian Johnson | 2013-02-13 | |
Łowcy głów | 2011 | Morten Tyldum | 2015-01-25 | |
Mała Moskwa | 2008 | Waldemar Krzystek | 2013-10-06 | |
Manchester by the sea | 2016 | Kenneth Lonergan | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Mebelki | 2010 | Lena Dunham | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Metro | 1985 | Luc Besson | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Miasto złodziei | 2010 | Ben Affleck | 2011-07-28 | |
Między nami żywiołami | 2023 | Peter Sohn | 2023-07-10 | |
Minionki | 2015 | Kyle Balda, Pierre Coffin | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Minionki rozrabiają | 2013 | Pierre Coffin, Chris Renaud | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Mission Impossible | 1996 | Brian De Palma | 2014-10-31 | |
Morderstwo w Orient Expressie | 2017 | Kenneth Branagh | 2018-01-07 | |
Motra | 1961 | Ishirô Honda | 2013-10-20 | Kaijū |
Mroczny Rycerz Powstaje | 2012 | Christopher Nolan | 2013-02-13 | |
Muppety | 2011 | James Bobin | 2012-03-03 | |
Musimy porozmawiać o Kevinie | 2011 | Lynne Ramsay | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Na granicy | 2016 | Wojciech Kasperski | 2018-01-07 | |
Na karuzeli życia | 2017 | Woody Allen | 2021-01-11 | |
Na własną rękę | 2002 | Andrew Davis | 2015-04-17 | |
Nebraska | 2013 | Alexander Payne | 2015-01-25 | |
Nędznicy | 2019 | Ladj Ly | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Nieśmiertelny - Ostatnia rozgrywka | 2000 | Douglas Aarniokoski | 2010-02-11 | |
Niezniszczalni 3 | 2014 | Patrick Hughes | 2014-10-23 | |
Nosferatu - symfonia grozy | 1922 | F.W. Murnau | 2011-11-13 | |
Ona | 2013 | Spike Jonze | 2014-02-16 | |
Ostatni Samuraj | 2003 | Edward Zwick | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Ostatni smok | 1996 | Rob Cohen | 2015-03-04 | Dragonheart |
Ostatni smok: Nowy początek | 2000 | Doug Lefler | 2015-03-04 | Dragonheart |
Palacz zwłok | 1969 | Juraj Herz | 2011-06-28 | |
Pamiętnik | 2004 | Nick Cassavetes | 2014-10-31 | |
ParaNorman | 2012 | Chris Butler, Sam Fell | 2014-10-31 | |
Pierwszy śnieg | 2017 | Tomas Alfredson | 2018-01-07 | |
Piknik pod wiszącą skałą | 1975 | Peter Weir | 2011-11-13 | |
Plan ucieczki | 2013 | Mikael Håfström | 2015-04-17 | |
Planeta 51 | 2009 | Jorge Blanco | 2011-11-13 | |
Planeta Burz | 1962 | Paweł Kłuszancew | 2014-11-16 | |
Po godzinach | 1985 | Martin Scorsese | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Polowanie | 2012 | Thomas Vinterberg | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Połów szczęścia w Jemenie | 2011 | Lasse Hallström | 2012-06-05 | |
Powrót Godzilli | 1999 | Takao Okawara | 2014-05-06 | Godzilla |
Producenci | 1967 | Mel Brooks | 2018-01-07 | |
Producenci | 2005 | Susan Stroman | 2018-01-07 | |
Prometeusz | 2012 | Ridley Scott | 2014-10-31 | |
Przygody Tintina | 2011 | Steven Spielberg | 2013-03-27 | |
The Quiet Earth | 1985 | Geoff Murphy | 2015-03-28 | Przy Herbacie |
Ran | 1985 | Akira Kurosawa | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Rango | 2011 | Gore Verbinski | 2012-03-27 | |
Rewanż Godzilli | 1969 | Ishirô Honda | 2014-03-22 | Godzilla |
Richard Jewell | 2019 | Clint Eastwood | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Rodan | 1956 | Ishirô Honda | 2013-10-15 | Kaijū |
Sabotaż | 2014 | David Ayer | 2015-04-17 | |
Sala samobójców | 2011 | Jan Komasa | 2012-06-05 | |
Sekretne życie zwierzaków domowych | 2016 | Chris Renaud | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Sekretne życie zwierzaków domowych 2 | 2019 | Chris Renaud, Jonathan del Val | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Sherlock Holmes | 2009 | Guy Ritchie | 2011-06-28 | |
Shin Gojira | 2016 | Hideaki Anno, Shinji Higuchi | 2017-08-20 | Godzilla |
Siódmy Syn | 2014 | Siergiej Bodrow | 2015-03-04 | |
Skąd wiesz? | 2010 | James L. Brooks | 2011-10-02 | |
Słomiany wdowiec | 1955 | Billy Wilder | 2018-01-07 | |
Służby Specjalne | 2014 | Patryk Vega | 2015-03-28 | |
Skyfall | 2012 | Sam Mendes | 2013-02-13 | |
Solaris | 1972 | Andriej Tarkowski | 2011-07-28 | |
Solaris | 2002 | Steven Soderbergh | 2011-07-28 | |
SOS dla Tokio | 2003 | Masaaki Tezuka | 2014-05-11 | Godzilla |
Stacja Warszawa | 2014 | Maciej Cuske, Kacper Lisowski, Nenad Miković, Mateusz Rakowicz, Tymon Wyciszkiewicz | 2015-03-28 | |
Star Trek | 1979 | Robert Wise | 2010-02-13 | Star Trek |
Star Trek II - Gniew Khana | 1982 | Nicholas Meyer | 2010-02-14 | Star Trek |
Star Trek III - W poszukiwaniu Spocka | 1984 | Leonard Nimoy | 2010-02-15 | Star Trek |
Star Trek IV - Powrót na Ziemię | 1986 | Leonard Nimoy | 2010-02-18 | Star Trek |
Star Trek V - Ostateczna granica | 1989 | William Shatner | 2010-02-19 | Star Trek |
Star Trek VI - Wojna o pokój | 1991 | Nicholas Meyer | 2010-02-20 | Star Trek |
Star Trek - Pokolenia | 1994 | David Carson | 2010-02-21 | Star Trek |
Star Trek - Pierwszy kontakt | 1996 | Jonathan Frakes | 2012-01-29 | Star Trek |
Stażyści | 2013 | Shawn Levy | 2013-06-29 | |
Swing | 2012 | Abelard Giza | 2013-02-20 | |
Syn Godzilli | 1967 | Jun Fukuda | 2013-11-06 | Godzilla |
Synekdocha, Nowy Jork | 2008 | Charlie Kaufman | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Szklana Pułapka 5 | 2013 | John Moore | 2013-02-17 | |
Szpon | 1957 | Fred F. Sears | 2011-11-13 | Kaijū |
Szybki jak błyskawica | 1990 | Tony Scott | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Szybko i wściekle | 2009 | Justin Lin | 2011-08-26 | |
Śluby Panieńskie | 2010 | Filip Bajon | 2010-10-21 | |
Śmierć w Wenecji | 1971 | Luchino Visconti | 2013-02-13 | |
Tajemnica Filomeny | 2013 | Stephen Frears | 2015-01-25 | |
Teoria wszystkiego | 2013 | Terry Gilliam | 2015-03-04 | |
Teoria wszystkiego | 2014 | James Marsh | 2015-01-25 | |
Terror Mechagodzilli | 1975 | Ishirô Honda | 2014-04-03 | Godzilla |
Thor | 2011 | Joss Whedon, Kenneth Branagh | 2011-10-02 | |
To skomplikowane | 2009 | Nancy Meyers | 2010-02-16 | |
Toni Erdmann | 2016 | Maren Ade | 2018-01-07 | |
Tożsamość | 2011 | Jaume Collet-Serra | 2011-10-02 | |
Transcendencja | 2014 | Wally Pfister | 2014-05-23 | |
Trzeci człowiek | 1949 | Carol Reed | 2018-01-07 | |
Twój Vincent | 2017 | Dorota Kobiela, Hugh Welchman | 2018-01-07 | |
Tylko jeden | 2001 | James Wong | 2010-02-22 | |
Ujrzałem diabła | 2010 | Jee-woon Kim | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Urodzony 4 lipca | 1989 | Oliver Stone | 2020-07-19 | Rekomendacje |
Vermeer według Tima | 2013 | Teller | 2018-01-07 | |
Vice | 2015 | Brian A. Miller | 2015-03-04 | |
W deszczowy dzień w Nowym Jorku | 2019 | Woody Allen | 2020-11-27 | |
Wakacje Mikołajka | 2014 | Laurent Tirard | 2014-10-23 | |
Weekend z królem | 2012 | Roger Michell | 2013-03-20 | |
Wesoły sublokator | 1943 | George Stevens | 2018-01-07 | |
Whiplash | 2014 | Damien Chazelle | 2015-01-25 | |
Wielki Gatsby | 2013 | Baz Luhrmann | 2013-06-18 | |
Wkręceni | 2014 | Piotr Wereśniak | 2015-03-28 | |
Wojownicze Żółwie Ninja | 1990 | Steve Barron | 2014-08-17 | TMNT |
Wojownicze Żółwie Ninja 2: Tajemnica Szlamu | 1991 | Michael Pressman | 2014-08-28 | TMNT |
Wrogowie publiczni | 2009 | Michael Mann | 2011-08-26 | |
Wszystkie odloty Cheyenne'a | 2011 | Paolo Sorrentino | 2012-06-05 | |
Wszystko, co kocham | 2009 | Jacek Borcuch | 2011-07-28 | |
Wszystko za życie | 2007 | Sean Penn | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia | 2010 | Apichatpong Weerasethakul | 2011-07-28 | |
Za jakie grzechy dobry Boże? | 2014 | Philippe de Chauveron | 2015-01-25 | |
Zabić bobra | 2012 | Jan Jakub Kolski | 2015-03-28 | |
Zakazana Planeta | 1956 | Fred M. Wilcox | 2011-11-13 | |
Zakładnik | 2004 | Michael Mann | 2012-01-10 | |
Zardoz | 1974 | John Boorman | 2011-11-13 | |
Zaufanie | 1990 | Hal Hartley | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Zezowate szczęście | 1960 | Andrzej Munk | 2015-01-25 | |
Złote Sidła | 1932 | Ernst Lubitsch | 2013-11-04 | |
Zniszczyć wszystkie potwory | 1968 | Ishirô Honda | 2014-03-21 | Godzilla |
Zombieland | 2009 | Ruben Fleischer | 2011-07-28 | |
Znaki | 2002 | M. Night Shyamalan | 2010-02-23 | |
Żądło | 1973 | George Roy Hill | 2012-01-10 | |
Żurek | 2003 | Ryszard Brylski | 2013-11-05 | |
Życie ukryte w słowach | 2005 | Isabel Coixet | 2020-05-02 | Rekomendacje |
Źle się dzieje w El Royale | 2018 | Drew Goddard | 2020-07-19 | Rekomendacje |
GRY
Subskrybuj:
Posty (Atom)