21 października 2010

Śluby Panieńskie (2010)


Śluby panieńskie

(2010) reż. Filip Bajon

Trzeba mieć jaja, żeby zrobić taki film. Ale po kolei.
Filip Bajon wziął się za ekranizację jednej z najlepszych komedii Fredry. Muszę przyznać, że do tej pory nie kojarzyłem zbyt dobrze tego reżysera i w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że wynika to tylko z mojej ignorancji. Wprawdzie "Przedwiośnie" widziałem, ale na spędzie bydła i dawno temu, a to tak, jakbym nie widział go wcale. Klasyka z jego repertuaru w postaci "Arii dla Atlety" również mnie ominęła. Za to napotkałem Pana Filipa w programie Kuby Wojewódzkiego. I trzeba przyznać, Filip Bajon to luźny gość.
Zawsze odnosiłem wrażenie, że Fredro swoją twórczość pisał głównie dla kolegów od kieliszka. Po takim tandemie oczekiwania miałem w miarę wysokie.

Pierwsze spostrzeżenie - film doskonale się broni nawet, gdy widz nie czytał oryginału (są tacy!). Wprawdzie żeńska część ekipy aktorskiej gra najwyżej średnio (Olszówka trzyma poziom), za to męska część to po prostu klasa sama w sobie. Na wyżyny wzbija się i błyszczy Maciej Stuhr (co chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem), który interpretuje tekst Fredry z niezwykłym wdziękiem. W jego wykonaniu rymy nie rozpraszają, a dodają smaczku, tekst jest zrozumiały i spełnia swoją najistotniejszą rolę - bawi. I to nawet dzisiejszego widza dokładnie tam, gdzie bawić ma. Więckiewicz gra "po swojemu", czyli na wysokim poziomie, ale i rola nie wymaga od niego niczego ponad to. Również Borys Szyc radzi sobie z tekstem doskonale. To bardzo ważne, dzięki temu zakurzone nieco dialogi Fredry odżywają na nowo, a widz się przy tym nie krztusi.

Drugie spostrzeżenie - film nabiera dodatkowego smaku nawet dla tych, którzy tekst Fredry znają na pamięć. Sceny zostały przeinterpretowane, silnie upstrzone, odbywa się to sprawnie i z pomysłem. I tutaj istotna pochwała, choć wielu uznaje to wciąż za najistotniejszą wadę filmu - reżyser realizuje swoją interpretację nie oglądając się absolutnie na nic. A to oznacza, że niektóre jego pomysły z pewnością nie przypadną do gustu Fredrowym purystom. I mnie nie wszystkie zmiany przypadły do gustu (większość mi się spodobała), ale należy się ogromny szacunek za posunięcia, nie bójmy się użyć tego słowa, niekomercyjne.

Bajon wydaje się być nieustraszony w realizowaniu swoich pomysłów. Zdaje się, jakby żaden wściekły producent nie siedział mu nad głową. I chyba wszyscy wiemy dlaczego - wiadomo było od samego początku, że film się sprzeda. Sprzeda go tytuł i obsada. A to, co reżyser z nim zrobi i jaką wizję sobie w nim ubzdura - kogo to obchodzi? I bardzo dobrze, film zyskał na tym ostrego pazura.

Kontrowersyjnym i często krytykowanym pomysłem są współczesne wstawki. Wstawki te opowiadają historię zakulisową, historię aktorów, którzy grają w Ślubach Panieńskich. Rozgrywa się tam inny romans, który zdaje się być alternatywą dla historii znanej ze Ślubów. Tak, jak w przypadku realizacji teatralnych burzy się czwartą ścianę zwracając się bezpośrednio do widza, tak tutaj burzona jest ona w nieco inny sposób. Pokazuje bezpośredni efekt dzieła Fredry, zakulisowy. Ponadto, w jednej ze scen Stuhr spojrzy na widza bezpośrednio w kamerę. Scenki te są czasem lepsze, czasem gorsze, ale zawsze ciekawe. Montażowo pełnią jeszcze jedną funkcję - skutecznej retardacji.

Bajon wiedział nie tylko, że na jego film pójdą Fredrowi puryści nie rozumiejący idei dobrej zabawy kosztem idealnego odwzorowywania sztuki. Wiedział też, że ci puryści spędzą do kin młodzież. Trzeba mieć jaja, żeby zrobić film, który z założenia kpi z purystów, a przekaz kieruje do młodzieży. Trzeba mieć jaja, żeby mieć tak bardzo w dupie krytyków, którzy z pewnością nie docenią odważnego (i moim zdaniem w znaczącej większości trafnego) reinterpretowania klasyki. Więcej takiego podejścia, a może polskie kino wyjdzie z marazmu.

P.S. Muszę dorzucić kilka słów na temat kultury kina. Otóż w trakcie seansu jedna ekipa żarła cały czas chipsy (jak oni to robią, że im wystarcza tych chipsów na dosłownie cały seans?), inni żłopali browary, które ciężko im było w ciemności otworzyć, a jeszcze inni po prostu bezczelnie gadali sobie przez telefon. "Kultura kina" to wciąż oksymoron. Muszę też się podzielić wrażeniami z serii pseudotrailerów nowego polskiego "hitu", który jest teraz promowany, a mianowicie "Śniadanie do łóżka". Takiej żenady już na poziomie trailera jeszcze nie widziałem. Napisy niczym wklejone z Worda, obrazek promujący narysowany chyba naprędce w Paincie, a wybrane sceny po prostu nieśmieszne. Na sali pojawiły się śmiechy, ale żenująco wymuszone. Widzowie odebrali sygnał "to przekleństwo to była puenta, z której miałeś się śmiać" i po chwili zastanowienia załapywali, że faktycznie powinni, aby nie wypaść na drętwiaka na tle grupy. Idźcie na Śluby Panieńskie, unikajcie "Śniadania do łóżka" choćby z czystej chęci promowania podejścia do widza z należytym szacunkiem. Bo jeśli "Śniadanie" się dobrze sprzeda, a Śluby nie za bardzo, to my będziemy odpowiedzialni za kolejną falę crapów polskiej produkcji.

3 komentarze:

  1. Poniekąd się zgodzę,zwłaszcza jeśli chodzi o pochwałę dla męskiej części obsady. Stuhr, Szyc i Więckiewicz uratowali cały film, w przypadku ich braku szczerze żałowałabym wydanych pieniędzy na kino. O Żmudzie i Cieślak szkoda się wypowiadać, powiem tylko, że ładne buzie niestety ale NIE ŚWIADCZĄ o talencie aktorskim.
    Nowoczesne wstawki bawiły,ale przez pięć minut, potem poczęły wydawać mi się zbędne i psujące cały klimat filmu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Porządna recenzja, podzielam zdanie autora dorzucając od siebie, że w przeciwieństwie do rzeszy "purystów" (dobrze użyte słowo :) ), zobaczywszy te "nowoczesne wstawki" zrobiłem sobie myślową przerwę. Potem pomyślałem "Dobra, to musi mieć jakiś głębszy przekaz, zastanowię się nad tym, bo film poza owymi wstawkami podobał mi się, znakomita większość mi się podobała, po co więc miałbym go skreślać przez owe wstawki?" I przemyślałem. Przemyślenia interpretacyjne pozostawię sobie, co nie zmieni faktu, że wspomniane przesady na tym polu, dały się jednak odczuć.

    Wyjątkowo, Szyc mnie rozbił grą w niektórych momentach :). Pozdrawiam, oczz.wordpress.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie skończyłem oglądać film i od siebie stwierdzę, że "purystą" nie będąc, ale fanem Fredry z całą pewnością uważam, że jest to jedna z lepszych adaptacji filmowych "Ślubów". Dodam jeszcze, że te wstawki wprowadzają podział teatralny utworu /oryginał był przecież sztuką teatralną, która czytana miała objaśnienia przed każdym aktem... A każda z tych scenek dotyczy czegoś co właśnie ma się wydarzyć, stanowiąc tym samym swego rodzaju objaśnienie/.
    Pozdrawiam.
    Podobało mi się jeszcze jak Szyc "sprzedał liścia" jednemu ze swoich sług, granego przez aktora, który w wersji Teatru telewizji "Ślubów" w reżyserii K. Jandy grał właśnie Albina...
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń