30 kwietnia 2014

Godzilla kontra Kosmogodzilla (1994)


Godzilla kontra Kosmogodzilla

(1994) reż. Kensho Yamashita
Kolejny wspaniale brzmiący tytuł – „Godzilla kontra Kosmogodzilla”. Wraca konwencja potwora przybyłego z kosmosu, tym razem nikt go nie kontroluje. Kosmogodzilla powstał… no właśnie, po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, w której film podaje nam dwie możliwe genezy. Właściwie to nie różnią się aż tak bardzo, głównie formą dostarczenia komórek Godzilli w kosmos. Doręczycielem był albo Biollante, albo była nim Mothra. Już to nie do końca trzyma się kupy, bo Biollante w tej rzeczywistości mógł w ogóle nie powstać i prawdopodobnie tak właśnie było, zatem nikt nie mógł o nim nawet słyszeć.

W każdym razie komórki te trafiły do czarnej dziury i wyleciały białą. Czym są białe dziury? Właściwie niczym, raczej w ogóle nie istnieją albo istnieją jako swoisty „Wielki Wybuch” innego uniwersum. Czyli Biollante z poprzednio zarysowanej rzeczywistości przeniósł komórki tamtejszego „oryginalnego” Godzilli do nowej rzeczywistości przez czarną dziurę. I powstały w ten sposób Kosmogodzilla istniał od początku istnienia tego wszechświata? I dlaczego trafiło akurat na wszechświat stworzony przez alterację przeszłości, a nie na jakiś inny? Głowa zaczyna boleć? To nie wszystko.

Kosmogodzilla powstała w wyniku kontaktu z jakimiś kosmicznymi kryształami, które zdają się absorbować moc. Wszystko to wygląda na mocno inspirowane „Supermanem”. Troszkę mnie to dziwiło, bo nie mogłem sobie przypomnieć żadnego filmu z tym bohaterem zrealizowanego w okolicy 1994 roku, skąd zatem ta inspiracja? Jest spora szansa, że przyczyną mógł być serial „Nowe przygody Supermana”.

Genezę Kosmogodzilli przedstawia nam jakiś człowiek, ale mnie wciąż zastanawia – skąd on to wszystko niby wie? Akurat tego nie ma prawa wiedzieć absolutnie nikt, bo kto niby miałby być świadkiem podróży przez czarną dziurę?

Sam potwór zaś prezentuje się naprawdę nieźle. Wielkie kryształy i ostre rysy dodają mu „złowrogości”, w połączeniu z wydawanym rykiem i mocami, które pokazuje sprawia wrażenie demona z czeluści piekieł. Przypomina mi trochę Lavosa z Chrono Triggera. Sama fabuła zaś inne dzieło Akiry Toriyamy – Dragon Ball Z. Kosmiczny brat Goku tam, tu genetyczna, kosmiczna odmiana Godzilli, czyli „Spacegodzilla”. Tam porwanie Gohana, tu mamy porwanie syna Godzilli. Z tą różnicą, że w Dragon Ball Z wszystko miało swoje fabularne uzasadnienie, tutaj nie znajdziesz niczego podobnego.

Kosmogodzilla sieje niezłe zniszczenie i potrafi skutecznie bronić się nawet przed Godzillowym oddechem przy pomocy jakiegoś obronnego pola. No dobra, ale po co w ogóle Kosmogodzilla na Ziemię przybył? Oficjalnie, by walczyć z Godzillą. Po co? Nie wiadomo. Dlaczego po jednej walce oddala się zamiast dobić wroga? Nie wiadomo. To znaczy, możemy dopisać teorię – zabrakło mu mocy i musiał doładować kryształki. Osobiście w to nie wierzę.

Ludzkość też ma coś do powiedzenia. O dziwo, projekt Mechagodzilli nie został już wykorzystany, tym razem widzimy inną maszynę, zwaną „MOGERA” – czyli „Mobile Operation Godzilla Expert Robot Aero-type”. Podobno robot wystąpił już w innej, starutkiej produkcji Toho pt. „The Mysterians”.

MOGERA nie wygląda niestety tak imponująco, jak Mechagodzilla i nie działa też tak dobrze. O dziwo, nie wykorzystuje niektórych technologii wcześniej wykorzystywanych, w nowych zaś też nie bryluje. Ciekawą możliwością jest rozdzielenie się na dwa roboty i kopanie w ziemi. Gdy w jednej z walk robot dryluje sobie drogę – głównie po to, by zniszczyć źródło energii wroga – miałem wciąż nadzieję, że wyłoni się i wdryluje Kosmogodzilli prosto w zad. Nikt jednak nie wykorzystał tego pomysłu. Być może dlatego, że film zdaje się być kierowany do młodszego widza.

Dlaczego autorzy zdają się wciąż odchodzić w tym dość mizernym kierunku? Nie wiem. Syn Godzilli zmienił swój wygląd drastycznie, jest teraz strasznie komiksowy, infantylny i niebezpiecznie zaczął przypominać wizerunek Minyi. Godzillę próbuje się przerobić na potwora pozytywnego. Walczy w obronie swojego syna. Miki i część ludzi robi wszystko, by potwora jednak nie zabijać. Tworzą projekt kontroli nad Wielkim G przy pomocy nadajnika i telepatii (powstaje nawet „United Nations Center of Godzilla Control”). Pod koniec jasno daje się widzowi do zrozumienia, że ta kontrola nawet nie byłaby potrzebna. Król potworów nadal niszczy miasta, ale teraz mamy mu jednoznacznie kibicować. W sumie to w tym filmie po raz pierwszy w serii Heisei Godzilla staje się pełnoprawnym obrońcą ludzkości.

Zdaje się, że to właśnie te wydarzenia przepowiadały kosmoski w „Godzilla kontra Mothra”. Wyczuwam tu dwuletni cykl fabularny. Tak, jak „Godzilla kontra Mechagodzilla 2” nawiązywał bezpośrednio do „Godzilla kontra Król Ghidorah”, tak „Godzilla kontra Kosmogodzilla” nawiązuje bezpośrednio do „Godzilla kontra Mothra”. Ależ te tytuły niezwykle się komponują, gdy je umieścić w jednym zdaniu.

Wątek ludzki jest całkiem przyjazny. Wielka szkoda, że Miki ścięła włosy. I ku memu zdziwieniu, pojawił się wątek romantyczny z nią właśnie. To coś, czego do tej pory skutecznie unikano. Sama Miki pokazuje nową umiejętność – telekinezę. Dziwne, że nie wykazała się nią do tej pory ani razu, prawda? Cóż, znaleziono całkiem ciekawe wykorzystanie tej zdolności, więc nie mam powodów do narzekań.

A pamiętacie tego „so awesome” kolesia, który strzelił z rakietnicy prosto w paszczę Godzilli w „Godzilla kontra Biollante”? I wiecie, że walka ta nie mogła mieć miejsca w tej rzeczywistości, biorąc pod uwagę wydarzenia z „Godzilla kontra Król Ghidorah”? Cóż, scenarzyści postanowili mieć to głęboko. Pojawia się tu stary przyjaciel tegoż odważniaka i przez cały film chodzi opętany rządzą zemsty na potworze. Jest też siostra tegoż strzelca, która chce jego mściwemu przyjacielowi przemówić do rozumu. Ów przyjaciel również okazuje się być niezłym chojrakiem. Wątek całkiem ciekawy, gdy przymknąć oko na tę „drobną” nieścisłość w kontinuum czasoprzestrzennym.

Nazwałem go „chojrak”, bo rzeczywiście na takiego bardzo mocno jest kreowany. Zabija pająka nożem na plecach jednego z bohaterów. Samodzielnie urządza partyzancką bitwę z Godzillą. Całkiem sensownie pomyślaną muszę przyznać, może poza jednym elementem. Montuje miny z farbą na plaży – żeby wstrzymać na chwilę stwora i przy okazji by widzieć i wiedzieć, że jest on już na miejscu. Już w pierwszym filmie z serii znaleźli lepszy sposób na polowanie – licznik Geigera i przeczesywanie podejrzanych okolicznych wód. Kreowanie chojraka odbywa się także przez masę palonych przez niego papierosów. Oglądania jego gołej dupy mogli mi oszczędzić. Męska dupa to jest, ale żeby kobiece cycki gdzieś dołożyć, to nieee, po co, na co? Chyba, że liczyć uwięzioną Miki za element fetyszu BDSM. Nawet syn Godzilli domaga się cycków wyciągając wciąż łapki do przodu i zaciskając znacząco.

A propos - zacytuję japoński oryginalny tekst skierowany do naszej telepatki: „Godzilla deska?”. No, mi wygląda na rozmiar 75A. Podawany w metrach oczywiście.

Przykro to mówić, ale na tle serii efekty w tym filmie wyglądają gorzej. O kiepskim designie Baby już wspominałem. Godzilla ma w dwóch ujęciach wyraźnie zniszczoną końcówkę ogona. Większość ujęć oglądamy z dużych odległości, gdzie wszystko z reguły przesłania chmura dymu albo z dziwnej bliskości. Odnoszę wrażenie, że kilka ujęć Godzilli powtarza się na przestrzeni filmów. Scenka przelatującego Kosmogodzillowego cielska wykorzystywana jest wielokrotnie. Tak, na tyle, by podirytować nie tylko moje oko. Ludzie w stacji kosmicznej poruszają się przerażająco sztucznie. Kilka nałożonych scenek również razi. Dobrze, że makiety są wciąż szczegółowo i dobrze zrobione.


Wysoce naciąganą wydaje mi się obecność kosmosek w tym filmie. Rzekomo Mothra podróżując przez kosmos, „rozsiewa” małe Mothry, dzięki którym może komunikować się z Ziemią. Z niezłą prędkością muszą się one poruszać, bo komunikacja z Miki jest niezwykle szybka. Po co Mothra wciąż leci w dalszą podróż, skoro powinna pilnować Ziemi? Heh, najwidoczniej Kosmogodzilla nie była największym zagrożeniem, jakie czyha na nas. Niemniej jednak same kosmoski twierdzą, że jeśli Godzilla zginie, to nie będzie już miał kto uratować naszej planety i wszyscy zginą. To może jednak, kurna, warto zająć się w pierwszej kolejności zagrożeniem aktualnym, a nie uciekać w kosmos? A może Mothra wie, jakim strasznym lamuchem jest i że w walce z Kosmogodzillą szans nie ma najmniejszych?

NASA po stracie stacji kosmicznej nie podejrzewa ani żadnej awarii urządzeń pokładowych, ani żadnego innego asteroidu, meteoru czy innego kosmicznego śmiecia, nieeee. Pierwsze ich podejrzenie to „some huge monster”. Do tego stopnia jest już psychicznie zniszczony ten świat.

Warstwa dźwiękowa prezentuje się bardzo fajnie. Nie zrezygnowano z klasycznych motywów, ale i dołożono ciekawe i oryginalne kawałki. Brzmi to trochę, jak wyjęte z jakiegoś starego jRPG. Zarówno melodia, jak i końcowy kawałek z wokalem są dobre i dla ucha przyjemnymi uznane być mogą, zaiste.

Niewątpliwie najmocniejszym punktem tego filmu jest zwiększenie znaczenia strategii w podejściu do walki. Zarówno tej między ludźmi (właściwie to jednym człowiekiem), a Godzillą, jak i tej między wszystkimi, a Kosmogodzillą. Walki wyglądają ok, wizualnie już ten film emocji nie budził. Za to wątki ludzkie są ciekawe. Romans Miki, choć niezbyt rozbudowany, to rozegrany fajnie. W finale nie mamy żadnego wielkiego pocałunku ani nie wiadomo czego, ale jedynie prosty gest złapania za rękę podczas spaceru. Podobał mi się niejednoznaczny Yuki-san (czyt. chojrak), który jest postacią pozytywną, ale jego obsesja na punkcie zabicia Godzilli potrafi przysporzyć naszym bohaterom kłopotów. Podobały mi się drobne wstawki z życia cywilów tuż przed atakiem kosmicznego potwora. Były nie tylko zabawne, ale i umiejętnie podkreślały specyfikę mocy Kosmogodzilli. Ach, no i jest przełożony chojraka, stroi niezapomniane miny. Przypomina mi on nieco Maurice’a z „Przystanku Alaska”.

Nie jest aż tak źle, ale na pewno wiele brakuje do poprzednich odsłon. Wydarzenia rozsiane są zdecydowanie rzadziej, po półgodzinie miałem wrażenie, że oprócz celowania do Godzilli nie wydarzyło się absolutnie nic. Jeśli chodzi o przekaz, to tradycyjnie już dopisany jest na końcu i brzmi na mocno wymuszony, o … śmieceniu przestrzeni kosmicznej. Tak, na pewno wszyscy mamy na to wpływ i nam się ta nauczka należy. Tym bardziej, że w filmie to potwory przyczyniły się do „zaśmiecenia” kosmosu komórkami Godzilli i powstania Kosmogodzilli, więc wytłumaczy mi ktoś, proszę, jakim sposobem tyczy się to ludzkich działań?

Ponadto myślę, że sam syn Godzilli powstał po to, by już w poprzednim filmie autorzy mogli ubić Króla Potworów i zostawić jakąś spuściznę. Cóż, ani w poprzednim filmie, ani w tym Godzilla nie ginie, ale następny film będzie ostatnim z serii Heisei. I za kamerę wracają starzy znajomi…

Ocena: 4/10


5 komentarzy:

  1. Mogera to porażka, ba! jest nawet gorszy od swojego pierwowzoru z "Mysterians". Synek zaś to już jak splunięcie widzom w twarz. Albo się robi film dla dzieci, albo dla dorosłych...

    Sceny się powtarzają, nawet chyba bitwa morska jest zmontowana ze starszych ujęć, bo spieprzyli tę którą kręcili specjalnie do tego filmu.

    No i widzisz, nawet Miki polubiłeś wreszcie ;P

    A na następny seans pamiętaj dużo chusteczek sobie przygotować. Końcówka to prawdziwy wyciskacz łez.

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Bombo, zawsze wolałem Twoje pierdy od całej masy cichaczy, które puszcza tak wielu :)

      Usuń
  3. Mi tam nie przeszkadzał mały syn godzilli,kosmogodzilla jest kozacki,M.O.G.E.R.A mi się bardzo podobała, jeden z fajniejszych filmów z królem potworów

    OdpowiedzUsuń
  4. 55 year old Help Desk Operator Benetta Nevin, hailing from Madoc enjoys watching movies like Doppelganger and Sculling. Took a trip to The Sundarbans and drives a Allroad. Spojrz na to

    OdpowiedzUsuń