12 kwietnia 2014

Godzilla kontra Biollante (1989)


Godzilla kontra Biollante

(1989) reż. Kazuki Omori
Minęło 5 lat zanim studio Toho odważyło się na realizację kolejnego filmu z Godzillą w roli głównej. Najwidoczniej nikt nie miał pomysłu na fabułę, bo po raz kolejny zorganizowano konkurs na scenariusz. Zwycięski tekst i tak został przerobiony (przepraszam, "poddany koniecznym przeróbkom") zanim został zrealizowany. Mając w pamięci porażkę Jet Jaguara i całego filmu „Godzilla kontra Megalon” byłem zrażony do tego typu pomysłów. „Godzilla kontra Biollante” udowadnia jednak, że czasami amatorzy fani potrafią mieć ciekawe, ale i dość odjechane pomysły. Jednak, jak wiemy, dobry pomysł nie zawsze przekłada się na dobrą realizację. Jak będzie tym razem?

Akcja zaczyna się zaraz po wydarzeniach znanych nam z poprzedniego filmu. Tokio w zgliszczach, a naukowcom udaje się odnaleźć kawałki ciała Godzilli. Te okazują się bardzo cennym materiałem do dalszych badań genetycznych. Reszty zapewne się domyślacie.

Przesłanie skierowane przeciwko zaawansowanym badaniom genetycznym nie trzyma się kupy. Z jednej strony wciąż przedstawiane jest jako coś złego, czego powinno się zaprzestać. Tymczasem w rzeczywistości widzimy przerażające skutki tych badań, ale i zbawienne dla ludzkości. Czyli – nie podejmujmy się badań, dajmy się zabić.

Wstęp nastraja wyjątkowo dobrze. Oprócz akcji, która zaczyna się od samego początku (przypomnienie destrukcji Tokio, walka o materiał genetyczny potwora) pozytywnie nastraja także muzyka. Rockowa wariacja na temat dobrze znanych Godzillowych motywów to jest coś, czego się nie spodziewałem. I zostałem mile zaskoczony. Ku mojemu zdumieniu wraca także „wesoła” melodia znana jeszcze z pierwszego filmu (ta „pasująca” do detonacji min głębinowych).


Jedno staje się jasne – poprzednia odsłona wbrew temu, co twierdziłem w swoim poprzednim tekście, jest jednak rebootem przekreślającym wszystko oprócz pierwszej części. „Godzilla kontratakuje” nie mogło mieć miejsca, gdyż widzimy tu sceny z Osaki, gdzie słynna pagoda stoi nienaruszona. Oczywiście mogła być odbudowana, ale stawiam jednak w tej chwili na to, że walka z Angilasem jednak nie miała miejsca w tym uniwersum. Z kolei akcja „Godzilla kontra Biollante” ma miejsce głównie w 5 lat po wydarzeniach z „Godzilli”, czyli idealnie zbieżnie z czasem realizacji filmów. Ach, no i nie liczcie, że wyżej wspominana pagoda zostanie zdewastowana – nic z tego tym razem.

Aktorstwo jest niestety na dość niskim poziomie. O ile japońskie kwestie przechodzą bezboleśnie, tak angielskie wołają o pomstę do nieba. Napisy mam w języku angielskim i w trakcie, gdy postaci po angielsku mówiły, napisów nie było. A żeby ich słowa zrozumieć trzeba było mieć nieraz naprawdę wiele wyobraźni.

Zresztą cała ta międzynarodowa intryga wydała mi się zbędna, dodana na siłę. A może po prostu nie poświęcono temu wątkowi odpowiedniej uwagi. Snuje się on tam gdzieś w tle, czasem odrobinę posunie się do przodu, by w finale nawet ciekawie się zakończyć. Szkoda, że widz zostaje z wrażeniem, że ten motyw był zupełnie zbędny. Wielka szkoda, przecież w „Godzilli” z 1984 polityczne rozgrywki były rzeczywiście ciekawe.

Motyw miłości, tęsknoty, próba wplecenia w to nieco ciekawszych wątków ludzkich niestety także skazana została na porażkę. Coś się tam pojawia, ale przedstawiane jest w taki sposób, że widz kompletnie nie przywiązuje się do postaci, nie kibicuje jakiemuś rozwiązaniu, stoi gdzieś obok tego wszystkiego. Znacznie bardziej byłem zainteresowany wątkami z „Terroru Mechagodzilli”, które także potraktowane nieco niechlujnie, ale przynajmniej zaciekawiały.

Gwoździem do trumny - jak dla mnie - była postać wizjonerki z mocami paranormalnymi. Z tą trumną może trochę przesadziłem, na papierze musiało to wyglądać ciekawie. Gdy teraz o tym myślę, to pomysł brzmi całkiem nieźle - jest szansa na zbliżenie się do „Dragonballowego feelingu” – ki przeciw potworom, żywe opisywanie i komentowanie walk przybliżanych tym sposobem widzowi. W praktyce w tę postać w ogóle nie uwierzyłem. Trzeba to przyznać – powstała tylko po to, by tłumaczyć widzowi co się tak naprawdę dzieje, by wątki ludzkie ściślej powiązać z potwornymi. W rezultacie mamy postać irytującą swoim mistycyzmem i przekonaniem o swojej nieomylności.


Wątek badania naukowego Godzilli jako ciekawego zwierzęcia, badania właściwości pochłaniania radioaktywności nie jest wcale taki nowy. Pomysł powstał już w pierwszym filmie z cyklu, gdzie naukowcy stanęli przed dylematem unicestwienia stwora lub badania go dla dobra ludzkości. Tu wątek ten jest nareszcie należycie rozwinięty. To jedyne, co w wydarzeniach „ludzkich” mnie zainteresowało. Ach, no i był żołnierz, któremu udało się strzelić z rakietnicy prosto w paszczę Godzilli – so awesome.

Ciekawe jest także to, że tym razem Godzilla nie przychodzi ot tak sobie. Uwolnienie potwora to element szantażu i to człowiek jest bezpośrednio winny.

A jak spisały się potwory? Kostium G (bo i tak nazywany tu bywa Godzilla) uległ drastycznym zmianom. Przede wszystkim – pozbył się zeza (za to dorobiła się go nasza mistyczka). Zębiska wciąż ma wysunięte, ale nie wygląda to już tak idiotycznie. Dorobił się wyrośniętych mięśni barków, sprawia wrażenie jakbyśmy mieli do czynienia z bardziej przykoksowaną wersją potwora z poprzedniego filmu. Troszkę to kontrastuje z przypomnieniami pokazywanymi na początku, jednak sceny są od siebie dość odległe, widz ma prawo nie zauważyć.

Do niektórych scen musieli zbudować sporej wielkości basen albo kręcić nad jakimś jeziorem lub morzem. Sceny demolki wyglądają fachowo. Nie ma tu już takiej rewolucji, jak między serią Showa, a obecnie opisywaną, ale widać stopniowy progres.

I choć potwory wyglądają nieźle, to ich pierwsze starcie następuje już gdzieś w połowie filmu, jest krótkie i kończy się dość jednoznacznie. Dalsze zmagania z Godzillą są nawet ciekawe. Ludzie wykorzystują wszystkie znane im sposoby na zabicie potwora, łącznie z tymi wyciągniętymi nagle z dupy po godzinie seansu. Mam tu na myśli generator pogody z „kierunkowym wystrzeliwaczem” piorunów. I jakoś nikt nie wpada na to, by spróbować metod używanych pięć lat wcześniej. Dodajmy, że sprawdzonych i skutecznych metod. Wprawdzie pojawia się udoskonalony Super-X (nazwany jakże kreatywnie – Super-X 2), próbuje odbić oddech G z powrotem do nadawcy. Ale żeby użyć tych samych pocisków, co ostatnio albo zagrać dziwną wersję nawoływania ptaków, to nie – po co?

Zaś finałowa potyczka pojawia się tak głęboko z dupy, jak to możliwe. Uwaga, spoiler będzie. Otóż Godzilla w finale walczy ponownie z Biollante, którego spalił żywcem wcześniej. Jakim cudem Biollante wraca? Jako niebiański pyłek przylatuje z nieba, materializuje się w postaci dziwnej, przerośniętej rosiczki po czym ulatnia się tym samym sposobem. Czy ma to jakieś uzasadnienie? Bardzo nikłe. Sami autorzy nie mogą się zdecydować czy szukać genezy Biollante w nauce czy w mitologii, korzystają z każdego po trochu. I po całej tej walce Godzilla i tak przeżywa, odchodzi do morza. I to ma być sukces?

Nawet ciekaw jestem czy słabość w postaci podgrzewania temperatury ciała potwora, by uaktywnić zaszczepione bakterie będzie jeszcze wykorzystywana. Albo czy przebite na wylot łapsko będzie nadal ranne i nie do końca sprawne. Co ja gadam, kto by się takimi detalami w takich filmach przejmował, prawda?

Ostatecznie dostałem zestaw nudnych wątków ludzkich z małym, niezbyt przejmującym twistem na koniec. Dostałem też wątek polityczno-szpiegowski, mało ciekawy i w niewielkich ilościach podawany (do polityki z poprzedniego filmu bardzo daleko). Na pseudoliryczne frazesy prawione na koniec nie dałem się nabrać. Oczywiście jest i mięsko główne, czyli świetnie zrealizowane potwory, ich walka i ogólna demolka. Muzyka będąca miksem nowego ze starym sprawdza się wyśmienicie. Choć zadziwił mnie odgłos uderzenia człowieka ciężkim przedmiotem w głowę – BOINK! Co to, film animowany?

Wizualnie spektakl, ale scen ze stworami było jakby mniej, co przy mało porywających ludzkich wątkach sprawiało, że tę godzinę i czterdzieści minut z hakiem odczułem znacznie bardziej. Na powiekach. Hak w powieki – BOINK!

Ocena: 4/10

P.S. Mały cytat na koniec:
„Wyglądasz jak Batman”.

1 komentarz:

  1. Kostium jest zajebisty, a widziałeś jak się choreografia poprawiła?

    Do wszystkich scen w wodzie jeśli się nie mylę używano tego samego basenu.

    OdpowiedzUsuń