6 kwietnia 2014

Godzilla (1984)


Godzilla

(1984) reż. Koji Hashimoto , R.J. Kizer
Na trzydziestolecie serii Toho wraca do Godzilli. Film nazywany był różnie, różniście, a to „Powrót Godzilli”, a to „Godzilla 1985” (bo w USA ukazał się nieco później, głównie dlatego że tradycyjnie musieli dorobić swoje dokrętki), dodawano podtytuł „The Legend is reborn”. Dlaczego? Oryginalny tytuł brzmi po prostu „Gojira”, czyli „Godzilla” i już, po co to zmieniać i mieszać? Chyba mam odpowiedź na to pytanie.

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście chęć odróżnienia pierwszego filmu od najnowszej odsłony.

Spodziewałem się, że pierwszy film serii zwanej jako „Heisei” będzie rebootem całej serii, ale nie do końca tak jest. Otóż jest to reboot, ale przekreślający wszystko, co wydarzyło się po „Godzilla kontratakuje”. Wielu twierdzi, że i ten kontratak także jest skreślony, ale mamy tu drobne przesłanki świadczące o tym, że jest inaczej. Wracając do tytułu – zapewne nikt nie chciał wprowadzać widza w błąd. Ja też dałem się wymanewrować, a gdybym miał wybierać najlepszą opcję, wybrałbym jednak „Powrót Godzilli”. Był kontratak, był rewanż, ale powrotu jeszcze nie było.

Dlaczego uważam, że „Godzilla” z 1984 roku to „trójka”? Po pierwsze – Godzilla zostaje uwolniony przez wybuch wulkanu. Jak i gdzie został uwięziony? Patrz: finał części drugiej. Ponadto w mieszkaniach widzimy w tle miniaturowy szkielet tyranozaura, który jest oczkiem puszczonym do widza. Nieco później widzimy szkielet stegozaura albo inne ustrojstwo będące inspiracją dla Angilasa, znanego nam z „dwójki”. Gdyby fabuła miała miejsce po wydarzeniach znanych z „jedynki”, z pewnością musiałoby paść nieco więcej pytań związanych z jej zakończeniem.


Fabuła kręci się tutaj bardzo ciasno wokół Godzilli, rzadko zbaczając w kierunku czegoś na kształt romansu. Nawet wątki polityczne wyraźnie i nierozerwalnie związane są z Godzillą.

Przesłanie filmu nawiązuje do pierwszej odsłony, ale umieszczone zostaje w zupełnie innym kontekście. „Król potworów” ukazał się w okresie, w którym kurz jeszcze na dobre nie opadł po wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a strach Japończyków przed bombą atomową był wciąż aktualny i żywy. „Godzilla” z 1984 umaczany jest zaś w sosie zimnej wojny, staje się personifikacją bomby atomowej, która wybucha w obliczu tak napiętej sytuacji międzynarodowej. Prawdziwy wybuch atomowy też będziemy mogli tu zobaczyć.

Tak silne skupianie się na głównym wątku mimo wszystko nie nudzi przez godzinę i czterdzieści minut. Na początku mamy nawet nieźle budowane napięcie zepsute tylko przez dość szczegółową fotkę potwora. Gdybyśmy na samym początku zobaczyli jedynie ów sfotografowany cień, byłoby znacznie ciekawiej. Kiedy potwór się już pojawia, zajmuje większość czasu ekranowego. I większą część ekranu także. Nic dziwnego, naukowcy szacują jego długość na około 80 metrów.

Kostium i model Godzilli w porównaniu do poprzednich odsłon wygląda po prostu rewelacyjnie i zjawiskowo, co autorzy zdają się wiedzieć doskonale. Nie boją się zbliżeń, dalszych planów i pokazywania potwora pod każdym możliwym kątem. Owszem, oczy wciąż ma komiksowe, kły wampirze, niektóre ujęcia wyszły dość dziwnie, na innych widać perfidnego zeza rozbieżnego, ale ogólnego wizerunku to nie psuje. Potwór porusza wargami, rozwiera gębę, mruga, węszy, ma cały zestaw skomplikowanych ruchów. Porusza się dość ciekawie, choć nieraz widoczne jest nienaturalne gibanie się głowy na boki. Muszę przyznać, że szczegółowość modeli i kostiumów zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie spodziewałem się, że tą techniką można osiągnąć tak dobry efekt. Wciąż podoba mi się to bardziej niż efekty generowane komputerowo.


Zainwestowano tym razem w rzeczywisty sprzęt, a na ekranie można zobaczyć sporą liczbę statystów. Wartość produkcyjna tego filmu stanęła na znacznie wyższym poziomie niż poprzednie odsłony.

Podrasowano także ryk Godzilli, którego brzmienie nadal przypomina oryginał, ale jest nieco inne, jakby bardziej basowe i bliższe rzeczywistości. Muzyka ogólnie sprawia pozytywne wrażenie, choć czuć lata osiemdziesiąte (za którymi nie przepadam). A melodia towarzysząca pojawianiu się broni „Super X” (ależ kreatywnie nazwana, prawda? Cóż, naukowcy to nie poeci) ma fragment łudząco przypominający muzykę z „Gwiezdnych wojen”. To dość ciekawe porównanie, szczególnie w kontekście bezpośrednich nawiązań do amerykańskiego SDI, znanego także właśnie jako projekt „Gwiezdne wojny”.

„Godzilla” zdecydowanie nie jest filmem kierowanym do najmłodszych, jak to miało miejsce niegdyś. Te dzieci, które fascynowały się serią w latach siedemdziesiątych są już nastolatkami albo dorosłymi, zaś fani pierwszych odsłon to już stare pryki. Wiadomo było, że to właśnie oni w pierwszej kolejności popędzą do kin i to jest film dla nich.

Już na początku widzimy kilka makabrycznych scen i jakiegoś przerośniętego potworka inspirowanego chyba serią o Obcym. Pierwotnie myślałem, że to „Syn Godzilli” (wciąż ładniejszy od Minyi), ale później dowiedziałem się, że to tylko jakaś przerośnięta pijawka (właściwie to Caligdae, cokolwiek to jest - przyp. red.), która zmutowała pod wpływem promieniowania Godzilli. Ludzie giną. Krew już nie sika, ale się pojawia. Co ciekawe, Godzilla w pewnym momencie „krwawi” żółtą cieczą z pyska. Dziwne, kiedyś zwykł sikać krwią.

Potwór nie jest już obrońcą ludzkości, ponownie jest niszczycielem i tym razem jedynym jego przeciwnikiem są ludzie. Na początku jeszcze jest to tylko dziwne zwierzę, które szuka źródeł pożywienia. A że żywi się radioaktywnością… cóż, gdzie znajdzie jej więcej niż u ludzi? Zjada atomową łódź podwodną, podjada w elektrowni i … odchodzi w pogoni za ptaszkami. Zupełnie, jak małe dziecko krzyczące „Oooo, motylek”. Do tego wydarzenia dorobiono nawet jakieś uzasadnienie i wyciągnięto wnioski, ale motyw z magnetyzmem wyglądał na naciągany. Do pewnego momentu zatem mamy wielkiego zwierzaka, a później… Godzilla postanawia zaatakować Tokio. Dlaczego? Nie dostajemy odpowiedzi, ot po prostu, dla zabawy chyba. Co ciekawe, na miejscu wszelkie zniszczenia budynków wychodzą mu zawsze przypadkowo.

Wątek ludzki jakiś tam się zawiązuje. Mamy dziennikarza, który próbuje ujawnić powrót Godzilli (a gdy mu się udaje, dwójka postaci obraża się na niego nie do końca wiadomo z jakiego powodu – ot, nawiązanie do stereotypu złego pracoholika - dziennikarza). Mamy ocalałego świadka powrotu Godzilli i jego siostrę żyjącą w nieświadomości o „ocalałości” swojego brata. Hmm, czy kogoś, kto wiele przeżył można nazwać przeżytkiem? Mamy też przywódców Japonii, USA i Rosji, wszystkich w rozterce i z kwaśnymi minami. Znalazło się nawet miejsce na mały wątek humorystyczny. Jest to dość luźne zbiorowisko okołogodzillowych wydarzeń, czasem udowadniających ludzką głupotę, innym razem mądrość i podskórne dążenie do pokoju na świecie.


Masy ludzkie są zaś głupie doszczętnie. Przy zarządzeniu ewakuacji miasta i ew. ukrywaniu się w podziemiach metra większość mimo wszystko woli wyjść i popatrzeć na walkę Super X z Godzillą. W każdej chwili potwór może ich zabić albo zabić może ich bomba atomowa, ale co tam, chodźmy zobaczyć Godzillę. A potem zdziwienie, panika i śmierć.

Zdziwiła mnie scena, w której helikopter ratuje z walącego się budynku dwie osoby, a dwie zostawia na pastwę losu i odlatuje. Możemy się domyślać, że może było za mało miejsca, może było to zbyt niebezpieczne, ale gotowego wyjaśnienia nie zobaczymy.

Głupoty nie ustrzegł się także potwór, którego zwierzęce zachowania jestem w stanie zrozumieć, ale pędzenie za odgłosami ptaków niczym ćma do światła jest już przesadą. Godzilla nie patrzy dokąd idzie, co stoi na drodze, czy grozi mu tam jakieś niebezpieczeństwo, zero instynktu samozachowawczego, po prostu „ptaaaaaszki”. Tak za ptaszkami gania, może jednak Godzilla to kobieta?

Muszę uznać reboot serii za udany, ale niestety głównie wizualnie. Wątki polityczne były nawet ciekawe. Miałem wrażenie, że cały film to ciągłe „O rany, o jeju, Godzilla nadchodzi, ooooo, nadszedł, zróbmy coś”. Ogląda się dobrze, wszystkie składniki są na miejscu, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś specjalnie zaintrygowany czy zainteresowany czymś ponad oprawę wizualną. Na koniec dostajemy tylko smutną piosenkę śpiewaną wyjątkowo po angielsku „Goodbye now Godzilla, Goodbye now, until then…”.

Ocena: 5+/10

2 komentarze:

  1. A mi się zdaje, ze szkielet stegozaura jeszcze w pierwszym Godzilli się pojawiał - inspiracja grzebieniem właśnie. Zaś Angilas miał jedynie odpowiednika w książce polskiego paleontologa, na którą powołał się dr Yamane. Ale nie upieram się, bo już słabo pamiętam.

    Haha, też zauważyłeś zeza :D

    Co do jego ruchów, moim zdaniem wyszło cholernie sztucznie i topornie. Waga kostiumu wzrosła do ponad 100 kg. Późniejsze też tyle ważyły, ale chyba zastosowano parę technicznych udogodnień, wykorzystując doświadczenia z tego filmu. No i aktor Kenpachiro Satsuma nie miał jeszcze wyrobionego swojego stylu.

    Z tym helikopterem to żenada, najpierw rzucili im człowieka na linie, zamiast samej liny marnując czas. Było trochę takich głupot, ale da się przełknąć, ja w każdym razie zdążyłem już zapomnieć, zachowując raczej dobre wspomnienia.

    To jeden z niewielu filmów, w których Godzilla jest ucieleśnieniem zła (czy też uosobieniem mrocznej ludzkiej natury), potem już na ogół odstawia role antybohatera.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak ja uwielbiam Godzilla (1984),ten wygląd godzilli jest świetny! Genialna fabuła i bardzo ciekawa,normalnie świetny film,zwłaszcza dla fana filmu z 1954 roku

    OdpowiedzUsuń