Daję nam rok
(2013) reż. Dan Mazer

Bardzo zdziwiłem się, że na seansie na początku byłem tylko ja i moja dziewczyna, która chyba w akcie zemsty za „Szklaną Pułapkę 5” wyciągnęła mnie do kina na to arcydzieło. W końcu pojawiło się kilka osób więcej, odetchnąłem z ulgą. Wiadomo, że komedie dobrze ogląda się w kinie ze względu na instynkt stadny, który tak uparcie próbują wciąż wykorzystywać sitcomy. O ile martwego śmiechu z TV nie cierpię, tak o sile naturalnego stadnego rżenia w kinie przypomniał mi niedawno „Swing”. Jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka tym razem.
Zaczyna się idyllicznie, nasi bohaterowie zakochują się, biorą ślub. I już tutaj pojawia się pierwszy piasek w zębach. Ksiądz w decydującym momencie zaczyna kaszleć, wręcz dusić się. Troszkę zastanawiałem się do czego to ma prowadzić, czy to ma być jakiś „zły znak” czy element humorystyczny. Nie wiem, ale miałem tego dość po pierwszych kilku kaszlnięciach, a tu końca nie widać. Może powinienem teraz leżeć w spazmach śmiechu, a film czeka aż się podniosę z podłogi? Gdyby tak było, to z pewnością udusiłbym się ze śmiechu już po wyjściu z domu i zobaczeniu pierwszej chmurki na niebie. Zatem wychodzi na to, że scena była właściwie bez sensu. A co dalej? Tak, dalej można śmiało powiedzieć, że film trzyma równy poziom.
Większość humoru polega na czymś, czego nie cierpię, a mianowicie na stawianiu bohaterów w niezręcznych sytuacjach. Widząc takie sytuacje, sam czuję się niezręcznie, odruchowo zasłaniam oczy jakbym był zmuszany do oglądania czegoś obrzydliwego. A tutaj na takim humorze zbudowane jest praktycznie wszystko. Ciekawym pomysłem było za to pojawienie się postaci, która KAŻDYM jednym zdaniem, w każdej wypowiedzi stawia się w niezręcznej sytuacji i do tego nic sobie z tego nie robi.
Gdy nie ma się pomysłu na dobry humor sytuacyjny, na jakąś komedię omyłek, dowcip słowny czy właściwie jakikolwiek dowcip, wówczas najłatwiej wrzucić przekleństwo, pokazać jak ktoś sra albo pożartować z seksu. To ostatnie może być jeszcze zabawne, gdy wykonane z wyczuciem. Film „Daję nam rok” robi to z ogromnym wyczuciem. Na przykład dobudowuje osobną scenę, w której powinniśmy się śmiać widząc na ekranie gołego fiuta w kontekście seksualnym. Jakbym chciał obejrzeć pornola, to zostałbym w domu. Większość filmu oglądałem trzymając się za głowę albo zasłaniając jedno oko.
Muszę oddać jednak nieco sprawiedliwości – ze dwa żarty im się naprawdę udały. Ponadto zakończenie w ciekawy sposób nawiązuje do klasyki komedii romantycznych jednocześnie nieco się z niej wyśmiewając. Motyw ten bardzo by mi się spodobał, gdyby nie to, że kibicowałem innemu rozwiązaniu „intrygi”.
Jeżeli lubisz komedie w stylu „American Pie” (którego nie widziałem nigdy w całości; zacząłem oglądać w telewizji i na szczęście mogłem przełączyć kanał po obejrzeniu pierwszej sceny), to film „Daję nam rok” może Ci się bardzo spodobać. W przeciwnym przypadku unikaj jak ognia. Główni bohaterowie nieciekawi, nijacy i przyćmieni przez kilka postaci drugoplanowych, niskopoziomowy humor, przewidywalna fabuła, dwa dobre żarty i zakończenie z pomysłem, choć też niezbyt wybitnym. Mam dla was dobrą radę: nie oglądać przed wypiciem paru głębszych, a najlepiej nie oglądać wcale.
Ocena: 3/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz