Gladiator (2000) - ocena 6/10
reżyseria: Ridley Scott
To nawet nie kwestia wygórowanych oczekiwań, jakie miałem pamiętając cały szum medialny i zalew nagród, jakie ten film zdobył. Historia jest napisana sprawnie, odegrana na naprawdę wysokim poziomie, a oglądając ten film dwie i pół godziny zleciało nie wiadomo kiedy. Jednak samą przyjemność z oglądania mocno zepsuło kilka elementów. Przede wszystkim patos - okropny, powtarzający się do zrzygania patos podany w stylu amerykańskim. Patos jeszcze bym zniósł tak, jak zniosłem go w "Liście Schindlera" gdyby opowiadana historia była wiarygodna. Niestety nie jest. Walki pokazane są w sposób rwany i chaotyczny. Przeciwko chaosowi na polu bitwy nic nie mam, ale przeciwko chaosowi na planie filmowym już tak. Montażysta musiał się najwidoczniej sporo napocić by ukryć niewiarygodnie wyglądające potyczki lub tygrysa-maskotkę. Podsumowując - jest to film jednak powyżej średniej, ciekawe kino rozrywkowe i hit sezonu, ale na pewno nie hit wszechczasów czy wielkie dzieło. Widziałem lepsze filmy Ridleya Scotta.
Dziennik cwaniaczka (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Thor Freudenthal
Film przyjemny, choć żarty podkreślające zażenowanie głównego bohatera lub robiące z niego pośmiewisko w jakimkolwiek stopniu nigdy mnie nie bawiły, a wręcz uważałem je za irytujące. Mimo to tutaj są one jeszcze do przełknięcia. Udaje się uniknąć pewnych schematów. Spodobała mi się również formuła wstawek rysowanych. W wolnej chwili można obejrzeć z uśmiechem na ustach.
Dziennik cwaniaczka 2 (2011) - ocena 6/10
reżyseria: David Bowers
Szybko nakręcili drugą część, prawda? I bardzo dobrze, niech kręcą póki im się dzieciaki nie zestarzały. Fabularnie jest lepiej niż w jedynce, jednak niektóre żarty i sytuacje wydają się mniej wiarygodne i bardziej irytujące niż w poprzedniej części. Jeżeli przy filmach pokroju "American Pie" zaśmiewacie się do łez albo po prostu nie irytuje was stawianie bohatera w żenujących i ośmieszających go sytuacjach, to pewno i tu wam to nie przeszkodzi. Wówczas możecie do oceny dodać jedno oczko i uznać dwójkę ze lepszą od jedynki. Formuła się sprawdza i z przyjemnością obejrzę trzecią część, gdy ta powstanie.
Dziewczyna z sąsiedztwa (2007) - ocena 4/10
reżyseria: Gregory Wilson
Gwoli ścisłości - chodzi o dramat z 2007 roku, a nie o komedię romantyczną z 2004 o tym samym tytule. Historia oparta rzekomo na prawdziwych wydarzeniach, w rzeczywistości jedynie inspirowana tymi wydarzeniami. I tam, gdzie inspiracja jest prawdziwa, tam film jakoś się broni. Z kolei tam, gdzie autorzy wprowadzają swoje zmiany i poprawki - robi się z tego bujda na resorach. Główny bohater i dziewczyna z sąsiedztwa są wybielani do tego stopnia, że traci to na wiarygodności. Wkradający się patos i umoralnianie w amerykańskim stylu również mocno psuje jego wydźwięk. Pod koniec filmu miałem już dość papierowych postaci. Film próbował może zaszokować, może pociągnąć się na znanej z pierwszych stron gazet historii. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że robi to od linijki z napisem "made in USA" z dopiskiem drobnym drukiem "class B". Jeżeli chcecie obejrzeć coś w tym klimacie, coś sensownego i dobrze skrojonego, gorąco polecam grecki "Kieł", a "Dziewczynę z sąsiedztwa" można sobie darować.
La Strada (1954) - ocena 7/10
reżyseria: Federico Fellini
Podobno uznany za największe dzieło Felliniego, zatem wstyd się przyznać, że dopiero teraz się za nie zabrałem. Film, muszę to przyznać, ma swój urok. Postaci Gelsominy i Zampano na długo pozostają w pamięci. Wprawdzie nie ujął mnie niczym konkretnym, nie ma tu fajerwerków ani wielkiej głębi czy poezji kina. I nie mogę niestety nazwać tego filmu arcydziełem - po prostu nie jest AŻ TAK ciekawy i ujmujący. Co interesujące, przeszukując tytuł filmu lub imię Gelsominy w Internecie można trafić na organizacje przeciwko przemocy wobec kobiet. What? To nie jest film o przemocy wobec kobiet! To film o miłości i braku umiejętności wyrażenia jej, a może i uzmysłowienia sobie jej. To też film o samotności we dwoje. Czuć tutaj również echo "Lorda Jima", co jasno sugeruje wspomnienie postaci Rosy. Za dużo już napisałem. Obejrzyjcie ten film.
Kod nieśmiertelności (2011) - ocena 5/10
reżyseria: Duncan Jones
Zaczyna się intrygująco, a kończy jak zwykle. Historia i emocje odczuwane podczas seansu może i byłyby prawdziwe, gdyby nie fabuła, która próbując wytłumaczyć samą siebie traci na wiarygodności. W tym momencie przestałem godzić się na umowności, które np. w takim "Wanted - Ścigani" łyknąłem bez popitki i po prostu wydałemz siebie jakże znaczący odgłos - "Pfffff!" (uważając tylko, by nie opluć telewizora). Nie wierzę w takie cuda wianki, zakończenie (a przez to i cała opowieść) jest naciągane do bólu. Aż 5, bo jednak ma dobry początek, dobrze poprowadzoną akcję i jeżeli ktoś mimo wszystko uwierzy, to będzie to dlań przyzwoite i poprawnie wykonane kino akcji. Nic więcej.
Ciacho (2010) - ocena 2/10
reżyseria: Patryk Vega
Zacytuję tutaj Artura Pietrasa, który w swoim programie "Kinomaniak" bardzo ładnie to kiedyś ujął:
"Gdy idę na kolejną polską komedię romantyczną, to czuję się, jakbym szedł do dentysty. Wiem, co mnie czeka, wiem że będzie bolało i wiem, że będę musiał za to zapłacić"
Fabuła wymyślona jest tylko po to, aby można było w prosty sposób dokleić do niej żarty ściągnięte z Internetu (było!) i agresywny product placement. Pamiętam, jak słyszałem pewną dziewczynę pracującą z agencji reklamowej, która twierdziła, że nawet nie zdajemy sobie sprawy ile reklam jest dokładanych i gdzie i że dlatego to działa. Tutaj, gdy żona dzwoni do męża w środku akcji TYLKO PO TO, by podać mu listę zakupów podkreślając zakup soku Marwit, to JAK widz ma się nie zorientować, że to agresywna reklama rzucana mu prosto w twarz? Płacisz za bilet, a i tak musisz oglądać reklamy przed seansem i w jego trakcie. Może przestanie mnie to irytować, gdy bilety do kina będą darmowe.
A teraz coś dla mnie niepojętego i niewiarygodnego. Naprawdę spotkałem osobę, której się ten film spodobał. Mało tego - wiem, że istnieją osoby, które całe kwestie z tego filmu potrafią zacytować. Obudźcie się, czasy cytowania grepsów z "Chłopaki nie płaczą" minęły bezpowrotnie. Ostatnią naprawdę dobrą polską komedią był "Testosteron".
I skąd tytuł tego filmu? Ja stawiam na to, że to po prostu chwytliwy tekst i nic więcej. Bo w fabule ani w tekście sensownego wyjaśnienia nie ma żadnego.
Dlaczego aż 2/10? Bo postać Karolka grana przez Pawła Małaszyńskiego miała w sobie odrobinę uroku. Jak ktoś nie ma dostępu do Internetu, a ten tekst czyta koledze przez ramię, to może dodać do oceny jedno oczko, bo pewno nie słyszał niektórych zaserwowanych w tym filmie doklejonych do fabuły dowcipów. Doklej to jedno oczko człowieku i poproś kolegę, żeby Ci włączył basha. Częściej się będziesz uśmiechał i nie stracisz aż tyle czasu.
Szybko i wściekle (2009) - ocena 4/10
reżyseria: Justin Lin
Miało być łubudubu, dużo fajnej akcji, bryki i fajne laski. I jest, ale jednak jakiś piach w zębach chrzęści. Sceny akcji są ostro cięte, czasami nie wiadomo co się dokładnie dzieje. Motyw z jaskinią jednak zbyt naciągany, nawet jak na tę formułę filmu. Gdyby wszystko zagrało, jak trzeba, to mogło być nawet 6/10. A tak, jednak poniżej średniej.
Wrogowie publiczni (2009) - ocena 5/10
reżyseria: Michael Mann
Miało być dobre kino akcji, liczyłem na coś na miarę "Gorączki". Nie udało się - napięcie między bohaterami tak naprawdę się nie pojawia, a Depp z Bale'em jednak nie dają rady tak, jak zrobili to Al Pacino z Robertem de Niro. Ale nie winiłbym tu aktorów, a scenariusz. To, co w tym filmie najciekawsze, to zakończenie. Częściowo zmyślone, ale robiące wrażenie i częściowo na faktach. Na faktach, które w tymże zakończeniu zostały rewelacyjnie wykorzystane i wplecione w fabułę filmu. Ogląda się to bez emocji i zapewne gdyby nie finał, to wyszłoby poniżej średniej. A tak - przeciętniak. Obejrzeć, zapomnieć.
26 sierpnia 2011
30 lipca 2011
Z Analytics haseł kilka
Zajrzałem do swojego konta założonego w Google Analytics, gdzie jedną z podpiętych witryn jest ten właśnie blogasek. To, co zwróciło moją uwagę, zaciekawiło i zatrwożyło, to część, w której można prześledzić po wpisaniu jakich haseł w google ludzie trafiali na mojego bloga. Oto kilka z ciekawszych wpisów:
pujde do obory
trzaskaj
gry o tapletkach
kultura kina to wciąż oksymoron...
slesz odwrotnie
szturch
farmville stonka
gdzie o tej porze morzna złopac leszcza marzec 2
jak przestać grać w farmville
porywa mnie ten patos naszych czasów
zdiencia z pruby alici w krajnie czaruw
w jakim filmie ktos wydoił byka
pan slesz
wiersz o dupie fredry
288:64 ile to jest
byk posuwa krowę filmiki
spójrz powiedziała
pierwszy list do korytian
Niebywałe ile błędów ortograficznych można popełnić w jednej krótkiej sentencji, prawda?
Naprawdę bawi mnie myśl, że ktoś szukając gier o tabletkach lub może o napletkach trafia na jakiegoś bloga, gdzie znajduje wiersz "blablam się w tapletku".
Trafił też do mnie bliżej niezidentyfikowany zboczeniec poszukujący nie jednego, ale wielu filmików, na których byk posuwa krowę. Z drugiej strony patrząc - może nie zboczeniec, a osoba ciekawa świata...
Bardzo ładne jest to, że ktoś poszukiwał przez google być może mnie wpisując weń "pan slesz". Cóż za szacunek do nieznajomego.
Oprócz powyższych zadziwiająco dużo wejść pochodzi od ludzi poszukujących sposobu na zasejwowanie gry w Demon's Souls. Ta gra, co jest dość jasno w niej powiedziane, sejwuje stan AUTOMATYCZNIE i jest to jedyna metoda sejwowania, jaka w niej istnieje. To jedna z ogromnych jej zalet utrudniających oszukiwanie i podbijających poziom trudności.
P.S. Nie mam bladego pojęcia, gdzie o tej porze morzna złopać leszcza, 288:64 to 4,5, a na farmville stonka wam nie grozi... chyba...
pujde do obory
trzaskaj
gry o tapletkach
kultura kina to wciąż oksymoron...
slesz odwrotnie
szturch
farmville stonka
gdzie o tej porze morzna złopac leszcza marzec 2
jak przestać grać w farmville
porywa mnie ten patos naszych czasów
zdiencia z pruby alici w krajnie czaruw
w jakim filmie ktos wydoił byka
pan slesz
wiersz o dupie fredry
288:64 ile to jest
byk posuwa krowę filmiki
spójrz powiedziała
pierwszy list do korytian
Niebywałe ile błędów ortograficznych można popełnić w jednej krótkiej sentencji, prawda?
Naprawdę bawi mnie myśl, że ktoś szukając gier o tabletkach lub może o napletkach trafia na jakiegoś bloga, gdzie znajduje wiersz "blablam się w tapletku".
Trafił też do mnie bliżej niezidentyfikowany zboczeniec poszukujący nie jednego, ale wielu filmików, na których byk posuwa krowę. Z drugiej strony patrząc - może nie zboczeniec, a osoba ciekawa świata...
Bardzo ładne jest to, że ktoś poszukiwał przez google być może mnie wpisując weń "pan slesz". Cóż za szacunek do nieznajomego.
Oprócz powyższych zadziwiająco dużo wejść pochodzi od ludzi poszukujących sposobu na zasejwowanie gry w Demon's Souls. Ta gra, co jest dość jasno w niej powiedziane, sejwuje stan AUTOMATYCZNIE i jest to jedyna metoda sejwowania, jaka w niej istnieje. To jedna z ogromnych jej zalet utrudniających oszukiwanie i podbijających poziom trudności.
P.S. Nie mam bladego pojęcia, gdzie o tej porze morzna złopać leszcza, 288:64 to 4,5, a na farmville stonka wam nie grozi... chyba...
28 lipca 2011
Filmowy twitter cz. 1
Ponieważ na temat obejrzanych filmów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, a i wena nie dopisuje to nie będę się rozwodził nad każdym filmem z osobna. Z kolei poczułem, że do suchych ocen rzucanych na filmwebie należy się kilka słów.
Palacz zwłok (1969) - ocena 7/10
reżyseria: Juraj Herz
Dwukrotnie zmieniałem ocenę tego filmu z siódemki na szóstkę i z powrotem. Jest to mocne kino i mimo ciężkostrawnego klimatu zahaczającego o monotonię zostaje w pamięci i odzywa się na długo po seansie.
Zombieland (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Ruben Fleischer
O to chodzi, takiego filmu o zombie mi było trzeba. Wpisana w średni i ograny na miliard sposobów szablon amerykańskiego filmu czarna komedia mimo wszystko potrafi bawić. Nie oczekujcie salw śmiechu co 5 minut - to nie tego typu film. Humor jest na dobrym poziomie i podkreśla luźne traktowanie tematu. No i jest najważniejsze, czyli zombie, rozwałka na całego przy akompaniamencie dobrej muzyki. A za Black Keys w kluczowym momencie i Billa Murraya duży plusik. Zatem udało się wzbić ponad przeciętność.
Wszystko, co kocham (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Jacek Borcuch
To jedna z tych szóstek, w której rozpatrujemy "czym wybija się ponad przeciętność", a nie "dlaczego jednak nie jest to naprawdę dobry film, a tylko niezły". Wybija się klimatem, rolą Chyry, trzeźwym spojrzeniem i realizacją klimatu lat osiemdziesiątych.
Sherlock Holmes (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Guy Ritchie
No, to jest dobre kino przygodowe. Na miarę pierwszej części "Piratów z Karaibów". Dużo doskonałej zabawy upchanej, pędzącej, klimatycznej i nowocześnie zrealizowanej. Widowisko i dobrze spędzony czas.
Gdzie jesteś Amando (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Ben Affleck
W trakcie oglądania dwukrotnie miałem wrażenie, że to już koniec i za chwilę zobaczę napisy końcowe. Brawa należą się głównie za opowiedzianą historię, która pierwotnie się nieco snuje, aby nabrać zawrotnego tempa pod koniec. Może sięgnę po książkę.
Miasto złodziei (2010) - ocena 5/10
reżyseria: Ben Affleck
Miało być zapewne kino na miarę "Gorączki", a wyszła do bólu odtwórcza opowiastka, w której wciąż ma się wrażenie, że to już było nieraz i w lepszym stylu. Średniak po prostu i nic ponadto.
Kieł (2009) - ocena 8/10
reżyseria: Giorgos Lanthimos
Do kina greckiego jeszcze nie podchodziłem, przyznam. Trzeba zobaczyć ten film koniecznie, najlepiej nie wiedząc o nim absolutnie nic odkrywając wszystko na bieżąco. Ja tak oglądałem i mam wrażenie, że to wzmocniło mój odbiór. Takich filmów w USA się nie robi. Pozycja obowiązkowa. Aha - i nie pokazywać nieletnim.
Solaris (1972) - ocena 5/10
reżyseria: Andriej Tarkowski
Tarkowski jako pierwszy popełnił film na podstawie książki Lema. Sama książka od początku do samego końca trzymała mnie za fraki i nie chciała puścić. W filmach oczekiwałem przynajmniej wizualizacji tajemniczej planety oraz zjawisk na niej zachodzących. Tarkowski coś tam pokazał skupiając się na postaciach. Dołożył do tego jakąś rozwlekłą i wręcz nudną lirykę, która nie snuje się i nie wdziera do umysłu, ale raczej usypia i jest natarczywie irytująca. Jedyne dobre elementy to te dokładnie odwzorowane z książki. Zmiana zakończenia też nie wyszła filmowi na dobre.
Solaris (2002) - ocena 3/10
reżyseria: Steven Soderbergh
Biały uczony Sartorius, który nawet gdy mówi, to przemawia zastąpiony został... czarną kobietą o nazwisku Gordon, która zdaje się mieć obsesję na punkcie walki z obcymi. Ta rola pasowałaby bardziej do "Obcy kontra Predator" niż do "Solaris". Z kolei Snaut zastąpiony przez Snowa - docelowo miał mieć rozstrojone nerwy, w rzeczywistości jedyne co robił to rozstrajał nerwy widzowi. W książce pijany, tutaj jakby naćpany i nieco rapujący. Cały nacisk położono na wątek miłosny. Ok, to jestem w stanie zrozumieć i nawet zaakceptować. Tylko dlaczego mimo zmiany orientacji na tę bardziej zrozumiałą i bliższą amerykańskiemu widzowi nie udało się sprawić, aby widz przejął się choćby w najmniejszym stopniu losami bohaterów?
Te szczegóły to jednak, jak mówią, pikuś. Scenarzyści dopisali mnóstwo nieistniejących scen, totalnie zmienili zakończenie i dodali poboczny wątek "zwrotu akcji", którego w oryginale nie było (i który nie był potrzebny). W zasadzie w filmie wprowadzono tyle zmian, że mógłby mieć zupełnie inny tytuł, a nikt nikogo nie posądziłby o plagiat. Planeta ukazana jest tylko z bardzo daleka, latają po niej jakieś "niebieskie prądy". W dobie filmów przepakowanych efektami specjalnymi takie coś? Really? To jeden z tych niewielu filmów, w których liczyłem że wykorzystają maksymalnie możliwości komputerowej grafiki i pokażą w końcu Solaris. Naprawdę, bliższa mojemu wyobrażeniu, a nawet wizualnie lepsza jest wizualizacja Tarkowskiego, choć równie oszczędna.
A teraz biegiem do biblioteki jeżeli jeszcze nie zepsuliście sobie krwi nędznymi ekranizacjami - może jeszcze nie jest za późno. Książka Lema jest doskonała. Nawet Pratchetta w ostatnim czasie nie czytałem w tramwaju na stojąco.
Harry Potter i Insygnia Śmierci - część II (2011) - ocena 6/10
reżyseria: David Yates
Przed obejrzeniem przypomniałem sobie wszystkie ekranizacje. Książki również miałem okazję przeczytać. I muszę przyznać, że kinowe wersje są niczego sobie. Przyzwoite kino rozrywkowe, dużo akcji i Longbottom na kacu. Jestem pełen podziwu, że udało im się nakręcić wszystkie części w niemal niezmienionym składzie.
Pamiętajcie jeno - nie pić za dużo Coli w trakcie seansu, inaczej mogą was czekać niemiłe niespodzianki.
Kochaj i rób co chcesz (1997) - ocena 5/10
reżyseria: Robert Gliński
Romansidło z dwoma zabawnymi "tekstami". Aż 5, bo główny bohater o dość niestandardowym charakterze, jak na tego typu film.
Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Apichatpong Weerasethakul
Tutaj miałem spory dylemat, a moje wahania sięgały swoją rozpiętością oceny od sześciu aż do ośmiu. Scena seksu z rybą była lekko przesadzona, powiedziałbym wręcz, że niepotrzebna. Pomysł na przekazanie myśli niestandardowy i dużo trafniej ujęty niż w niejednym filmie produkcji USA. Ostrzegam, że film dość hermetyczny w formie. Wzbudził spore kontrowersje w Cannes (a raczej przyznanie mu Złotej Palmy te kontrowersje wzbudziło). Należy się uzbroić w cierpliwość żeby wytrwać do końca i zrozumieć. Klimat tego filmu i wymowa wymuszają niejako taką, a nie inną formę. Dlatego początek usypia. I jest to pierwszy przypadek, gdy fakt usypiania widza jest zaletą (i nie dlatego, że w ten sposób zapobiega obejrzeniu go do końca). Mimo wystawionej szóstki naprawdę warto obejrzeć. I jeśli obejrzeć, to koniecznie do końca, w przeciwnym wypadku nie ma sensu w ogóle zabierać się za oglądanie.
Palacz zwłok (1969) - ocena 7/10
reżyseria: Juraj Herz
Dwukrotnie zmieniałem ocenę tego filmu z siódemki na szóstkę i z powrotem. Jest to mocne kino i mimo ciężkostrawnego klimatu zahaczającego o monotonię zostaje w pamięci i odzywa się na długo po seansie.
Zombieland (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Ruben Fleischer
O to chodzi, takiego filmu o zombie mi było trzeba. Wpisana w średni i ograny na miliard sposobów szablon amerykańskiego filmu czarna komedia mimo wszystko potrafi bawić. Nie oczekujcie salw śmiechu co 5 minut - to nie tego typu film. Humor jest na dobrym poziomie i podkreśla luźne traktowanie tematu. No i jest najważniejsze, czyli zombie, rozwałka na całego przy akompaniamencie dobrej muzyki. A za Black Keys w kluczowym momencie i Billa Murraya duży plusik. Zatem udało się wzbić ponad przeciętność.
Wszystko, co kocham (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Jacek Borcuch
To jedna z tych szóstek, w której rozpatrujemy "czym wybija się ponad przeciętność", a nie "dlaczego jednak nie jest to naprawdę dobry film, a tylko niezły". Wybija się klimatem, rolą Chyry, trzeźwym spojrzeniem i realizacją klimatu lat osiemdziesiątych.
Sherlock Holmes (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Guy Ritchie
No, to jest dobre kino przygodowe. Na miarę pierwszej części "Piratów z Karaibów". Dużo doskonałej zabawy upchanej, pędzącej, klimatycznej i nowocześnie zrealizowanej. Widowisko i dobrze spędzony czas.
Gdzie jesteś Amando (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Ben Affleck
W trakcie oglądania dwukrotnie miałem wrażenie, że to już koniec i za chwilę zobaczę napisy końcowe. Brawa należą się głównie za opowiedzianą historię, która pierwotnie się nieco snuje, aby nabrać zawrotnego tempa pod koniec. Może sięgnę po książkę.
Miasto złodziei (2010) - ocena 5/10
reżyseria: Ben Affleck
Miało być zapewne kino na miarę "Gorączki", a wyszła do bólu odtwórcza opowiastka, w której wciąż ma się wrażenie, że to już było nieraz i w lepszym stylu. Średniak po prostu i nic ponadto.
Kieł (2009) - ocena 8/10
reżyseria: Giorgos Lanthimos
Do kina greckiego jeszcze nie podchodziłem, przyznam. Trzeba zobaczyć ten film koniecznie, najlepiej nie wiedząc o nim absolutnie nic odkrywając wszystko na bieżąco. Ja tak oglądałem i mam wrażenie, że to wzmocniło mój odbiór. Takich filmów w USA się nie robi. Pozycja obowiązkowa. Aha - i nie pokazywać nieletnim.
Solaris (1972) - ocena 5/10
reżyseria: Andriej Tarkowski
Tarkowski jako pierwszy popełnił film na podstawie książki Lema. Sama książka od początku do samego końca trzymała mnie za fraki i nie chciała puścić. W filmach oczekiwałem przynajmniej wizualizacji tajemniczej planety oraz zjawisk na niej zachodzących. Tarkowski coś tam pokazał skupiając się na postaciach. Dołożył do tego jakąś rozwlekłą i wręcz nudną lirykę, która nie snuje się i nie wdziera do umysłu, ale raczej usypia i jest natarczywie irytująca. Jedyne dobre elementy to te dokładnie odwzorowane z książki. Zmiana zakończenia też nie wyszła filmowi na dobre.
Solaris (2002) - ocena 3/10
reżyseria: Steven Soderbergh
Biały uczony Sartorius, który nawet gdy mówi, to przemawia zastąpiony został... czarną kobietą o nazwisku Gordon, która zdaje się mieć obsesję na punkcie walki z obcymi. Ta rola pasowałaby bardziej do "Obcy kontra Predator" niż do "Solaris". Z kolei Snaut zastąpiony przez Snowa - docelowo miał mieć rozstrojone nerwy, w rzeczywistości jedyne co robił to rozstrajał nerwy widzowi. W książce pijany, tutaj jakby naćpany i nieco rapujący. Cały nacisk położono na wątek miłosny. Ok, to jestem w stanie zrozumieć i nawet zaakceptować. Tylko dlaczego mimo zmiany orientacji na tę bardziej zrozumiałą i bliższą amerykańskiemu widzowi nie udało się sprawić, aby widz przejął się choćby w najmniejszym stopniu losami bohaterów?
Te szczegóły to jednak, jak mówią, pikuś. Scenarzyści dopisali mnóstwo nieistniejących scen, totalnie zmienili zakończenie i dodali poboczny wątek "zwrotu akcji", którego w oryginale nie było (i który nie był potrzebny). W zasadzie w filmie wprowadzono tyle zmian, że mógłby mieć zupełnie inny tytuł, a nikt nikogo nie posądziłby o plagiat. Planeta ukazana jest tylko z bardzo daleka, latają po niej jakieś "niebieskie prądy". W dobie filmów przepakowanych efektami specjalnymi takie coś? Really? To jeden z tych niewielu filmów, w których liczyłem że wykorzystają maksymalnie możliwości komputerowej grafiki i pokażą w końcu Solaris. Naprawdę, bliższa mojemu wyobrażeniu, a nawet wizualnie lepsza jest wizualizacja Tarkowskiego, choć równie oszczędna.
A teraz biegiem do biblioteki jeżeli jeszcze nie zepsuliście sobie krwi nędznymi ekranizacjami - może jeszcze nie jest za późno. Książka Lema jest doskonała. Nawet Pratchetta w ostatnim czasie nie czytałem w tramwaju na stojąco.
Harry Potter i Insygnia Śmierci - część II (2011) - ocena 6/10
reżyseria: David Yates
Przed obejrzeniem przypomniałem sobie wszystkie ekranizacje. Książki również miałem okazję przeczytać. I muszę przyznać, że kinowe wersje są niczego sobie. Przyzwoite kino rozrywkowe, dużo akcji i Longbottom na kacu. Jestem pełen podziwu, że udało im się nakręcić wszystkie części w niemal niezmienionym składzie.
Pamiętajcie jeno - nie pić za dużo Coli w trakcie seansu, inaczej mogą was czekać niemiłe niespodzianki.
Kochaj i rób co chcesz (1997) - ocena 5/10
reżyseria: Robert Gliński
Romansidło z dwoma zabawnymi "tekstami". Aż 5, bo główny bohater o dość niestandardowym charakterze, jak na tego typu film.
Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Apichatpong Weerasethakul
Tutaj miałem spory dylemat, a moje wahania sięgały swoją rozpiętością oceny od sześciu aż do ośmiu. Scena seksu z rybą była lekko przesadzona, powiedziałbym wręcz, że niepotrzebna. Pomysł na przekazanie myśli niestandardowy i dużo trafniej ujęty niż w niejednym filmie produkcji USA. Ostrzegam, że film dość hermetyczny w formie. Wzbudził spore kontrowersje w Cannes (a raczej przyznanie mu Złotej Palmy te kontrowersje wzbudziło). Należy się uzbroić w cierpliwość żeby wytrwać do końca i zrozumieć. Klimat tego filmu i wymowa wymuszają niejako taką, a nie inną formę. Dlatego początek usypia. I jest to pierwszy przypadek, gdy fakt usypiania widza jest zaletą (i nie dlatego, że w ten sposób zapobiega obejrzeniu go do końca). Mimo wystawionej szóstki naprawdę warto obejrzeć. I jeśli obejrzeć, to koniecznie do końca, w przeciwnym wypadku nie ma sensu w ogóle zabierać się za oglądanie.
25 lutego 2011
12 lutego 2011
Gran Turismo 5 (2010)
5 lat oczekiwania na Gran Turismo 5 ominęło mnie szerokim łukiem. Nie byłem w temacie gier i konsol przez długi czas, a dopiero zakup konsoli jako tako powrócił mnie na właściwe tory. Miałem kontakt u kolegi z Gran Turismo 5 Prologue i muszę przyznać, że jeździło się całkiem przyjemnie, szczególnie w rywalizacji przez Internet. Moje wspomnienia sięgają dalej. Przygodę z serią rozpocząłem z Gran Turismo 2 w czasach, gdy swoich pieniędzy nie miałem, Internet był luksusem, a gry kupowało się u Aloszy na rynku. Później udało mi się zdobyć od kogoś pierwszą część. Miałem też niekłamaną przyjemność pograć dłużej w trójkę na pożyczonej PS2. Ominęła mnie czwórka – bladego pojęcia nie mam, co w niej było, kiedy jak i dlaczego.
Teraz, gdy sam jestem dziadkiem, mam u siebie w czytniku Gran Turismo 5. Grę kupiłem jakiś tydzień po premierze.
Pierwsze wrażenie jest naprawdę bardzo pozytywne. Na usta cisną się słowa „absolutna rewelacja”, a pad wydaje się przyspawany do dłoni. Grafika jest, jak na mój niewyszukany i zatrzymany w przeszłości gust, rewelacyjna. Jedno, co było męczące, to około półgodzinna instalacja. Mimo instalacji trasy ładują się stosunkowo długo, a na zobrazowanie samochodów trzeba czekać.
Gra wydaje się niezwykle obszerna, ponad 1000 samochodów, każdy z dokładnym opisem, większość zróżnicowana odpowiednio, mnóstwo cyferek w parametrach auta i wszystkie istotne i odczuwalne. Tras jest bez liku, a jakby komuś zabrakło, jest generator tras, który ustawiamy wedle własnych preferencji. Model jazdy jest rewelacyjny, o odpowiednio dużej dozie realizmu. Po dłuższej grze okazuje się, że to wszystko to fantastyczne zaplecze, ale do czego?
Przeszedłem większą część możliwych do odblokowania wyścigów (również w B-specu), licencje (jedną nawet na złoto) i … co tu jeszcze można robić? Aha, grać we dwójkę (jest Split-screen, co w dzisiejszych czasach jest już rzadkością) i przez Internet. Gra przez Internet nie jest zbyt interesująca – w początkowej fazie nawet nic się nie zdobywało, obecnie zdobywa się niewiele. Nie ma sensownych motywatorów do gry po sieci. Niedawno Sony zaczęło w panice naprawiać swój błąd i wprowadziła wyścigi i rywalizacje okresowe oraz dodatkowy sklepik z autami. To poniekąd ratuje sytuację.
Brakuje mi znanych z dwójki trybów wyścigu na 400m, na 1000m, prób osiągnięcia największej prędkości na Test Course (którego, nawiasem mówiąc, i tak tutaj nie ma). Na początku miałem wrażenie, że zebranie kwoty np. 20 mln to będzie prawdziwy hardkor. Tak się wydaje tylko na początku. Owszem, dostępnych jest multum aut, ale po kiego one wszystkie? Wybieramy zazwyczaj spośród kilku pasujących do kryteriów wyścigu (a najczęściej nie jest to trudna decyzja) i już.
Narzekam i narzekam, jednak chciałbym nadmienić, że jest to jedynie narzekactwo kontrastowe. Ma ono na celu uwypuklić wam, że oceny 9/10 w magazynach branżowych to efekt m.in. tzw. „hype’u”, a może i są to recenzje sponsorowane. Za to opinie graczy są wynikiem wygórowanych oczekiwań. Powiadam wam zatem – moja opinia się liczy i nikogo innego :P
Poważniej – mimo wszystkich mankamentów jeździ się wciąż znakomicie. Eventowe wyścigi dodają dużo smaku do gry. Fanem motoryzacji nie jestem, jednak GT2 potrafiło we mnie żyłkę zainteresowania do motoryzacji wzbudzić, piątce już ta sztuka się nie udała.
P.S. Muszę pochwalić system przyciągania gracza do jego kopii gry. Nie zakazywać, nie przypisywać na zawsze gry do PSN, tylko motywować właśnie w ten sposób, czyli eventowymi rozgrywkami oraz bonusami za dzienne logowanie (normalnie otrzymujemy 5 kart muzeum i 5 lakierów, ale jeżeli logujemy się codziennie, możemy dostać do 10 kart i 10 lakierów dziennie). Niby nic, a jednak mimo iż ostatnio gram w coś innego, to wciąż raz dziennie wrzucam płytkę do konsoli, żeby zebrać swój przydział.
Moja ocena: 7/10
Teraz, gdy sam jestem dziadkiem, mam u siebie w czytniku Gran Turismo 5. Grę kupiłem jakiś tydzień po premierze.
Pierwsze wrażenie jest naprawdę bardzo pozytywne. Na usta cisną się słowa „absolutna rewelacja”, a pad wydaje się przyspawany do dłoni. Grafika jest, jak na mój niewyszukany i zatrzymany w przeszłości gust, rewelacyjna. Jedno, co było męczące, to około półgodzinna instalacja. Mimo instalacji trasy ładują się stosunkowo długo, a na zobrazowanie samochodów trzeba czekać.
Gra wydaje się niezwykle obszerna, ponad 1000 samochodów, każdy z dokładnym opisem, większość zróżnicowana odpowiednio, mnóstwo cyferek w parametrach auta i wszystkie istotne i odczuwalne. Tras jest bez liku, a jakby komuś zabrakło, jest generator tras, który ustawiamy wedle własnych preferencji. Model jazdy jest rewelacyjny, o odpowiednio dużej dozie realizmu. Po dłuższej grze okazuje się, że to wszystko to fantastyczne zaplecze, ale do czego?
Przeszedłem większą część możliwych do odblokowania wyścigów (również w B-specu), licencje (jedną nawet na złoto) i … co tu jeszcze można robić? Aha, grać we dwójkę (jest Split-screen, co w dzisiejszych czasach jest już rzadkością) i przez Internet. Gra przez Internet nie jest zbyt interesująca – w początkowej fazie nawet nic się nie zdobywało, obecnie zdobywa się niewiele. Nie ma sensownych motywatorów do gry po sieci. Niedawno Sony zaczęło w panice naprawiać swój błąd i wprowadziła wyścigi i rywalizacje okresowe oraz dodatkowy sklepik z autami. To poniekąd ratuje sytuację.
Brakuje mi znanych z dwójki trybów wyścigu na 400m, na 1000m, prób osiągnięcia największej prędkości na Test Course (którego, nawiasem mówiąc, i tak tutaj nie ma). Na początku miałem wrażenie, że zebranie kwoty np. 20 mln to będzie prawdziwy hardkor. Tak się wydaje tylko na początku. Owszem, dostępnych jest multum aut, ale po kiego one wszystkie? Wybieramy zazwyczaj spośród kilku pasujących do kryteriów wyścigu (a najczęściej nie jest to trudna decyzja) i już.
Narzekam i narzekam, jednak chciałbym nadmienić, że jest to jedynie narzekactwo kontrastowe. Ma ono na celu uwypuklić wam, że oceny 9/10 w magazynach branżowych to efekt m.in. tzw. „hype’u”, a może i są to recenzje sponsorowane. Za to opinie graczy są wynikiem wygórowanych oczekiwań. Powiadam wam zatem – moja opinia się liczy i nikogo innego :P
Poważniej – mimo wszystkich mankamentów jeździ się wciąż znakomicie. Eventowe wyścigi dodają dużo smaku do gry. Fanem motoryzacji nie jestem, jednak GT2 potrafiło we mnie żyłkę zainteresowania do motoryzacji wzbudzić, piątce już ta sztuka się nie udała.
P.S. Muszę pochwalić system przyciągania gracza do jego kopii gry. Nie zakazywać, nie przypisywać na zawsze gry do PSN, tylko motywować właśnie w ten sposób, czyli eventowymi rozgrywkami oraz bonusami za dzienne logowanie (normalnie otrzymujemy 5 kart muzeum i 5 lakierów, ale jeżeli logujemy się codziennie, możemy dostać do 10 kart i 10 lakierów dziennie). Niby nic, a jednak mimo iż ostatnio gram w coś innego, to wciąż raz dziennie wrzucam płytkę do konsoli, żeby zebrać swój przydział.
Moja ocena: 7/10
6 lutego 2011
Jak wytresować smoka? (2010)
Jak wytresować smoka?
(2010) reż. Dean DeBlois, Chris Sanders
Jak wytresować smoka? Nie wiem. Ale sądząc po średniej ocen na filmwebie autorzy chyba znają odpowiedź na pytanie „jak wytresować widza?” Potwierdza się to, co powtarzałem już niejednokrotnie – Dreamworks to trzecia liga filmów animowanych, a pierwszy „Shrek” to ichniejszy Wojciech Fortuna.
Przyznam, że lubię smoki i moja słabość do smoków mogła nieco zaważyć na ocenie końcowej tego filmu. W mojej pamięci wciąż tli się obejrzany w kinie, a chyba słusznie zapomniany przez publiczność „hit” „Dragonheart”…
Ekipa z Dreamworks miała dobry pomysł na umiejscowienie i na iskrę tej opowieści (zresztą nie pierwszy już raz) i oczywiście, jak zwykle, przesolili danie, a rzekłbym nawet, że spieprzyli. Odkalkowana i przewidywalna historia nie rusza za serce, postać głównego bohatera i jego klasyczne miny (zwane już minami a’la Dreamworks, występują w każdym ich filmie i w każdym osiągają ten sam mdły skutek) nie poruszają. Z kolei główny pupil-smok przypomina bardziej pokemona (nie on jeden).
Wykonanie animacji stoi na średnim poziomie. Za to spodobał mi się „główny boss”. Tak, w końcu możemy zobaczyć jedynego chyba w całym filmie prawdziwego smoka. Ten Pan zrobił pozytywne wrażenie. I wielki plus za małe odstępstwo od reguły „nic nikomu się nie stało”, gdyż jednak pod koniec pewne negatywne konsekwencje akcji są widoczne. Oczywiście bardzo szybko obrócone zostały w zaletę, niemniej jednak chwali się za to drobne odejście od standardu.
Gdyby nie istniał Pixar, a inne studia nie tworzyły takich niedocenionych filmów, jak „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”, czy „Horton słyszy Ktosia”, Dreamworks z pewnością wciąż mógłby pretendować do miana twórcy najlepszych filmów animowanych. A tak – klops, klopsik. Pixar ma po prostu jaja i nie boi się swoich pomysłów, nie wali też nimi jak obuchem w łeb. Inni, jak Sony, wspierają się dość niestandardowymi elementami, które wykorzystują już nie tak subtelnie, ale wciąż stylowo. A Dreamworks robi swoje. Dlatego wciąż dziwią mnie te wysokie oceny na filmwebie. Film miło jest obejrzeć, gdy człowiek jest zmęczony umysłowo i nic mu się nie chce, w domu, ale jakość dostarczonej zabawy porównywalna jest do zjedzenia przedwczorajszego pączka. Niby słodki, ale stary, zasuszony, a świadomość, że są lepsze sprawia, że jednak nie oceniamy go zbyt pozytywnie. Jednak jest światełko w tunelu. „Megamocny” nie sprzedał się już tak rewelacyjnie, mimo agresywnej kampanii, co miałem okazję także zobaczyć na sali kinowej. Ale to już zupełnie inna historia…
Ocena: 5/10
P.S. Chciałbym dodać, że mimo narzekania miło się ogląda ten film. Ale, kurtka, ileż razy można oglądać to samo opakowane w inną wstążkę? Co za dużo, to i świnia nie zeźre. O!
5 lutego 2011
Jak zostać królem? (2010)
Jak zostać królem?
(2010) reż. Tom Hooper
(Tak, to jeden z tych filmów, w którym znowu tłumaczowi zanadto udzieliła się wena twórcza przy tłumaczeniu tytułu)
O tym filmie, podobnie jak w przypadku Czarnego łabędzia, wiedziałem niewiele. Prawie nic. Wiedziałem, że jest jednym z największych kandydatów do tegorocznych Oscarów, co w zasadzie bardziej mnie zniechęcało do filmu biorąc pod uwagę poziom wielu nagradzanych filmów.
I szczerze – nie wiedziałem o czym będzie i sądziłem, że idę na dramat. W rzeczywistości opowieść dla osób, które mają choćby blade pojęcie o świeższej historii Anglii, jest dość dobrze znana. Film skupia się na zapleczu i z figur i mitów stworzy postaci z krwi i kości. Podkreślają to liczne zbliżenia na twarz. Gra aktorska stoi na najwyższym poziomie i o dziwo, o wiele bardziej od świetnej roli Colina Firtha spodobała mi się rola Goeffreya Rusha.
Predefiniowane przed historię opakowanie opowieści uzupełnione zostało świetnym wkładem w postaci scenariusza i dialogów. To najmocniejszy punkt tego filmu. Czuć niestety przyprawę czysto amerykańską, np. „mędrzec” zawsze jest nieomylny, a jego z pozoru dziwne zachowania zawsze mają błyskotliwie spuentowany cel dydaktyczny. Nie przeszkadza to w odbiorze i nie razi specjalnie, gdyż na pierwszym planie pojawia się wciąż wzbudzająca emocje historia „z życia wzięta” oraz dobrze spisane i zagrane dialogi.
Byłem na tym filmie w towarzystwie trzech osób, cała sala wypełniona była po brzegi. Usłyszałem opinię, że to najlepszy film w polskich kinach od czasów „Ghost Writera”. Moja słabość do twórczości Nolana każe mi się nie zgodzić w pełni z tą opinią (w międzyczasie jednak była „Incepcja”), jednak poza tym jednym wyjątkiem – owszem. Zdecydowanie warto.
Ocena: 8/10
4 lutego 2011
Czarny łabędź (2010)
Czarny łabędź
(2010) reż. Darren Aronofsky
Przed pójściem na ten film nie wiedziałem o nim absolutnie nic oprócz tego, że reżyserem jest Darren Aronofski. Autor takich filmów, jak „Pi”, „Requiem dla snu”, „Źródło” czy „Zapaśnik”. Plakat z tego filmu po raz pierwszy zobaczyłem po wejściu do kina w kolejce po bilet. A kto gra główną rolę dopiero po ujrzeniu twarzy na dużym ekranie.
I jak wygląda film z takiej perspektywy? Szczerze powiem, że odrobinę się zawiodłem, ale wciąż trudno mi dookreślić powód swojego zawodu. Oczywiście podstawowym powodem będą zbyt wysokie oczekiwania.
Myślę, że scenariusz był inspirowany do pewnego stopnia postacią Wacława Niżyńskiego. W trakcie seansu intryguje tajemnica i niepewność. Obraz jest mocny, klimatem porównywalny do „Pi” czy „Requiem dla snu”. Jest to jeden z tych filmów, po obejrzeniu których można dyskutować długo nie dochodząc do żadnego wniosku, co przyznam, lubię. Lubiłem to po obejrzeniu „Obietnicy”, lubiłem to po obejrzeniu „Incepcji” i lubię to tutaj.
Wszyscy stają na głowie, aby wynieść samą sztukę baletu do ludzi. Sam scenariusz, jak i sama tematyka filmu mówią to dość bezpośrednio – chcemy, abyście zwrócili uwagę na piękno zapomnianej sztuki baletu. U nas, gdzie teatr zapada się w sobie, o operze przeciętny Kowalski wie mniej niż o międzynarodowych targach sera, a młodzież pyta co oznacza wyraz „filharmonia”, balet istnieje na podobnym poziomie. I dlatego tego typu przypomnienie, choć tak wąskie, może się okazać potrzebne i skuteczne.
Powtarzam – nie wiem dlaczego się zawiodłem. Doskonałe rzemiosło od każdej strony. Chyba zabrakło tego pazura, który czuło się w innych produkcjach. A może po prostu sam temat baletu pociągnął za sobą brak zainteresowania losami bohaterki.
Film godny polecenia, jeżeli jesteście otwarci na inne formy sztuki, a słowo „balet” na samą myśl nie przyprawia was o ziewanie. Wówczas film również wciągnie, ale z efektem podobnym do mojego. Warto mieć też odrobinę mocnych nerwów, a panom wybierającym się do kina nie polecam zakładać luźnych spodni.
Ocena: 6/10
P.S. I obetnijcie paznokcie przed seansem.
3 lutego 2011
Zaniedbanie
Zaniedbałem bloga po raz kolejny. Nie mam weny i nie mam siły ostatnio regularnie pisać, a wszystko co napisałem od czasu ostatniego wpisu dla bloga (całe dwa teksty) po przeczytaniu ich ponownie okazały się po prostu nędzne. Postanowiłem zrezygnować z jakiegoś dążenia nie tyle do perfekcji, co do znaczącego polepszenia stylu na rzecz ilości.
Miałem w planie opisać po krótce swoje wrażenia z filmów, które ostatnio widziałem i z gier, w które gram. Nie będą to teksty długie. Na przykład po obejrzeniu „Czarnego łąbędzia” miałem sporą ochotę napisać coś na temat tego filmu. Zdemotywowała mnie doskonale napisana recenzja na filmwebie, w której autor wyczerpuje temat doskonale. Wynika to m.in. z jego doświadczenia oraz z faktu, że sam przeprowadzał wywiad z Aronofskim, wiedział wedle jakiego klucza należałoby oglądać film.
Moje opisy będą krótkie, skupią się na subiektywnym odbiorze dzieła. Aby utrzymać jako taki porządek, każdy opis będzie znajdował się w osobnym wpisie.
Miałem w planie opisać po krótce swoje wrażenia z filmów, które ostatnio widziałem i z gier, w które gram. Nie będą to teksty długie. Na przykład po obejrzeniu „Czarnego łąbędzia” miałem sporą ochotę napisać coś na temat tego filmu. Zdemotywowała mnie doskonale napisana recenzja na filmwebie, w której autor wyczerpuje temat doskonale. Wynika to m.in. z jego doświadczenia oraz z faktu, że sam przeprowadzał wywiad z Aronofskim, wiedział wedle jakiego klucza należałoby oglądać film.
Moje opisy będą krótkie, skupią się na subiektywnym odbiorze dzieła. Aby utrzymać jako taki porządek, każdy opis będzie znajdował się w osobnym wpisie.
23 października 2010
Wpływ fragmentacji dysku na czas kompresji
Często mi się zdarza kompresować różne pliki. Sporo tego robi się na moim kompie, ponadto sam temat kompresji mnie interesuje. Przy okazji kompresowania różnych plików postanowiłem czasami pobawić się w zapisywanie wyników i stworzenie swego rodzaju uniwersalnych testów.
Na pierwszy ogień należy ustalić warunki przeprowadzania testu. W trakcie każdej z prób włączone były jedynie podstawowe aplikacje plus komputer nie był zajęty niczym innym. Nie zajmował się ani odczytem ani zapisem do dysku, na którym odbywała się kompresja. Chciałem zobaczyć jak znaczny wpływ będzie miała fragmentacja dysku NTFS na czas kompresji.
Sprzęt:
Procesor: Intel(R) Celeron(R) CPU 2.60Ghz
Pamięć RAM: 1,25GB
System operacyjny: Windows XP Professional x86
Dysk: Samsung SP0411N (ATA 40GB)
System plików: NTFS
Kompresowany plik to gra na PlayStation - Jet Moto w formie 3 plików (ccd, img, sub). Kompresja odbywała się w trybie tekstowym (z poziomu cmd) przy pomocy Rar 3.93.
Rozmiar przed kompresją: 456 834 411 bajtów
Wyniki
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 36 - 37% wynosi 339,81 sekundy.
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 0% wynosi 338,25 sekundy.
Różnica na korzyść dysku zdefragmentowanego wyniosła 1,56 sekundy.
Jak widać, różnica okazała się mało znacząca przy tym poziomie fragmentacji dysku. W związku z tym przy okazji przyszłych analiz nie mam zamiaru mocno się tym elementem przejmować. Gdy "uda mi się" osiągnąć znacznie wyższy poziom fragmentacji, może przeprowadzę badanie ponownie.
Pozostałe efekty
Przy okazji testów dowiedziałem się też kilku innych ciekawych rzeczy nt. Rara
Wydajność poszczególnych poziomów kompresji kształtuje się następująco:
Efektywność to przeliczenie ile sekund kosztuje kompresor uzyskanie jednego procenta odchudzenia pliku. Im mniejsza wartość, tym wyższa efektywność. Jak widać, dość słusznie wybrano poziom m3 za domyślny. Za to bardzo podejrzanie wyglądają wyniki m2. Żeby nie było - to, co widzicie to średnia z 4 dokonanych prób, zatem nie ma mowy o jakimś jednorazowym przypadku. Ktoś ma jakiś pomysł dlaczego metoda w WinRarze ochrzczona jako "szybka" jest de facto tak potwornie wolna?
Do dalszych testów mam zamiar spróbować kompresorów: rar, 7zip, zip, kgb, być może skorzystam również z paq8l (jeszcze nie wiem w jakiej wersji), bo podobno efekty osiąga najlepsze. Jeżeli macie jeszcze jakichś kandydatów, chętnie przyjmę sugestie w komentarzach.
Szczegółowo - źródło
Poniżej przedstawiam precyzyjną tabelę wyników analizy oraz printscreeny obrazujące szczegółowo strukturę i poziom fragmentacji na każdym poziomie.
Na pierwszy ogień należy ustalić warunki przeprowadzania testu. W trakcie każdej z prób włączone były jedynie podstawowe aplikacje plus komputer nie był zajęty niczym innym. Nie zajmował się ani odczytem ani zapisem do dysku, na którym odbywała się kompresja. Chciałem zobaczyć jak znaczny wpływ będzie miała fragmentacja dysku NTFS na czas kompresji.
Sprzęt:
Procesor: Intel(R) Celeron(R) CPU 2.60Ghz
Pamięć RAM: 1,25GB
System operacyjny: Windows XP Professional x86
Dysk: Samsung SP0411N (ATA 40GB)
System plików: NTFS
Kompresowany plik to gra na PlayStation - Jet Moto w formie 3 plików (ccd, img, sub). Kompresja odbywała się w trybie tekstowym (z poziomu cmd) przy pomocy Rar 3.93.
Rozmiar przed kompresją: 456 834 411 bajtów
Wyniki
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 36 - 37% wynosi 339,81 sekundy.
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 0% wynosi 338,25 sekundy.
Różnica na korzyść dysku zdefragmentowanego wyniosła 1,56 sekundy.
Jak widać, różnica okazała się mało znacząca przy tym poziomie fragmentacji dysku. W związku z tym przy okazji przyszłych analiz nie mam zamiaru mocno się tym elementem przejmować. Gdy "uda mi się" osiągnąć znacznie wyższy poziom fragmentacji, może przeprowadzę badanie ponownie.
Pozostałe efekty
Przy okazji testów dowiedziałem się też kilku innych ciekawych rzeczy nt. Rara
Wydajność poszczególnych poziomów kompresji kształtuje się następująco:
| Poziom kompresji | Bajtów po kompresji | Procent kompresji | Czas kompresji | Efektywność |
| m0 "bez kompresji" | 456 834 687 | 100,00% | 42,97 | - |
| m1 "najszybsza" | 354 212 466 | 77,54% | 271,68 | 12,09 |
| m2 "szybka" | 337 240 936 | 73,82% | 803,68 | 30,7 |
| m3 "normalna" | 269 504 905 | 58,99% | 288,64 | 7,04 |
| m4 "dobra" | 269 219 960 | 58,93% | 303,33 | 7,39 |
| m5 "najlepsza" | 269 213 184 | 58,93% | 323,89 | 7,89 |
Do dalszych testów mam zamiar spróbować kompresorów: rar, 7zip, zip, kgb, być może skorzystam również z paq8l (jeszcze nie wiem w jakiej wersji), bo podobno efekty osiąga najlepsze. Jeżeli macie jeszcze jakichś kandydatów, chętnie przyjmę sugestie w komentarzach.
Szczegółowo - źródło
Poniżej przedstawiam precyzyjną tabelę wyników analizy oraz printscreeny obrazujące szczegółowo strukturę i poziom fragmentacji na każdym poziomie.
| Metoda kompresji | Rozmiar po kompresji (w bajtach) | Procent kompresji | Przed | Po | Czas kompresji (w sekundach) | Koszt 1% kompresji w sekundach | Poziom fragmentacji partycji dyskowej | Opcje kompresji | ||||
| h | m | s | h | m | s | |||||||
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 9 | 50 | 07,81 | 9 | 51 | 04,32 | 56,51 | -935351,90 | 36% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 9 | 51 | 04,32 | 9 | 55 | 36,14 | 271,82 | 12,10 | 36% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 9 | 55 | 36,14 | 10 | 08 | 55,45 | 799,31 | 30,53 | 36% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 10 | 08 | 55,45 | 10 | 13 | 42,71 | 287,26 | 7,01 | 36% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 10 | 13 | 42,71 | 10 | 18 | 49,78 | 307,07 | 7,48 | 36% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 10 | 18 | 49,78 | 10 | 24 | 09,90 | 320,12 | 7,79 | 36% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 11 | 28 | 59,79 | 11 | 29 | 37,10 | 37,31 | -617554,05 | 37% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 11 | 29 | 37,10 | 11 | 34 | 10,34 | 273,24 | 12,16 | 37% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 11 | 34 | 10,34 | 11 | 47 | 33,76 | 803,42 | 30,69 | 37% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 11 | 47 | 33,76 | 11 | 52 | 25,96 | 292,20 | 7,13 | 37% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 11 | 52 | 25,96 | 11 | 57 | 29,70 | 303,74 | 7,40 | 37% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 11 | 57 | 29,70 | 12 | 02 | 55,45 | 325,75 | 7,93 | 37% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 13 | 45 | 29,75 | 13 | 46 | 08,12 | 38,37 | -635099,14 | 0% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 13 | 46 | 08,12 | 13 | 50 | 38,65 | 270,53 | 12,04 | 0% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 13 | 50 | 38,65 | 14 | 04 | 07,84 | 809,19 | 30,91 | 0% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 14 | 04 | 07,84 | 14 | 08 | 54,95 | 287,11 | 7,00 | 0% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 14 | 08 | 54,95 | 14 | 13 | 56,89 | 301,94 | 7,35 | 0% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 14 | 13 | 56,89 | 14 | 19 | 18,29 | 321,40 | 7,83 | 0% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 14 | 46 | 54,76 | 14 | 47 | 34,46 | 39,70 | -657113,27 | 0% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 14 | 47 | 34,46 | 14 | 52 | 05,60 | 271,14 | 12,07 | 0% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 14 | 52 | 05,60 | 15 | 05 | 28,39 | 802,79 | 30,67 | 0% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 15 | 05 | 28,39 | 15 | 10 | 16,39 | 288,00 | 7,02 | 0% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 15 | 10 | 16,39 | 15 | 15 | 16,96 | 300,57 | 7,32 | 0% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 15 | 15 | 16,96 | 15 | 20 | 45,25 | 328,29 | 7,99 | 0% | m5 |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























