28 marca 2015

Filmowy twitter cz. 14

Służby specjalne (2014) – ocena: 4/10
reżyseria: Patryk Vega

Do tego filmu mam bardzo ambiwalentny stosunek. „Scenariusz i reżyseria: Patryk Vega” powinno być zwiastunem nadchodzącej apokalipsy dla oczu i uszu. Ale muszę ocenić to szczerze – tak nie jest.

Przede wszystkim – jest to obraz źle wyważony. Na początku zostajemy zasypani masą odniesień, slangiem i wrzuceni w sam środek szpiegowskiej akcji, o której nie mamy większego pojęcia. Wymaga się od widza ogromnego skupienia, by mógł ogarnąć, co się w ogóle dzieje na ekranie. Problem w tym, że nic do tego skupienia mnie nie motywuje. Wszystko to jest nam rekompensowane, ale dopiero pod koniec, gdy scenariusz koncentruje się bardziej na bohaterach niż na akcji.

Nie wyjaśniłem, co jest przyczyną problemów ze skupieniem się w trakcie oglądania. Nie, nie jest to nudny scenariusz – ten opowiada o rzeczach nam bliskich, odważnie porusza kwestie kontrowersyjne i nie boi się stanąć po jakiejś stronie. Podstawowy problem to gra aktorska. „W filmie wystąpili” to dobre określenie, bo rzeczywiście zagrało raptem kilku aktorów. Olga Bołądź, Janusz Chabior i Andrzej Grabowski. Reszta albo średnio, albo „grała siebie”, albo - jak większość - recytowała tekst. Nie, źle się wyraziłem, recytacja miałaby jeszcze odrobinę sensu. To brzmiało, jak pierwsze naczytanie tekstu przy jednoczesnej tremie pospiesznej. Aktorzy odbębniali swoje kwestie byle szybciej i nieliczni pokusili się o jakąkolwiek intonację lub interpretację. JAK coś takiego jest w ogóle możliwe w dzisiejszym kinie? Czy ktoś wpadł na genialny pomysł pomieszania filmu zaangażowanego z jakąś tanią formułą typu „W11”?

Wciągnął mnie jeden wątek i to chyba głównie dzięki świetnej grze Janusza Chabiora. Między nim a Andrzejem Grabowskim powstało autentyczne napięcie. Do końca byłem ciekaw, jak to się rozwinie i nie byłem zawiedziony zakończeniem tego motywu.

Obraz w większości nakręcony jest sprawnie. Oczywiście drażni mnie „shaky cam”, który zastosowanie w scenach rozmowy dwu postaci powinien mieć żadne. Wszystko podkreśla prosty, ale skuteczny motyw muzyczny. Z jednej strony mamy kiepsko zakamuflowaną ruchami kamery i ostrym montażem walkę, z drugiej doskonale wyglądające i krwawe sceny (nie tylko akcji).

Ten film prosi się o porządną realizację. I za to mam żal.

Wkręceni (2014) – ocena: 5/10
reżyseria: Piotr Wereśniak

Jest zabawnie. W polskiej komedii. To już duży sukces. Na szczęście era rozśmieszania przekleństwami dobiegła końca. Niestety era rozśmieszania szablonowymi scenariuszami jeszcze nie. Sam koncept jest ciekawy, ale rozwinięcie od linijki. W moim mniemaniu dobry żart polega przede wszystkim na zaskakiwaniu widza i o ile w samych kwestiach jest tego sporo, tak w samej fabule bardzo niewiele. Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że to „dobra zabawa” na planie, improwizacja i ingerencja samych aktorów ratowała ten film od porażki.

Wyróżnia się Paweł Domagała, choć ciężko docenić jego rolę w tym filmie, jeżeli widziało się poprzednie . Gra to samo, co w „Dzień Dobry, kocham cię”, tylko film mu się trafił lepszy. Pozostali... cóż, grają... przepraszam, ale po przypomnieniu sobie „Służb specjalnych” wciąż jestem zachwycony, że aktorzy w polskich filmach jednak czasem grają.

„Wkręceni” to dobre kino dla widza, który wie czego chce – głupiej komedii omyłek, odrobiny odmóżdżenia przy piwku i chipsach. I reżyser to właśnie chciał nam dać. Wszyscy ze sobą się zgadzają, a będzie nadal tak, jak jest.

Stacja Warszawa (2014) – ocena: 7/10
reżyseria: Maciej Cuske, Kacper Lisowski, Nenad Miković, Mateusz Rakowicz, Tymon Wyciszkiewicz

Oglądanie tego filmu bynajmniej drogi krzyżowej mi nie przypominało. Całość podzielona jest na wiele małych historii luźno ze sobą powiązanych. To powiązanie oczywiście w dość oczywisty sposób staje się silniejsze i bardziej oczywiste pod koniec. Oczywiście.

Każda z tych opowieści jest ciekawa, wyrażona w sposób subtelny i bez pośpiechu. Mimo to, jakimś sposobem, udało się upakować tu niemal całe życiorysy w pigułce. Sprawiło to, że spory ciężar spadł na aktorów, którzy z godnością byli w stanie go udźwignąć i przenieść przez wszystkie stacje.

Przytłaczająca jest atmosfera tego obrazu. Każda historia ma w sobie dużo goryczy, nie wyczuwa się tu ani odrobiny optymizmu. Nie ma momentu, w którym ktoś przetarłby nam twarz chustą albo potrzymał krzyż choć na chwilę, zero odpoczynku i oddechu. Zabrakło mi też większego rozwinięcia dwu z przedstawionych historii - kobiety dobijającej się do mieszkania i szofera. Czuję się też już przejedzony pomieszaną chronologią, która nic temu filmowi nie daje ponad kolejną zagadkę, element pobudzający do myślenia i układania sobie wszystkiego w całość. Trochę więcej wiary w widza, nie zaśnie przed ekranem tylko dlatego, że ktoś mu nie pokazał kawałka zakończenia na samym początku.

To dobry film, ale trzeba mieć ochotę na tak ponure klimaty. Pomaga też przynajmniej minimalna znajomość Warszawy.

Zabić Bobra (2012) – ocena: 7/10
reżyseria: Jan Jakub Kolski

Najpierw obejrzałem film.

Miałem odczucie, jakby Kolski obejrzał „Leona”, zaczął zadawać pytania „A co by było gdyby” i dopisał tam parę elementów typowych dla siebie. Bardzo mi się to spodobało, a po seansie nie mogłem pozbierać myśli przez jakiś czas.

A potem zajrzałem do Internetu.

Jan Jakub Kolski za ten film został nominowany do Nagrody Węży w kategorii najgorszy reżyser. Recenzenci dość zgodnie oceniają ten film nisko i oskarżają dialogi i część wydarzeń o śmieszność, która odwraca uwagę widza i psuje całość. A zaszyte w waszych recenzjach spoilery niczego nie psują?

Ja się nie śmiałem.

Droga do zapomnienia (2013) – ocena: 4/10
reżyseria: Jonathan Teplitzky

Była już Droga do zatracenia, do przebaczenia, do szczęścia, a teraz tłumacze serwują nam drogę do zapomnienia. Ktoś tu bardzo stara się podpiąć pod sukces innych filmów, ale udaje mu się tylko wprowadzić potencjalnego widza w stan permanentnej konfuzji. Widziałem tę „drogę” czy nie? Nie pamiętam. Tak, w takim razie musiałem przebyć już drogę do zapomnienia.

A jak sam film? Oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, które same w sobie są ciekawe. Powoli wprowadza się nas w klimat, niespiesznie zapoznaje z meandrami opowiadanej historii. Głównie dlatego, że meandrów tych jest stosunkowo niewiele, a jakoś te dwie godziny trzeba zapełnić.

Bardzo silnie próbuje też wzruszyć. I przez moment to się nawet udaje. A potem następuje kolejna smutna scena do wzruszania. A potem kolejna. I jeszcze. I tak przez cały film. Emocje wyparowują, przychodzi zmęczenie i wrażenie „Nosz ileż czasu możecie się nad sobą użalać?”.

Z ciekawej historii, która może i nie za bardzo nadawała się na film pełnometrażowy, zrobiono rozciągnięte użalanie się przez dwie godziny. Polecam poczytać o tej historii w Internecie, ale seans można sobie darować.

Chappie (2015) – ocena: 7/10
reżyseria: Neill Blomkamp

W kinie bawiłem się rewelacyjnie. Blompkamp znalazł swój szablon w „Dystrykcie 9” i tutaj bardzo ściśle się go trzyma. I na tym etapie jeszcze mi się nie przejadło, łykam, nie zakąszam.

Potem zajrzałem do Internetu i zobaczyłem sporo recenzji niepochlebnych. Głównym zarzutem było zmiksowanie pozornie nieprzystających do siebie klimatów – wychowywania słodkiego robocika i kina familijnego oraz kina akcji w stylu „Robocopa”. A mnie się to wręcz podobało.

Wyczuwalne jest poszukiwanie balansu między „nerd friendly” a „casual friendly”. Z jednej strony informatyka wygląda tak, jak to w wielu przypadkach ma rzeczywiście miejsce, czyli czarny ekran, linia komend, prosty interfejs i do przodu. Z drugiej strony – akcja ma miejsce w roku 2016, jakoś bardzo szczerze wątpię w taką wizję przyszłości. Wytłumaczenie jest jedno. To film, który jest stylizowany na kino sci-fi lat osiemdziesiątych lub początku lat dziewięćdziesiątych. Pokazana scena z „He-mana”, nawiązania do „Krótkiego spięcia” i „Robocopa” są nieprzypadkowe.

I w moim odczuciu sprawdza się to znakomicie.

Księga ocalenia (2010) – ocena: 7/10
reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes
UWAGA! SPOILERY!


The Quiet Earth (1985) – ocena: 7/10
reżyseria: Geoff Murphy
UWAGA! SPOILERY!


16 marca 2015

Filmowy twitter cz. 13 - Węże 2015

Zbliża się rozdanie specyficznych nagród, polskiego odpowiednika Złotych Malin, czyli Węży. Czas zająć się nieco bliżej rodzimym kinem. Zobaczmy co jest w tym roku nominowane i co ma szansę na zdobycie Węża.

Dżej Dżej (2014) – ocena: 6/10
reżyseria: Maciej Pisarek

Naprawdę? To jest zły film? Mi się nawet podobało. Owszem, jest parę głupich i niepotrzebnych scen, które są tam dodane na siłę dla wywołania taniego efektu komicznego (ileż razy można się śmiać ze scen przyłapywania kogoś na masturbacji?). Gra aktorska bywa słaba w przypadku ról drugoplanowych. Nie zmienia to faktu, że film ogląda się po prostu dobrze. Jest interesujący, miejscami rzeczywiście zabawny i niegłupi.

Szyc jest na ekranie prawie przez cały czas i kreuje swoją rolę znakomicie. Oprócz realistycznej interpretacji słów i palety emocji, które w głównym bohaterze się kłębią, dodaje także elementy spójne z fabułą – jak tik smyrania się za uszami i kilka innych drobiazgów. Role drugoplanowe są z reguły przerysowane i ciężko powiedzieć gdzie kończy się dowcip i satyra na rzeczywistość (a może i obłąkania bohaterów), a gdzie zaczyna się kicz i czysta głupota. Film zdaje się wciąż na tej granicy niebezpiecznie balansować.

Sam scenariusz sprawiał wrażenie, jakby pisany był przez dwie różne osoby. Rdzeń jest ciekawy, nawiązuje do wielu innych filmów i umiejętnie miksuje ich elementy. Nakreśla ton komediowy na początku, by pod koniec zbić go tonem bardzo mrocznym, co wydało mi się zabiegiem niezwykle ciekawym i trochę zaskakującym. Z drugiej strony wchodzi dowcip na poziomie „American Pie”, mroczny klimat zbijany jest nieco przez jakieś tanie dowcipy, a zakończenie dopisane jest jakby „dla tych, którzy nie zrozumieli i dla tych, którzy polubili głównego bohatera”. Zupełnie, jakby ktoś napisał dobry i odważny scenariusz, a potem powoli zaczął tchórzyć i się z niego wycofywać.

Zdecydowanie polecam ten film. Bywa zabawny, jest niegłupi, rolę Szyca ogląda się z przyjemnością, a finał jest ciekawie zbudowany.

Kochanie, chyba cię zabiłem (2014) – ocena: 5/10
reżyseria: Kuba Nieścierow

Po raz kolejny: to jest zły film? Jego podstawowym grzechem jest fatalny tytuł. Wszystkie te filmy z serii „Kochanie” zaczynają się widzom chyba powoli mylić. Sam, widząc ten tytuł, zastanawiałem się czy już przypadkiem tego filmu nie widziałem.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli – nie jest to także kino wybitne. To po prostu kolejny przeciętniak. Postaci są przerysowane, każda musi mieć coś charakterystycznego i wyrazistego, przez co każda pozostaje „tylko” postacią, żadna nie staje się człowiekiem.

Film bardzo mocno koncentruje się na maksymalnym zapewnieniu katharsis widzowi i to w każdej możliwej sferze. Jesteś zły na jakichś skorumpowanych policjantów albo na takich, którzy złapali Cię na przekroczeniu prędkości? Zobaczysz wymowną scenę, po której powinieneś poczuć się zrozumiany i poczuć spełnienie niczym po dokonanej zemście. To zagrywka pod publiczkę i film ten na sali kinowej w doborowym towarzystwie ma prawo się sprawdzić. Troszkę gorzej będzie mu w domowym zaciszu przy samotnym seansie.

Wszystko to gdzieś już było, scenariusz kreślony jest od linijki. Czeka nas tu parę absurdów – w tym, dla mnie najbardziej wyraźny, droga z Warszawy do Sopotu, która wygląda na polną ścieżynę przez las. I prom odpływający z sopockiego molo do Danii. Nie słyszałem o takiej atrakcji, przyznaję. Cała reszta zachęca nas jednak do wyłączenia mózgu w trakcie seansu, co bardzo się przydaje w tym przypadku.

Dowcip jest, ale „nie ściele się gęsto”. Chyba, że sporadyczne przekleństwa ktoś uznaje za dowcipy. Przyznaję się bez bicia, że parę razy zupełnie szczerze się uśmiechnąłem i nie czułem się zażenowany poziomem serwowanych żartów. Miejscami odczuwałem zakusy na coś więcej, zupełnie jakby ktoś miał ochotę stworzyć kolejnego „Kilera”. Do tego temu filmowi wciąż daleko.

Zatem w wolnej chwili, jeśli bawi was czarny humor i macie ochotę na kino proste, łatwe i przyjemne – kupcie piwko albo cydr czy co tam lubicie, zaproście znajomych i bawcie się dobrze.

Dzień dobry, kocham cię (2014) – ocena: 3/10
reżyseria: Ryszard Zatorski

Dziewczyny liżą wspólnie łyżkę od ciasta, a potem dalej je mieszają. To normalne? Dziewczyna zapisuje facetowi swój numer telefonu na jego ręce – ten się oczywiście rozmazuje w formę tajemniczo wyglądającej gwiazdy. Naprawdę nie można było rozmazać mu na ręce zapisanego numeru telefonu? Ktoś się musiał wyjątkowo dobrze bawić przy realizacji tego filmu. A reżyser chyba zapomniał w zabawę zaangażować widza.

Jeżeli zdecydujesz się na obejrzenie całości, musisz mieć świadomość, że przez pierwsze 40 minut czeka Cię droga przez mękę, po uszy w szambie. Później w tajemniczy sposób film potrafił przyciągnąć moją uwagę, by tuż przed końcem znowu strzelić mi plaskacza nudy. Zastanawiałem się – dlaczego? Prawdopodobnie formuła komedii romantycznej, choć stara i zużyta, wciąż ma w sobie coś, co odwołuje się do naszych pierwotnych instynktów. Coś, co było w stanie choć odrobinę przebić się przez fetor. Wielka szkoda, że jedyne wątki, które potrafiły mnie choć odrobinę zainteresować, zostały potem bezczelnie porzucone.

Drewniany i odkalkowany scenariusz, rozgrzebane wątki prowadzące donikąd, klimat miernego serialu kręconego dla telewizji „na szybko” to coś, czego można się było spodziewać już po samym tytule. I w tej kwestii film nie zawiedzie wiernych fanów polskich komedii romantycznych. Jest w tym wszystkim jedna perełka – taka perła w gównie. Jest nią Paweł Domagała, który sprawia wrażenie, jakby większość swoich tekstów improwizował. Równie dobra okazała się Olga Bołądź, choć ta nie miała już niestety takiego pola do popisu. To smutne dla komedii, gdy najlepsze i najśmieszniejsze sceny to fragmenty, które powinny być w zbiorze scen zakulisowych.

To dla mnie bardzo smutny film. Talent komediowy Pawła Domagały marnuje się w tak marnym „dziele”. Miłości „poboczne” służą jedynie jako wątek komiczny (z mizernym skutkiem), a mi szkoda tych porzuconych postaci. No bo jak im musi być smutno, że ich historia musiała okazać się drugoplanowa, że musiała ustąpić jakiejś kiepskiej opowieści o „jednym spotkaniu i wiecznym poszukiwaniu”. Ach, jeśli ktoś nie lubi filmów z cyklu „nie mogą się spotkać”, to także tego powinien unikać.

Karol, który został świętym (2014) – ocena: 2/10
reżyseria: Grzegorz Sadurski, Orlando Corradi

W filmie słyszymy piosenkę Arki Noego „Święty uśmiechnięty”, choć przez cały seans przemykała mi myśl, że bardziej pasowałby tu utwór Armii „Marność”.

Piotr Fronczewski dokonuje tu prawdziwego cudu. Ze scenariusza, który bardziej nadawałby się na kazanie (i to niezbyt porywające) robi coś, co w jego wykonaniu da się oglądać. Wrażenie też robią fragmenty prawdziwych nagrań, ale za moc tychże przecież twórcy „Karola, który został świętym” nie są odpowiedzialni w najmniejszym stopniu. Powiem wręcz, że sytuacja jest odwrotna – gdy adaptowana jest scena rzeczywista, tu wyzuta jest całkowicie z jakiejkolwiek mocy.

Miałka historia przeplatana jest scenami animowanymi. Przypomina mi to „Rewanż Godzilli” – historię o dziecku, które zainspirowane poczynaniami swojego bohatera zmienia własne życie na lepsze. Poziom także zbliżony. Animacje są jakości „wczesnego PlayStation”, choć śmiem twierdzić, że nawet w tamtych czasach robiono je lepiej. Ruchy postaci są potwornie sztuczne, usta nijak nie zgadzają się z wypowiadanymi słowami (chyba, że w jakimś przekładzie na japoński). Wygląda to, jak klecone przez studenta na „za pięć dwunasta” i to chyba w barterze w zamian za dobre słowo.

Myślę, że nawet dzieci, do których ten film jest prawdopodobnie kierowany (druga grupa docelowa to zapewne dziadkowie i babcie), nie polubią go. Będą zanudzone kazaniem i usilną próbą pouczania.

To bardzo smutne, że do tematu tak ciekawego i ważnego zniechęca się dzieci, pokazując jako historię nudną, bezpłciową i nawet wizualnie nieatrakcyjną. Gdybym miał wybierać, chyba wolałbym obejrzeć jeszcze raz wyżej wspomniany „Rewanż Godzilli”. Plus za Fronczewskiego i za dwa czy trzy celne teksty zawarte w scenariuszu. Minus za stratę czasu wszystkich, którzy to widzieli, i za zmarnowanie naszych pieniędzy, które mogły pójść na jakiś bardziej szczytny cel niż nabicie kabzy komuś, kto ma ochotę zbić parę groszy na kanonizacji Jana Pawła II.

Facet (nie)potrzebny od zaraz (2014) – ocena: 7/10
reżyseria: Weronika Migoń

I znowu – to jest zły film? Czy ludzie oceniają te filmy za tytuł? Ten, przyznaję, jest niezbyt zachęcający. Czytając go, mam wrażenie, że to już musiałem widzieć, ale dlaczego pokazują go w kinach znowu? A może to był „Idealny facet dla mojej dziewczyny”?

Jak mówią – nie ocenia się książki po okładce. A filmu po tytule. „Facet (nie)potrzebny od zaraz" to jest po prostu dobre kino.

Obraz jest przemyślany i dobrze nakręcony, choć trochę nadużywa swoich manier np. pokazywania bohaterów z rzutu bezpośrednio z góry. Mamy tu sporo „lirycznych” wypełniaczy, a całość połączona z dobrą muzyką sprawia nieraz wrażenie zbyt teledyskowe. Nie jest to w żadnym wypadku jakaś wielka wada – ot, specyfika, która nie każdemu musi przypaść do gustu.

Mimo kilku elementów humorystycznych zdecydowanie nie jest to komedia. Tak, wiem, że na portalach internetowych i nie tylko film został zakwalifikowany jako „komedia romantyczna”, ale po obejrzeniu całości daleki jestem od wsadzania go do tej samej szufladki zaraz obok takiego np. „Dzień dobry, kocham cię”. Całość jest ładnie podzielona na rozdziały, które są ciekawie nazwane i zaakcentowane.

Do licha, tak wiele chciałbym wam o nim opowiedzieć, ale nie mogę, bo zbyt łatwo tu o spoilery. Szykujcie się na kino drogi, w którym bohaterka przebywa podróż rozliczającą ją z przeszłością. Nie wszystko okazuje się takie, jak to sobie wyobrażała lub jak to zapamiętała. Scenariusz stara się balansować wątki antymęskie i antykobiece i w sumie wychodzi z tego jakaś rozprawka na temat trudności w miłości. Banał, ale za to przedstawiony w sposób świeży, ciekawy i pobudzający do myślenia.

4 marca 2015

Filmowy twitter cz. 12

Ostatni smok (1996) – ocena: 6+/10
reżyseria: Rob Cohen

Film „Ostatni smok”, w oryginale „Dragonheart” widziałem w kinie i pamiętam, że wtedy zrobił na mnie duże wrażenie. Głównie ze względu na efekty specjalne oczywiście. Był to okres, gdy po Parku Jurajskim oczy nasze wciąż nie były jeszcze oswojone z grafiką komputerową.

Teraz, gdy sam jestem dziadkiem, wracam do Dragonheart pełen obaw. Wiadomo, efekty specjalne tego typu potrafią się naprawdę brzydko postarzeć. Mimo to czekało mnie tym razem miłe zaskoczenie. Smok jest dopracowany – wygląda dość szczegółowo, a na szczególną uwagę zasługują jego ruchy. Usta są doskonale zsynchronizowane ze świetnym dubbingiem w wykonaniu samego Seana Connerego. Któż mógłby mieć bardziej dystyngowany głos niż on?

Fabułę pamiętałem bardzo wyrywkowo. Poznając ją na nowo, nie zawiodłem się. Jest nawet lepiej niż to zapamiętałem. Aktorzy, choć znani lepiej ze swoich ról drugoplanowych lub z filmów raczej „klasy B” spisują się tutaj na medal. Zawsze lubiłem oglądać na ekranie Dennisa Quaida, równie dobrze wypada David Thewlis w roli szwarccharakteru (tak, to młody Lupin, który jest zły do szpiku kości – Yaaaay!).

Bawiłem się doskonale. Nie jest to wybitne kino, ale jako rozrywkowy blockbuster typu obejrzeć-zapomnieć zdecydowanie spełnia swoje zadanie. Plusik od siebie do oceny dodaję – za wspomnienia, które odżyły na nowo. Wspomnienie kina Znicz, które uważałem za jedno z lepszych (finalnie przerobione na kościół Zielonoświątkowców) oraz wspomnienie kina Zawisza, które prezentowało filmy w warunkach typowo wojskowych. Tych kin już nie ma. Oby Neptun i inne kina studyjne trzymały się długo swojej niszy.

Ostatni smok: Nowy początek (2000) – ocena: 3/10
reżyseria: Doug Lefler

W młodości swej nie wiedziałem i nie przypuszczałem nawet, że istnieć może kontynuacja hitu znanego mi jako „Ostatni smok”. „Ostatni smok: Nowy początek”... i jak tu teraz wytłumaczyć widzom, że niby ostatni, ale może jednak niekoniecznie, bo jeszcze tu jakieś jajo, a tu z kolei...?

Dwukrotnie niechcący zasnąłem w trakcie oglądania. Film stara się powtórzyć formułę co do joty i przerabia wszelkie niepokojące momenty na wersje ugłaskane i familijne. Jeżeli kogoś raził brak krwi i ogólny młodzieżowy target pierwszej części, tu będzie zawiedziony. Nie ukrywajmy tego – to film dla dzieci i zrealizowany na poziomie taniego serialu produkcji polsko-australijskiej.

Nie jest jednak AŻ tak źle. Niszowość ma swój urok. Kilka scen było całkiem fajnych, a nijakość postaci i mizerię gry aktorskiej ratował antagonista. Bardzo długo mieliśmy chyba myśleć, że antagonistą nie jest, ale każdy średnio rozgarnięty widz przejrzy go na kilometr bardzo prędko.

Efekty specjalne oczywiście nie są na takim poziomie, jak w części pierwszej. W końcu porównuję kinowy blockbuster z ogromnym budżetem do szybkiej telewizyjnej produkcji. Smok wygląda przyzwoicie (jak na kino familijne), na pewno lepiej od tego z polskiego „Wiedźmina”.

Sam film można sobie darować. Lepiej w to miejsce odświeżyć sobie serial „Spellbinder”.

Dragonheart 3: The Sorcerer's Curse (2015) – ocena: 5/10
reżyseria: Colin Teague

Kto przy zdrowych zmysłach wraca do marki skutecznie ubitej 15 lat wcześniej i to w dodatku niezbyt popularnej? Chyba tylko prawdziwy entuzjasta albo ktoś z pomysłem, prawda? Tak jest.
Trzecia część „Ostatniego smoka” wyrosła znikąd i spełniła swoje zadanie. Zdaje się ani nie negować ani nie potwierdzać wydarzeń z poprzednich części. Oparta jest za to na zbliżonych rozwiązaniach fabularnych i na podobnym schemacie.

Klimat jest zdecydowanie bardziej mroczny. Smok nie jest już tak cukierkowo kolorowy, jest dojrzały. W scenach walki po raz pierwszy w serii pojawia się krew. Scenariusz także zdaje się być bardziej spójny i przemyślany – nawet od tego z części pierwszej (nareszcie kodeks ma jakieś realne znaczenie). Nieraz zdaje się wyjaśniać zawczasu wątpliwości czepialskich widzów.

Co w takim razie poszło nie tak? Właściwie bardzo niewiele. Motywacje bohaterów zdają się być czasem mało zrozumiałe. Podział serca smoka odbywa się z powodu dość błahego, jak na mój gust. Narażanie misji na niepowodzenie celem ratowania towarzyszy to decyzja wątpliwa z logicznego punktu widzenia. A testowanie swoich umiejętności magicznego rozwiązywania supłów w środku walki to już przejaw całkowitego zidiocenia. Na szczęście takich momentów jest stosunkowo niewiele.

Nie spodobało mi się dodanie do tego świata magii i czarów. Ot, bardziej wolałem ten świat bardziej realistyczny znany z pierwszej części. Jako młody szczaw mogłem zawiesić niewiarę i wmówić sobie, że smoki tak naprawdę kiedyś istniały, a jeśli chcesz wiedzieć co się z nimi działo, obejrzyj film. Tutaj w momencie, gdy druidzi zaczynają czarować, dla mnie prawdziwy czar pryska.

Warto obejrzeć w wolnej chwili – znajomość poprzednich części nie jest obowiązkowa. Nie spodziewajcie się jednak fajerwerków.


Siódmy syn (2014) – ocena: 6/10
reżyseria: Siergiej Bodrow

Jedno trzeba ustalić już na samym początku: to do bólu sztampowe i standardowe heroic fantasy. I w pełni samoświadome. Zamiast to ukrywać – uwypukla i egzekwuje z diabelską precyzją. Każdy, kto nie jest na takie kino przygotowany, będzie zawiedziony.

Silne wrażenie wywołuje połączenie scenografii, monumentalnej i idealnie dopasowanej muzyki oraz roli Jeffa Bridgesa. Nieraz miałem wrażenie, że więcej niż połowa klimatu spoczywa na jego barkach. Gdy tylko na ekranie pojawia się festiwal komputerowych efektów specjalnych i elementów lecących w kierunku kamery celem podkreślenia efektu 3D – cały klimat siada. A zaraz potem oglądamy jakiś wspaniały plener, specyficznie mówiącego brodacza w odpowiednim stroju i wszystko wraca na swoje miejsce.

Fani klasycznego heroic fantasy chyba właśnie za takim kinem tęsknią. To czysta i dobrze wykonana ekranizacja naszych wyobrażeń. Wszystko to już gdzieś było i to wielokrotnie, dlatego czasem zastanawiam się jakim cudem dobrze się bawiłem w trakcie seansu? Ale przecież grając w Diablo, też bawiłem się doskonale. A Jeff Bridges brzmi, jak Deckard Cain. Stay awhile and listen...

Diabelska plansza Ouija (2014) – ocena: 3/10
reżyseria: Stiles White

Ktoś doszedł do wniosku, że Polacy mają prawo nie wiedzieć czym jest „Ouija” i dodał do tytułu zwrot „diabelska plansza”. To, co w USA było tylko rozbudowaną fabularnie reklamą zabawki od Hasbro, u nas nie ma już żadnego uzasadnienia swojej egzystencji.

Sceny, w których mamy się przywiązać do bohaterów są koszmarnie nudne i miałkie. Scenariusz brzmi, jakby został napisany przez Ilonę Łepkowską. Aktorstwo też niezbyt zaangażowane i serialowe. Masa niepotrzebnych dłużyzn. Ten film nadawałby się bardziej na odcinek jakiegoś średnio ciekawego serialu.

Jedno, co broni go przed totalną katastrofą to strona wizualna. Zdjęcia wykonane są na wysokim poziomie. Kilka „jump scares” na mnie poskutkowało, przyznaję. Mały zwrot akcji przy końcu także był całkiem niegłupi. Jednak, jak to gdzieś w Internetach ostatnio słyszałem, to jak znaleźć orzeszka w kupie gówna. Niby fajnie, orzeszek, może nawet byłby smaczny gdyby nie cała reszta.

Furia (2014) – ocena: 5/10
reżyseria: David Ayer

Film bardzo stara się nas wzruszyć, poruszyć i dźgnąć. Wychodzi mu to przeciętnie. Głównie dlatego, że wprawiony widz wyczuje na odległość pismo nosem i obroni się przed tym, co ma nadejść.

W przeciwieństwie do młodzika, widz jest już opatrzony. Wojnę widział na dużym ekranie wiele razy, codziennie słyszy o tym i o tamtym w TV. W Internecie z łatwością można znaleźć drastyczne i prawdziwe filmiki. W grach także nam wrażeń tego typu nie oszczędzają. Dlatego reakcja obronna młodzika może być dla nas trochę niezrozumiała, bo jesteśmy regularnie bombardowani znieczulaczami.

„Furia” emocjonalnie spisuje się średnio, sztampowo i przewidywalnie. Ma jednak jedną mocną stronę. World of Tanks. Każdy kto grał i zna klimat, poczuje go i tutaj. Obrazy są po prostu świetnie skonstruowane, a feeling wojny i braterstwa krwi w walce wyczuwalny. Wielka szkoda, że regularnie łamie się go scenami lirycznego wojennego patosu rozpisanego niezbyt skutecznie.

Wciąż mam takie przeczucie, że ten film powstał na fali ogromnej popularności „World of Tanks”. A potem próbował dorobić do tego ideologię, emocje i patos.

Teoria wszystkiego (2013) – ocena: 8/10
reżyseria: Terry Gilliam

On w to naprawdę wierzy. Że w głębi ludzkiego umysłu, gdzie tkwi ówczesna wersja Kościoła, tamtejsza wersja tej stricte finansowej instytucji, że tam można to wszystko zniszczyć młotkiem. Znaczy, pozornie niewłaściwym narzędziem. Że to, jak w tej układance, grze komputerowej, w tej pracy i badaniu rzeczywistości, jeden element może spowodować reakcję łańcuchową. I że tym narzędziem może być jakże niepozorny film Gilliama. A za tym wszystkim kryje się czarna dziura, nicość skupiająca w sobie wszystko. Miejsce, w którym zero równe jest stu procentom. I tam to człowiek staje się bogiem.

Ale przecież stał się nim już wcześniej – jako wielki Zarząd. Sauron, Wielki Brat i Jezus Chrystus w jednym. A także machina korporacji, którą każdy z nas zna lepiej niż by chciał. I on sam twierdzi, że bogiem nie jest. Zarząd ten mówi jedną mądrą rzecz, z którą muszę się zgodzić. Jeśli religia jest w stanie doprowadzić nas do sensu życia, to czy poświęcanie całego życia aktom religijnym nie zabija tym samym celu?

Przebija się przez to wszystko jeszcze gorycz związana z zawodem miłością. Gorycz gloryfikowana w takim samym stopniu, co i krytykowana. Bo przecież na końcu widzimy samotność, przedmioty przypominające o kimś i szczęście związane z tą samotnością. A młody, który w większości spraw jest chodzącą prawdą, twierdzi, że to paskudne zachowanie i jest zdecydowanie za związkiem.

Natarczywe reklamy, ciągłe zakazy, mania seksu i wszystko to w agresywnych kolorach - to smutna, ale jak ładnie zobrazowana wizja przyszłości. Naprawdę, jeśli ten film był jednym z tańszych w produkcji, co podobno twierdzi sam Gilliam, to ja chyba nie chcę wiedzieć na co idą pieniądze w innych filmach. Na marketing, prawda?

Symbolika w tym filmie bywa trochę przejaskrawiona. Niekoniecznie się z nią zgadzam, ale do mnie trafia, pobudza do myślenia i sprawia, że nie mogę po seansie od razu przejść do porządku dziennego.

Vice (2015) – ocena: 6/10
reżyseria: Brian A. Miller

Film klasy B ze świetnym pomysłem, scenariuszem w stylu filmów sci-fi z lat osiemdziesiątych, aktorstwem wyjętym z produkcji znanych z nośników VHS i ... z Brucem Willisem. Nie wiem kto to wymyślił, ale wyszło całkiem nieźle.

Naprawdę ciężko powiedzieć czy taka była intencja reżysera czy „tak jakoś wyszło”. Problem w tym, że dokłada do tego zmorę współczesnego kina akcji, czyli nieuzasadniony shaky cam i muzykę brzmiącą bardzo współcześnie. Czyli jednak wyszło niechcący?

A policjant-detektyw, niesubordynowany, niczym wyjęty z komiksu co tu robi? Zupełnym przypadkiem przypomina mi stare hity wideo? A Bruce Willis? Toć to gwiazda ówczesnego kina. A ta masa scen typu „szczelajo, ale nie trafiajo”? Nie, to nie może być przypadek.

W tym wszystkim na pierwszy plan wybija się mimo wszystko świat przedstawiony i linia fabularna. Ciekawa, intrygująca i trzymająca w napięciu. Jeżeli klimat i aktorstwo zmrożą wasze wrażenia, świat przedstawiony i wydarzenia same w sobie będą w stanie ten lód przebić, a może i roztopić.

To się po prostu dobrze ogląda, ale trzeba mieć odrobinę wyrozumiałości. Albo oglądać ten film na VHS.

25 stycznia 2015

Filmowy twitter cz.11

Miałem wrażenie, że obejrzenie filmu bez opisania go, choćby dla siebie, traci sens. Lubiłem zostawiać ślad po seansie, coś bardziej trwałego i namacalnego. Potem doszedłem do wniosku, że to mnie hamuje. I nie tylko chodzi o to, że mnie to powstrzymuje przed obejrzeniem kolejnego filmu. To też, bo i sama wizja prowadzenia notatek albo spisywania „sprawozdania” budziła we mnie poczucie niechęci. Hamowała mnie też przed odpowiednim odbiorem filmów. Miałem wrażenie, że za bardzo je analizuję, że tracę coś przez to. Trochę jak w piosence „Bynajmniej” Wojciecha Młynarskiego. Dlatego przestałem pisać, zacząłem oglądać.

Doszedłem też do wniosku, że liczy się przede wszystkim moje doświadczenie obcowania z filmem. Jak to się dzieje, że niektóre filmy wydają nam się lepsze, ale niekoniecznie chcemy je oglądać jeszcze raz? Albo niekoniecznie wśród ulubionych trzymamy te uznane za wielkie dzieła kinematografii? Może chodzi o to, że czasem z ekranu coś do nas personalnie przemawia. Uderza w odpowiedni klawisz, porusza strunę albo nawet budzi skojarzenia z czymś konkretnym. Nie ma to żadnego związku z obiektywizmem, dlatego nikt o tym nie pisze.

A ja właśnie to chcę zrobić. Głównie po to, aby nie zapomnieć tak łatwo. Może troszkę po to, by odreagować i lepiej przetrawić. Niemniej, zapraszam do czytania, jeśli kogoś to interesuje. Mogą pojawić się spoilery, bo "Frankly, dear, I don't give a damn."

Tajemnica Filomeny (2013) – ocena: 6/10
reżyseria: Stephen Frears

Konflikt intelektu z dobrotliwością. Obraz Kościoła miał tu dla mnie drugorzędne znaczenie. Istotna okazała się siła przebaczenia i siła matczynej miłości. Redaktor nie potrafił tego w pełni zrozumieć. Traktował Filomenę zdecydowanie z góry. Ta nie była może zbyt inteligentna, miała sporo słabości, ale nauczyła czegoś redaktora. Ten tandem to dwie siły, pośród których musimy się odnaleźć. Znaleźć kompromis między postawą jej i jego – bo każde bez drugiego nie ruszyłoby dalej z miejsca. Mam wrażenie, że mnie brakuje tego czynnika Filomeny. Nie zaskakują mnie już tak filmy i książki i nie bawią durne komedie. Nie potrafię też łatwo wybaczać i potrafię się zdenerwować, widząc czyjś los lub jakąś niemoc czy bezsilność w danej kwestii. Często, podobnie jak redaktor, niepotrzebnie chcę naprawić czyjś świat, choć to nie moja sprawa.

Nebraska (2013) – ocena: 7/10
reżyseria: Alexander Payne

Woody to taki amerykański Piszczyk. Leci, jak wiatr zawieje. Nawet nieźle na tym wychodzi, ale nie odnajduje szczęścia i nie potrafi docenić tego, co ma. Mam wrażenie, że sporo od siebie dawał i obcował z ludźmi, którzy chętnie brali. I na starość coś w nim jeszcze tkwi, jakiś żal, że nie dostał nic w zamian.
Najciekawsza z tego wszystkiego jest historia byłej dziewczyny Woodiego. Odrzucił ją, bo była bardziej niedostępna. Nie jest zbyt szczęśliwy z obecną, dlatego tęskni za nieznaną mu wersją zdarzeń. Ta jego żona, choć dość dziwna, to wyraźnie coś do niego jednak czuła. Chyba ciągle chciała wzbudzić w nim zazdrość. A może tylko była szczera, na starość już jej nie zależało na ukrywaniu czegokolwiek i był to jej swoisty sposób rozliczenia się z przeszłością?
Ta drobna historia trójkąta miłosnego najbardziej mnie poruszyła. Może jednak lepiej by na tym wyszedł, gdyby nie poleciał na łatwiejszą? I może to ona by lepiej wyszła na tym, gdyby była nieco przystępniejsza? Może dla samego siebie warto wejść do tego zakazanego pokoju, tam już nikt nas za to pasem nie zleje…

Whiplash (2014) – ocena: 7/10
reżyseria: Damien Chazelle

Przez pot, łzy i krew. Na mnie terapia złością chyba nie działa – z reguły marnuję energię w ten sposób wytworzoną. Bo i pojawia się ona nagle, w nadmiarze i szybko wyparowuje. Poza tym prowokacje przedstawione w filmie wpłynęłyby na mnie zupełnie inaczej i nieraz nie rozumiałem dlaczego on się tak, a nie inaczej zachowuje. Pewno dlatego nigdy niczego wielkiego nie osiągnę. Za to podoba mi się to, że bohater nie użala się nad sobą. Nikomu nie tłumaczy się wachlarzem przeciwności losu, nie afiszuje się tym, jak to ciężko pracuje nad efektami. No i właśnie, nie samym talentem, ale i ciężką pracą osiąga się sukces. I ta część już do mnie przemawia.

Teoria wszystkiego (2014) – ocena: 6/10
reżyseria: James Marsh

Gdy usłyszałem, że "Teoria wszystkiego" jest nominowana do Oscara za najlepszy film, pierwsza myśl, jaka mi się w głowie pojawiła to "Fajnie, w końcu nominują coś Terrego Gilliama. Muszę to w końcu obejrzeć"...
Trochę liczyłem na poszukiwanie Boga w fizyce. Bo niby czym innym jest ta jedna teoria, jak nie Bogiem fizyków i jednocześnie ich Świętym Graalem? A tu ckliwa opowieść, która sama nie wie, co mi chce przekazać. Że miłość ma swoje granice i że „miałeś żyć dwa lata, zostałam oszukana”? Bolesna prawda, ale i w tak krótkim filmie nie da się oddać trudu przez jaki taka żona musiała przejść. Zadziwiające jest to, że znalazł sobie inną w takim stanie. Czyli jednak o sile ludzkiego umysłu w grze w miłość? W żadne z tych jakoś specjalnie nie uwierzyłem w takim stopniu, w jakim bym chciał. Taka mi wielka romantyczna historia – w skali kwantowej miłość rządzi się innymi zasadami niż w skali dłuższego czasu.

Za jakie grzechy dobry Boże? (2014) – ocena: 7/10
reżyseria: Philippe de Chauveron

Ubawiłem się, przyznaję. Zapomniałem już o tym, jak dobre potrafiły być francuskie komedie. Przesłanie multi-kulti jest tu pretekstem do dobrego żartu – nie tak bezczelnego i nie aż tak prześmiewczego, jak mają to w zwyczaju robić amerykanie. Szczególnie zabawna jest końcówka i swoiste katharsis odbywające się tak naprawdę już w momencie rozmowy ojców nad jeziorem. Cała ta końcowa scena sprawiła, że siedziałem i cieszyłem się do siebie. Niby sztampa, niby temat oklepany, konstrukcja standardowa, ale najwidoczniej diabeł tkwi w szczegółach. Albo to ja odwykłem od francuskiego humoru i przejadłem się tym sitcomowym.

Birdman (2014) – ocena: 8/10
reżyseria: Alejandro González Iñárritu

Ja naprawdę myślałem, że to będzie film o superbohaterze. I wiedziałem, że z Michaelem Keatonem i w ogóle. Treścią przypomina mi to połączenie „Wenus w futrze” z „JCVD”. Ten film to dla mnie przeżycie, to prawdziwe odwiedziny innego świata. Czuję się, jakbym odwiedził umysł poety.
Poza tym jestem fanem długich ujęć. Nie jest dla mnie istotne czy kręcone były za jednym zamachem czy nie – jeśli przejścia są sensowne, to może być cięty. Dlatego ciągłość ta bardzo mi się spodobała, choć mam świadomość, że forma ta potrafi rozproszyć widza. Jak trzynastozgłoskowiec rymowany w „Panu Tadeuszu”.
Ten film wreszcie sprawił, że poczułem smutek. Bo jest tu masa rzeczy, o których można długo dyskutować i które można interpretować. I to właśnie robię i zapijam jakąś resztką alkoholu, patrząc się w monitor. Za chwilę, gdy tylko przestanę pisać, monitor zgaśnie i będę w nim widział tylko własne odbicie. Nie pierwsze i nie ostatnie.
I Michael Keaton mógłby jeszcze zagrać Bruce’a Wayne u Tima Burtona w ekranizacji „Batman Beyond”. To byłby dopiero hicior. Oglądałbym.

Łowcy głów (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Morten Tyldum

Wow, norweskie kino akcji strzela ostrego kuksańca amerykańskim blockbusterom. Panie i Panowie, tak się robi kino akcji, gdy ma się jaja na właściwym miejscu. Gdy ktoś jest nago – widać nagość. Brutalna rzeczywistość obrazu sprawia, że wierzę w to, co widzę. To dobre kino przy którym siedzi się na brzegu fotela, popija herbatkę i trzyma kciuki. Wiem, że film próbował mi przekazać jakąś myśl, jakąś wiarę w siebie pomimo niesprzyjających okoliczności i ludzi, może nawet wiarę w ludzi. To akurat robił słabo.
A gdy opada kurz
wymiata się go i już.
Czy to naprawdę coś złego?

Zezowate szczęście (1960) – ocena: 9/10
reżyseria: Andrzej Munk

Wiedzieliście, że Studio Filmowe Kadr udostępnia między innymi właśnie ten film na Youtube i to w całości? I to nie tylko ten. Puściłem sobie któregoś wieczora, dla odświeżenia, bo przecież każdy go widział przynajmniej kilka razy, prawda? To jeden z moich ulubionych filmów i jeden z lepszych w krótkiej karierze Andrzeja Munka. Zobaczyłem tym razem troszkę więcej.
To „Dzień świra” swoich czasów. Pod przykrywką komedii kryje się smutek i złość. Piszczyk jest więźniem swojego losu i co gorsza, chce nim pozostać. Tak naprawdę on jest głównym antagonistą tego filmu. Jego umysł już jest w więzieniu i w nim pozostanie. Cała ta biografia to portret psychologiczny prawdziwego komunisty, propagandowca. Może próba odpowiedzi na pytanie "skąd się biorą tacy ludzie?".
To także portret szarzyzny.
A może chodziło o to, że to w sumie nie komunizm niwelował i obcinał łby każdemu, kto wyjdzie przed szereg, ale to my sami sobie to robimy i obarczamy winą los. Albo o tchórzostwo, strach przed tym losem, nieumiejętność walki z nim. Postawa dokładnie odwrotna do tej zaprezentowanej w „Whiplash”.
Podczas seansu wpadła mi też myśl, że to taki polski „Forrest Gump”, który, choć nie tak głupi, to jednak daje się ponieść losowi i jego los staje się odbiciem otaczającej go rzeczywistości. A my obserwujemy tę drogę i widzimy tak naprawdę krótką lekcję historii z komentarzem.

20 stycznia 2015

Taksydermia

Taksydermia

natychasz mnie czymś
umartwionego
bo w pełnym życia nie było już miejsca
nie wiem co tam próbujesz mi znowu wcisnąć
nie widzisz, że się tu rozklejam?
no przecież próbuję się zebrać w sobie
nie wychodzi
już

18 listopada 2014

Interstellar (2014)


Interstellar

(2014) reż. Christopher Nolan
Od obejrzenia „Prestiżu” i nadrobienia poprzednich dzieł Nolana zaliczam siebie do grona fanów. Widziałem chyba każdy jego film włącznie z krótkometrażowymi szkolnymi. „Incepcja” jest póki co jedynym, na który świadomie wybrałem się do kina dwukrotnie. A po słabszym „Dark Knight Rises” Nolan powraca ze swoim długo wyczekiwanym „Interstellar”.

Zanim pójdę na wyczekiwany film do kina za wszelką cenę staram się unikać nie tylko spoilerów, ale często opinii i czegokolwiek, co mogłoby mnie „skazić” przed seansem. Tak zrobiłem i tym razem, ale nie udało mi się uniknąć swoich wyobrażeń na podstawie samego tytułu. Spodziewałem się wielkiej podróży w kosmos. A film rozpoczyna się na wsi. I z początku nic nie wskazuje na to, byśmy gdzieś w najbliższej przyszłości mieli obejrzeć kogokolwiek udającego się w podróż kosmiczną. Chyba, że w kombajnie.

Główną rolę gra Matthew McConaughey, który święci swoje triumfy ostatnio. Jego rola doskonale pasowała mi do człowieka prostego, ambitnego, z głową na karku, ale jakoś nie potrafiłem jej utożsamić z inteligencją i wiedzą, która jest wymagana od kosmonautów. No dobrze, nie mam pojęcia czy jest to wymóg, ale postać, którą widziałem na ekranie z pewnością miała taką być.

W zasadzie tu muszę przejść do głównego zarzutu wobec tego filmu. To najprawdopodobniej nie wina aktora, a wina scenariusza. A ten skupia się praktycznie tylko na ekspozycji, która nie jest tu ani ładnie ani skutecznie kamuflowana. I co rusz zionie frazesami pretendującymi do miana liryki. Słyszymy nawet fragment wiersza. Miałby on swój sens i wydźwięk gdyby nie to, że był powtarzany ze cztery razy i po pewnym czasie ma się w głowie tylko „Tak, tak, wiemy, dalej”.

Głównie dlatego emocjonalnie film rozłazi się w drugiej jego części. Gdy Brand grana przez Anne Hathaway opowiada nam o miłości – nie wierzymy jej kompletnie. W kontekście twardego, naukowego otoczenia i ciągłego filozofowania prawdziwą ulgę odczuwamy, słysząc choćby drobny żarcik. Postaci przez to przestają być ludzkie, stają się papierowe i odkalkowane. Chciałbym poczuć prawdziwe odczucia czekającego na swoich towarzyszy czarnoskórego kosmonauty, ale nie jest mi to dane. A jednak, w pierwszej części filmu coś sprawiało, że te emocje tam jednak były.

Myślę, że to w głównej mierze doskonała gra młodziutkiej Mackenzie Foy, z której po prostu płyną emocje. Jest chemia w relacjach jej postaci z ojcem. Ta relacja rozegrana jest naprawdę umiejętnie i dzięki Bogu, bo to miało być spoiwo tego filmu.

Wizja przyszłości jest dość ciekawa. Ludzkość jest zagrożona, ale nie z powodu jakiejś apokalipsy, nie z powodu trzeciej wojny światowej ani z powodu najazdu obcych, pandemii zombie czy ataku Godzilli. Nie, problemem jest głód i ogromne burze piaskowe. Najbardziej potrzebni stają się rolnicy. Nawet szkoły stoją twardo na ziemi, promując spiskową teorię a propos lądowania na Księżycu. To bardzo interesująca i nawet oryginalna wizja.
Widać, że Nolan odrobił pracę domową. Film w wielu miejscach silnie trzyma się rzeczywistości, którą znamy. A gdy co do czegoś nie mamy pewności – tam rozwija skrzydła fantasy i to na tyle sprawnie, że można w to wszystko uwierzyć. Ja uwierzyłem, dałem się ponieść narracji, ale moja dziewczyna pozostała silnie sceptyczna.

Oczywiście Nolan byłby chory, gdyby nie dołożył tutaj swoistego twistu na koniec. W sumie ciężko to nazwać twistem, bo jeśli ktoś jest obyty z kinem sci-fi, to zna już tę zagrywkę i będzie w stanie ją przewidzieć. Ostatecznie jednak wolę „Interstellar” interpretować jako podróż emocjonalną bardziej niż naukową i survivalową. I zapewne takie miało być przesłanie filmu. Wielka szkoda, że zakończenie pozostawia jednak jakiś wydźwięk bardziej survivalowy. Zamiast zakończyć silną nutą, głównym motywem, by ten pozostał w pamięci, kończy czymś należącym bardziej do otoczenia, pretekstu. Tak, owijam w bawełnę, żeby nie spoilerować i pewno przez to nie macie pojęcia o co mi chodzi.

„Interstellar” to film dobry, ale niebezpiecznie blisko średniaka. Nolan popada w potworne schematy, które przestają działać. Rozciąga seans do trzech godzin i długość ta w tym przypadku nie jest uzasadniona. Chwilami da się wczuć w emocje, w lirykę narracji, by zaraz potem wyczuć w tym wszystkim fałsz, sztuczną ekspozycję i wyjałowienie. Sporo tu drobiazgów i smaczków. Tempo i kosmiczna cisza zdają nawiązywać do „Odysei kosmicznej 2001”. Sam design inteligentnego robota także przypominał mi monolit. Wizualnie sceny kosmiczne stoją na naprawdę wysokim poziomie i robią wszystko, byśmy w nie uwierzyli. Nadużywa wręcz ujęć typu „Jesteśmy z NASA i umieściliśmy kamerę przy kadłubie - pogódź się z tym”. Mimo wielu przebłysków to jeden z gorszych filmów Nolana i z niepokojem przyznaję, że to film, po którym boję się o kolejne. Boję się o przyszłość.

Ocena: 6/10

P.S. Dlaczego John Lithgow nie poleciał w kosmos? Mogliby go w końcu odesłać na rodzinną planetę.
A właśnie, w trzecim Batmanie mieliśmy Josepha Gordona Levitta, teraz John Lithgow. Będę zawiedziony jeśli w następnym filmie Nolana nie zagra ktoś jeszcze z ekipy. Może Kristen Johnson? Albo Wayne Knight?
Chciałbym też podziękować Paulinie za zmotywowanie mnie do napisania powyższego tekstu.

16 listopada 2014

Planeta Burz (1962)


Planeta Burz

(1962) reż. Paweł Kłuszancew
Oglądanie filmów na wyjeździe sprawia mi pewien dość specyficzny kłopot. Gdy oglądam sam, musi to być film, którego z całą pewnością nie będzie chciała obejrzeć ze mną moja luba. Takim oto sposobem obejrzałem już wszystkie filmy z Godzillą w roli głównej. Postanowiłem poszukać czegoś innego, czerstwego i unikalnego zarazem. Kopalnią tego typu filmów jest kino sci-fi z okresu 1950-1970. Tak trafiłem na tytuł „Voyage to the Planet of Prehistoric Women”. Brzmi wyjątkowo zachęcająco, prawda? Jednak zanim zabrałem się za oglądanie, dowiedziałem się, że film ten jest oparty na innym i wykorzystuje ze swojego pierwowzoru wiele scen. A potem okazało się, że ów pierwowzór miał także swój pierwowzór. I tak właśnie trafiłem, zupełnym przypadkiem, na film „Planeta Burz” Pawła Kłuszancewa. Nie wiedziałem o nim kompletnie nic.

Jest to film o podróży na Wenus. Od razu muszę zaznaczyć, że jak na wiedzę, którą wówczas posiadała ludzkość, jest on wyjątkowo realistyczny. Dziś wiemy więcej – atmosfera Wenus sprawia, że gorąco na powierzchni planety uniemożliwiłoby przetrwanie człowieka ot-tak. W trakcie seansu uznawałem to za błąd i utrudniało mi to odbiór. Chętnym polecam wpierw zorientowanie się w temacie Wenus i wiedzy, jaką dysponowali naukowcy w owym czasie.

Przyznaję, że miałem nadzieję, że się trochę pośmieję i wyłączę. Czegóż można się spodziewać po radzieckim kinie sci-fi z początku lat ’60? W dodatku trafiłem na kopię z włoskim dubbingiem. Czułem się troszkę, jakbym oglądał ten film na „Polonii 1”.


Przewijają się tu oczywiście wstawki typowe dla kina socrealistycznego. Ogląda się je z uśmieszkiem na ustach. W końcu my też mamy nadzieję, że prawda zostanie odkryta dzięki wysiłkom ludu radzieckiego, prawda? I faktem powszechnie znanym jest to, że sprzęt radziecki nie zawodzi, ale kosmos jest pełen niebezpieczeństw i wystarczy mieć odrobinę pecha. Lecz w przeciwieństwie do wielu filmów tego typu – mamy tu także liczne wstawki wyciągające rękę do świata zachodniego. Elementy międzynarodowe, pokój między dwoma stronami żelaznej kurtyny. Nawet robota nazwali „John”.


Czasy „zimnej wojny” i ogólna sytuacja polityczna na świecie odciskają tu wyraźne piętno na podejściu bohaterów do otoczenia – nawet w kosmosie. Samą myśl o spotkaniu istot inteligentnych na Wenus kwitują tylko słowami „Jeśli coś inteligentnego by tam było, samo by się unicestwiło”. Zatem ta pozorna artystyczna ucieczka reżysera od rzeczywistości w kosmos okazuje się ucieczką nie do końca udaną.
Z perspektywy czasu śmieszne i nieaktualne może się wydać pompatyczne podejście do bohaterskości. Posuwają się nawet dalej niż w filmach Wajdy – „Lepiej poświęcić życie dla sprawy niż tkwić bezczynnie w próżni”. O poszukiwaniu dogodnego miejsca do lądowania możemy usłyszeć: „ A co jeśli nie znajdziecie?” „Pensje rodzinom, bohaterom pomniki”. A może miało to na celu pokazanie, że do podróży tego typu dobiera się nie tylko ludzi dobrze przeszkolonych, ale także dobrze ukierunkowanych moralnie? Nasi bohaterowie są jednak ludźmi, o czym możemy się przekonać obserwując sceny strachu, zadumy, troski, a nawet miłości. We wszystkie przedstawione emocje uwierzyłem.

Już to zapewne wiecie – tak, to jest naprawdę dobry film. Zupełnie nieświadomie wyłowiłem perełkę, która od samego początku przykuła moją uwagę i nie odpuściła do samego końca. Ciekawe postaci i ich relacje, tajemniczy kosmos, klimacik sci-fi (nieco liryczny), ciekawy „setting”. Znawcy kina pukają się w tej chwili rytmicznie w głowę – „Sleszu!” – mówią „Jak mogłeś nie znać wcześniej filmów Pawła Kłuszancewa”. Biję się w pierś i odpowiadam – nie wiem. Wiem jeno, że warto łowić i wciąż przekonuję się o tym, że moje kinowe zaległości są znacznie większe niż dotychczas mogłem przypuszczać.
W czasach, gdy oczy wszystkich zwrócone były w kierunku Marsa i potencjalnego życia na nim, Kłuszancew decyduje się na pokazanie podróży na Wenus. Zapewne spowodowane to było misją „Wenera” i „Mariner”, które miały miejsce w 1961 roku. O Marsie Kłuszancew opowiedział w swoim ostatnim dokończonym filmie z 1968 roku.


To, co naprawdę robi wrażenie, to efekty specjalne. Kto by przypuszczał, prawda? Radzieckie kino fantastycznonaukowe pionierskie w tej kwestii? Tak, jak najbardziej. Wprawdzie z wielu swoich trików Kłuszancew korzystał już w swojej „Drodze do gwiazd” z 1958 roku, tu jednak otrzymujemy ich znacznie więcej i bardziej różnorodne. Są to triki, które w kinie zachodnim po raz pierwszy wykorzystał Kubrick z „2001 Odysei kosmicznej” dopiero w 1968. Z powodzeniem zresztą wykorzystuje się je do dziś (choćby w „Incepcji”) i wciąż robią wrażenie.

Człowiek w stanie nieważkości wygląda, jakby rzeczywiście był w stanie nieważkości. Zdjęcia podwodne są wyjątkowo ostre i dobre jakościowo. Zapewne dlatego, że nie były kręcone pod wodą, o czym dowiedziałem się dopiero z filmu dokumentalnego o Kłuszancewie. Statek poruszający się ponad powierzchnią planety z ludźmi w środku, choć jego trajektoria nie należy do najbardziej stabilnych, to wygląda realnie. Żadnych linek. Byłem w ciężkim szoku. W większości przypadków efekty specjalne są w kinie elementem najszybciej ulegającym erozji. „Planeta Burz” jednak jest w tej materii niczym żelazny słup z Delhi.

Wrażenie robi także scenariusz. Widać, że postaci są naukowcami, bo gadają po prostu niegłupio. Zresztą Kłuszancew otrzymywał solidną pomoc naukową od prawdziwych radzieckich naukowców. Mamy także akcent polski – wspomnienie o Ciołkowskim (którego Rosjanie uważają za swojego – jako że urodzony był na terenie ówczesnej Rosji). Jest to także film inspirujący. Przedstawia teorie popularyzowane dopiero ok. 10 lat później. Po zakończeniu seansu długo siedziałem wczytując się w wikipedię i inne strony tematyczne, obejrzałem film dokumentalny o twórczości Pawła Kłuszancewa (do czego i was serdecznie zachęcam), a także zwróciło mi moje dziecięce zainteresowanie astronomią.

Troszkę kłóć w oko mogą kostiumy, dziwne fragmenty (nieporadna próba podniesienia obiektu przez robota), socrealistyczny klimacik także może wielu odstraszać. Nie wiem czy to kwestia kopii, którą dysponowałem, ale film miewał problemy z kadrowaniem. To są naprawdę drobiazgi. Świetny scenariusz, rewelacyjne i rewolucyjne efekty specjalne, gęsty klimacik, a nawet odrobina humoru. No i to zakończenie...

Jest to lektura absolutnie obowiązkowa.

Ocena: 8/10

31 października 2014

Filmowy twitter cz. 10

Prometeusz (2012) – ocena: 4/10
reżyseria: Ridley Scott

Mimo ogromnego hype'u na ten film, udało mi się skutecznie unikać spoilerów. A te tkwią nawet w materiałach promocyjnych z plakatem włącznie. Cóż, sam film obiecuje naprawdę wiele, a dostarcza odpowiedzi bardzo szczątkowych. Te "szczątki", które otrzymujemy, w większości są na poziomie średnim - a jeśli wziąć pod uwagę uniwersum "Aliena", to wręcz zawodzą. Właściwie to film bardzo nierówny, nawet na poziomie samego scenariusza. Niektóre motywacje bohaterów są idiotyczne, płytkie i nieuzasadnione. Część dialogów jest wyraźnie słabsza, a część trzyma wyższy poziom. Prawda jest taka, że to przydługi wysokobudżetowy pierwszy odcinek serialu żerującego na znanej marce. Daje częściową odpowiedź na pytania, które miały prawo paść w trakcie seansu pierwszego "Obcego", ale nie dokłada żadnej ciekawej tajemnicy do uniwersum. Nie powiem, że nie bawiłem się w ogóle. Atmosfera tajemnicy budowana jest umiejętnie, akcja potrafi przyciągnąć. Szkoda, że rozpraszają idiotyzmy, a postaci nie są zbyt ciekawe - może poza androidem Davidem. Wyraźna i widoczna jest spora liczba nawiązań do pierwszego "Obcego", choć miałem wątpliwości, czy są to rzeczywiście ukłony i "fanservice" czy może jednak zerżnięcie i zarżnięcie starych koncepcji. Warto obejrzeć, ale z nastawieniem "obejrzę odmóżdżony letni blockbuster" bardziej niż "wow, klimatyczny prequel Obcego, który rozbuduje serię i przywróci ją na piedestał".

Få meg på, for faen (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Jannicke Systad Jacobsen

Ten tajemniczy tytuł przetłumaczono jako "Turn me on, goddamit!", czyli luźno tłumacząc "Podnieć mnie, do cholery!". Ciężko powiedzieć, na ile dobre jest to tłumaczenie, ale na pewno pasuje ono do treści filmu. A ten z premedytacją łamie pewne tabu. Rodzic nigdy nie chce dopuszczać do siebie myśli, że jego dziecko może mieć jakiekolwiek potrzeby seksualne. Niezależnie od wieku, dla wielu rodziców dziecko pozostanie dzieckiem do momentu, w którym przyjdzie myśl "kiedy będę babcią/dziadkiem?". Zapomniał wół?
To nie jedyne tabu, które jest tu łamane i nie jedyny prawdziwy element. Film nie przebiera też w środkach. Gdy trzeba pokazać fiuta, to go pokazuje - bez cenzury. Masturbacja? Owszem. I nie jest to w żadnym wypadku podszyte głupawym humorem z "American Pie", zatem bez obaw. Dobrze zarysowane postaci, ciekawy scenariusz, naprawdę dobrze odegrane role. Zdawać by się mogło, że wszystko jest na swoim miejscu, ale jednak czegoś brakuje. Mimo swojej prawdziwości, wpada w pułapkę kilku klisz, które nie są zbyt dobrze zakamuflowane. Ponadto otwiera drobne wątki, z których niewiele wynika i które nie są specjalnie domknięte. Mają swój sens, wydźwięk, ale zamiast pozostawiać pole do domysłów i interpretacji, pozostawiają uczucie niedosytu. Moja pierwotna ocena była o oczko niższa, głównie ze względu na rażące w pewnym momencie schematy. Po dłuższym czasie jednak zauważyłem, że wciąż dobrze ten film pamiętam i zauważyłem też, że sporo z jego przebiegu wciąż wzbudza we mnie jakieś emocje i prowokuje mnie do przemyśleń. To dobry film z naprawdę dobrym scenariuszem, ale cierpi, gdyż uwięziony został w schemacie.

Pamiętnik (2004) – ocena: 3/10
reżyseria: Nick Cassavetes

Naprawdę? Ten film ma tak wysokie oceny od użytkowników? Praktycznie na wszystkich znanych mi serwisach „User Score” jest w granicach oceny 8/10, recenzenci trzymają się w okolicach 5/10. I z przykrością muszę stwierdzić, że chyba popadam w jakiś snobizm recenzencki, bo mnie również się ten film okropnie nie podobał. Jest potwornie przewidywalny. Klisza goni kliszę – nie tylko w konstrukcji fabularnej, ale i w samym scenariuszu. Odliczałem czas do końca filmu, co mi się rzadko zdarza. Udawało mi się nie tylko odgadnąć co się wydarzy za chwilę, ale i za pół godziny, a czasem nawet co dana postać za chwilę powie. To jeden z gorszych klonów wszystkich kinowych historii miłosnych, jakie widziałem. Trudno przez to nawet skoncentrować się na filmie. Dosłownie kilka scen i kilka linijek tekstu ze scenariusza było ciekawych. Zlituję się z oceną także za realizację, która stała na wysokim poziomie (choć zamiast Ryana Goslinga mogliby zatrudnić jakąś ciekawą brzozę). I nie jest to kwestia tego, że "to kobiecy film". Oglądałem go z dziewczyną i ona miała takie same odczucia.

ParaNorman (2012) – ocena: 6/10
reżyseria: Chris Butler, Sam Fell

Trzeba mieć jaja, żeby zrobić taki film. Mamy tu masę scen, których wystraszyłby się nie tylko dziesięciolatek, ale i których bała się moja dziewczyna. To film dla dojrzałych dzieci i ich starych. Wygenerowany komputerowo, ale stylizowany na animację poklatkową figurek z modeliny. Efekt naprawdę dobry – dzięki takiemu rozwiązaniu sceny mogą być bardziej dynamiczne, szczegółowe i dają większe pole do popisu jeśli chodzi o kąt kamery. Ten, przy dobrze wykonanych modelach, można przecież zmienić nawet na etapie postprodukcji.
Sporo tu humoru, który nie boi się tematów kontrowersyjnych. Nie boi się właściwie niczego i to procentuje. Postaci troszkę zbyt jednowymiarowe, jak dla mnie. Warto obejrzeć, choć dwa razy bym się zastanowił jeśli moje dziecko miałoby oglądać to ze mną.

Mission: Impossible (1996) – ocena: 7/10
reżyseria: Brian De Palma

Zapamiętałem ten film jako lepszy, ale swojej oceny nie zmienię, bo nabrał uroku w innych miejscach. Akcja, nawet gdy znam wszystkie jej zwroty, wciąż wydaje mi się ciekawa i gęsta. Tom Cruise, jeszcze młodziutki, gra dobrze. Sceny na zielonym tle wciążtrochę rażą, ale te kręcone dziś przy pomocy CGI także bywają wyczuwalnie sztuczne. Urokiem tego filmu jest powrót do lat dziewięćdziesiątych z posmakiem czegoś jeszcze starszego – zapewne oryginalnego serialu, którego nigdy nie oglądałem. Dane przenoszone są najpierw na dyskietce (!), by później pokazać nowość – płytki w jakichś dziwnych opakowaniach. Możemy też zobaczyć stare laptopy, telefony komórkowe, a nawet imitację i wyobrażenie wczesnego Internetu. Drobne idiotyzmy nie przeszkadzają w odbiorze, a nawet dodają swoistego smaczku.

Kochankowie z księżyca (2012) – ocena: 7/10
reżyseria: Wes Anderson

Jest to bardzo trudny film do ocenienia. Jego cechą charakterystyczną jest silnie nakreślony styl, które używa wszystkiego, co przez klasyczne kino jest zakazane. Wszędzie mamy linie proste, kąty proste, kadrowanie centralne. Aktorstwo, choć nie jest całkiem wyjałowione, to sprawia wrażenie specjalnie uproszczonego. Jest to zabieg ciekawy, podobał mi się, choć jest on na tyle wyrazisty i niestandardowy, że potrafi za bardzo skupić na sobie uwagę. A to z kolei sprawia, że po prostu ciężej skoncentrować się na fabule. Przypominało mi to styl Akiego Kaurismakiego i choćby jego "Człowieka bez przeszłości". Fabuła, choć prosta, to skuteczna. Zaciekawia, ma w sobie odrobinę magii. To doskonały przykład, jak opowiedzieć jeszcze raz znaną historię ze znanym morałem w ciekawy sposób. I co ciekawe - mimo plejady gwiazd na ekranie najbardziej błyszczą dzieciaki. Warto, choćby dla zaobserwowania efektów formalnego buntu.

23 października 2014

Filmowy twitter cz. 9

Tym razem mam dla was właściwie bardziej kinowy twitter. Dwa wpisy stare, które pisane były "na gorąco", ale z różnych przyczyn nie doczekały się publikacji, a także jedna opinia na temat filmu jeszcze świeżego. Miałem dylemat czy mogę to w ogóle twitterem nazwać, w końcu teksty są znacznie dłuższe niż w standardowym wpisie tego typu. Cóż, nazwa "Filmowy twitter, ale nie do końca, bo się trochę za bardzo rozpisałem, poza tym korzystając z tego, że jestem na wizji, chciałbym powiedzieć, że Vallheru jest moim drugim domem, tęsknię za starymi strażnicami na żetony, chciałbym również powiadomić o tym, że masło to tłuszcz jadalny w postaci zestalonej, otrzymywany z mleka, a pi wynosi około 3,14159265 - ponadto pozdrowienia dla cioci Halinki i Wiesława oraz wszystkich spamowiczów, księcia Milana i oczywiście króla Thindila" jakoś mniej mi przypadła do gustu.


Bogowie

(2014) reż. Łukasz Palkowski
Będzie krótko i na temat.

„Bogowie” to film o drodze do pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce i poniekąd o życiu Zbigniewa Religi. To wiedzą wszyscy, to historia dla nas wciąż dość świeża. Zobaczycie w tym filmie wszystko to, czego oczekujecie, a nawet więcej. Miłość, dylematy moralne, religijne. Przeżyjecie wzruszenia, będziecie się szczerze uśmiechali i emocjonowali. Tak, z całą pewnością będziecie, bo musicie ten film zobaczyć.

Zobaczycie też krojenie wątróbki, rozcinanie człowieka – wszystko podane i nakręcone niezwykle i sugestywnie. Film nie boi się rozgrywać ciszą i robi to z wyczuciem, bez popadania w nadmierny patos, o co było niezwykle łatwo i o co bałem się najbardziej. I bez wybielania głównego bohatera spektaklu. Dzięki temu Religa nie jest tu ikoną, świętym obrazkiem, jest prawdziwy. Z niemałą zasługą Tomasza Kota, który na potrzeby filmu praktycznie stał się Religą.

Rewelacyjnie oddano lata osiemdziesiąte. Wystrój wnętrz, szklanki, samochody, wąsy – zostaliśmy idealnie przeniesieni w tamte czasy. Wizualnie idealnie – bez zbędnego trzęsienia kamerą. Szukam jednego słowa, które opisałoby to zjawisko idealnego umiejscowienia bohaterów, ruchu kamery, światła, ale chyba po prostu takowe nie istnieje. Strona wizualna także współgra z koncepcją zbliżania widza do wydarzeń i do ich urzeczywistniania - gdy kamera sunie za Religą w korytarzu, gdy mamy chwilę oddechu, gdy oglądamy scenki stylizowane na relację telewizyjną.

O muzyce coś chcecie? Dobra jest. Pojawiają się utwory zagraniczne, dobrane treściowo i z jajem.

To film na poziomie najlepszego światowego kina. Owszem, popada w te same schematy – cel, determinacja, sukces, złamanie, powrót, wszystko jest na swoim miejscu. Jest to jednak zrealizowane z wyczuciem i w idealnych proporcjach. Bardzo silną stroną filmu jest jego scenariusz. Jednym krótkim tekstem potrafi rozładować atmosferę i wprowadzić w zadumę, a czasem i jedno, i drugie jednocześnie. Po prostu widać, że od początku do końca film jest zrealizowany z pomysłem. I wyegzekwowany po mistrzowsku.

Ocena: 9/10

P.S. Ja nie mam takiej cierpliwości, jak moja dziewczyna, nie potrafię opieprzyć kogoś słownie za tak głośne jedzenie na filmie, który dużo rozgrywa ciszą. Ja was, świnie, będę kurwa linijką napierdalał, obiecuję wam to. Nażreć się przed seansem, bo kino to nie bar mleczny! A kiedyś, jak się dorobię, to kupię własne kino i wam postawię bramkarza przed salą. I drugiego w sali z kijem baseballowym. Na komórki też znajdę sposób, w klatce Faradaya was będę sadzał albo coś. Skończy się babci sranie.


Wakacje Mikołajka

(2014) reż. Laurent Tirard
Pamiętam Mikołajka z wygrzebywanych i wciąż „nowych” opowiadań Rene Goscinnego o małym chłopcu – Mikołajku - i otaczającym go świecie. Nie ma w tej historii niczego niezwykłego – żadnych czarów, magii, drzwi w szafie, nic, najzwyklejsza rodzina w rzeczywistym świecie. Co zatem wyróżnia Mikołajka i sprawia, że stał się tak popularny? To mistrzowskie rozegranie tego, jak nasz główny bohater nie rozumie świata, a także humorystyczne podejście do rzeczywistości dorosłych widzianej oczami dziecka. „It’s funny cause It’s true” w czystej postaci. Wykreowanie czegoś takiego i to w takiej jakości wymaga prawdziwego mistrzostwa. Wiemy już, że Goscinny wielkim mistrzem był. A jak sprawdzają się filmy?

Pierwszą część widziałem dość dawno i zostawiła po sobie bardzo pozytywne wrażenie. Nie spodziewałem się, że współcześni będą w stanie tak doskonale oddać ducha oryginału i styl dawno już nieżyjącego autora. Przyszedł czas na część drugą, do obejrzenia której byłem bardzo pozytywnie nastawiony.

Jeszcze przed seansem mogłem zauważyć rzecz bardzo niepokojącą. Autorzy, jak i marketerzy nie mają bladego pojęcia co prezentują. „Mikołajek” był opowiadaniem o dziecku i pisanym językiem stylizowanym „dla dziecka”, ale żeby rzeczywiście w pełni docenić i zrozumieć kunszt i dowcip trzeba być przynajmniej młodym dorosłym. Zaczynam szufladkować wiekowo ludzi niczym w „Simsach”. Trzeba mieć odrobinę pojęcia o świecie, a nawet wypadałoby mieć jakieś doświadczenia. „Oko” puszczane do dorosłego widza to nie oczko od pończochy, to oko Saurona, Wielkiego Brata, to oko NSA. A tu do kina wchodzą rodzice z dziećmi w wieku 4-10 lat. Ja i moja dziewczyna byliśmy jedynymi, którzy przyszli na seans bez dzieci. A reklamy? Cóż, znam już wszystkie nadchodzące premiery filmów animowanych, włącznie z fatalnie zapowiadającą się „Pszczółką Mają”.

Myślałem, że będzie mnie to denerwować, i w pierwszej chwili nawet tak było. Szybko jednak okazało się, że klimat w kinie zaczął współgrać z tym na ekranie. Rodzice zaczęli płacić cenę za swoją ignorancję – sami mimo woli śmiali się nieraz, ale dzieci albo głośno pytały rodziców, z czego ci się śmieją albo same udawały, że dowcip rozumieją śmiejąc się tak głośno i sztucznie, jak to było możliwe. Największy dramat rozegrał się, gdy trzeba było wyprowadzić dziecko do łazienki, a drugie zostawić. W połowie drogi z jakimś chyba 3-4 letnim szkrabem mama została zatrzymana głośnym wołaniem drugiego: „Mama, gdzie idziesz? Mama! Gdzie idziesz? MAMA!”. Szeptem tylko powiedziała do szkraba, z którym już była przy samym wyjściu „Zostań, zaraz wracam” i popędziła wyjaśnić, co się dzieje, i uciszyć starsze dziecko. Przeszła 5 metrów po czym szkrab zaczął za nią biec. Komedia po prostu wyszła z ekranu i rozgrywała się na naszych oczach. Ciągły uśmiech miałem na ustach słysząc z tyłu, jak rodzice musieli się gimnastykować próbując uniknąć opowiadania puenty dowcipu, który zobaczyli na ekranie.

A co działo się na ekranie? „Mikołajek na wakacjach” to czysta zabawa. Pogrywa sobie z kliszami na swój własny sposób. Pojawiają się tak ograne motywy, jak wysłany list, który trzeba powstrzymać przed dotarciem do adresata albo jak identyczne stroje dwóch osób na balu przebierańców. Jednak to, jak sobie z tymi kliszami radzi, bawi i wynagradza chwilowe zwątpienia.

Jest to film lekki, przyjemny, rodzinny, ale zdecydowanie nie dla dzieci. Drodzy rodzice, nie musicie szukać wymówek ani pretekstów, żeby na Mikołajka pójść. Można iść samemu, zostawiając dziecko pod czyjąś opieką.
Ciężko coś więcej na temat filmu napisać. Nie opowiem wam przecież dowcipów, stracą całkowicie swoją moc. Oprócz przerabiania znanych klisz nie mam żadnych zastrzeżeń. Te zresztą też rozgrywane są po mistrzowsku. Jeżeli czytaliście kiedyś opowiadania, wiecie już czego się spodziewać. Lepszych ekranizacji „Mikołajek” nie mógł otrzymać.

Ocena: 8/10


Niezniszczalni 3

(2014) reż. Patrick Hughes
Tak, wiem, powinienem najpierw kompleksowo wgryźć się i opisać część pierwszą, potem drugą, a dopiero po tym zająć się „trójką”. Jednak maniera współczesnego kina, o której wspominałem przy okazji recenzowania Wojowniczych Żółwi Ninja, skutecznie utrudnia mi to zadanie. Większość filmów to kontynuacje albo nawiązania do długich serii i innych filmów. Chcąc możliwie rzetelnie opisać całą serię „Niezniszczalnych”, tak naprawdę musiałbym wcześniej przerobić z wami chyba większość kina akcji lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Przypadek i odrobina samozaparcia z mojej strony sprawiła, że udało się ogarnąć wszystkie filmy o Godzilli przed premierą najnowszej kinowej wersji, ale nie może być i nie będzie to regułą.

Stallone wbrew wszelkim przesłankom i wbrew przeciwnościom wskrzesił kult starego kina i udowodnił, że jest dla takich filmów widownia. Po Rockym i Rambo przyszedł czas na coś nowego. Ogromny szacunek za zebranie tak licznej ekipy „starych wyg” w jednym miejscu. To małe spełnienie młodzieńczych marzeń. Coś tak niespodziewanego, jak w świecie gier „Street Fighter vs. Tekken”, Sonic i Mario w jednej produkcji czy choćby same „Super Smash Bros” i „PlayStation All Star Battle Royale”.

W kinie byłem z dziewczyną. Za mną gdzieś po prawej stronie siedziały „szeleściory”. Specjalnie dla takich ludzi powinni sprzedawać jeszcze przed seansem kawałki styropianu, kredy z tablicą w zestawie albo od razu wiertarki. Po lewej zaś usiadła spora ekipa męska w doborowych humorach. Film „Niezniszczalni 3” nie jest filmem dla waszych kobiet, które nie przepadają za klasycznymi scenami akcji i wolą oglądać romanse. Nie jest też dla „szeleściorów”, bo wybuchami i odgłosami karabinów film potrafi skutecznie zagłuszyć ich trollowanie papierkami i chipsami. I zdecydowanie jest to produkt imprezowy dla grona męskiego pamiętającego „tamte czasy i tamte filmy”.

Wrażenie robi przyjemnie rozpisana akcja, która z pełną premedytacją powtarza tyle schematów ile tylko jest w stanie. Włącznie nawet z motywami rodem z westernów. Mamy elektroniczny licznik odmierzający sekundy do wybuchu. Mamy kilka dobrych tekstów, klasyczny akcent każdego, masę rozwałki i … odrobinę nowoczesności. Ta mała próba unowocześnienia „Niezniszczalnych”, pogodzenia pokoleń i zrobienia wszystkiego tego na poważnie nie wyszła niestety zbyt udanie.

Sceny nakręcone są naprawdę fajnie, jednak ostry montaż, który zapewne również miał przypominać stare filmy akcji, już nie zawsze się sprawdzał. Cięcia były czasem zbyt częste dla ujęć zbyt zróżnicowanych, co mogło sprawić wrażenie chaosu na ekranie. Wkrada się trochę fuszerki jak np. niemal w całości generowana komputerowo scena zwykłego lądowania helikoptera, widoczne dokrętki na tle zielonego ekranu (a może to „tak miało być”? czasem ciężko wyczuć co w takim filmie jest zamierzone, a co nie), czasem wykorzystanie dwa razy tej samej sceny wybuchu. Przez większość czasu jednak wiadomo co się dzieje, jak i gdzie. Choreografia jest w miarę klarowna. To, jak poszczególne sceny są nakręcone to z kolei zupełnie inna bajka. Jest w tym spore wyczucie i cała masa dynamiki. Kamera trzyma kąt, zjeżdża do samej ziemi ukazując z bliska broń i doskonale ujmując to, jak niewiele brakuje bohaterce do jej sięgnięcia. Sceny ociekają efektownością, której szukacie i której oczekujecie.

Występuje ofkors Stallone, który trzyma się ze starej gwardii nadspodziewanie dobrze. Biega, skacze, bije po mordach, strzela i eksponuje swoje mięśnie – całkiem nieźle, jak na ... 68 lat na karku. Mój dziadek nawet tego wieku nie dożył. Stallone współtworzył także scenariusz i całą historię. Ogromny szacunek za dystans do samego siebie. Jest tu kilka scen, które najprawdopodobniej nawiązują do śmierci jego syna, który zmarł na zawał serca w 2012 w wieku zaledwie 36 lat.

Na ekranie zobaczyć możemy także Arnolda Schwarzeneggera, który wygląda już gorzej niż Stallone. Silnie zakrywany, ale w niektórych scenach widoczny jest jego bełton. Nastroszona fryzura, podobnie jak w poprzedniej części, nie robi pozytywnego wrażenia. Zmarszczki i podbródki ukrywane są pod zarostem.

Niestety najgorzej z ekipy wypadł Harrison Ford (72 lata!). Wiek odcisnął na nim swoje piętno. Odnosiłem wrażenie, że już ledwo chodzi. W scenach akcji bezpośredniego udziału nie bierze, ale swoje robi. Cóż, zdziadział po prostu, ale cieszę się bardzo, że znalazło się dla niego miejsce w tym filmie. Ciężko mi jednak wyobrazić sobie kolejnego Indianę Jonesa z jego udziałem albo wciąż planowaną kontynuację „Łowcy androidów”.

Przeglądam Internet i wierzyć się nie chce. Jason Statham ma już 47 lat, Wesley Snipes ma już 52 lata, a Dolph Lundgren ma „dopiero” 56 lat, a Randy Couture… kto to w ogóle jest? Jet Li ma już 51 lat. A dopiero co „Transporter” był na topie, dopiero co emocjonowaliśmy się ekranizacją „Blade’a”, a „Rocky 4” ma już prawie 30 lat. Wszyscy wymienieni wyżej aktorzy trzymają się bardzo dobrze i równie dobrze ogląda się ich na ekranie. Seria „Niezniszczalnych” staje się fantastycznym przytułkiem dla emerytowanych gwiazd kina akcji i chwała jej za to.

Drażnią niestety szczegóły. Transmisja została zakłócona i nie można wysłać sygnału do bomby, by ta wybuchła, ale transmisja wideo idzie płynniutko w jakości Full HD? Naprawdę? Takich detali nie trzeba specjalnie szukać, z łatwością można się na nie natknąć. Rozumiem konwencję i nie rażą mnie intencjonalne akcje „over the top”. One są solą tego filmu. Są jednak pewne granice.

Słabo wykorzystano Mela Gibsona na ekranie. Pojawia się bez pompy, wykonuje jedną akcję po czym wciąż chodzi z obstawą to tu, to tam. Właściwie gdzieś tam pośrednio dowiadujemy się, że coś złego ma za uszami. Nie jest typowym antagonistą. Całkiem ciekawa jest jego motywacja i historia, która sprawia, że można mu uwierzyć, a nawet zadać pytanie – czym różni się od naszych protagonistów? Niestety, dostajemy także odpowiedź, choć nie do końca popartą w akcji.

Oczywiście taki film musi wykorzystać swoich aktorów i nawiązać do paru starych hitów. Słyszymy głośne, znane z Predatora „Get to the chopper!” Schwarzeneggera. Banderas zdaje się nawiązywać do filmu „Assassins”, gdzie przecież grał siłę młodości w konkurencji ze Stallonem. Nie wyłowiłem jednak takich scen tak wiele, jak w przypadku „dwójki”. Zresztą można się było tego spodziewać już zerkając na plakat – „Żarty się skończyły”.

Jest to film, który bardziej stawia na i podkreśla swoją autonomiczność niż część druga. Traci przez to na humorze. Mel Gibson nie okazał się tak dobrym antagonistą, jak Van Damme. Nie ma tu tak dużej dawki czystego „funu”. Umieściłbym tę część gdzieś między średnią „jedynką”, a rewelacyjną „dwójką”. Na poprzedniej części w kinie doskonale bawiła się nawet moja dziewczyna. Niestety, nie tym razem. A jak ja się bawiłem? Cóż, średnio, ale z uśmiechem na ustach. Rozumiem takie kino doskonale, ale seria ta wciąż cierpi na pewną przypadłość – za mało skupia się na pojedynczych bohaterach. Widać to, gdy Barney zostaje sam i zaraz ma się ochotę na dłuższą chwilę takiego oddechu, takiej akcji skupionej wokół jednej postaci, na taki mały powrót Rambo. Po obejrzeniu „dwójki” byłem przekonany, że autorzy znaleźli już formułę, rozwiązanie problemu nadmiaru doborowej obsady w jednym filmie. Zapewne nie chcieli powtarzać tego samego. Poważniejszy ton i wprowadzenie Niezniszczalnych w nową erę nie przypadło mi już tak do gustu.

Jest to dobry film do browarka ze znajomymi w większym gronie i tam ma szanse powodzenia. Zapić, zawiesić niewiarę, chłonąć esencję kina akcji. Mam nadzieję, że stare wygi nakręcą jeszcze niejeden film.

Ocena: 4/10