9 maja 2014

Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują (2001)


Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują

(2001) reż. Shûsuke Kaneko
Po raz kolejny borykam się z problemem – jak oceniać filmy o Godzilli? A w szczególności jak ocenić film tak późno w serii zrealizowany, którego zrozumienie wymaga pełnej znajomości stylistyki wczesnych filmów z serii Showa? Cóż, chyba muszę być szczery i oceniać przede wszystkim zgodnie z tym, jak dobrze bawiłem się w trakcie seansu. A bawiłem się rewelacyjnie. Przestrzegam i zachęcam – każdy kto lubił kampowość tych najstarszych filmów o Godzilli (albo przynajmniej lubił o nich czytać) powinien obejrzeć film o jakże barwnym tytule „Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują”. I od razu odpowiadam na pytanie – tak, wszystkie nadzieje, jakie można mieć po przeczytaniu tego tytułu są tutaj spełnione. Coś czuję, że będę musiał uznać to dzieło za swoje „guilty pleasure”.

Niemal od samego początku do samego końca wgapiałem się w ekran, jak zaczarowany, a uśmiech nie schodził z mych ust. Spróbuję wam to opowiedzieć od początku, choć już czuję, że nie będzie mi łatwo. Będę się czuł trochę jak idiota opowiadający komuś puentę jakiegoś dowcipu sytuacyjnego.

Pierwsza dobra wiadomość już na samym początku – po ataku Godzilli z 1954 roku ludzkość miała święty spokój przez niemal 50 lat. A co to oznacza? Tak, to kolejny, piąty już reboot serii. Cieszę się po prostu, że wątki z fatalnego „Megaguirusa” nie zostały pociągnięte dalej. Jest jeszcze jedna, dość dziwna rzecz. Tak, jak „Godzilla kontra Megaguirus” wybrał sobie uznanie nie tylko pierwszej części cyklu, ale i „Rodana”, tak „Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują” uznaje dodatkowo… amerykański reboot „Godzilli”. To jak to w końcu jest, można go nazwać rebootem czy jest raczej jakimś dziwnym sequelem? Sytuacja powoli zaczyna się wymykać spod kontroli.

Japończycy stwierdzają, że „amerykańcy naukowcy twierdzą, że to był Godzilla”, przy czym ich eksperci "mają pewne wątpliwości". Tego typu drobiazgi, motywy, scenki przewijają się przez cały film, który wprost tryska czarnym i jakże zabawnym humorem. Wyobraźcie sobie taką oto scenę: Do miasta zmierza Godzilla. Następuje szybka ewakuacja (czyt. wszyscy uciekają, gdzie pieprz rośnie, drąc się wniebogłosy), jednak ktoś zapomina o biednej nastolatce, która ma połamane kończyny i mimo usilnych prób nie może uciec ze szpitala. Godzilla zmierza w jej kierunku, pot spływa po jej czole, widzimy jak próbuje pogodzić się ze swym losem. A Godzilla przechodzi obok. Ogromna ulga maluje się na jej ustach, ociera pot, gdy nagle pojawia się wielki ogon w jej oknie i booom!

A dosłownie do łez doprowadziła mnie inna piękna scenka. Sielankowa sytuacja, młodzież gra w ping ponga. Ktoś zarzuca żartem, że fajnie by było mieć Godzillę jako zwierzątko domowe. Wszyscy się śmieją, ale nie na długo, bo po chwili trzęsienia ziemi wywołane stąpaniem wielkiego potwora zaczynają siać postrach. Wszyscy panikują. Widzimy biedną kucharkę, na którą lecą wszystkie garnki i talerze. Widzimy też biednego człowieka, który usilnie próbuje w tej sytuacji trafić … swoją strużką do pisuaru. Oczywiście efekt jest zbliżony do tego, który zapewne znacie z dowolnej przygody w rodzimym PKP. Nasz bohater próbuje wytrząchnąć resztę z siebie, kamera się oddala, a budynek jest zmiażdżony przez ogromną stopę Godzilli, która spada z góry niczym wyjęta z Monty Pythona. Gdy otarłem łzy z policzków, pokazałem tę scenkę swojej dziewczynie, skomentowała to mówiąc „No, czego sam nie wytrząchnął, to Godzilla na pewno z niego wycisnął”.


Humor to nie wszystko. Film potrafi zbudować nam także ciekawy, choć wciąż nieco kampowy klimat. Fabuła opiera się o legendę trzech wielkich potworów broniących Ziemi w obliczu zagrożenia. Dlaczego potwory nie aktywowały się w 1954 roku? Zdaje się, że nie miały dość mocy. Ich moc, jak również moc Godzilli podobno składa się z dusz ofiar ludzkich. Demon’s Souls / Dark Souls pełną gębą, prawda? Szczególnie dużo czasu zbieranie mocy schodzi Ghidorze, który budzi się nie do końca jeszcze przypakowany. Ale spokojnie, to japoński film, Ghidora jeszcze nabiera złotych kolorków i zaczyna siać postrach swoimi głowami i przedziwnym rykiem rodem z najstarszych produkcji.


Atmosfera tajemniczości budowana jest umiejętnie i naprawdę da się poczuć lekki dreszczyk, który tkwi gdzieś tam pod skórą.

A jak muzyka? Och, lepiej nigdy nie było. Główne motywy robią niezwykłe wrażenie, choć po raz kolejny coś mi przypominały. Co takiego? Muzykę z Metal Gear Solid 2. Wprawdzie gra wyszła nieco później, ale muzyki można było zasmakować jeszcze w demie dołączanym do Zone of the Enders, a może i wcześniej w jakichś trailerach, zatem inspiracja jest tu całkiem prawdopodobna. I wiecie co? Wcale mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Przy muzie z MGSa 2 ciarki były częstym gościem na mych plecach i przy okazji tegoż seansu także nie omieszkały ich odwiedzić. Dynamiczny elektroniczny beat doskonale komponuje się z obrazem i wprowadza w niezwykła atmosferę. Przypomina się nam także te najbardziej klasyczne utwory Ifukube, ale nie jestem pewny czy można je było usłyszeć gdziekolwiek poza napisami końcowymi. Na pewno w trakcie akcji słyszalna jest przerobiona wersja melodii Mothry. Ryki stworów także brzmią nieźle, choć z rykiem Godzilli bywa różnie, nieraz brzmi zupełnie jak nie ten sam potwór.

Wkręceni zostajemy nie tylko w główny motyw dziennikarki (ofkors!) i jej ojca na dowódczym stanowisku wojskowym (double ofkors!!), ale i w drobne smaczki i sytuacje. Dziennikarze planują nakręcić swojego „Nanuka z Północy”, ale z sensacyjną narracją i z Godzillą w roli głównej. Oczywiście żadnego Godzilli nie ma, wszystko jest udawane, a celem jest głównie nakręcenie dochodowego materiału. Pada nawet stwierdzenie, że niektóre wioski mają nadzieję, że Godzilla przybędzie właśnie do nich, bo po takim ataku tłumnie przyjeżdżają turyści, którzy chcą pooglądać zniszczenia. Może to właśnie miał na myśli Ryszard Ochódzki mówiąc „Pan wie, kto po nim stąpał?!”


Postaci nie tylko da się lubić, ale i po prostu nie sposób ich nie polubić i im nie kibicować. Dzięki temu, gdy dziennikarka (w końcu jakąś ładną aktorkę wybrali) naraża swoje życie, by nakręcić świetny materiał o Godzilli, a jej ojciec osobiście podejmuje walkę z wielkim potworem – jesteśmy w to maksymalnie wkręceni. Trzymałem kciuki, by córeczka przeżyła, a ojczulek uszedł z życiem z tej nierównej batalii. Nie jest to do końca pewne, bo widzimy tuż przed akcją dość standardowe, lekko liryczne pożegnanie rodzinne w japońskim stylu. A sama walka… och, cóż to jest za bitwa i jak niebywale zakończona! Siedziałem z szeroko otwartymi oczami i lekko uchylonymi ustami całe ostatnie pół godziny filmu, które po brzegi wypełnione jest wszystkim tym, czym powinien być film o walkach wielkich stworów.

Dziwnym sygnałem jest pokazanie niczym w amerykańskim filmie ryjącego Godzilli. Ryjem ryjącego. Z jednej strony podkreśla się różnicę między Zillą (nie pada tu ta nazwa, ale rzeczywiście wypadałoby odróżniać te dwa designy potwora), a Godzillą, z drugiej wykorzystuje się te same cechy charakterystyczne. Całkiem możliwe, że to tylko moment mający na celu bycie efektownym, ale i od japońskiej serii też całkiem oderwany nie jest. Podziemny Godzilla, o czym już wspominałem, pojawiał się trochę w „Ebirahu”, trochę podczas pojawiania się w „Godzilla kontra Mothra” z 1964, jak i z wersji z 1992, w której ryje pod skorupą ziemską i wyłania się z innego wulkanu.

Tyle już napisałem, a ani słowem nie wspomniałem o tym, że Król Potworów znowu zmienił swój wygląd. Gdy zobaczyłem, że po „Powrocie Godzilli” nakręcono aż tyle kolejnych filmów, byłem przekonany, że chcieli wykorzystać wykonane kostiumy maksymalnie. Może trochę zbyt ostro je podpalali przy okazji kręcenia poprzedników? Nieee, to była przemyślana decyzja designerska. Godzilla ma kostium jako żywo przypominający serię Showa. Owszem, bardziej razi przez to sztucznością i muppetowością, ale także podkreśla niezwykły urok, do którego cały film silnie nawiązuje i który próbuje odwzorować. Godzilla zieje po raz kolejny niebieskim ogniem, już bez Kaio-kena, a oczy jego to same białka. A może ma takie fikuśne, hipsterskie soczewki?

W filmie „Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują” pojawia się jeszcze jeden, niewymieniony w tytule, potwór. To Baragon. Teraz troszkę żałuję, że pominąłem film, w którym Baragon walczy z potworem Frankensteina. Cóż, nie wymienianie go w tytule ma swoje uzasadnienie – potwór ten leszczuje tutaj dość mocno. W walce z Godzillą trochę się szamocze, trochę wykorzystuje swoje umiejętności, nawet fajnie się tę walkę ogląda. Ostatecznie jednak możemy go nazwać „Krilanem” tego filmu, dostaje wpierdziel stosunkowo wcześnie i tylko dodaje motywacji pozostałym obrońcom do działania. Ach, no i wyglądem przypomina Muppetową wersję słonia Dumbo!

Mothra za to nareszcie doczekała się porządnego unowocześnienia. Nawet w serii Heisei, która przecież pod względem technicznym prezentowała się tak dobrze, nasza wielka ćma przypominała pluszaka. Tutaj nabiera bardziej owadziego charakteru. I na całe szczęście nie musiałem oglądać zbyt długo formy larwalnej, za którą nie przepadam. No i oszczędzono nam też kosmosek (nareszcie!) choć pojawia się tu mały ukłon w ich kierunku. Pierwszy raz też widziałem, żeby Mothra zjadała ludzi. A może ich tylko utopiła?

A jak wygląda Król Ghidora? Gdy jest makietą, kostiumem albo legendą na jakiejś ścianie, to całkiem nieźle, choć momentami przypominał mi Falkora z „Neverending story”. Są jednak sceny, w których mimo zaprezentowania potwora z dużej odległości widać rażącą obłość komputerowej grafiki. Na tych nielicznych ujęciach wygląda wręcz mniej szczegółowo nawet od smoka z polskiego „Wiedźmina” (i nie mam tu na myśli gry). I nie wiem czy to wina tłumaczenia, które miałem, ale wg przedstawionych tu legend Ghidora miał być smokiem o ośmiu głowach. Cóż, co trzy głowy, to nie osiem. Dowiadujemy się też, że ostatnie pojawienie się potwora miało miejsce ok. 2000 lat temu. Jesteście w stanie to sobie wyobrazić? Ja lubię sobie wyobrażać scenkę, w której Barabasz uniewinniony przez Piłata wychodzi na wolność, wtem przylatuje wielki smok o trzech głowach i pożera zbrodniarza. Swoją drogą ciekawe po co się wówczas aktywował? Może ziemię atakował inny potwór? Czekam na film „Godzilla w czasach Jezusa” z obowiązkowymi nawiązaniami do dzieła Marqueza.

Egzaltuję się na całego? Tak, bo to świetny pastisz, który nadaje sens całej mojej podróży filmowej przez serię Showa. Gęba mi się wykrzywia w wyraźny uśmiech za każdym razem, gdy widzę zbliżenie na kolejne rozdziawione w przerażeniu ludzkie paszcze, na wszystkie te uwydatnione komiczne miny i reakcje tłumu. Gdy widzę kolejne Boom! Boom! BOOM! Rozpierducha nabiera nowego znaczenia, jeden Godzilla przeciwko trzem różnym potworom potrafi urządzić tak niebywały spektakl, na jaki liczyłem zawodząc się przy filmach takich, jak „Zniszczyć wszystkie potwory”. Mamy tu dosłownie wszystko – romans, dramat rodzinny, cały ogrom przezabawnego i bezkompromisowego czarnego humoru, wielkie potwory w najlepszym, kampowym stylu wykonane. I oczywiście mięsko główne, czyli choreografia ich walk. Mamy tu sporo klimatu oryginalnych filmów i moje ulubione nawiązanie do „jedynki” z Godzillą wychylającym się zza wzgórza.


Zdradziłem wam jedynie część pysznych smakołyków, które możecie zobaczyć. „Godzilla, Mothra, król Ghidora: Gigantyczne potwory atakują” to film, którego żaden fan nie może przegapić.

Widziałem ten film wczoraj i biłem się z myślami czy zasługuje on na siódemkę. Z jednej strony, to wciąż kino klasy B, ma kilka drobnych błędów realizacyjnych, a grafika komputerowa wygląda naprawdę cienko. Postanowiłem się z tym przespać. Dziś, gdy sam jestem dziadkiem i piszę te słowa, pamiętam oglądanie tego filmu jako czystą, niczym nie skażoną zabawę pełną gębą. I doszedłem do wniosku, że jednak na siódemkę nie zasługuje.

Ocena: 8/10

P.S. A teraz... reakcja czytelników:



7 maja 2014

Godzilla kontra Megaguirus (2000)


Godzilla kontra Megaguirus

(2000) reż. Masaaki Tezuka
Jestem wkurzony. Jak po tak fajnym filmie, jakim był „Powrót Godzilli” można było tak szybko zejść tak nisko? W poprzedniku nie został zamknięty wątek UFO, dane na laptopie mogły zawierać coś ciekawego, postaci były tak ciekawe, że aż żal było je ot tak zostawiać. A jednak, wszystko to wrzucono w śmietnik. „Powrót…” nie ustosunkowywał się jasno do innych filmów z serii, wiadomo było tylko, że ludzkość zna potwora i próbuje się przeciwko niemu organizować. „Godzilla kontra Megaguirus” od razu umiejscawia się w uniwersum i okazuje się, że to kolejny, czwarty już reboot. Ignoruje wszystko za wyjątkiem pierwszej części i … filmu „Rodan”. To wielkie robactwo z „Rodana” powraca i ewoluuje w innym kierunku. Wyglądem kompletnie nie do rozpoznania, pokrywa się z głównie z nazwy.

Ataki Godzilli są rzadsze niż niegdyś. Pierwszy atak nastąpił oczywiście w 1954, drugi w 1966, trzeci w 1996 i kolejny w 2001. Nie ma żadnego ataku millenijnego, żadnego wspomnienia o czymkolwiek przypominającym poprzedni film. Mało tego, zrezygnowano z wykorzystywania energii atomowej po tym, jak Godzilla zaatakował elektrownię jądrową w 1966 i zaczęto korzystać z plasmy. Mam LCD w domu, żebym wiedział, że plasma ma taką moc, zapewne kupiłbym inny telewizor. A może to nie o tę plasmę chodzi? Może nie doceniam zawartości swoich chustek? W każdym razie kłóci się to z atakiem na elektrownię atomową w „Powrocie Godzilli”. Tak, ubolewam nad tym, że to nie sequel. Skoro pociągnięto dalej wątek zainteresowania potwora naszymi źródłami energii, to dlaczego wyjęto tę jedną rzecz, a całą resztę zignorowano?

No dobra, sentymenty na bok, co my tu mamy? Muzyka, która leci najczęściej, silnie przypomina tę z Indiany Jonesa. Poza tym mamy klasyczny motyw Godzilli i klimatyczne brzdąkanie, które jest akurat całkiem niezłe.

Cała ekspozycja zarówno historii, jak i postaci jest tak mało subtelna, jak to tylko możliwe. Do wszystkiego mamy wielkie podpisy na dole ekranu. Przedstawia się widzowi także ludzi, którzy później nie odgrywają prawie żadnej roli przez cały film. Historię tego uniwersum powtarza mi się przynajmniej dwukrotnie, a nie lubię być traktowany jak idiota.


Motyw uratowania swojego kompana „w ostatniej chwili wypychając z zagrożenia i samemu ginąc” jest tak ograną kliszą, że mózg każdego może się poczuć zgwałcony. Nie zostało to też zagrane nawet przyzwoicie i ani krzty w tym wiarygodności. Scenka służąca tylko wytłumaczeniu motywacji bohaterki. Można było ją rozegrać z sensem, byłaby większa szansa, że w tę motywację bym uwierzył. A słaba mowa zagrzewająca wygłoszona przez opłakiwanego denata? Zagrzała, owszem, ale moje skołatane nerwy. Sceny takie tylko poszerzają mieliznę, w której ten film od samego początku grzęźnie.

Gra aktorska nie tylko na początku jest kiepska – przez cały czas wyczuwa się, jakby aktorzy grali od niechcenia albo przywykli do ról teatralnych. Czyli albo kompletna obojętność albo nadmierny entuzjazm. Ci, którzy coś tam potrafili zagrać, dostali tak małe i bezbarwne role, że nie mieli szans się czymkolwiek sensownym wykazać. Zresztą wiele scen jest także nakręconych tak, jakby ktoś chciał sfilmować nowy spektakl do Teatru Telewizji. Już to widzę: Teatr Telewizji przedstawia: Godzilla kontra Megaguirus, w rolach głównych: Janusz Gajos, Franciszek Pieczka; reżyseria: Krystian Lupa.


Kudo jako młody, genialny i troszkę zakochany informatyk miał chyba wzbudzać sympatię, jednak mnie tylko irytował swoim nadmiarem nieuzasadnionego entuzjazmu. Sam jeden napisał własny system operacyjny od zera. Składa się on głównie z animacji jego niedoszłej ukochanej, która nawet dziury w systemie łata, jakby była postacią z gry komputerowej. Przypomina mi to równie realistyczne odwzorowanie tematu w filmie "Hakerzy".

Czułem się, jakbym oglądał nowocześnie zrobiony film z serii Showa i to w dodatku jeden z tych mniej udanych. Wynajdują nową broń na Godzillę – małą czarną dziurę. Jakim cudem dziura ta w ogóle znika po wystrzeleniu i nie pochłania przy okazji całej planety i wszystkiego, co wokół? Nie wiadomo, wiadomo zaś, że tworzy to jakieś międzywymiarowe przejście, przez które przedostaje się meganula – latająca ważka, która składa jajo, z którego wykluwa się znany meganulon. Nie, no nie mogę powiedzieć z czystym sercem, że znany, w Rodanie nie tylko wyglądał inaczej, ale także NIE BYŁ generowany komputerowo, nie absorbował energii, nie zamieniał się w ważkę i na pewno nie dokarmiał wielkiego potwora Megaguirusa.


Pojawia się też głupi dzieciak, na którego poświęca się zdecydowanie zbyt dużo czasu ekranowego. Czyżby seria wykonała szybki zwrot w kierunku widzów młodszych? Niczego się nie nauczyli? Dlaczego dzieciak jest głupi? Bo znalezione jajo zabiera do domu, po czym pozbywa się go wrzucając do ścieku. Tym samym przyczynia się do śmierci przynajmniej dwóch pierwszych ofiar potwora (no dobra, nie widzimy bezpośrednio ich śmierci, może zostali tylko brutalnie zgwałceni). Mamy też kolejną teatralną scenę próbującą dzieciaka rozgrzeszyć. Cóż, w moim odczuciu nie tylko nieskutecznie, ale i niepotrzebnie.

Oglądając miałem wrażenie, że każda scena ciągnie się w nieskończoność. Nawet scenki z Godzillą, które zawsze były daniem głównym, potrafią przynudzać. No ileż można oglądać, jak ludzkość celuje, a potwór ogania się przed latającym ustrojstwem?


Wciąż nie rozumiem, jak bronią, która z natury wciąga z okolicy wszystko włącznie ze światłem można w ogóle chybić. Osobliwość powinna wciągnąć w mgnieniu oka całą planetę, kilka okolicznych, może i Słońce. Ach, nie, przepraszam, to tylko taka mała czarna dziurka. Panowie, małą czarną dziurkę, to sami dobrze wiecie, gdzie ja mam!

"Mega-giras" jako ogromny insekt byłby nawet ciekawy ze swoją mocą pobierania energii od Godzilli gdyby nie jego potworna nieoryginalność. Moc tę przecież miał nienazwany stwór z poprzedniego filmu (choć widziałem, że niektóre źródła nazywały go „Orga”, choć nie przypominam sobie, żeby choć raz ta nazwa tam padła). Pierwszą formą jest rzekomo potwór znany już z „Rodana”, więc także nic specjalnego. Sam wygląd finalnej wersji to po prostu wielki insekt, trochę podobny do Battry. Wiemy o nim całkiem sporo głównie dzięki tajemniczemu doktorkowi, który informacje o zachowaniu stworów sprzed 230 milionów lat wyciąga z kapelusza wraz z innymi barwnymi szczegółami. Potwór wbija się swoim kutasikiem w Godzillę i pobiera od niego energię. Nie przewiduje jednak jednej rzeczy – gdy chce mu włożyć do buzi, Godzilla stwierdza, że tak tanio to on się nie sprzeda i boleśnie się odgryza.

Och, no i mamy powrót wielkich gestów a’la Showa. Spektakularne rozglądanie się potwora i krótka zabawa w chowanego? Otrząśnięcie się z pobicia? Czemu nie? A co powiecie na Godzillę wrestlera? Prawie tak dobre, jak kopniak z wyskoku w „Godzilla kontra Megalon”. Swoją drogą, jakoś te filmy z „mega” w nazwie im nie wychodzą. I nie wiem czy to moja kopia, czy wy też tak mieliście podczas seansu – widziałem fragmenty spowolnione, które strasznie klatkowały. Przypominało mi to walkę dzieciaków z zakończenia „Rewanżu Godzilli”.


Zakończenie to zaś wielki i nieśmieszny żart. Nagle okazuje się, że istniała tu jakaś intryga energetyczna i dosłownie minimalnie zarysowany jest konflikt zagrożenia życia Godzillą i utrzymywania badań, które mogą się przydać tak bardzo ludzkości. Byłby to ciekawy motyw, gdyby nie to, że znika jeszcze szybciej niż się pojawia. Godzilla z kolei znika trafiony czarną dziurą, a pod koniec słyszymy jego ryk i nadchodzący powrót. Ostatnio po czymś takim z „białej dziury” wyszedł Kosmogodzilla, także nie spodziewałbym się niczego przyjemnego i tym razem. Ach, scenka z rykiem jest już po napisach, oficjalnym zakończeniem jest ponowne zejście się głównych bohaterów i jakiś słaby żart zatrzymany na stopklatce. Porównajcie to z końcowymi scenkami z „Godzilli 2000” – czuć różnicę? Czuć to mało powiedziane, od Megaguirusa śmierdzi na odległość. Zresztą tutejsi badacze to samo stwierdzają badając truchło na środku oceanu ;)

Podsumowanie powinno być możliwie krótkie, dlatego skupię się na powtórzeniu tych nielicznych momentów, które mi się spodobały. Wykonanie Godzilli to ten sam kostium, ale wygląda fajnie. Scenek generowanych komputerowo (które wciąż wyglądają niekorzystnie) jest niewiele. Mamy fajną scenkę, w której żywy człowiek chodzi po grzbiecie stwora – coś, co nie zdarza się na co dzień. Początek będący ponownym odegraniem scen z 1954 roku wygląda całkiem nieźle. Muzyka miejscami tworzy fajny klimacik. Wraca wątek Godzilli zachęconego ludzkimi źródłami energii. Tak, teraz siedzę przed klawiaturą i mam w głowie już tylko czarną dziurę, która pochłonęła wszystkie potencjalne kolejne zalety najprawdopodobniej wraz z ambicjami filmowymi Japończyków.

Ocena: 2+/10

6 maja 2014

Powrót Godzilli (1999)


Powrót Godzilli

(1999) reż. Takao Okawara
„Powrót Godzilli” to kolejny reboot serii. Jeżeli liczyć się z tym, że wersja amerykańska także miała być swoistym rebootem, to ten będzie trzecim. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że podobnie do poprzednich, nazwany zostanie po prostu „Godzilla”. Tak się jednak nie stało. Wersja oryginalna to „Godzilla 2000 - Millenium”, choć widuję także tytuły z samym „2000” albo samym „Millenium”. I muszę przyznać, że polski „powrót” na tym tle brzmi całkiem sensownie.

Amerykanie może i średnio zrealizowali swoją wersję Godzilli, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wkurzyli tym filmem Japończyków do żywego, przez co ci postanowili pokazać, jak taki reboot powinien wyglądać. A to potem przerodziło się w całą serię filmów.

Godzilla wygląda inaczej, ale znacznie łatwiej niż w filmie Emmericha można rozpoznać w nim starego znajomego. Ma strasznie długie płyty na grzbiecie, stał się jakby bardziej barczysty. Poziom szczegółowości modelu jest jeszcze wyższy od tego z serii Heisei. Odniosłem jednak wrażenie, że wyraźnie widoczne było złączenie elementu głowy z resztą tułowia i troszkę to raziło moje oko. Niby chciano pokazać Amerykanom, ale zamiast trzymać się całkowicie swojej koncepcji, próbowano pokonać wroga na jego własnym terenie. Pojawia się bowiem zwinnie pływający Godzilla, który jest w pełni generowany komputerowo. Wyglądałby może i nieźle gdyby nie duże zbliżenia ujawniające jego prawdziwą naturę.

„Komputerowość” to doskonałe określenie na cały ten film. Fabuła jest silnie inspirowana „pluskwą millenijną” i po raz pierwszy mamy przekaz obrazujący zagrożenia wynikające ze zbyt powszechnego „ukomputerowienia” wszystkich dziedzin życia. Ludzie odkopują wielki kamień, który okazuje się być zakamuflowanym statkiem kosmicznym i jednocześnie najprawdopodobniej istotą żywą. Czerpie energię ze światła, dlatego na dnie oceanu nie mogło się aktywować. Ale ludzie przyszli, latarkami poświecili, wyczuli energię, którą chcieli wykorzystać i sprowadzili na siebie obłość zagłady.

UFO w całości wykonane jest przy użyciu CGI, co nie wygląda dobrze. Wprawdzie obiekt jest mało skomplikowany – obły, gładziutki, ale sprawia wrażenie sztucznie dorabianego. Jeszcze w serii Heisei mogliśmy zobaczyć grafikę komputerową tu i ówdzie i już wówczas kontrastowało to z resztą efektów wyglądających realnie. Tam jednak nie było tego tak dużo, jak tu. Korzystnie wyglądają tylko drobne dodane elementy, jak atomowy oddech potwora. Sztucznością zawiewają także sceny na siebie nakładane, jednak mają one swój urok.

Kiedyś, gdy słyszałem, że Japończycy wciąż robią swoje Godzille metodą umieszczania faceta w gumowym kostiumie pukałem się w głowę, w której miałem jakieś przebłyski z serii Showa. W życiu bym się nie spodziewał, że ta metoda może dać tak dobre efekty, gdy wykonana z odpowiednią dozą szczegółowości. Jednak ludzkie oko nie jest tak łatwowierne i umieszczenie czegoś przed kamerą wciąż sprawdza się doskonale. Mogę to porównać do mojego zdziwienia na wieść o superpojemnych, ciągle używanych i rozwijanych nośnikach danych w postaci … taśm magnetycznych, czyli tego, co mieliśmy w kasetach magnetofonowych i kasetach VHS. Oczywiście te używane są już tylko w celu archiwizacji, o szybkim dostępie nie może być mowy. Nawiasem mówiąc, w „Powrocie Godzilli” widzimy zarówno najnowsze sprzęty (w końcu to Japonia), ale niektóre rzeczy wciąż wykorzystują długie papierowe wydruki.

UFO uzyskuje dostęp do danych z komputerów ludzi, a także w przedziwny sposób potrafi kontrolować inne elementy elektroniki z fizycznym manipulowaniem kablami włącznie. Mamy tu nawet scenę niemal wyjętą z filmu „Godzilla kontra Biollante”, w której potwór jest całkowicie oplątany kablami. Znalazłem tu także scenę, która najprawdopodobniej nawiązuje do innego „dzieła” Emmericha – „Dzień niepodległości” – gdy cień rzucany przez statek kosmiczny spowija powoli masę ludzi z rozdziawionymi japami.


To, co mnie najbardziej ucieszyło w „Powrocie Godzilli” to wyjaśnienie dwóch jakże istotnych i zajmujących elementów serii. Pierwsza rzecz – jakim cudem żywy potwór jest w stanie przyjąć tyle na siebie i po prostu przeżyć. Przyczyną są nadzwyczajne umiejętności regeneracji uszkodzonych tkanek. Tak, coś, jak u Wolverine’a, z tym, że wg tutejszych naukowców nawet oderwane kawałki ciała wciąż wydają się być żywe. Dziwi mnie tylko, że nie odrastają z tych kawałków kolejne pełne wersje potwora. Ależ mielibyśmy plagę – jeden pocisk wystrzelony w potwora, setki kawałków skóry odlatuje na wszystkie strony i z każdego odradza się kolejny stwór. Tak, przynajmniej w tym filmie, się nie dzieje. Za tę regenerację odpowiedzialny jest jakiś dziwny czynnik – sam nie zrozumiałem czym on jest, czy genem, kawałkiem kodu DNA, komórką czy czym – w każdym razie nazwany zostaje jakże oryginalnie „Organizer-G1”.

Podobnie, jak w pierwszym filmie z 1954, tak i tu pojawia się konflikt – badać czy zabijać? I póki co jedynie „Godzilla kontra Biollante” poszerzył temat badania potwora. Tu odniosłem wrażenie, że po raz pierwszy fabuła tak dobrze rozwinęła ten wątek jednocześnie pogłębiając problem. Jesteśmy mimo wszystko nakierowani bardziej w kierunku badania niż zabijania (w przeciwieństwie np. do bardzo jednoznacznej i dokładnie odwrotnej postawy przedstawionej w serii „Obcy”). Stronniczość ta spowodowana jest głównie ludzkim antagonistą, który był zdecydowany, by potwora przede wszystkim ubić. Jego bezkompromisowe, niemal szaleńcze działania i upór budzą negatywne emocje, które także przelewają się na popieraną przez niego opcję. Mimo to postać ta jest ciekawa, wciąż miałem wrażenie, że za tą maską kryje się człowiek z przeszłością, której nigdy do końca nie poznamy. Spodobała mi się ta subtelność w kreowaniu postaci – i tyczy się ona także tych pozostałych, choć nieco mniej ciekawych.

Subtelnością film wykazuje się także w sferze humorystycznej. Ta, choć skromna, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że te drobne elementy to najlepiej rozegrany humor w całej historii filmów o Godzilli.

Wspominałem o wyjaśnieniu dwóch istotnych kwestii – pierwszą była niezwykła niezniszczalność potwora, drugą zaś jest jego przedziwne zamiłowanie do niszczenia linii wysokiego napięcia. No dobra, aspekt ten nie jest w pełni wyjaśniony, ale sensownie poruszony i po raz pierwszy seria zwraca na to wyraźnie uwagę. Wątek ten ciągnie się od samego początku serii Showa aż po ostatnie produkcje serii Heisei, zatem aż dziw bierze, że tak późno ktokolwiek zwrócił na to uwagę. Wygląda na to, że Godzilla z jakiegoś powodu nie lubi energii produkowanej przez ludzkość.

Pamiętacie jeszcze jakich sposobów armia używała, by zwabić Wielkiego G w odpowiednie miejsce? Och, było ich już trochę, ale nigdy nikt nie wpadł na najprostszy sposób ze wszystkich, który możemy obejrzeć w „Powrocie Godzilli”. Potwór, gdy atakowany, z reguły rusza w kierunku atakującego (co wydaje się być logiczne). A że nie porusza się specjalnie szybko, wystarczyło zaatakować go czołgami i zacząć się w odpowiednie miejsce wycofywać. W ten sposób ludzkość broni się przed niszczeniem swoich strategicznych punktów, jak elektrownie atomowe. Proste, sprytne, skuteczne. Ponadto wynajdują kolejną broń antygodzillową. I nie są to żadne fikuśne lustra odbijające jego oddech ani inne skomplikowane maszynerie, ale pociski wwiercające się w skórę i wybuchające dopiero później. Udaje im się dość skutecznie zranić nimi monstrum. Nie takie znów bezużyteczne to wojsko, jak zwykle, prawda?

Regułą pierwszego filmu w serii było pełne skupienie się na jednym potworze, głównym i tytułowym bohaterze tegoż spektaklu, Godzilli. I tu także mamy odstępstwo od tej reguły. Pojawia się bowiem nie tylko to tajemnicze UFO, ale także dziwny, zdeformowany potwór stworzony, podobnie jak Biollante, z komórek Godzilli. Jego pierwsza wizja, niezbyt ładnie wygenerowana komputerowo, przypomina stwory z „Wojny światów” (raczej te oryginalne albo znane z filmu Spielberga bardziej niż te z filmu z 1953 roku). Późniejsza jego wersja z kolei przypominała mi … Człowieka-słonia. Miał też dziwną właściwość węża, gdyż chciał połknąć Godzillę w całości.


Nasi protagoniści zdecydowanie dają się lubić. Mamy tu wątek prawdopodobnie ojca i córki pracujących razem w sposób niezwykle partnerski. Troszkę to przypomina w zarysie motyw znany z … „Rewanżu Godzilli”, gdzie mieliśmy dziecko i jego opiekuna-naukowca. Oczywiście różnica między tymi filmami, jak i przedstawionymi relacjami to jak niebo, a ziemia. Co ja gadam, niebo i podróż do środka ziemi. Ponieważ kilka wątków nie zostało zamkniętych, liczę na to, że bohaterowie Ci jeszcze wrócą w tej lub innej formie.

Podobała mi się dziennikarka, która starała się o awans, żeby móc pisać w czasopiśmie o komputerach. Jej fanatyzm troszkę mnie zdrażnił w momencie, gdy UFO wylądowało na budynku niszcząc jego górne partie, a ta zaparła się, żeby iść na dach i porobić zdjęcia. Jednak gdy zaczęła zauważać, co się dzieje z komputerami i próbowała przeciwdziałać, szybko ją w swej głowie zrehabilitowałem. Ciekawy i emocjonujący moment mamy, gdy zaczyna ona zgrywać jakieś dane na swój „lokowany produkt” – fioletowy komputerek, laptop. Budynek za chwilę ma zostać zbombardowany przez wojsko. Na ratunek przybywa jej nasz naukowiec i próbuje przemówić do rozsądku – że trzeba uciekać, życie jest ważniejsze itp. Ta pokazuje mu, co robi i – genialny motyw – naukowiec zmienia zdanie o 180 stopni, postanawia samemu zostać przy komputerze i uciekać później. Dziwne, że nie popaliło mu rąk od tarcia… mniejsza o to.


Aktorzy spisują się na medal, przynajmniej w porównaniu do standardowych produkcji w tej serii (powoli zaczynam tracić możliwości porównawcze, ostatnio oglądam prawie tylko kolejne „Godzille”). Muzyka doskonale łączy klasykę serii z nowymi motywami. Gdy Godzilla wchodzi do miasta, by się zemścić na dziwnym kosmicznym statku, klimat gęstnieje, melodia wprowadza niezwykły nastrój, a ciarki biegają po moich plecach. Być może scena ta byłaby niezrozumiała emocjonalnie, gdyby nie bagaż doświadczeń nabytych z oglądania wszystkich poprzednich filmów serii.

Podsumowując – sporo nawiązań i inspiracji literackich i filmowych, ale znacznie bardziej subtelnych. Dziewczynka nosząca imię „Io”, scena nawiązująca do „Dnia Niepodległości”, potwór niemal wyjęty z „Wojny światów”, jest coś z „Parku Jurajskiego” (gaszenie świateł i ucieczka samochodem przed dino… znaczy, przed Godzillą), znalazłem nawet motyw przypominający „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Wszystko to są tylko drobne smaczki, które można sobie wyłowić, nie mamy tu przypadków skrajnych, jak z Indianą Jonesem w „Godzilla kontra Mothra” z 1992. Nawet nie mam za bardzo z czego się ponabijać - motywów głupich i niedorzecznych jest stosunkowo niewiele. A to ktoś zjedzie po linie trzymając ją gołymi rękami i nie dorobi się żadnych, nawet najmniejszych, obtarć. A to statek kosmiczny nagle zaczyna magicznie kontrolować kable, włącznie z tymi pod ziemią (co niedorzeczne, ale jakże efektowne). Motyw tytułowy, czyli chęć odbudowy kosmicznej atmosfery i cywilizacji na Ziemi nie jest nowy, a nazwa „Millenium Kingdom” sprawia, że cały pomysł zaczyna brzmieć niedorzecznie. Troszkę brakowało mi celebrowania pojawienia się nowej wersji Godzilli, to akurat Emmerich rozegrał znacznie lepiej. No i skąd Godzilla wiedział na którym człowieku się zemścić? Finał rzuca drobnym morałem, ale nieprzesadnie naciąganym i równie nieprzesadnie napastliwym.

Ciężko mi już oceniać te filmy, naprawdę. Gdy ogląda się jeden za drugim, powoli traci się porównanie z ogółem kinematografii. Dam 6/10, bo bawiłem się nieźle i film jest całkiem niezły. Jednak, gdy próbuję ocenić czy jest lepszy niż np. „Godzilla kontra Król Ghidorah”, to mam problem. Jest inny, to na pewno. A gdy próbuję go porównać do „Obywatela Kane’a”, to zwoje mózgowe zaczynają mi się przegrzewać. Oczami wyobraźni widzę bramę z napisem „No Trespassing”, a za nią Godzillę na łożu śmierci szepczącą „Roaaaaarsebud! Roaaaaaaarsebud!”…

Ocena: 6/10

4 maja 2014

Godzilla (1998)


Godzilla

(1998) reż. Roland Emmerich
Amerykanie mieli prawa do zrealizowania swojego filmu o Królu Potworów jeszcze w latach osiemdziesiątych. Jednak dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych wykorzystano licencję, a za reżyserię wziął się Roland Emmerich, który film chciał zrobić „po swojemu”. Współpracował także przy tworzeniu scenariusza. I co z tego wyszło? Cóż, historia zapamiętała amerykańską „Godzillę” z 1998 jako kaszan, film wysoce nieudany. Czy rzeczywiście jest aż tak źle?

Nie jest. Dlaczego? Naprawdę nie wiem od czego zacząć. Któryś raz z rzędu kasuję po dwa napisane już akapity. Wiem, jak zwykle, najlepiej zacząć od początku.

W przeciwieństwie do wersji Japońskich, gdzie główną inspiracją był tyranozaur, tu Godzilla jest zmutowanym … legwanem. Czy aby na pewno? Widzimy legwany i wybuch bomb jądrowych, jednak nieco później jedna pani naukowiec rozpoznaje w potworze allozaura. Później Godzilla określony jest jako pierwszy przedstawiciel nowo powstałego gatunku. Nazwa „godzillasaurus” nigdzie nie pada. Wyjaśnienie amerykańskie wydaje mi się znacznie bardziej realistyczne. Zresztą cały film stara się trzymać rzeczywistości tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Początek nawiązuje do pierwszego filmu z 1954, ale w dość swoisty sposób. Po raz pierwszy o pojawieniu się wielkiego potwora dowiadujemy się od pracowników z rozbitych przez niego statków. Japończycy wiedzą doskonale, co ich zaatakowało. W rozmowach słyszalne jest słowo „Gojira”. Później słyszymy słowa starca, który nie pozostawia już wątpliwości z czym mamy do czynienia. Całkiem możliwe, że zapalniczka przystawiona mu do twarzy była ukłonem w kierunku sceny przy ognisku z „Króla potworów”, gdzie starzec wyjaśniał legendę o tym monstrum.


Napięcie przed pojawieniem się potwora budowane jest umiejętnie. Tu pazur, tam kawałek ogona i nadal nic nie wiemy. Przy okazji wprowadzenia poznajemy też naszych głównych bohaterów. Amerykanie nie wybijają się z szablonu – reporterka, naukowiec, wojskowy, polityk (on i jego partner to mało subtelna parodia krytyków filmowych Siskel & Ebert). Pojawia się też służba wywiadowcza obcego kraju, ale nie jakiegoś zmyślonego, ale francuska (co ma swoje uzasadnienie). Japończycy wszystko to, a nawet więcej już dawno przerobili, ale mówiąc szczerze, ciężko byłoby wymyślić coś rzeczywiście oryginalnego w tej formule.


Ponieważ jest to produkcja USA, to punktem obowiązkowym jest romans. Tam jeszcze przed przeczytaniem scenariusza zadają kluczowe pytanie – „Who is the girl?”. Pojawia się nawet przyzwoity wątek szkolnej miłości niedoszłej reporterki z naukowcem. Byli prawie zaręczeni, lecz ich związek rozpadł się, a dziś dostaje swoją drugą szansę. Naukowiec jednak nie widział filmu z 1954 i nie znał tekstu piosenki – nigdy nie wierz kobiecie. Jej specyficzna zdrada dobrze służy za standardowy punkt złamania ledwo co stworzonej sielanki i jednocześnie jest, być może przypadkowym, ukłonem w kierunku zdradzenia tajemnicy Serizawy.

Pierwszy atak Godzilli pokazany jest naprawdę fajnie – zabawnie i efektownie zarazem. Zdziwiło mnie nieco, że nie wyłonił się z oceanu, ale z rzeki. Wiele scen imituje perspektywę ludzką. Próbowali tego już Japończycy z różnymi skutkiem, amerykanom wyszło to trochę lepiej. Perspektywa ta została jednak troszkę za daleko pociągnięta – prawie wszystkie ujęcia z potworem widzimy z jakichś dziwnych kątów, z reguły na wysokości ziemi. Ostatecznie efektownych scen prezentujących Godzillę w pełnej krasie jest bardzo niewiele. Ponadto całość walki ogranicza się z reguły do gonitwy między budynkami. Te nie są zbyt efektownie demolowane. Tu i ówdzie jakieś zahaczenie ogonem albo już zrobiona dziura w bloku. W perzynę obraca się tylko Chrysler Building, a i to za sprawą wojska, a nie potwora. Po Emmerichu, który lubi demolować Biały Dom i nie tylko w swoich filmach spodziewałem się czegoś więcej.

Ciężko jednak oczekiwać większych zniszczeń po potworze takiej wielkości. Sprawia wrażenie mniejszego od standardowego Godzilli. I zdecydowanie słabszego, ale to można zrzucić na garb uwiarygodniania całości. Nadrobiono to dodając stworowi zręczności i szybkości. Biega, skacze, wykonuje uniki (choć zdarza mu się też pośliznąć i przewrócić) – i jest to zmiana dość ciekawa. Oczywiście niezgodna z oryginałem, ale przełknąłem ją bez popitki. Dyżurny polityk tego filmu kwituje działania wojska słowami „Co z wami? Narobiliście więcej szkód niż bestia!” – i ma chłop rację, za czorta nie mogą go ani dogonić, ani trafić. Żeby było śmieszniej, jedna z postaci demolkę kwituje słowami „Zniszczenia są większe niż po zamachu na World Trade Center”. I mają na myśli zamach bombowy z 1993 roku. Gdyby wiedzieli…

Efekty w tym filmie pamiętałem jako mocno napakowane sztucznie wyglądającym CGI. Teraz jednak nie odniosłem AŻ tak negatywnego odczucia. Owszem, wiele scen, szczególnie tych jaśniejszych, wali sterylnością po gałach. Zapewne dlatego potwór pokazywany jest z reguły w ciemnościach lub półcieniach (nawet nie wiecie jak ciężko przez to było dobrać screenshoty, na których rzeczywiście coś widać). O dziwo wiele elementów zostało wykonanych przy pomocy realnych makiet. Te są wysokiej jakości, choć odniosłem wrażenie, że ich szczęki różniły się nieco designem od wersji generowanej komputerowo.

Początek zatem jest całkiem niezły, choć nigdzie mu się nie spieszy, wszystko rozkręca się bardzo powoli w porównaniu do japońskich odsłon. Film utracił mnie w drugiej połowie, ale o tym za chwilę.

Podobały mi się społeczne skutki ataku potwora. Nie ma tego wiele, ale exodus ludności w obliczu zagrożenia wygląda ciekawie. I nie jest to tylko pokazanie chmary statystów biegnących w bliżej nieokreślonym kierunku. Wkomponowywanie wydarzeń do kampanii politycznych i obowiązkowe pojawienie się zuchwałego złodziejstwa także ciekawie zostały zobrazowane.

Godzilla nie zjada już na śniadanie elektrowni atomowych, tym razem żywi się rybami. Po prostu. Zakąsza taksówkami, ale te zapewne ze względu na dietę, stara się ograniczać (choć podobno zawierają dużo żelaza). Jego wygląd, zgodnie z przedstawioną genezą, przypomina połączenie legwana z allozaurem (tyle, że ofkors w znacznie większym rozmiarze). Nie ubolewałem nad tą zmianą wizerunku tak, jak zagorzali fani serii. Przecież już w „Godzilla kontra Destruktor” zgarbiony Junior wyglądał dość podobnie, jeśli chodzi o postawę. Tu jednak Godzilla dorobił się troszkę dziwnie wyglądającej dolnej szczęki. Nawet pomyślałem, że może to wskutek jakichś kazirodczych związków w rodzinie, ale… to niemożliwe. Dlaczego? Zostaje tu wyjaśniona największa zagadka serii, która dręczyła mój sponiewierany umysł od czasu obejrzenia „Syna Godzilli”. Kto jest matką? Odpowiedź brzmi: Godzilla. Czyli to jednak „ona”, a nie „on”? Godzilla występuje tu w rodzaju męskim i jest stworzeniem autogamicznym. Nie musicie szukać w Internecie, powiem wam – chodzi o samozapłodnienie. Kto by się spodziewał? Co najdziwniejsze – małe rodzą się od razu zapłodnione. To dopiero zaawansowany samogwałt i pedofilia w jednym.

Nie aż tak dalece pada Godzilla od swojego oryginału. Atomowy oddech jako taki nie występuje, ale mamy tu dwie scenki ładnie nawiązujące do tejże umiejętności. Dość istotny jest także motyw oczu potwora, które podobnie jak w kilku ostatnich filmach z japońskiej serii, zmieniają kolor w zależności od stanu psychiki.

Rozlazłość fabularna zaczyna się udzielać w drugiej części filmu. Brakuje mi tu pełnoprawnych walk wojska z potworem. Niby są, ale jest ich bardzo mało, dewastacja jest skromna, a żołnierze głupi. O każdy wystrzał muszą pytać dowództwo, a opieszałość tym spowodowana nieraz decyduje o braku skuteczności. Do otwierania studzienek kanalizacyjnych potrzebnych jest co najmniej pięciu żołnierzy i to tylko pod warunkiem, że mają obok naukowca, który wskazuje im dokładnie studzienki, które mają otworzyć (słowa „wszystkie” mogliby nie zrozumieć). Chwilę później widzimy, jak naukowiec sam bierze łom w ręce i otwiera inną studzienkę w pojedynkę. Żołnierze są większymi lamusami od jakiegoś nerda? Ich logika w późniejszej fazie filmu także na poziomie dowódczym zaskakuje. Doktorek i jego naiwność stają się przyczyną wycieku informacji do telewizji. Oczywistym dla dowódców wnioskiem jest to, że uczony w swoich teoriach musiał się całkowicie mylić. A może i uznali, że ma rację i, mimo iż nie posłuchanie jego dobrych rad będzie dla ludności zgubne, postanowili zemścić się na nim, nie szukając założonego przez potwora gniazda. „Zrobię na złość rodzicom i odmrożę sobie uszy”.

Sam doktorek też nie jest lepszy. Słyszy nadchodzącego potwora – robi głupią minę. Wszystko się trzęsie – robi minę głupio zdziwioną. Ziemia rozstępuje mu się pod nogami – stoi w miejscu, wciąż zaskoczony. Wyłania się Godzilla – czas wyjąć swój aparat fotograficzny marki, która zupełnie przypadkiem jest wyraźnie widoczna (product placement jest tu bardziej zauważalny i agresywny niż w Japońskich filmach). Potwór oczywiście niczego złego nie robi naszemu bohaterowi, postanawia za to chyba odwzorować scenkę z trzeciej części Obcego. Jest to też dziwny element zaprezentowania bestii jako zwierzęcia może niekoniecznie tak groźnego, co zagubionego.

Takich odniesień do innych filmów jest znacznie więcej. Seria od Parku Jurajskiego nie może uciec – mamy całą około półgodzinną sekwencję polowania na dzieci Godzilli. Scena ta do Parku nie tyle nawiązuje, co bezczelnie z niego zżyna. Pod koniec tej sekwencji okazuje się, że stwory panicznie boją się żyrandoli. Żałowałem, że scenka z żyrandolami nie została rozegrana w klimacie zakończenia „Ptaków”. Z kolei wydarzenia na moście Brooklyńskim nawiązują do flmu „Lost World” z 1925 roku (choć tam zniszczenia dokonywał pozornie niegroźny brontozaur). Nawiasem mówiąc, w Spielbergowym „Zaginionym świecie” (i jednocześnie drugim Parku Jurajskim) widzimy scenę ataku tyranozaura na miasto, gdzie w tłumie znajduje się ekipa Japończyków, którzy „wyjechali z Japonii, by od tego uciec”. Mamy tu nawet fragment niemal wyjęty z któregoś z filmów z serii „Gremlins”.

Zżynki takie nie byłyby niczym złym, w końcu oryginalna seria też sobie zżynała, jak chciała – a to Indianę Jonesa, a to Park Jurajski, coś z Obcego, coś z Predatora, nawet z Terminatora (który, co całkiem prawdopodobne, w drugiej części czerpał inspirację z filmu z Godzillą - „Zniszczyć wszystkie potwory”). Tu jednak sceny te nie są krótkimi wstawkami, są długie i nie wprowadzają zbyt wielu wariacji. Nie odczuwałem w nich krzty dodanej wartości, nie była to też parodia ani pastisz. Złapałem się na czymś, czego w zwyczaju nie mam – odliczaniu minut do końca. To nigdy nie jest dobry znak, jeśli wciąż oczekujemy zakończenia cierpienia wywołanego przez seans.

Wiem, że większość hejtu, który na ten film wylał się ze strony fanów, dotyczył głównie designu potwora. Do elementów, które już wymieniłem należy dodać, że boruje w ziemi i jest znacznie słabszy od swojego pierwowzoru. Może dlatego Japończycy później odnosili się do tego stwora jako „Zilla”, tym samym zabierając mu czynnik boski. Dla mnie nie jest tak źle. Oryginał też zdarzało się bohaterom znaleźć w jaskini, w jednym z filmów nawet wyłania się ziemi (choć z własnej woli się pod nią nie pojawia). Zatem borowanie nie jest aż tak oderwane od klasyki.

Amerykański potwór znacznie lepiej radzi sobie pod wodą. Podwodne sceny w japońskich wersjach nigdy nie były zbyt imponujące i wciąż serwowano nam ten sam dziwny idiotyzm z jakimś pasem mielizny na środku oceanu. Tu takich głupot nie ma – Godzilla pływa ładnie, zwinnie i efektownie. Tylko ciężko znosi ataki torpedami.

Mamy tu też ładną scenkę, w której dziennikarze nazywają potwora na bazie słów rozbitka. Na ekranie umieszczają wielki napis „Godzilla”, który jest także kilkukrotnie wymówiony. Nasza niedoszła dziennikarka, jedna z głównych bohaterek, kwituje to słowami „It’s Gojira, you moron!”

Drażniące są typowe dla amerykańskiego kina klisze. Ileż ja już razy i w jak wielu filmach słyszałem kwestię „This is bad. This is really bad.”? To znaczy, że co, że ja niby mogłem nie zrozumieć, że sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie jest dla nich niekorzystna? Albo kwestia „We are in his mouth” powtarzana dwukrotnie. Miałem prawo tego nie zauważyć? Napisali to w scenariuszu, bo bali się, że na ekranie nie będzie tego widać? Och, no i obowiązkowo musimy doświadczyć odrobiny patosu. Dobrze, że przynajmniej nikt nie próbuje mi wciskać kitu, że to wszystko miało mieć jakiś niezwykle głęboki sens. Od początku do końca wiadomo, że to tylko film rozrywkowy i nic więcej. Nie chciałem też oglądać powtórki z „Parku Jurajskiego” i końcowe sceny mnie wynudziły.


Finalnie jednak nie jest to aż tak złe kino rozrywkowe, jak twierdzą hejterzy. Muzyka jest niezwykła, gorąco polecam dokładne przesłuchanie soundtracku. OST ma jednak jedną skazę. Prawdziwym bezczeszczeniem przeszłości jest wg mnie hip-hopowa wersja „Kashmiru”. To głównie dlatego, że za wszelkiej maści rapopochodnymi rytmami nigdy nie przepadałem, a klasykę rocka doceniam i w większości bardzo lubię. Gdyby zachować same lepiej brzmiące gitarowe riffy Jimmiego Page’a – byłoby miodzio.

Teoretycznie nawet nie powinienem tracić czasu na ten film ponieważ nie jest on zaliczany oficjalnie do kanonu, jest tylko spin-offem. Jednak wiem także, że japońska seria Millenium odnosi się później do pokazanego tu potwora. Nie mogłem też się powstrzymać przed ponownym obejrzeniem filmu i zrozumieniem go w pełnym kontekście i z perspektywy czasu. Ciekawie było zobaczyć w użytku wielkie i prymitywne telefony komórkowe, aparaty telefoniczne na monety, kasety VHS, niecyfrowe aparaty fotograficzne i kamery. Zatem muszę przyznać, że nie był to czas stracony.

Ocena: 5-/10

P.S. I niby rok później mają przylecieć kosmici i będziemy wszyscy świadkami „Zniszczenia wszystkich potworów”?
P.S.2 A może ten film jest próbą zemsty za takie, a nie inne wykorzystanie wizerunku amerykańskiego „King Konga” w filmie „Godzilla kontra King Kong”? ;)