4 lutego 2011
Czarny łabędź (2010)
Czarny łabędź
(2010) reż. Darren Aronofsky
Przed pójściem na ten film nie wiedziałem o nim absolutnie nic oprócz tego, że reżyserem jest Darren Aronofski. Autor takich filmów, jak „Pi”, „Requiem dla snu”, „Źródło” czy „Zapaśnik”. Plakat z tego filmu po raz pierwszy zobaczyłem po wejściu do kina w kolejce po bilet. A kto gra główną rolę dopiero po ujrzeniu twarzy na dużym ekranie.
I jak wygląda film z takiej perspektywy? Szczerze powiem, że odrobinę się zawiodłem, ale wciąż trudno mi dookreślić powód swojego zawodu. Oczywiście podstawowym powodem będą zbyt wysokie oczekiwania.
Myślę, że scenariusz był inspirowany do pewnego stopnia postacią Wacława Niżyńskiego. W trakcie seansu intryguje tajemnica i niepewność. Obraz jest mocny, klimatem porównywalny do „Pi” czy „Requiem dla snu”. Jest to jeden z tych filmów, po obejrzeniu których można dyskutować długo nie dochodząc do żadnego wniosku, co przyznam, lubię. Lubiłem to po obejrzeniu „Obietnicy”, lubiłem to po obejrzeniu „Incepcji” i lubię to tutaj.
Wszyscy stają na głowie, aby wynieść samą sztukę baletu do ludzi. Sam scenariusz, jak i sama tematyka filmu mówią to dość bezpośrednio – chcemy, abyście zwrócili uwagę na piękno zapomnianej sztuki baletu. U nas, gdzie teatr zapada się w sobie, o operze przeciętny Kowalski wie mniej niż o międzynarodowych targach sera, a młodzież pyta co oznacza wyraz „filharmonia”, balet istnieje na podobnym poziomie. I dlatego tego typu przypomnienie, choć tak wąskie, może się okazać potrzebne i skuteczne.
Powtarzam – nie wiem dlaczego się zawiodłem. Doskonałe rzemiosło od każdej strony. Chyba zabrakło tego pazura, który czuło się w innych produkcjach. A może po prostu sam temat baletu pociągnął za sobą brak zainteresowania losami bohaterki.
Film godny polecenia, jeżeli jesteście otwarci na inne formy sztuki, a słowo „balet” na samą myśl nie przyprawia was o ziewanie. Wówczas film również wciągnie, ale z efektem podobnym do mojego. Warto mieć też odrobinę mocnych nerwów, a panom wybierającym się do kina nie polecam zakładać luźnych spodni.
Ocena: 6/10
P.S. I obetnijcie paznokcie przed seansem.
3 lutego 2011
Zaniedbanie
Zaniedbałem bloga po raz kolejny. Nie mam weny i nie mam siły ostatnio regularnie pisać, a wszystko co napisałem od czasu ostatniego wpisu dla bloga (całe dwa teksty) po przeczytaniu ich ponownie okazały się po prostu nędzne. Postanowiłem zrezygnować z jakiegoś dążenia nie tyle do perfekcji, co do znaczącego polepszenia stylu na rzecz ilości.
Miałem w planie opisać po krótce swoje wrażenia z filmów, które ostatnio widziałem i z gier, w które gram. Nie będą to teksty długie. Na przykład po obejrzeniu „Czarnego łąbędzia” miałem sporą ochotę napisać coś na temat tego filmu. Zdemotywowała mnie doskonale napisana recenzja na filmwebie, w której autor wyczerpuje temat doskonale. Wynika to m.in. z jego doświadczenia oraz z faktu, że sam przeprowadzał wywiad z Aronofskim, wiedział wedle jakiego klucza należałoby oglądać film.
Moje opisy będą krótkie, skupią się na subiektywnym odbiorze dzieła. Aby utrzymać jako taki porządek, każdy opis będzie znajdował się w osobnym wpisie.
Miałem w planie opisać po krótce swoje wrażenia z filmów, które ostatnio widziałem i z gier, w które gram. Nie będą to teksty długie. Na przykład po obejrzeniu „Czarnego łąbędzia” miałem sporą ochotę napisać coś na temat tego filmu. Zdemotywowała mnie doskonale napisana recenzja na filmwebie, w której autor wyczerpuje temat doskonale. Wynika to m.in. z jego doświadczenia oraz z faktu, że sam przeprowadzał wywiad z Aronofskim, wiedział wedle jakiego klucza należałoby oglądać film.
Moje opisy będą krótkie, skupią się na subiektywnym odbiorze dzieła. Aby utrzymać jako taki porządek, każdy opis będzie znajdował się w osobnym wpisie.
23 października 2010
Wpływ fragmentacji dysku na czas kompresji
Często mi się zdarza kompresować różne pliki. Sporo tego robi się na moim kompie, ponadto sam temat kompresji mnie interesuje. Przy okazji kompresowania różnych plików postanowiłem czasami pobawić się w zapisywanie wyników i stworzenie swego rodzaju uniwersalnych testów.
Na pierwszy ogień należy ustalić warunki przeprowadzania testu. W trakcie każdej z prób włączone były jedynie podstawowe aplikacje plus komputer nie był zajęty niczym innym. Nie zajmował się ani odczytem ani zapisem do dysku, na którym odbywała się kompresja. Chciałem zobaczyć jak znaczny wpływ będzie miała fragmentacja dysku NTFS na czas kompresji.
Sprzęt:
Procesor: Intel(R) Celeron(R) CPU 2.60Ghz
Pamięć RAM: 1,25GB
System operacyjny: Windows XP Professional x86
Dysk: Samsung SP0411N (ATA 40GB)
System plików: NTFS
Kompresowany plik to gra na PlayStation - Jet Moto w formie 3 plików (ccd, img, sub). Kompresja odbywała się w trybie tekstowym (z poziomu cmd) przy pomocy Rar 3.93.
Rozmiar przed kompresją: 456 834 411 bajtów
Wyniki
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 36 - 37% wynosi 339,81 sekundy.
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 0% wynosi 338,25 sekundy.
Różnica na korzyść dysku zdefragmentowanego wyniosła 1,56 sekundy.
Jak widać, różnica okazała się mało znacząca przy tym poziomie fragmentacji dysku. W związku z tym przy okazji przyszłych analiz nie mam zamiaru mocno się tym elementem przejmować. Gdy "uda mi się" osiągnąć znacznie wyższy poziom fragmentacji, może przeprowadzę badanie ponownie.
Pozostałe efekty
Przy okazji testów dowiedziałem się też kilku innych ciekawych rzeczy nt. Rara
Wydajność poszczególnych poziomów kompresji kształtuje się następująco:
Efektywność to przeliczenie ile sekund kosztuje kompresor uzyskanie jednego procenta odchudzenia pliku. Im mniejsza wartość, tym wyższa efektywność. Jak widać, dość słusznie wybrano poziom m3 za domyślny. Za to bardzo podejrzanie wyglądają wyniki m2. Żeby nie było - to, co widzicie to średnia z 4 dokonanych prób, zatem nie ma mowy o jakimś jednorazowym przypadku. Ktoś ma jakiś pomysł dlaczego metoda w WinRarze ochrzczona jako "szybka" jest de facto tak potwornie wolna?
Do dalszych testów mam zamiar spróbować kompresorów: rar, 7zip, zip, kgb, być może skorzystam również z paq8l (jeszcze nie wiem w jakiej wersji), bo podobno efekty osiąga najlepsze. Jeżeli macie jeszcze jakichś kandydatów, chętnie przyjmę sugestie w komentarzach.
Szczegółowo - źródło
Poniżej przedstawiam precyzyjną tabelę wyników analizy oraz printscreeny obrazujące szczegółowo strukturę i poziom fragmentacji na każdym poziomie.
Na pierwszy ogień należy ustalić warunki przeprowadzania testu. W trakcie każdej z prób włączone były jedynie podstawowe aplikacje plus komputer nie był zajęty niczym innym. Nie zajmował się ani odczytem ani zapisem do dysku, na którym odbywała się kompresja. Chciałem zobaczyć jak znaczny wpływ będzie miała fragmentacja dysku NTFS na czas kompresji.
Sprzęt:
Procesor: Intel(R) Celeron(R) CPU 2.60Ghz
Pamięć RAM: 1,25GB
System operacyjny: Windows XP Professional x86
Dysk: Samsung SP0411N (ATA 40GB)
System plików: NTFS
Kompresowany plik to gra na PlayStation - Jet Moto w formie 3 plików (ccd, img, sub). Kompresja odbywała się w trybie tekstowym (z poziomu cmd) przy pomocy Rar 3.93.
Rozmiar przed kompresją: 456 834 411 bajtów
Wyniki
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 36 - 37% wynosi 339,81 sekundy.
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 0% wynosi 338,25 sekundy.
Różnica na korzyść dysku zdefragmentowanego wyniosła 1,56 sekundy.
Jak widać, różnica okazała się mało znacząca przy tym poziomie fragmentacji dysku. W związku z tym przy okazji przyszłych analiz nie mam zamiaru mocno się tym elementem przejmować. Gdy "uda mi się" osiągnąć znacznie wyższy poziom fragmentacji, może przeprowadzę badanie ponownie.
Pozostałe efekty
Przy okazji testów dowiedziałem się też kilku innych ciekawych rzeczy nt. Rara
Wydajność poszczególnych poziomów kompresji kształtuje się następująco:
| Poziom kompresji | Bajtów po kompresji | Procent kompresji | Czas kompresji | Efektywność |
| m0 "bez kompresji" | 456 834 687 | 100,00% | 42,97 | - |
| m1 "najszybsza" | 354 212 466 | 77,54% | 271,68 | 12,09 |
| m2 "szybka" | 337 240 936 | 73,82% | 803,68 | 30,7 |
| m3 "normalna" | 269 504 905 | 58,99% | 288,64 | 7,04 |
| m4 "dobra" | 269 219 960 | 58,93% | 303,33 | 7,39 |
| m5 "najlepsza" | 269 213 184 | 58,93% | 323,89 | 7,89 |
Do dalszych testów mam zamiar spróbować kompresorów: rar, 7zip, zip, kgb, być może skorzystam również z paq8l (jeszcze nie wiem w jakiej wersji), bo podobno efekty osiąga najlepsze. Jeżeli macie jeszcze jakichś kandydatów, chętnie przyjmę sugestie w komentarzach.
Szczegółowo - źródło
Poniżej przedstawiam precyzyjną tabelę wyników analizy oraz printscreeny obrazujące szczegółowo strukturę i poziom fragmentacji na każdym poziomie.
| Metoda kompresji | Rozmiar po kompresji (w bajtach) | Procent kompresji | Przed | Po | Czas kompresji (w sekundach) | Koszt 1% kompresji w sekundach | Poziom fragmentacji partycji dyskowej | Opcje kompresji | ||||
| h | m | s | h | m | s | |||||||
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 9 | 50 | 07,81 | 9 | 51 | 04,32 | 56,51 | -935351,90 | 36% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 9 | 51 | 04,32 | 9 | 55 | 36,14 | 271,82 | 12,10 | 36% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 9 | 55 | 36,14 | 10 | 08 | 55,45 | 799,31 | 30,53 | 36% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 10 | 08 | 55,45 | 10 | 13 | 42,71 | 287,26 | 7,01 | 36% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 10 | 13 | 42,71 | 10 | 18 | 49,78 | 307,07 | 7,48 | 36% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 10 | 18 | 49,78 | 10 | 24 | 09,90 | 320,12 | 7,79 | 36% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 11 | 28 | 59,79 | 11 | 29 | 37,10 | 37,31 | -617554,05 | 37% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 11 | 29 | 37,10 | 11 | 34 | 10,34 | 273,24 | 12,16 | 37% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 11 | 34 | 10,34 | 11 | 47 | 33,76 | 803,42 | 30,69 | 37% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 11 | 47 | 33,76 | 11 | 52 | 25,96 | 292,20 | 7,13 | 37% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 11 | 52 | 25,96 | 11 | 57 | 29,70 | 303,74 | 7,40 | 37% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 11 | 57 | 29,70 | 12 | 02 | 55,45 | 325,75 | 7,93 | 37% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 13 | 45 | 29,75 | 13 | 46 | 08,12 | 38,37 | -635099,14 | 0% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 13 | 46 | 08,12 | 13 | 50 | 38,65 | 270,53 | 12,04 | 0% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 13 | 50 | 38,65 | 14 | 04 | 07,84 | 809,19 | 30,91 | 0% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 14 | 04 | 07,84 | 14 | 08 | 54,95 | 287,11 | 7,00 | 0% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 14 | 08 | 54,95 | 14 | 13 | 56,89 | 301,94 | 7,35 | 0% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 14 | 13 | 56,89 | 14 | 19 | 18,29 | 321,40 | 7,83 | 0% | m5 |
| RAR 3.93 | 456 834 687 | 100,00% | 14 | 46 | 54,76 | 14 | 47 | 34,46 | 39,70 | -657113,27 | 0% | m0 |
| RAR 3.93 | 354 212 466 | 77,54% | 14 | 47 | 34,46 | 14 | 52 | 05,60 | 271,14 | 12,07 | 0% | m1 |
| RAR 3.93 | 337 240 936 | 73,82% | 14 | 52 | 05,60 | 15 | 05 | 28,39 | 802,79 | 30,67 | 0% | m2 |
| RAR 3.93 | 269 504 905 | 58,99% | 15 | 05 | 28,39 | 15 | 10 | 16,39 | 288,00 | 7,02 | 0% | m3 |
| RAR 3.93 | 269 219 960 | 58,93% | 15 | 10 | 16,39 | 15 | 15 | 16,96 | 300,57 | 7,32 | 0% | m4 |
| RAR 3.93 | 269 213 184 | 58,93% | 15 | 15 | 16,96 | 15 | 20 | 45,25 | 328,29 | 7,99 | 0% | m5 |
21 października 2010
Śluby Panieńskie (2010)
Śluby panieńskie
(2010) reż. Filip Bajon
Trzeba mieć jaja, żeby zrobić taki film. Ale po kolei.
Filip Bajon wziął się za ekranizację jednej z najlepszych komedii Fredry. Muszę przyznać, że do tej pory nie kojarzyłem zbyt dobrze tego reżysera i w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że wynika to tylko z mojej ignorancji. Wprawdzie "Przedwiośnie" widziałem, ale na spędzie bydła i dawno temu, a to tak, jakbym nie widział go wcale. Klasyka z jego repertuaru w postaci "Arii dla Atlety" również mnie ominęła. Za to napotkałem Pana Filipa w programie Kuby Wojewódzkiego. I trzeba przyznać, Filip Bajon to luźny gość.
Zawsze odnosiłem wrażenie, że Fredro swoją twórczość pisał głównie dla kolegów od kieliszka. Po takim tandemie oczekiwania miałem w miarę wysokie.
Pierwsze spostrzeżenie - film doskonale się broni nawet, gdy widz nie czytał oryginału (są tacy!). Wprawdzie żeńska część ekipy aktorskiej gra najwyżej średnio (Olszówka trzyma poziom), za to męska część to po prostu klasa sama w sobie. Na wyżyny wzbija się i błyszczy Maciej Stuhr (co chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem), który interpretuje tekst Fredry z niezwykłym wdziękiem. W jego wykonaniu rymy nie rozpraszają, a dodają smaczku, tekst jest zrozumiały i spełnia swoją najistotniejszą rolę - bawi. I to nawet dzisiejszego widza dokładnie tam, gdzie bawić ma. Więckiewicz gra "po swojemu", czyli na wysokim poziomie, ale i rola nie wymaga od niego niczego ponad to. Również Borys Szyc radzi sobie z tekstem doskonale. To bardzo ważne, dzięki temu zakurzone nieco dialogi Fredry odżywają na nowo, a widz się przy tym nie krztusi.
Drugie spostrzeżenie - film nabiera dodatkowego smaku nawet dla tych, którzy tekst Fredry znają na pamięć. Sceny zostały przeinterpretowane, silnie upstrzone, odbywa się to sprawnie i z pomysłem. I tutaj istotna pochwała, choć wielu uznaje to wciąż za najistotniejszą wadę filmu - reżyser realizuje swoją interpretację nie oglądając się absolutnie na nic. A to oznacza, że niektóre jego pomysły z pewnością nie przypadną do gustu Fredrowym purystom. I mnie nie wszystkie zmiany przypadły do gustu (większość mi się spodobała), ale należy się ogromny szacunek za posunięcia, nie bójmy się użyć tego słowa, niekomercyjne.
Bajon wydaje się być nieustraszony w realizowaniu swoich pomysłów. Zdaje się, jakby żaden wściekły producent nie siedział mu nad głową. I chyba wszyscy wiemy dlaczego - wiadomo było od samego początku, że film się sprzeda. Sprzeda go tytuł i obsada. A to, co reżyser z nim zrobi i jaką wizję sobie w nim ubzdura - kogo to obchodzi? I bardzo dobrze, film zyskał na tym ostrego pazura.
Kontrowersyjnym i często krytykowanym pomysłem są współczesne wstawki. Wstawki te opowiadają historię zakulisową, historię aktorów, którzy grają w Ślubach Panieńskich. Rozgrywa się tam inny romans, który zdaje się być alternatywą dla historii znanej ze Ślubów. Tak, jak w przypadku realizacji teatralnych burzy się czwartą ścianę zwracając się bezpośrednio do widza, tak tutaj burzona jest ona w nieco inny sposób. Pokazuje bezpośredni efekt dzieła Fredry, zakulisowy. Ponadto, w jednej ze scen Stuhr spojrzy na widza bezpośrednio w kamerę. Scenki te są czasem lepsze, czasem gorsze, ale zawsze ciekawe. Montażowo pełnią jeszcze jedną funkcję - skutecznej retardacji.
Bajon wiedział nie tylko, że na jego film pójdą Fredrowi puryści nie rozumiejący idei dobrej zabawy kosztem idealnego odwzorowywania sztuki. Wiedział też, że ci puryści spędzą do kin młodzież. Trzeba mieć jaja, żeby zrobić film, który z założenia kpi z purystów, a przekaz kieruje do młodzieży. Trzeba mieć jaja, żeby mieć tak bardzo w dupie krytyków, którzy z pewnością nie docenią odważnego (i moim zdaniem w znaczącej większości trafnego) reinterpretowania klasyki. Więcej takiego podejścia, a może polskie kino wyjdzie z marazmu.
P.S. Muszę dorzucić kilka słów na temat kultury kina. Otóż w trakcie seansu jedna ekipa żarła cały czas chipsy (jak oni to robią, że im wystarcza tych chipsów na dosłownie cały seans?), inni żłopali browary, które ciężko im było w ciemności otworzyć, a jeszcze inni po prostu bezczelnie gadali sobie przez telefon. "Kultura kina" to wciąż oksymoron. Muszę też się podzielić wrażeniami z serii pseudotrailerów nowego polskiego "hitu", który jest teraz promowany, a mianowicie "Śniadanie do łóżka". Takiej żenady już na poziomie trailera jeszcze nie widziałem. Napisy niczym wklejone z Worda, obrazek promujący narysowany chyba naprędce w Paincie, a wybrane sceny po prostu nieśmieszne. Na sali pojawiły się śmiechy, ale żenująco wymuszone. Widzowie odebrali sygnał "to przekleństwo to była puenta, z której miałeś się śmiać" i po chwili zastanowienia załapywali, że faktycznie powinni, aby nie wypaść na drętwiaka na tle grupy. Idźcie na Śluby Panieńskie, unikajcie "Śniadania do łóżka" choćby z czystej chęci promowania podejścia do widza z należytym szacunkiem. Bo jeśli "Śniadanie" się dobrze sprzeda, a Śluby nie za bardzo, to my będziemy odpowiedzialni za kolejną falę crapów polskiej produkcji.
7 października 2010
Teatr - cz.1 - "Opowieści pierwsze"
Wczoraj miałem niewątpliwą przyjemność być oraz, jak to zwykle bywa, uczestniczyć jako widz w improwizacjach teatralnych grupy W Gorącej Wodzie Kompani. Dzisiaj byłem w Teatrze Muzycznym na spektaklu SPAMalot. Te dwa doświadczenia uświadomiły mi, jak wiele fantastycznych wspomnień związanych z grą aktorską we mnie wciąż drzemie i jak wielka tęsknota za nią mnie wciąż trzyma. A owa twórczość (bo można ją chyba tym mianem określić) teatralna dzieli się na dwa rozdziały. A właściwie nie rozdziały, rozdziałów będzie pewno więcej. Dzieli się na dwa tematy.
W trakcie rozmowy z Patrycją uzmysłowiłem sobie, że w zasadzie niewiele osób wie o tym rozdziale mojego życia, bo i sam nie jestem zbyt wylewny w tym temacie. Tu i ówdzie wspominałem, że tyle a tyle lat spędziłem na grze tu, brałem udział w tym, ale to tylko słowa, gdy nie opowie się wraz z nimi historii. I po części nawet z tymi historiami zostaną one tylko słowami dla tych, którzy spektakli tych nie widzieli albo nie mają własnych doświadczeń zakulisowych. Osoby, z którymi grałem w przedstawieniach w szkole średniej nie znają rozdziału (dużo krótszego) z warsztatami improwizacji i z "Ryśkami" i odwrotnie. Wiele z tych wspomnień wiąże się z różnymi, moim zdaniem ciekawymi historiami zakulisowymi. Postaram się opisać to i owo na blogu pomijając, rzecz jasna, elementy których mimo wszystko publicznie ujawnić nie mogę.
Moja przygoda z teatrem zaczęła się w zasadzie w podstawówce. Tam właśnie, w ósmej klasie, zagraliśmy z kolegą krótki, niezbyt oryginalny skecz. Jako że z natury zawsze byłem nieśmiałym człowiekiem, spodziewałem się, że i przed ludźmi będę czuł się okropnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze kompromitacje w tym zakresie (wcześniej za karę musiałem śpiewać na apelu "O mój rozmarynie", co wyszło oczywiście tragicznie :P ). A tu niespodzianka, zaraz po przełamaniu pierwszego strachu poczułem się jak ryba w wodzie. Ten krótki epizod sprawił, że trochę schizofrenicznie w chwilach nudy (w drodze do szkoły głównie) odgrywałem w myślach scenki, w których brałem udział. Oglądając filmy (jeszcze zanim gra Driver zaszczepiła we mnie zboczenie montażowo-reżyserskie) wyobrażałem sobie "jak ja bym to zagrał". Wydaje mi się, że to po części się opłaciło i rozwinęło wyobraźnię sceniczną i intonacyjną.
W podstawówce lubowałem się w pisaniu i rysowaniu różnych głupot. Po zawitaniu w nowej szkole, w technikum ekonomicznym, stare nawyki i pasje (a także nuda) sprawiły, że niejako ponownie zacząłem realizować swoje fanaberie. I tutaj także się przyjęły. Zdaje się, że to sprawiło, że gdzieś już w drugim półroczu dostałem propozycję pomocy w poprawianiu i edycji tekstu kabaretowego. Tekst był już napisany, odegrany nieraz, jednak teraz miał wyjść na zewnątrz, pokaz miał się odbyć w Gemini w Gdyni. Otrzymałem tekst "wiadomości szkolnych". Część po swojemu poprawiłem, parę własnych dopisałem. Spodobało się i w efekcie zostałem częściowo przymuszony do napisania scenariusza dłuższej sceny kabaretowej - parodii popularnego wówczas Big Brothera. Podstawowym problemem był fakt, że parodii tegoż powstało wówczas wiele i praktycznie wszystkie opcje zostały już wykorzystane. Przez dwa miesiące spotykaliśmy się pisząc najróżniejsze teksty i ustalając ogólną strukturę przedstawienia. Tekst wciąż mi się nie podobał, dlatego w ostatni weekend przed deadlinem napisałem całość od zera łamiąc przy tym kilka wcześniejszych założeń. Tekst napisany na ostatnią chwilę, spontanicznie, okazał się najlepszą wersją. Z grubsza jeszcze nieco pokreślona, ostatecznie bez znaczących zmian została zaakceptowana. Dziś, gdy o tym myślę, wydaje mi się to bezdennie głupie. Wówczas było nawet zabawne i dostosowane do humoru scenicznego.
W trakcie pierwszej prezentacji tekstu aktorom próbowali to czytać oni. Ponieważ tekst był pisany ręcznie (takie czasy), nie do końca dobrze szło im to odczytywanie. Przeczytałem tekst sam, przy okazji odpowiednio intonując. Pani reżyser stwierdziła, że muszę podkładać głos odpowiednika Wielkiego Brata i próbowała mnie wcielić w jeszcze jakąś rolę, choćby epizodyczną (co jej się ostatecznie udało). Tak oto zostałem wkręcony. Dziękuję.
Anegdot z tegoż przedstawienia jest wiele. Dopiero biorąc udział w przedstawieniach dowiedziałem się, jak bardzo jedno przedstawienie może się różnić od drugiego. Z perspektywy widza, nic się nie zmienia, z perspektywy osoby, która zna spektakl doskonale, zmienia się wszystko, a każde przedstawienie to inna przygoda.
Graliśmy zazwyczaj po dwa, trzy przedstawienia dziennie. Pewnego razu, przed kolejnym spektaklem jednego z aktorów złapała silna niedyspozycja. Ekipa wówczas była bardzo ambitna, wyszliśmy z założenia, że "show must go on". Aktor ewidentnie nie mógł grać i na gwałt szukaliśmy zastępstwa. W końcu udało nam się namówić do tego tancerza, który aktorskiego doświadczenia nie miał za grosz (za to tańczył rewelacyjnie). Wszyscy znaliśmy scenariusz na wylot, zatem zajęliśmy się realnym skracaniem kwestii, dzieleniem się elementami "łatającymi" merytorycznie jego kwestie i upraszczaniem tego, co zastępca miał powiedzieć. I o dziwo, mimo krótkiego czasu na realizację (jakieś 15 minut na poprawki i nauczenie aktora tekstu) zająknął się raptem przy jednym. Reszta załatana na tyle sprytnie, że publiczność nie miała szans się zorientować, że cokolwiek było nie tak, jak być miało. Żebym sam nie brał w tym udziału, zapewne nie uwierzyłbym, że taka opcja w ogóle wchodzi w grę. Pani reżyser miała o tyle ciekawą metodę, że reżyserią zajmowała się na próbach, a spektakle były w 100% nasze. W efekcie silnie się zdziwiła zmianą w obsadzie, zmiany w scenariuszu określiła jako "coś chyba było inaczej".
(ciąg dalszy nastąpi...)
W trakcie rozmowy z Patrycją uzmysłowiłem sobie, że w zasadzie niewiele osób wie o tym rozdziale mojego życia, bo i sam nie jestem zbyt wylewny w tym temacie. Tu i ówdzie wspominałem, że tyle a tyle lat spędziłem na grze tu, brałem udział w tym, ale to tylko słowa, gdy nie opowie się wraz z nimi historii. I po części nawet z tymi historiami zostaną one tylko słowami dla tych, którzy spektakli tych nie widzieli albo nie mają własnych doświadczeń zakulisowych. Osoby, z którymi grałem w przedstawieniach w szkole średniej nie znają rozdziału (dużo krótszego) z warsztatami improwizacji i z "Ryśkami" i odwrotnie. Wiele z tych wspomnień wiąże się z różnymi, moim zdaniem ciekawymi historiami zakulisowymi. Postaram się opisać to i owo na blogu pomijając, rzecz jasna, elementy których mimo wszystko publicznie ujawnić nie mogę.
Moja przygoda z teatrem zaczęła się w zasadzie w podstawówce. Tam właśnie, w ósmej klasie, zagraliśmy z kolegą krótki, niezbyt oryginalny skecz. Jako że z natury zawsze byłem nieśmiałym człowiekiem, spodziewałem się, że i przed ludźmi będę czuł się okropnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze kompromitacje w tym zakresie (wcześniej za karę musiałem śpiewać na apelu "O mój rozmarynie", co wyszło oczywiście tragicznie :P ). A tu niespodzianka, zaraz po przełamaniu pierwszego strachu poczułem się jak ryba w wodzie. Ten krótki epizod sprawił, że trochę schizofrenicznie w chwilach nudy (w drodze do szkoły głównie) odgrywałem w myślach scenki, w których brałem udział. Oglądając filmy (jeszcze zanim gra Driver zaszczepiła we mnie zboczenie montażowo-reżyserskie) wyobrażałem sobie "jak ja bym to zagrał". Wydaje mi się, że to po części się opłaciło i rozwinęło wyobraźnię sceniczną i intonacyjną.
W podstawówce lubowałem się w pisaniu i rysowaniu różnych głupot. Po zawitaniu w nowej szkole, w technikum ekonomicznym, stare nawyki i pasje (a także nuda) sprawiły, że niejako ponownie zacząłem realizować swoje fanaberie. I tutaj także się przyjęły. Zdaje się, że to sprawiło, że gdzieś już w drugim półroczu dostałem propozycję pomocy w poprawianiu i edycji tekstu kabaretowego. Tekst był już napisany, odegrany nieraz, jednak teraz miał wyjść na zewnątrz, pokaz miał się odbyć w Gemini w Gdyni. Otrzymałem tekst "wiadomości szkolnych". Część po swojemu poprawiłem, parę własnych dopisałem. Spodobało się i w efekcie zostałem częściowo przymuszony do napisania scenariusza dłuższej sceny kabaretowej - parodii popularnego wówczas Big Brothera. Podstawowym problemem był fakt, że parodii tegoż powstało wówczas wiele i praktycznie wszystkie opcje zostały już wykorzystane. Przez dwa miesiące spotykaliśmy się pisząc najróżniejsze teksty i ustalając ogólną strukturę przedstawienia. Tekst wciąż mi się nie podobał, dlatego w ostatni weekend przed deadlinem napisałem całość od zera łamiąc przy tym kilka wcześniejszych założeń. Tekst napisany na ostatnią chwilę, spontanicznie, okazał się najlepszą wersją. Z grubsza jeszcze nieco pokreślona, ostatecznie bez znaczących zmian została zaakceptowana. Dziś, gdy o tym myślę, wydaje mi się to bezdennie głupie. Wówczas było nawet zabawne i dostosowane do humoru scenicznego.
W trakcie pierwszej prezentacji tekstu aktorom próbowali to czytać oni. Ponieważ tekst był pisany ręcznie (takie czasy), nie do końca dobrze szło im to odczytywanie. Przeczytałem tekst sam, przy okazji odpowiednio intonując. Pani reżyser stwierdziła, że muszę podkładać głos odpowiednika Wielkiego Brata i próbowała mnie wcielić w jeszcze jakąś rolę, choćby epizodyczną (co jej się ostatecznie udało). Tak oto zostałem wkręcony. Dziękuję.
Anegdot z tegoż przedstawienia jest wiele. Dopiero biorąc udział w przedstawieniach dowiedziałem się, jak bardzo jedno przedstawienie może się różnić od drugiego. Z perspektywy widza, nic się nie zmienia, z perspektywy osoby, która zna spektakl doskonale, zmienia się wszystko, a każde przedstawienie to inna przygoda.
Graliśmy zazwyczaj po dwa, trzy przedstawienia dziennie. Pewnego razu, przed kolejnym spektaklem jednego z aktorów złapała silna niedyspozycja. Ekipa wówczas była bardzo ambitna, wyszliśmy z założenia, że "show must go on". Aktor ewidentnie nie mógł grać i na gwałt szukaliśmy zastępstwa. W końcu udało nam się namówić do tego tancerza, który aktorskiego doświadczenia nie miał za grosz (za to tańczył rewelacyjnie). Wszyscy znaliśmy scenariusz na wylot, zatem zajęliśmy się realnym skracaniem kwestii, dzieleniem się elementami "łatającymi" merytorycznie jego kwestie i upraszczaniem tego, co zastępca miał powiedzieć. I o dziwo, mimo krótkiego czasu na realizację (jakieś 15 minut na poprawki i nauczenie aktora tekstu) zająknął się raptem przy jednym. Reszta załatana na tyle sprytnie, że publiczność nie miała szans się zorientować, że cokolwiek było nie tak, jak być miało. Żebym sam nie brał w tym udziału, zapewne nie uwierzyłbym, że taka opcja w ogóle wchodzi w grę. Pani reżyser miała o tyle ciekawą metodę, że reżyserią zajmowała się na próbach, a spektakle były w 100% nasze. W efekcie silnie się zdziwiła zmianą w obsadzie, zmiany w scenariuszu określiła jako "coś chyba było inaczej".
(ciąg dalszy nastąpi...)
16 września 2010
Demon's Souls
Moja pierwsza zakupiona pudełkowa gra na PlayStation 3. Podirytowany starszymi grami RPG i ich poziomem trudności, często na żenująco niskim poziomie, mimo obaw postanowiłem jednak kupić tak zachwalaną Demon's Souls (tym bardziej, że niedawno staniała z około 250 do 180 zł).
Przechodziłem niejednego RPGa, przy czym faktyczną trudność sprawiali mi jedynie Ci najstarsi przedstawiciele gatunku cRPG, jak Dungeon Master czy Betrayal at Krondor. Dzisiaj myślę, że sprawiały mi trudność głównie dlatego, że grając w nie byłem jeszcze nieopierzonym młodzikiem, żeby nie powiedzieć, że gówniarzem. Na konsolach jako taką trudność potrafiły sprawić Valkyrie Profile na wysokim poziomie trudności, swoje momenty trudniejsze miały Saga Frontier 2 czy Final Fantasy Tactics (do momentu uzyskania Orlandu, później było na tyle łatwo, że zamiast całej drużyny do walki można było wystawiać jedną postać). Niektóre gry bardzo dużo traciły ze względu na zbyt niski poziom trudności, jak fantastyczne Vagrant Story, z genialnym systemem rozgrywki i exploitem dzięki któremu można było przy pierwszym przechodzeniu gry pokonywać najstraszniejszych bossów kilkoma pacnięciami. Szali goryczy dopełniła gra, którą kupiłem w dystrybucji cyfrowej, prequel jednej z moich ulubionych strategii RPG z PSXa, Vandal Hearts: Flames of Judgement. Ta gra, o której postaram rozpisać się szerzej przy innej okazji, ostatecznie przekonała mnie: bierz Demon's Souls i się dłużej nie zastanawiaj.
Jaki zatem jest Demon's Souls? Zgodnie z oczekiwaniami - trudny. Na początku wydał mi się diabelnie trudny. Gdy tylko wyściubiłem nosa z tutoriala trafiłem na dużego Pana trzykrotnie wyższego i szerszego od mojej postaci, który wymachiwał wielką maczugą. Po trzech unikach i odrobinie naparzania w niemiłego stwora pacnął mnie raz i oczywiście zginąłem. Ale to nie koniec. W tej grze śmierć nie oznacza końca. Po śmierci trafiasz do Nexusa, który jest czymś w rodzaju odpowiednika miasta z Diablo. Bezpieczne miejsce, gdzie można się uzbroić, uleczyć, wydać dusze. No właśnie, za pokonanie każdego stwora otrzymuje się tak zwane dusze. Jest to waluta potrzebna dosłownie do wszystkiego. I, zgodnie z przewidywaniami, zdobywa się ją ciężko, w stosunkowo niewielkich ilościach, a ceny nas nie rozpieszczają (o czym właśnie przekonuje się moja dziewczyna młócąc w kółko te same stwory, aby przygotować moją postać do walki z kolejnym demonem).
Kiedy kupowałem grę wciąż nie rozumiałem. Myślałem - jak eRPeG tego typu w ogóle może może sprawiać trudność? Gdy przeciwnicy są zbyt mocni - wracasz i młócisz słabszych, pakujesz postać i idziesz dalej. A jak się nie da, to zawsze pozostaje metoda save-load. Pomyliłem się. Młócenie, przynajmniej na początku gry, nic w zasadzie nie daje. Na początku nie ma za bardzo nawet co kupić za te dusze, prawdziwe wydatki zaczynają się gdy wchodzi upgrade broni (wymagający kamieni, które pojawiają się nieco dalej) i rozwój cech (jeszcze dalej), kupno czarów i cudów. Zatem na samym początku jesteś skazany na swoje umiejętności i przedmioty, które zdobywasz (bo dusze można łatwo stracić jeśli po śmierci nie uda Ci się ponownie dotrzeć do miejsca, w którym zginąłeś). A metoda save-load? Jedyną metodą save'owania stanu gry w Demon's Souls jest autosave. A ten następuje sporadycznie samoistnie oraz w miejscach podejmowania przez gracza wiążących decyzji. Teoretycznie można próbować oszukiwać ten system wyłączając grę tuż tuż po śmierci. W praktyce śmierć przychodzi zbyt szybko i nagle, a wyłączenie w tym momencie może spowodować utratę lub błędy w sejwie. Wolałem nie ryzykować i co istotne, nie psuć sobie zabawy.
Ponadto w grze jest wiele odnóg. Ja, gdy już po jakichś piętnastu razach znałem początek na pamięć, po dojściu do jednego miejsca uparcie próbowałem pójść drogą, na której stał przeciwnik zdecydowanie silniejszy ode mnie. Około dwadzieścia kolejnych prób skutecznie zniechęciło mnie do dalszego parcia tą ścieżką. Co bardzo istotne - ta gra jest sprawiedliwa. To nie jest tak, że gracz umierając czuje się oszukany przez poziom trudności, że zaczyna podejrzewać, że przeciwnicy są poza zasięgiem, a konsola zwyczajnie oszukuje. Ta gra uświadamia, że to Ty, drogi graczu, jesteś leszcz i lamer i że giniesz na własne życzenie. Uczy pokory przed każdym napotkanym wrogiem, a zwiedzanie nowych terenów odbywa się zawsze w niepokoju (szczególnie jeśli dzierży się wówczas sporo nastukanych dusz). Mogę śmiało powiedzieć, że to chyba pierwsza gra, która traktuje gracza w sposób dorosły.
Demon's Souls po prostu wciąga swoim poziomem trudności, klimatem, systemem rozgrywki. Czy ma jakieś wady? No niestety, choć fabuła jest nakreślona, a klimacik jest niewąski, to nadal jest to jedynie hack&slash. Czyli wyjście, walka, powrót do Nexusa. Pod koniec boss (demon) i dalej. Jeżeli w Diablo was to nie nudziło, to tutaj z pewnością również nie będzie, bo jest nawet ciekawiej. Mi to odpowiada nawet bardzo, bo po prostu lubię dużo walki, statystyk, cyferek w grach RPG. Plus ciekawie zbudowany system multiplayer, gdzie gracze zostawiają sobie wzajemnie wiadomości, mogą obejrzeć czyjąś śmierć w danym miejscu, a nawet wejść do czyjegoś świata i walczyć wspólnie. Są ludzie, którym nie spodoba się brak rozbudowanego systemu rozmów, gry nie da się przegadać, jak np. w Planescape Torment.
Istotnym błędem jest fakt, że animacja potrafi czasami chrupnąć w określonych miejscach. Spotkałem do tej pory dwa takie i zdecydowanie nie wynikały one z możliwości graficznych konsoli, a raczej z jakichś niedoróbek w kodzie. Solidna wada animacji trafiła mi się w kopalni, gdzie chrupało dopóki wszystkie podziemne larwy nie wylazły na powierzchnię. Później to samo miejsce, choć na ekranie widać było zdecydowanie więcej elementów, działało w pełni płynnie. Przy kolejnych odwiedzinach tej samej lokacji również wszystko brykało i pomykało jako trzeba. Niemniej jednak - zgrzyty mogą się zdarzyć, choć rzadkie, to bywają solidne.
Podsumowując: pożeracz duszy. Siedząc w domu ma się ochotę tylko grać, wychodząc z domu myśli się o grze, w nocy przyśnić się może gra. Dziewczyna oznajmiła mi, ku mojemu zaskoczeniu, że woli oglądać jak gram w Demon's Souls niż obejrzeć jakiś film. Pierwszy mój zakup pudełkowej gry na PS3 (to uczucie rozpakowania z folii, ten zapach świeżego druku instrukcji... mmm) uznaję za udany, a płytka od momentu rozpakowania gry i włożenia jej do konsoli wciąż jej jeszcze ani razu nie opuściła. Zapewne w końcu mi się znudzi, jak to bywa z grami hack&slash, pytanie tylko kiedy. Gdy widzę ile jeszcze mam do odkrycia, a po około 30 godzinach gry mam raptem ze trzy słabe trofea, to czuję się jakbym patrzał w kosmos nocą na wsi, gdzie światła miast nie przysłaniają tak bardzo nieba.
Moja ocena: 9/10
Przechodziłem niejednego RPGa, przy czym faktyczną trudność sprawiali mi jedynie Ci najstarsi przedstawiciele gatunku cRPG, jak Dungeon Master czy Betrayal at Krondor. Dzisiaj myślę, że sprawiały mi trudność głównie dlatego, że grając w nie byłem jeszcze nieopierzonym młodzikiem, żeby nie powiedzieć, że gówniarzem. Na konsolach jako taką trudność potrafiły sprawić Valkyrie Profile na wysokim poziomie trudności, swoje momenty trudniejsze miały Saga Frontier 2 czy Final Fantasy Tactics (do momentu uzyskania Orlandu, później było na tyle łatwo, że zamiast całej drużyny do walki można było wystawiać jedną postać). Niektóre gry bardzo dużo traciły ze względu na zbyt niski poziom trudności, jak fantastyczne Vagrant Story, z genialnym systemem rozgrywki i exploitem dzięki któremu można było przy pierwszym przechodzeniu gry pokonywać najstraszniejszych bossów kilkoma pacnięciami. Szali goryczy dopełniła gra, którą kupiłem w dystrybucji cyfrowej, prequel jednej z moich ulubionych strategii RPG z PSXa, Vandal Hearts: Flames of Judgement. Ta gra, o której postaram rozpisać się szerzej przy innej okazji, ostatecznie przekonała mnie: bierz Demon's Souls i się dłużej nie zastanawiaj.
Jaki zatem jest Demon's Souls? Zgodnie z oczekiwaniami - trudny. Na początku wydał mi się diabelnie trudny. Gdy tylko wyściubiłem nosa z tutoriala trafiłem na dużego Pana trzykrotnie wyższego i szerszego od mojej postaci, który wymachiwał wielką maczugą. Po trzech unikach i odrobinie naparzania w niemiłego stwora pacnął mnie raz i oczywiście zginąłem. Ale to nie koniec. W tej grze śmierć nie oznacza końca. Po śmierci trafiasz do Nexusa, który jest czymś w rodzaju odpowiednika miasta z Diablo. Bezpieczne miejsce, gdzie można się uzbroić, uleczyć, wydać dusze. No właśnie, za pokonanie każdego stwora otrzymuje się tak zwane dusze. Jest to waluta potrzebna dosłownie do wszystkiego. I, zgodnie z przewidywaniami, zdobywa się ją ciężko, w stosunkowo niewielkich ilościach, a ceny nas nie rozpieszczają (o czym właśnie przekonuje się moja dziewczyna młócąc w kółko te same stwory, aby przygotować moją postać do walki z kolejnym demonem).
Kiedy kupowałem grę wciąż nie rozumiałem. Myślałem - jak eRPeG tego typu w ogóle może może sprawiać trudność? Gdy przeciwnicy są zbyt mocni - wracasz i młócisz słabszych, pakujesz postać i idziesz dalej. A jak się nie da, to zawsze pozostaje metoda save-load. Pomyliłem się. Młócenie, przynajmniej na początku gry, nic w zasadzie nie daje. Na początku nie ma za bardzo nawet co kupić za te dusze, prawdziwe wydatki zaczynają się gdy wchodzi upgrade broni (wymagający kamieni, które pojawiają się nieco dalej) i rozwój cech (jeszcze dalej), kupno czarów i cudów. Zatem na samym początku jesteś skazany na swoje umiejętności i przedmioty, które zdobywasz (bo dusze można łatwo stracić jeśli po śmierci nie uda Ci się ponownie dotrzeć do miejsca, w którym zginąłeś). A metoda save-load? Jedyną metodą save'owania stanu gry w Demon's Souls jest autosave. A ten następuje sporadycznie samoistnie oraz w miejscach podejmowania przez gracza wiążących decyzji. Teoretycznie można próbować oszukiwać ten system wyłączając grę tuż tuż po śmierci. W praktyce śmierć przychodzi zbyt szybko i nagle, a wyłączenie w tym momencie może spowodować utratę lub błędy w sejwie. Wolałem nie ryzykować i co istotne, nie psuć sobie zabawy.
Ponadto w grze jest wiele odnóg. Ja, gdy już po jakichś piętnastu razach znałem początek na pamięć, po dojściu do jednego miejsca uparcie próbowałem pójść drogą, na której stał przeciwnik zdecydowanie silniejszy ode mnie. Około dwadzieścia kolejnych prób skutecznie zniechęciło mnie do dalszego parcia tą ścieżką. Co bardzo istotne - ta gra jest sprawiedliwa. To nie jest tak, że gracz umierając czuje się oszukany przez poziom trudności, że zaczyna podejrzewać, że przeciwnicy są poza zasięgiem, a konsola zwyczajnie oszukuje. Ta gra uświadamia, że to Ty, drogi graczu, jesteś leszcz i lamer i że giniesz na własne życzenie. Uczy pokory przed każdym napotkanym wrogiem, a zwiedzanie nowych terenów odbywa się zawsze w niepokoju (szczególnie jeśli dzierży się wówczas sporo nastukanych dusz). Mogę śmiało powiedzieć, że to chyba pierwsza gra, która traktuje gracza w sposób dorosły.
Demon's Souls po prostu wciąga swoim poziomem trudności, klimatem, systemem rozgrywki. Czy ma jakieś wady? No niestety, choć fabuła jest nakreślona, a klimacik jest niewąski, to nadal jest to jedynie hack&slash. Czyli wyjście, walka, powrót do Nexusa. Pod koniec boss (demon) i dalej. Jeżeli w Diablo was to nie nudziło, to tutaj z pewnością również nie będzie, bo jest nawet ciekawiej. Mi to odpowiada nawet bardzo, bo po prostu lubię dużo walki, statystyk, cyferek w grach RPG. Plus ciekawie zbudowany system multiplayer, gdzie gracze zostawiają sobie wzajemnie wiadomości, mogą obejrzeć czyjąś śmierć w danym miejscu, a nawet wejść do czyjegoś świata i walczyć wspólnie. Są ludzie, którym nie spodoba się brak rozbudowanego systemu rozmów, gry nie da się przegadać, jak np. w Planescape Torment.
Istotnym błędem jest fakt, że animacja potrafi czasami chrupnąć w określonych miejscach. Spotkałem do tej pory dwa takie i zdecydowanie nie wynikały one z możliwości graficznych konsoli, a raczej z jakichś niedoróbek w kodzie. Solidna wada animacji trafiła mi się w kopalni, gdzie chrupało dopóki wszystkie podziemne larwy nie wylazły na powierzchnię. Później to samo miejsce, choć na ekranie widać było zdecydowanie więcej elementów, działało w pełni płynnie. Przy kolejnych odwiedzinach tej samej lokacji również wszystko brykało i pomykało jako trzeba. Niemniej jednak - zgrzyty mogą się zdarzyć, choć rzadkie, to bywają solidne.
Podsumowując: pożeracz duszy. Siedząc w domu ma się ochotę tylko grać, wychodząc z domu myśli się o grze, w nocy przyśnić się może gra. Dziewczyna oznajmiła mi, ku mojemu zaskoczeniu, że woli oglądać jak gram w Demon's Souls niż obejrzeć jakiś film. Pierwszy mój zakup pudełkowej gry na PS3 (to uczucie rozpakowania z folii, ten zapach świeżego druku instrukcji... mmm) uznaję za udany, a płytka od momentu rozpakowania gry i włożenia jej do konsoli wciąż jej jeszcze ani razu nie opuściła. Zapewne w końcu mi się znudzi, jak to bywa z grami hack&slash, pytanie tylko kiedy. Gdy widzę ile jeszcze mam do odkrycia, a po około 30 godzinach gry mam raptem ze trzy słabe trofea, to czuję się jakbym patrzał w kosmos nocą na wsi, gdzie światła miast nie przysłaniają tak bardzo nieba.
Moja ocena: 9/10
14 września 2010
Powrót
Witam ponownie.
Po dłuższym czasie niebytu powoli aczkolwiek skutecznie wracam do pisania bloga. A jest o czym pisać. Myślę, że uda mi się opisać perypetie z pracy na stanowisku konsultanta biura numerów TP, co mi się przytrafiło na drodze życia. Myślę, że uda mi się opisać po krótce filmy kinowe i nie tylko, które miałem przyjemność (czasami wątpliwą) obejrzeć. W tym Shrek Forever, Toy Story 3, Incepcja czy Niezniszczalni i na bieżąco parę innych nowości. Najistotniejszy nowy content, który planuję to minirecenzje gier na PlayStation 3, które kupiłem lub pożyczyłem i przy których wolne wieczory spędzam. Kupiłem częściowo pod wpływem impulsu, co przypłaciłem odrobiną głodowania i koniecznością żerowania na jedzeniu u rodziców i u dziewczyny, ale warto było. Dziewczyna o konsolę bywa zazdrosna, narzeka że nie ma dla niej gier (nie przypadło jej do gustu nawet Little Big Planet, ale argumenty jakie miała muszę w pełni poprzeć), a jednak, gdy nikt nie patrzy, nagle okazuje się, że w wolnej chwili nabijała pierwsze dany w Tekkenie 6 albo dusze w Demon's Souls, a także przeszła spory kawałek The Secret of the Monkey Island.
Opiszę w miarę możliwości gry, które przejdę. Obecnie ukończyłem już Tekkena 6 (100% trofeów), Uncharted, God of War (jedynkę z kolekcji), Metal Gear Solid 4 oraz z PSN remake The Secret of Monkey Island oraz prequel słynnej serii z PSXa w postaci Vandal Hearts. W praniu są Demon's Souls (wciąż oderwać się nie mogę, a tekst już powstał przed ukończeniem gry), Uncharted 2, God of War 2 i 3, Little Big Planet i może Ratchet & Clank Total Destuction. Planuję kupno PES 2011 i Gran Turismo 5.
Rysunków w najbliższym czasie nie przewiduję. Wiersze raczej również nie, chyba że nastąpi nagły napad weny. Wstępnie planuję również sporadyczne wizyty w innych przybytkach kulturalnych, jak teatr. A jak już nie będzie o czym pisać, to zabiorę się za jakieś recenzje przepisów kulinarnych.
Howgh.
Po dłuższym czasie niebytu powoli aczkolwiek skutecznie wracam do pisania bloga. A jest o czym pisać. Myślę, że uda mi się opisać perypetie z pracy na stanowisku konsultanta biura numerów TP, co mi się przytrafiło na drodze życia. Myślę, że uda mi się opisać po krótce filmy kinowe i nie tylko, które miałem przyjemność (czasami wątpliwą) obejrzeć. W tym Shrek Forever, Toy Story 3, Incepcja czy Niezniszczalni i na bieżąco parę innych nowości. Najistotniejszy nowy content, który planuję to minirecenzje gier na PlayStation 3, które kupiłem lub pożyczyłem i przy których wolne wieczory spędzam. Kupiłem częściowo pod wpływem impulsu, co przypłaciłem odrobiną głodowania i koniecznością żerowania na jedzeniu u rodziców i u dziewczyny, ale warto było. Dziewczyna o konsolę bywa zazdrosna, narzeka że nie ma dla niej gier (nie przypadło jej do gustu nawet Little Big Planet, ale argumenty jakie miała muszę w pełni poprzeć), a jednak, gdy nikt nie patrzy, nagle okazuje się, że w wolnej chwili nabijała pierwsze dany w Tekkenie 6 albo dusze w Demon's Souls, a także przeszła spory kawałek The Secret of the Monkey Island.
Opiszę w miarę możliwości gry, które przejdę. Obecnie ukończyłem już Tekkena 6 (100% trofeów), Uncharted, God of War (jedynkę z kolekcji), Metal Gear Solid 4 oraz z PSN remake The Secret of Monkey Island oraz prequel słynnej serii z PSXa w postaci Vandal Hearts. W praniu są Demon's Souls (wciąż oderwać się nie mogę, a tekst już powstał przed ukończeniem gry), Uncharted 2, God of War 2 i 3, Little Big Planet i może Ratchet & Clank Total Destuction. Planuję kupno PES 2011 i Gran Turismo 5.
Rysunków w najbliższym czasie nie przewiduję. Wiersze raczej również nie, chyba że nastąpi nagły napad weny. Wstępnie planuję również sporadyczne wizyty w innych przybytkach kulturalnych, jak teatr. A jak już nie będzie o czym pisać, to zabiorę się za jakieś recenzje przepisów kulinarnych.
Howgh.
29 kwietnia 2010
skarb
Jeden wiersz w dwóch wersjach. Każda ma swój, odmienny wydźwięk, ale ten sam punkt wyjścia. Tytuł posta po tytule pierwszej wersji. Wersja druga na razie bez tytułu.
Wersja pierwsza:
Wersja pierwsza:
Brązowa tapeta przesiąknięta zapachem drewnaWersja druga:
Ogień w kominku rozpala wygaszacz
Mak jest teraz wszędzie
Siada się już nie na trawie, a za trawę
I chaty czytamy przez cz
Pożółkłe oddechy spieniają powietrze
a ja z żyzną glebą za paznokciami
próbuję odkopać skarb
siedząc w kuwecie
Brązowa tapeta przesiąknięta zapachem drewna
Ogień w kominku rozpala wygaszacz
Mak jest teraz wszędzie
Chaty czytamy przez cz
Siada się już nie na trawie, a za trawę
Tylko słoma w butach wciąż równie świeża
13 kwietnia 2010
12 kwietnia 2010
Odra 4/2010
W odpowiedzi na wysłane wiersze:
toń , skrócona wiosna , botaczka , ***[blablam się w tapletku], Fast Food
znajduję w kwietniowym numerze Odry następującą odpowiedź:
Planuję odpowiedzieć na ten wpis. Bardzo pomocne będzie każde słowo komentarza.
toń , skrócona wiosna , botaczka , ***[blablam się w tapletku], Fast Food
znajduję w kwietniowym numerze Odry następującą odpowiedź:
Planuję odpowiedzieć na ten wpis. Bardzo pomocne będzie każde słowo komentarza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






