2 maja 2020

Filmowy twitter cz.19 - Rekomendacje 1-20

Na swoim prywatnym osobistym facebooku poprosiłem znajomych o polecenie dobrych filmów, których jeszcze nie widziałem. Odzew przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. O każdym z tych filmów lubię napisać parę słów. Żeby lepiej pamiętać swoje wrażenia tuż po seansie, żeby je jakoś nazwać i też żeby je oddać w ręce tych, którzy mają ochotę poczytać lub podyskutować. Poniżej pierwsze 20 krótkich tekstów na temat filmów, które obejrzałem z polecenia.

Obejrzałem

"Ujrzałem diabła"

(2010).

Niby zwykła historia o zemście, niby pełna krwi i ogólnie pojętego gore, a jednak nie sposób oderwać wzroku. Chyba dlatego, że ciekawie ogląda się antybohatera, jak w "To nie jest kraj dla starych ludzi", tylko z trochę innym tempem. Ciekawie się ogląda wydarzenia, choć porywające nie są (trochę mi to przypomniało film "Pan Zemsta"). Widziałem recenzje i nie rozumiem zachwytów, ale rozumiem urok tego filmu, a kilka scen, przynajmniej na razie, łatwo z głowy nie ucieknie. Tytuł chyba mówi to, co widz po seansie :)
Daję 5/10. Czas dobrze spędzony. Dzięki za rekomendację.

Obejrzałem

"Wszystko za życie"

("Into the wild") (2007).

Po licznych rekomendacjach i wysokich ocenach znajomych miałem trochę zbyt wygórowane oczekiwania.
Zobaczyłem wyciskacz łez, który w sferze emocjonalnej próbuje na siłę mnie wzruszyć. A wzruszyły mnie jedynie piękne krajobrazy i przyzwoita muzyka, a i to wyrywkowo. Cała treść przez większość czasu prawi mi kazania ubrane w poetykę, która może i sprawdziłaby się jako tekst piosenki, ale tu nie słyszę muzyki z nią współgrającej. I dostaję wiór, który można przyrównać do wiersza zakochanej licealistki.
O ile sama idea posiadania jedynie tego, czego się potrzebuje, idea "antychciwości" jest mi bliska, o tyle cała reszta przedstawionej tu ideologii bliskiej podejściu hippisów już nie jest. Superwłóczęga de facto pasożytuje na innych w swej podróży, w zamian daje im strawę filozoficzną i duchową. Pełni rolę zbliżoną właśnie filozofom, księżom, mnichom czy artystom. Tacy ludzie są potrzebni, ale promowanie tej postawy może pobudzić myśl, że wszyscy powinniśmy być, jak ten włóczęga, że to wzór do naśladowania. Do tego dokłada się tu martyrologię bohatera, by wzmnocnić przekaz. Ja rozumiem prawdziwość tej historii, ale nie dociera do mnie w pełni wydźwięk, jaki został jej nadany i forma, którą przybrała.
Ujdzie, nie męczyłem się i fajnie popatrzeć na przyrodę i posłuchać smętnej muzyki w tle, ale jednak jestem zawiedziony.
Daję 4/10.

Obejrzałem

"Donnie Darko"

(2001).

O, to, to! Takie filmy mi się podobają! Nie tylko świetnie buduje tajemnicę, ale potrafi ją później składnie wyjaśnić, a widza pobudzić umysłowo i emocjonalnie. Cały czas utrzymuje w zaciekawieniu, składa obietnicę i jej dotrzymuje. I hej - Jake Gyllenhaal i Maggie Gyllenhaal grają tu brata i siostrę - how cool is that?
Czadowa rekomendacja. Wlepiam 8/10 i choć wydarzenia ostatecznie były dość jasne, to i tak zagłębiłem się po seansie w zwiedzanie szczegółowych interpretacji, bo po prostu było mi mało tej historii.

Obejrzałem

Infernal Affairs - Piekielna gra

(2002).

Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo "Departed" jest zerżnięty z tego filmu. Znaczy, wiedziałem, że to remake, ale żeby tak bez mydła, prawie scena po scenie? Z tym, że tutaj jakoś udało się lapidarniej i bez zbędnego przekomplikowania uchwycić tę historię. To film mocno oparty na zwrotach akcji, które znałem - a mimo to oglądałem z przyjemnością.
Kliknąłem 7/10 i trochę żałuję, że nie widziałem go, gdy "Departed" jeszcze nie powstało - przyjąłbym ten film z czystym umysłem.
To teraz jeszcze dwójka i trójka przede mną.

Obejrzałem

"Infernal Affairs - Piekielna gra 2"

(2003).

Muszę się do czegoś przyznać - mój organizm jest naturalnie rasistowski. Często nie rozpoznaję azjatyckich twarzy, wyglądają do siebie zbyt podobnie. W pierwszej części nie dawało się to tak bardzo we znaki. Postaci były bardziej charakterystyczne wizualnie. Teraz musiałem zaglądać do Internetu i sprawdzać kto jest kim i porównywać fotosy z tym, co oglądam.
A jak film? Zacny. Choć to prequel, to udało się wpleść kilka zwrotów akcji i - co ważniejsze - pogłębić profile psychologiczne postaci. Gdybym najpierw obejrzał dwójkę, to na jedynce łezka w oku mogłaby mi się zakręcić.
Pamiętam, że pewne wątki częściowo trafiły do "Departed" i że tam wydawały mi się totalnie "z dupy". Tu wszystko jest naturalne i na pierwszy rzut oka spójne.
Ach, no i najważniejsze - jak to się oglądało? Ciekawie, choć już bez tego napięcia. Szóstka. Na dziesięć. Czas na trójkę.

Obejrzałem

"Infernal Affairs - Piekielna gra 3"

(2003).

Przemęczyłem. Do znanej historii dodano nowe, nieciekawe postaci. W tym filmie było już niewiele do opowiedzenia. A to, co było, zostało rozciągnięte jak guma od majtek. Napięcia było znacznie mniej. Zwrot akcji wymuszony i na siłę. Mam wrażenie, że nagle wszyscy są agentami. Bardzo dużo odwołań do pierwszej części. Niektóre fajne, gdy oparte o jakiś detal związany z postacią. Inne męczące, gdy przypominają wciąż o tym, co już wiemy i gdy próbują wycisnąć łzy.
Sama fabuła podana w sposób dość zawiły, choć nie wykluczam, że to, że oglądałem na raty i z gorączką mogło mieć wpływ na poziom zrozumienia wszystkiego.
Nie poradzę - 4/10. W miarę dobra końcówka nie może rozgrzeszyć tego, że ledwo do niej dotrwałem.

Warto było obejrzeć tę trylogię.

Obejrzałem

"Do ciebie, człowieku"

(2007).

:o
Zosiu, skąd miałaś taką pewność, że ten film mnie się spodoba? Skąd? Przecież jest tak specyficzny. Przecież wszystko mogło się zdarzyć.
Jeżu kolczasty, jakie to jest dobre. Przy scenach pierwszego snu popłakałem się ze śmiechu. Musiałem pauzować, żeby się nie udusić.
A dalej - i dramatycznie, i prawdziwie, i z tajemnicą. Gdy coś mądrego wylewa się z ekranu, to zawsze idealnie trafia w ten punkt, w którym nie traktuje się widza, jak głupka, ale i nie brodzi się w niezrozumiałych metaforach.
Dlaczego ja nie znałem tego wcześniej? Dlaczego to dobro trwa tylko półtorej godziny? DLACZEGO?
9/10. Tylko tyle, bo ten film mógł mnie zabić. Udusić się mogłem.

No to teraz już widziałem

"Aż poleje się krew"

(2007).

Na początku oglądało się "tak sobie". Ciężki klimat, ładna realizacja, ale zanim pojawił się jakiś konflikt czy choćby potrząśnięcie platformą, to wkradło się u mnie lekkie zniecierpliwienie.
Później jednak dzieją się takie rzeczy, że z perspektywy całego filmu uważam to rozpoczęcie nie tylko za konieczne, ale wręcz za jedyne możliwe i po prostu dobre.
A końcowe dwie sceny zmiatają czapki z głów. Mam wrażenie, że ciężko będzie zapomnieć ten film.
Można go przyrównać do "Obywatela Kane'a" - tak samo skupiony na postaci i tak samo podejmuje wątek pieniędzy i szczęścia w życiu. Dochodzą do tego głębsze rozkminy na temat samotności, miłości rodzicielskiej, prawdy i kłamstwa, a nawet wpływu alkoholu na człowieka.
Deep and dirty shit. 8.

Obejrzałem

"Jiao Zi"

(2004).

Spodziewałem się filmu typu "food porn" albo przynajmniej czegoś miłego w stylu "Kwiat wiśni i czerwona fasola".
Gdy po pół godziny opowiedziałem lubej, co się dzieje w filmie, który właśnie oglądam, poruszona tylko skomentowała "co za porąbaństwo".
A ja tam nie stronię od porąbaństwa, jeśli jest dobre. Szkoda, że później w filmie już niewiele się dzieje. Niby przemyka bardzo szybko, nie dłuży się ani trochę, ale i nie ma zbyt wiele do powiedzenia.
Po seansie miałem poczucie, że to by się sprawdziło lepiej jako odcinek serialu. A potem przeczytałem, że to jest etiuda rozciągnięta do filmu pełnometrażowego. Może zamiast tego filmu lepiej byłoby obejrzeć "Saam Gaang Yi".
No nic. Pierożki w każdym razie złe nie były. Trochę mdłe i bez soli, ale przynajmniej charakterystyczne. Takie tam 5/10. Chrupało. Następnym razem powinieneś drobniej porąbać mięso :P

Obejrzałem

"Synekdocha, Nowy Jork"

(2008).

I dużo o filmie myślałem. I czytałem. I oglądałem. O życiu, o śmierci. O perfekcjonizmie. O teatrze.
I będę musiał kiedyś obejrzeć ponownie. Bo warto. I bo to już wtedy będzie inny film.
I dałem osiem. Albo mi się śniło. Nie wiem.

Obejrzałem

"In Touch"

(2018).

Ten film był dostępny przez ograniczony czas na Ninatece. I przyznaję, że ze względu na deadline obejrzałem ten film jako pierwszy. Nie lubię widma deadline'ów :)
Forma rzutowania obrazu z projektora na różnych powierzchniach ciekawa, ale błyszczy tylko momentami, gdy nawiązywana jest wirtualna relacja między ludźmi. Przenikanie się przestrzeni wychodziło różnie. Oprócz tych momentów przez większość filmu było to jednak męczące, przejadało się i niepotrzebnie odwracało uwagę od treści. Nieraz zamiast skupić się na tym, co się dzieje, myślałem tylko o tym, gdzie jest projektor i ile czasu musiało im zająć, by w kadrze postaci wychodziły w odpowiednim rozmiarze. Nie to, żeby tam specjalnie dużo treści było - ta treść, która była, była głównie emocjonalna. Tu też jednak pewna ambiwalencja się wkradła. Z jednej strony są fragmenty ustalone, które wyglądają sztucznie i pretensjonalnie, z drugiej zaś mamy nagrania prawdziwych rozmów, które są po prostu ciekawe. Zupełnie, jakbyśmy rozmawiali z naszymi babciami ze wsi.
Nawet mi się podobało, choć mam wrażenie, że materiał na 15-20 minut rozciągnięto do godziny na siłę. I nawet nie przeszkadzało mi disco polo, bo wpasowywało się w wiejski klimat starszych ludzi.
Dałem od siebie 6/10, bo lubię oryginalne formy i prawdziwe rozmowy.

Obejrzałem

"21 x Nowy Jork"

(2016).

Transowa muzyka usypia. Historie przedstawione są wyrywkowo. Najczęściej zahaczają o seks i związki. Przez ludzi przelatuje się bez zgłębiania ich choć odrobinę. Zupełnie, jak ta kobieta, która przerzuca około 20 mężczyzn na minutę (prawdopodobnie na Tinderze). Tempo jest flegmatyczne, a historie nijakie i powierzchowne. Owszem, ludzie przyznają się nieraz do ciekawych tajemnic, ale te przemykają, jak ciekawostki znalezione na jakimś memie.
Przemęczyłem, daję 3/10. Fragmenty były ciekawe, a w temacie seksu wolę obejrzeć jakie porno albo stand-up.

Obejrzałem

"Zaufanie"

(1990).

Ej, ja ten film już kiedyś oglądałem. Nie pamiętam gdzie i kiedy, ale pamiętam, że widziałem.
Fajny, specyficzny. Trochę przypomina kino Akiego Kaurismäkiego albo film "Strach zżerać duszę" w specyfice mowy i zachowania bohaterów.
Zresztą ta maniera udzieliła mi się i sam zacząłem tak chodzić i mówić przez moment po obejrzeniu.
Mam wrażenie, że te najbardziej znane struktury narracyjne pękają tu, jak gałązki pod butami. Bohaterowie tak przerysowani. Zdania krótkie, nieraz nienaturalnie szczere. A jednak gdzieś te emocje tkwią. Lubię to. Siedem.

Obejrzałem

"Polowanie"

(2012).

Ciężko było. Temat niesłusznych oskarżeń to moja pięta Achillesowa. Mogę oglądać różne hardkory, jak w "Ujrzałem diabła" czy "Jiao zi" i mnie średnio ruszają. Ale to mnie ruszyło. "Sleszu, Ty nie możesz się tak denerwować, to tylko film" - słyszałem. I musiałem robić pauzę i zaglądać do Internetu, znaleźć coś na uspokojenie. Coś o aborcji albo jakiś flamewar o slow impro. Ostatecznie przetrwałem i doceniam. Nie, no serio, dobry film, szczególnie końcówka.
7/10.

Obejrzałem

"Manchester by the sea"

(2016).

Pamiętam, że kiedyś dość głośno było o tym filmie. I przyznam, że w roli brata Casey'a Afflecka spodziewałem się Bena Afflecka, a dostałem Kyle'a Chandlera. Kyle jest świetny, widziałem go w milionie filmów, ale chyba na zawsze będę się spodziewał, że on już wie, co się wydarzy, bo czytał jutrzejszą gazetę.
A film bardzo fajny, realistyczny nawet w elementach o zabarwieniu komediowym. Fajne było to, że najpierw otrzymujemy zachowanie bohatera w pewnych sytuacjach, a dopiero później powoli dowiadujemy się dlaczego taki jest. Przez to byłem zmuszony do wejścia w skórę wszystkich tych, którzy oceniają go po pozorach. Głęboko, z wyczuciem i co najważniejsze - ciekawie. Obejrzałem wielkie emocje odegrane na serio i bez zbędnego przerysowania, ale i bez unikania elementów weselszych (co jest częstą domeną "wyciskaczy łez" - ten film nie aspirował do tego miana). Daję od siebie 7/10.
P.S. Po "The Hunt" spodziewałem się, że ktoś kogoś zastrzeli na polowaniu, a tu spodziewałem się, że ktoś jednak wypadnie z łódki albo wypłynie i nie wróci w nieznanych okolicznościach :P

Obejrzałem

"Po godzinach"

(1985).

Wyprawa do krainy Oz we współczesnym świecie. No nie mogę powiedzieć, żebym wiedział, co się za chwilę wydarzy. Oglądało się nawet ciekawie, choć momentami było męcząco. W trakcie miałem wrażenie, jakbym oglądał film Polańskiego, który nie chce wyjść z obrębu swojego pierwszego aktu.
Wahałem się między 5, a 6 i daję ostatecznie 6.

Obejrzałem

"Życie ukryte w słowach"

(2005).

Mam mieszane wrażenia z tego filmu. Podobał mi się początek, zaciekawiły mnie postaci i wydarzenia. Tu jednak było dokładnie odwrotnie niż w "Manchester by the sea" - im więcej dowiadywałem się na temat postaci, tym mniej mnie one interesowały. Te emocjonalne historie nie zostały pokazane, a opowiedziane i to w dodatku niezbyt "realistycznie", raczej "książkowo". Z jednej strony ciekawe wątki i postaci, hipnotyzujący ton, z drugiej pretensjonalne historie cynicznie wykalkulowane na wyciskanie łez. No co mam powiedzieć - nie wycisnęły. Nie muszę uczyć się pływać ;)
Wycisnęły ze mnie 5/10.

Obejrzałem

"Metro"

(1985).

Każdy film, który rozpoczyna się od takiej planszy

i od pościgu musi być przynajmniej przyzwoity. Do tego dochodzi dziwny świat mieszający współczesne metro z dystopijną, niemal cyberpunkową wizją przyszłości i z westernem. No i fabularne klocki, które powoli składają się w całość. Wszystko to z lekkim przymrużeniem oka. Szkoda, że bywa nudnawo, gdy bohaterowie snują się po tym świecie trochę bez celu (choć to tylko pozory). Przyjemny film, który zapewne docenię kiedyś bardziej.
A póki co doceniam tak na 6/10.

Obejrzałem film

"Nędznicy"

(2019).

Przyznaję, że książki nie czytałem, zatem nie wiem, na ile jest to adaptacja czy ekranizacja. Trochę przypomina mi to film "Dzień próby". Miałem też taką myśl, że mógłby to być film braci Dardenne, gdyby ci zabrali się bardziej za "kino akcji" zamiast kręcić kolejne filmy o desperatkach bez pracy.
A zatem realizm, kamera blisko bohaterów i mocne sceny, szczególnie pod koniec. No właśnie, brakowało mi czegoś na koniec. Niby puenta była, niby równanie się dopełniło, a jednak do katharsis czegoś zabrakło. A może właśnie zabraknąć miało?
Takie filmy powinny się wymykać ocenom, żeby nie korciło, by porównać je z innymi. A takie porównanie mogą znieść ciężko.
Daję siedem, choć muszę dodać adnotację, że ten film jest naprawdę dobry. Na wdechu i z zawieszoną niewiarą wchłonąłem to dzieło i będę gotowy na to, że którejś nocy ktoś może mnie wybudzić ze snu i zapytać czy warto obejrzeć francuskich "Nędzników" z 2019 roku i mam już gotową odpowiedź - "Tak, warto, ale chyba cię pogięło, jeśli tylko po to mnie budzisz”.

Obejrzałem

"Kłamstewko"

(2019).

Och, co za przeuroczy film. I takie historie właśnie warto opowiadać. Styl trochę przypominał Wesa Andersona, z często używaną statyczną kamerą i symetrią. Z tym, że tu kamera zawsze jest nieco bardziej pokierowana ku niebu. Ten film to humor, który rozgrzewa serduszko, to dramat, który je ściska i historia, która pobudza do myślenia i zostawia mnie z pytaniami, na które nie mam odpowiedzi, i z wnioskami, których jeszcze do końca nie rozumiem. Zostawił mnie z takim uczuciem, które może znacie - gdy idzie się przez śnieg i on tak śmiesznie skrzeczy. Jest zimno i pizga, ale masz kurtkę, rękawiczki i obowiązkową maseczkę na twarzy, więc jest ciepło. Trochę się nie chce jeszcze wracać do domu, ale trzeba.
8/10.


11 czerwca 2018

Kino z pamięci i ku niej.

Mała kinowa podróż w przeszłość.

Momo. W sumie widziałem prawie wszystko w trailerze. Synek oczywiście głuchy. Bo przecież to takie komiczne, jak ktoś coś mówi niezrozumiale. I jak się sprawdza, czy rzeczywiście nie słyszy i nie udaje. A jego żona niewidoma. Boki zrywać, ślepa z głuchym. Prawdziwa siła tego filmu tkwi w scenie na przystanku – mimo „obowiązkowego” deszczu nadal porusza. Z jakiegoś powodu poruszyło mnie, gdy kobieta w bólu chciała wracać do rodzinnego miasta. No i ta kolejka, szczegół rzucony mimochodem. A za mną kobieta, która przyprowadziła na francuską komedię swoją córkę, może siedmioletnią, i czytała jej wszystkie napisy.

Dlaczego ludzie wymuszają śmiech? U większości to słychać. Czy można u nich wierzyć w pozostałe emocje, które ochoczo okazują? Czy traci przez to na wartości zwykły uśmiech, a my tracimy czujność?

Jurrasic World. Upadłe królestwo. Dużo akcji, sceny kalkulowane pod efektowność, pod trailer. O, właśnie. Większość filmu tak naprawdę widziałem w trailerze. Ale przynajmniej zakończenie odważne. Inne. Narzekam na brak logiki w zachowaniu postaci, ale gdyby tę logikę zachować, film albo skończyłby się zadziwiająco szybko albo poszedłby w zaskakującym kierunku. A przecież Universal za swoje miliony dolarów nie może ryzykować zbyt wiele. Większość ludzi lubi to, co już zna. Dlatego wciskają mi trailery, które de facto są skrótami dwu trzecich filmu. Dlatego fabuła jest wciąż ta sama, różni się detalami albo tak zwanym „premise”, założeniem wstępnym, zawiązaniem historii. Zawiązanie to i tak poznajemy w trailerze. A zatem wiemy wszystko. To po co oglądać film? Na pewno nie po to, by szukać nowych wrażeń. Po wyjściu z kina ktoś za mną powiedział „Trzeba było iść na Zimną Wojnę”. Trzeba było.

Żeby przekazać jakąkolwiek myśl, trzeba się z nią wpychać przynajmniej kilka razy. Zakrzyczeć po cichu. Po drodze zdeptując inne, jak biegnący motherfuckin’ T-Rex. I tak krzyczeć wniebogłosy, jak ten nieszczęsny tyranozaur, który od lat wyje, ale nikt mu nie odpowiada ani nikt go nie rozumie. Nic dziwnego, że upadłe królestwo.

Atak paniki. Napięcie wzrasta, historie się zaplatają, choć nie do końca potrzebnie. Zastanawiałem się niedawno dlaczego Blu-raye nie wyparły z rynku DVD. Teraz wiem, bo sam kupiłem DVD. Bo mogę odpalić na kompie bez kupowania dodatkowych playerów. Bo taniej. I bo po co mi HD, skoro wzrok już nie ten, efektów tu raczej imponujących nie będzie? Ta prawdziwość w nerwowości, w detalach dialogów. Tylko dlaczego tak skrajne postaci i wydarzenia zostały wybrane? Sama ucieczka przed normalnością stała się kliszą. Ale jeszcze ogląda się dobrze. Jeszcze daję się porwać i to nie na strzępy.

Ciekawe czy jeszcze kiedykolwiek mi się ta płyta przyda.

Han Solo. Gwiezdne Wojny. Historie. Nie byłem na nim solo. No właśnie, a wiecie dlaczego Han ma na nazwisko Solo? Kilka żenujących rzeczy w tym filmie można spotkać. Reszta to spełnianie oczekiwań fanów oraz podkręcanie ich nerdozy. Mieszanie w kotle z tymi samymi składnikami. Nie wiem dlaczego oczekiwałem nowych przypraw albo przynajmniej świeżej dostawy warzyw. A to feler.

A może wysłuchany jest ten, który powie pierwszy?

Wyszczekani. Psy gadają, pierdzą, są łapane za jaja i tańczą w parodii Dirty Dancing. Obowiązkowe trzy zwariowane gołębie. Głupi ludzie i mądre psy na tropie. Zaczynam tracić wiarę w kino, że komuś się jeszcze opłaca coś takiego kręcić. I to ma plakaty powywieszane po całym mieście. Ktoś w Hollywood może myśli, że dzieci są głupie i łykną wszystko. Podobno na znanym portalu ten film miał pozytywne opinie. Bałem się zajrzeć, jeszcze bym się wdał w dyskusję zupełnie mi niepotrzebną albo kogoś obraził bardzo mocno. A przecież mogę tolerować, że ktoś się doskonale bawi zjadając psie kupy. I trzymać się z dala.

Wielkie plakaty są w stanie sprzedać nawet gówno w błyszczącym dresie. A potem jakiś redaktor spogląda na Box Office i zastanawia się jaki wpływ na sprzedaż miała jakość filmu. Analizują jego treść. A przecież jak idę na film, to nie znam jego treści. Wróć! Znam. Widziałem trailer.

Zimna Wojna. Widziałem trailer. Poruszył mnie. Zobaczyłem film. Poruszył mnie bardziej szczegółowo. Gdybym trailera nie widział, zapewne podobałoby mi się dużo bardziej. Słyszałem nawet ostatnio jakąś polityczną interpretację Zimnej Wojny. A przecież to film o miłości. Tego przesłania, o którym wspominał Pan Widz Jurrasic World 2 też można się nie doszukać, jeśli ktoś nie chce. Tak sobie myślę, że wszystko można interpretować politycznie. W gruncie rzeczy włożyć komuś do ust rzeczy, które chcemy, by tam były lub których się tam boimy. Jakie my? Właśnie to robię z wami, nie? Zagarniam do wspólnoty w prawdzie, która przyszła mi do głowy, a która może być przecież tylko tej głowy dzikim wytworem. I te detale fabularne, te odważne skoki w czasie i przestrzeni. I artystyczne zakończenie.

I ja tu się staram pisać tak, by nie zdradzić za wiele, a wystarczy obejrzeć ten nieszczęsny zwiastun, żeby zobaczyć wszystko. Poskładać sobie obrazek z całości, ludzki mózg nauczył się to robić bardzo dobrze. Uzasadniać wszystko i dorabiać do tego historię. I co kto miał na myśli. Na pewno coś złego. Lepiej założyć, że coś złego, bezpieczniej. Trzeba jeszcze powiadomić resztę.

Przebudzenie dusz. Teraz jest taka moda na filmy ze zwrotem akcji, najlepiej bardzo mocnym na koniec. Do tego stopnia, że w trakcie oglądania każdego filmu szukamy odruchowo tych motywów. I stają się one coraz łatwiejsze do przewidzenia. Grunt, by przewidzenie ich nie psuło przyjemności z odkrywania smaczków. I nawet Romek uległ pokusie. Ale on to zrobił z większą dozą artyzmu i bardziej interesująco.

TotalBiscuit tuż przed śmiercią podobno miał trudności w odróżnianiu rzeczywistości od snów i majaków. Żona wymyśliła sposób z postawioną obok niego figurką – niczym totem z Incepcji. Gdy widział figurkę, wiedział, że to rzeczywistość. Ponoć nieraz po nią sięgał. Tak sobie myślę, jakim cudem jeszcze można wierzyć w kit z duchami, które pamiętają i są świadome. W świecie fantasy to fajny koncept, ale w tym, w którym żyjemy, absolutnie niemożliwy – wiemy, że pamięć i najpewniej świadomość są wytworami fizycznie istniejącego mózgu. Sami sobie opowiadamy historyjki tylko po to, by uniknąć…

O, późno już. Idę spać. Dobranoc.

7 stycznia 2018

Filmowy twitter cz.18

Wesoły sublokator (1943)
reżyseria: George Stevens

Lubię stare filmy, jednak czasem pojawiają się problemy z ich dostępnością. Zwłaszcza jeśli niektóre z nich chcę obejrzeć legalnie, z fajnym lektorem albo napisami. Chcę uniknąć przekładów w stylu „Plecy do przyszłości” i błędów ortograficznych, o których popełnieniu nawet bym nie pomyślał. Pomyślałem za to: „Dlaczego prawie nie ma starych filmów na Netfliksie? Tam chyba tylko nowości i duże blockbustery można znaleźć”. I to z grubsza prawda, ale nie cała, bo przecież „Rzymskie wakacje”, bardzo przyjemny film, widziałem właśnie na Netfliksie. Przejrzałem zatem zawartość tegoż serwisu w poszukiwaniu jakiegoś klasyka, który ominął mnie do tej pory. Tak właśnie trafiłem na „Wesołego sublokatora”.

Mimo tematu z pozoru ciężkiego – kryzysu mieszkaniowego z czasów drugiej wojny światowej – czuć lekkość i komediowe zabarwienie filmu. Nie przeszkadza wątle nakreślona motywacja bohaterów ani stosunkowo „nagłe” wzrosty uczuć postaci względem siebie. Przekonałem się, że – jako widz – wcale tego tak bardzo nie potrzebuję, by czerpać przyjemność ze śledzenia losów bohaterów – ba! – nawet nie jest niezbędne, bym ich polubił i im kibicował. Nie przeszkadza też przewidywalność pewnych wydarzeń ani podobieństwa do innych produkcji z gatunku „komedii romantycznych”. Przeszkadza za to tu i ówdzie wkradający się slapstick i motywy stricte komediowe, które jednak nie mają żadnego znaczenia ani skutku. Ta „lekkość” sprawia, że po prostu warto przyjemnie spędzić wieczorek przy „Wesołym sublokatorze”, nie spodziewając się arcydzieła.

Ocena: 7/10

Producenci (1967)
reżyseria: Mel Brooks

Odświeżyłem sobie klasyk: „Producentów” Mela Brooksa. Przerysowane postaci, wartka akcja i to całe wyolbrzymienie wszystkiego dają niezwykły efekt komiczny. Nie byłby on zapewne osiągalny bez świetnych kreacji Zero Mostela oraz Gene’a Wildera. Ich vis comica ciągnie ten film na swoich barkach do samego końca.

Ocena: 8/10

Producenci (2005)
reżyseria: Susan Stroman

Załatano dziury w scenariuszu, dołożono więcej motywacji dla postaci, kilka żartów i całkiem niezłych tekstów piosenek. Całość stała się musicalem w żywej stylistyce lat 50 XX wieku. A za wszystkim wciąż stał autor oryginału, Mel Brooks, który nawet pokazał się na moment po napisach. Co mogło pójść nie tak? Po obejrzeniu obu wersji wciąż się nad tym zastanawiam. Na pewno Nathan Lane i Matthew Broderick nie mieli tego „czaru” co Mostel i Wilder. To wciąż wyolbrzymiona gra aktorska – taka być powinna – ale z jakiegoś powodu tu wydaje się być przez większość czasu wymuszona, udawana. To różnica jak między śmiechem prawdziwym a udawanym. Jak między kimś, kto się dobrze bawi przy wygłupianiu się i zaraża tym widzów, a kimś, kto na siłę próbuje być śmieszny, a wzbudza jedynie poczucie zażenowania. Will Ferrel radzi sobie znacznie lepiej od kolegów, choć też nie jest w stanie pokonać swojego „nienazistowskiego” wyglądu. Jest kilka fajnych momentów, załatano chyba wszystkie luki scenariuszowe oryginału, ale przez to i całość straciła tempo. To mieszanka, przy której będzie Ci przykro, gdy aktorzy wygłupiają się w nieśmieszny sposób, przy której powiesz sobie „o, no mówiłem, że tego brakowało” i na scenach, których brakowało, będziesz się nudzić. I w końcu uśmiechniesz się nieraz, szczególnie przy końcówce albo przy gołębiach.

Ocena: 4/10

Słomiany wdowiec (1955)
reżyseria: Billy Wilder

Klasyk, z którego zapewne znacie fotosy ze słynnej sceny z Marilyn Monroe. Samo nazwisko reżysera w tym przypadku oznacza, że będę się bawił przynajmniej przyzwoicie. Nie zawodzi, wciąga, trzyma i zostaje w pamięci. Prawda, po części wyolbrzymiona, wprowadzi Cię w dobry humor z odrobiną niepokoju. Masz też szansę na podbudowanie swojej pewności siebie. Jeśli jednak jesteś kobietą zazdrosną o swojego faceta, możesz obejrzeć ten film, jak rasowy thriller.

Ocena: Billy Wilder / 10

Toni Erdmann (2016)
reżyseria: Maren Ade

Nie wierzcie hasłom reklamowym, które mówią, że to komedia, przy której można pękać ze śmiechu. Nie można. Zabarwienie humorystyczne jest tu dość niestandardowo podane i intrygujące. To, co najciekawsze zaś to subtelnie budowana i rozwijana relacja między ojcem a córką. Gdzieś w tle pojawia się też motyw bezduszności korporacyjnej oraz poszukiwania sensu życia, ale udaje się uniknąć moralizowania i patosu. Trochę uśmiechu, trochę namysłu, trochę wzruszenia i z pewnością nie ramion.

Ocena: 7/10

Dżungla (2017)
reżyseria: Greg McLean

Historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Prawdziwe wydarzenia może i były interesujące, ale film na ich podstawie okazuje się przewidywalną, nudną wyprawą donikąd. Może i zagrane solidnie, może i zrealizowane solidnie, ale „odhaczone” w scenariuszu ptaszki nie oznaczają wcale, że będzie interesująco. W całym filmie jest jeden ciekawy moment, który mija dość szybko, ale żeby do niego dotrwać, a następnie wytrzymać po nim zakończenie, trzeba być uzbrojonym w cierpliwość. Nie warto się w nią uzbrajać tym razem.

Ocena: 3/10

Jim & Andy: The Great Beyond - The Story of Jim Carrey & Andy Kaufman Featuring a Very Special, Contractually Obligated Mention of Tony Clifton (2017)
reżyseria: Chris Smith

Słyszałem opinię, że o ile sam „Człowiek z księżyca” był bardzo ciekawym filmem, o tyle ten dokument o jego powstawaniu jest jeszcze ciekawszy. Tak, można tak stwierdzić, choć moim zdaniem, bez „Człowieka z księżyca” ten dokument zwyczajnie nie istnieje.

Jim Carrey wspomina czasy kręcenia filmu, odsłania sporo zza kulis, nieraz zaskakuje. Dokument ten miał się ukazać wkrótce po premierze filmu, ale wytwórnia się na to nie zgodziła w obawie przed pogorszeniem wizerunku Jima Carreya i, co za tym idzie, spadkiem sprzedaży kolejnych produkcji z jego udziałem. Zupełnie niesłusznie. To pozycja absolutnie obowiązkowa, ale, jak wspominałem, tylko dla osób zaznajomionych z „Człowiekiem z księżyca”.

Ocena: 8/10

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (2017)
reżyseria: Rian Johnson

Wszystkie media już powiedziały na temat tego filmu wszystko, co tylko powiedzieć można było. W tej sytuacji mogę się jedynie opowiedzieć po którejś ze stron mocy, prawda? Moim zdaniem ósmy epizod Gwiezdnych Wojen to po prostu średniak. Były momenty, w których czułem się autentycznie zaskoczony (a o to niełatwo, gdy spodziewamy się zwrotów akcji na każdym kroku), autentycznie znudzony, autentycznie rozentuzjazmowany i autentycznie zawiedziony. Plusik za wzbudzenie autentycznych uczuć i za próbę poprowadzenia fabuły w sposób niewykalkulowany na zadowolenie wszystkich.

Ocena: 5+/10

Egzamin (2016)
reżyseria: Cristian Mungiu

Pamiętam „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” Cristiana Mungiu. Podobał mi się autentyzm wydarzeń i postaci, choć trochę za bardzo wpadał w ton moralizatorski. Wciąż jednak cenię Mungiu za realistyczny i ciekawy styl prowadzenia historii. W przypływie nieuzasadnionego entuzjazmu mógłbym go nazwać „rumuńskim odpowiednikiem braci Dardenne”. Jednak z jakiegoś powodu próby podniesienia wagi przedstawionych wydarzeń nie do końca się udają. Emocje są, ogląda się to z zainteresowaniem i nie wiadomo, jak historia się skończy, ale z jakiegoś powodu film nie porywa aż tak bardzo.

Ocena: 6+/10

Elle (2016)
reżyseria: Paul Verhoeven

Verhoeven, ten „od RoboCopa”, „Pamięci absolutnej” i „Nagiego instynktu”, po dłuższej przerwie wraca do akcji z przedziwnym i pokręconym „Elle”. To chyba próba dramatu, ale tak dziwnego, że sporą jego część oglądałem z lekko uchyloną szczęką. No bo nie sposób przynajmniej raz się w głos nie roześmiać. To wykręcenie fabularne ogląda się całkiem przyzwoicie, ale bez większego wczucia się w losy bohaterów. Raczej z uczuciem „no tak – i co jeszcze?”. Czy to źle?

Ocena: 5/10

Listy do M. 3 (2017)
reżyseria: Tomasz Konecki

Nie, to nie sequel „Człowieka z M-3”! Wybaczcie, nie mogłem nie użyć tego żarciku. Tak, znowu poszedłem do kina na Listy do M. Pierwsza część podobała mi się bardzo, druga była mizerna i już jej za dobrze nawet nie pamiętam, a trzecia? Wyraźnie wymuszona. Ogląda się jak odcinek serialu. Zawiera wątki tak słabe, że ręce opadają do samego popcornu rozsypanego na podłodze. Zawiera też historie z elementami nawet ciekawymi, kilka ładnych scen i nawet można znaleźć w nim powód do prawdziwego uśmiechu. Nierówno, ale bez tragedii na skalę katastrofalnej „dwójki”.

Ocena: 5/10

Trzeci człowiek (1949)
reżyseria: Carol Reed

Nieciekawy romans ze średnio ciekawym wątkiem kryminalnym, ale za to z nawet ciekawą tajemnicą i świetną postacią graną przez Orsona Wellesa. Film miałki i na średnim poziomie, pod koniec serią intrygujących scen i metafor wizualnych wzbija się nieco ponad.

Ocena: 6/10

Cicha noc (2017)
reżyseria: Piotr Domalewski

Jeden z lepszych polskich filmów ostatnich czasów. Zadziwiające jest to, jak szybko potrafił przykuć moją uwagę i trzymać ją do samego końca. Idealny przykład strategii „pokazuj, a nie opowiadaj”, gdyż najbardziej istotne jest to, co rzeczywiście widać. Śmiech, łzy, głębokie postaci, tajemnica, interesujące relacje, wszystko to porywa za pysk i nie puszcza do końca. Tylko jedno, drobniusie zastrzeżenie mam, ale to już bardziej do siebie – otóż, gdy bohater kręci coś przy pomocy kamery, to ja się boję, że: coś skasuje, skończy mu się bateria, zniszczy sprzęt. Bo przecież z reguły coś takiego się dzieje w filmach. Gdy wypożycza samochód, jestem przekonany, że coś w nim zepsuje albo że będzie to element zaczepny. Niepotrzebnie odwróciło to moją uwagę od elementów naprawdę istotnych i zmniejszyło przyjemność przelewaną na mnie z ekranu kinowego. Także niniejszym chciałbym wam pomóc i zgłosić spoilery dwa: nie, z kamerą wszystko będzie w porządku. Z wypożyczonym samochodem też. Nie martwcie się o te elementy. Pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10

Morderstwo w Orient Expressie (2017)
reżyseria: Kenneth Branagh

Kenneth Branagh, którego cenię jako aktora, po raz kolejny staje za kamerą oraz przed nią, i to w dodatku w roli głównej jako sam Hercules Poirot. Jak mu idzie za kamerą? Po udanym remake’u „Pojedynku” i niezbyt udanych filmach „Thor” i „Jack Ryan: Teoria chaosu” przyznam szczerze: nie spodziewałem się wiele. Zresztą kimże onże chceże być, lepszymże od samego Sidneya Lumeta przecież nie będzie, prawda?

Lepszym może i nie, ale gorszym też na pewno nie jest. Do klasycznego kryminału typu „siedzą i gadają, a czasem ktoś umiera” dołożono sporo akcji, sporo zmian środowiska, a nawet jakieś dziwne i mało subtelne odniesienie do ostatniej wieczerzy. Widać ambicje dorównania w pewnym sensie kultowi Sherlocka i wspaniale, że zrobiono to z zachowaniem specyfiki charakterystycznej dla Poirota. Cieszy próba zrobienia z tego filmu czegoś na kształt „części” wyrwanej z życia głównego bohatera – coś się dzieje przed i coś się dzieje po.

Seans to nawet przyjemny, choć skazany na rozwiązanie znane z książki. Rozwiązanie, którym się zawiodłem, gdy tę historię poznałem. Poza tym – wychodzi z tego starcia obronną ręką i mam szczerą nadzieję, że powstanie cała seria filmów z Herculesem Poirot *poprawia wąsa*

Ocena: 6/10

Na granicy (2016)
reżyseria: Wojciech Kasperski

Przegapiłem, gdy leciał w kinach, ale nadrobiłem na Showmaxie, który obfituje w polskie filmy. Widziałem trailery wielokrotnie, bo nie sposób było ich uniknąć swego czasu. A niestety z trailerów można odczytać obecnie sporo, powiedziałbym nawet, że zdecydowanie za dużo i czasem bez obejrzenia filmu mam wrażenie, jakbym go znał od początku do końca i na pamięć.

I tak samo było w tym przypadku. Spodziewałem się gęściutkiego klimatu, tajemnicy i rasowego thrillera na poziomie „Lawiny” z Hasselhoffem. I się nie zawiodłem. Jest ciekawie, jest gęsto, trochę emocjonująco, trochę przewidywalnie. No bo, gdy widzę „build up”, to mogę przewidzieć z grubsza kierunek, w którym podąży „pay off”, prawda? I tu zaskoczeń nie ma. I to nie przeszkadza.

Ocena: 6/10

Pierwszy śnieg (2017)
reżyseria: Tomas Alfredson

Wymieniany często jako jeden z najgorszych filmów 2017 roku i wielki zawód. Wprawdzie sporo czasu minęło od seansu w kinie, ale nie wypacza to chyba aż tak znacznie mojej opinii na temat tego filmu. A moim zdaniem naprawdę nie było AŻ TAK źle. Owszem, przynudza w wielu momentach, ale intryga potrafi tu i ówdzie zainteresować. Po to, by później zboczyć na mieliznę. Niby wszystko snuje się w nieciekawym, śnieżnym sosie i roztopionym błocie, a jednak miałem wrażenie, że wszystko może się zdarzyć i że jednak chcę poznać tę tajemnicę do końca.

Ocena: 5-/10

Twój Vincent (2017)
reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman

Przyzwoita, choć nieco naciągana historia, w którą można się wciągnąć i obejrzeć z niekłamanym zainteresowaniem. Nic ponad to. No dobra, to oczywisty żart, jasne, że jest coś ponad to, bardzo wiele ponad to. Ciągłe nawiązania i niemal rekonstrukcje dzieł Vincenta van Gogha robią ogromne wrażenie, wykonanie po prostu miażdży. Tak, widać, że poruszają się miejscami tylko „wycinki” obrazu. Tak, forma rozprasza i odwraca uwagę. Tak, usta bohaterów są dopasowane do wersji anglojęzycznej. Nie szkodzi, nie szkodzi, nie szkodzi. To dzieło, które zobaczyć absolutnie trzeba, choćby właśnie dla samego podziwiania formy. Ogromnie się cieszę, że istnieją jeszcze filmowcy, którzy podejmują się tak ambitnych, ciekawych i udanych przedsięwzięć.

Ocena: 8/10

Blade Runner 2049 (2017)
reżyseria: Denis Villeneuve

Tak.

Ocena: 8/10

Vermeer według Tima (2013)
reżyseria: Teller

Nie pamiętam już, kto mi polecił ten dokument. Ot, miałem zapisany na liście filmów do obejrzenia i w końcu to zrobiłem. Niezwykła i inspirująca próba odkrycia tajemnicy, która kryła się za wspaniałością i wręcz fotorealizmem prac Vermeera. Tajemnica, moim zdaniem, odkryta, zagadka rozwiązana, i to w jak efektownym stylu. Miesza poczucie bycia oszukanym z uczuciem podziwu. Zdecydowanie warto, nawet jeżeli temat malarstwa Ci „wisi i powiewa”.

Ocena: 8/10

20 sierpnia 2017

Shin Gojira (2016)


Shin Gojira

(2016) reż. Hideaki Anno, Shinji Higuchi
Czym lepszym mógłbym wrócić do pisania na blogu niż recenzją najnowszego filmu o Godzilli? Mimo że oglądałem poprzednie filmy z serii tak dawno temu, wciąż są dość żywe w mej pamięci. Tylko czasem się zastanawiam, dlaczego „Godzilla kontra Król Ghidorah” z 1991 roku dostał ode mnie tylko 6/10. Zdaje się, że niektóre rzeczy mają lepszy posmak niż smak.

I - jeśli pamięć mnie nie myli - to tak naprawdę pierwszy pełnoprawny reboot serii w wykonaniu Japończyków. Do tej pory wszystkie rebooty serii uznawały wydarzenia z pierwszej części za święte. Odejście od tej zasady zwiastuje nam poniekąd już sam tytuł – „shin” oznacza tu „nowy”, „prawdziwy”, „bóg”.

Coś pojawia się w wodzie, wychodzi na zewnątrz, niszczy zatokę, macha komputerowo generowanym ogonem i gdy w końcu wychodzi na miasto, gdy w końcu widzimy to stworzenie, oczom nie wierzymy. Wielki potwór, który nie mruga oczami, bo nie ma powiek. Ruch jego kończyn i ciała sprawia wrażenie jakby był miksem ruchu aktora w kostiumie i kończyn na sznurkach. Rzecz w tym, że nie jest, a potwór jest w całości generowany komputerowo. Jakościowo wygląda to dobrze, ale to jednak nie to samo, co makiety i aktor w kostiumie. Wygląda na to, że stara technika efektów specjalnych umarła na dobre. Sam design potwora jest wręcz komiczny. Ludzie w przerażeniu uciekają przed nim, ale na ich miejscu sam bym nie wiedział, czy się śmiać czy płakać. Wygląda trochę jak niedorozwój, trochę jak Szpon. Później jednak ewoluuje na naszych oczach i staje się właśnie Godzillą.


„Origin story” Godzilli opowiedziano ponownie nie tylko przy użyciu słów, jak to miało miejsce w oryginale, ale i wizualnie. Więcej uwagi poświęca się także genezie nazwy potwora. Otrzymuje on także kilka nowych umiejętności: potrafi nie tylko zionąć ogniem i atomowym promieniem, ale także wysyłać takie promienie z grzbietu i ogona. Przy zionięciu dziwnie rozwiera mu się paszcza. W tej materii przypomina mi nieco Predatora.


Wątki ludzkie (lubię to określenie – ten uniwersalny podział fabuły każdego filmu typu kaiju na potwory i „wątki ludzkie”) kręcą się bardzo mocno wokół polityki, biurokracji, budowania kariery, ekonomii. Mocniejszych rysów postaci jest niewiele i właściwie musimy je sami wyławiać z narracji. Mocno podkreślona jest natomiast satyra na nadmierną biurokrację i wpływ tej całej rozpierduchy na ekonomię kraju. Mocno wyeksponowano także metaforyczne ukazanie potwora jako siły nuklearnej z Zachodu. Potwór (moc nuklearna) nie ucieka tym razem do wody, tylko zostaje z Tokio. Ludzie muszą nauczyć się żyć ze świadomością, że potwór jest tuż obok. Wśród Japończyków powojenna trauma wydaje się być wciąż żywa, czego dowodzi mocne zakończenie. Zobaczymy w nim z czego „składa” się ogon potwora (i być może cały potwór) – to robi wrażenie!


Twórcy muzyki wskrzeszają oryginalnie kawałki z pierwszego filmu, podkręcając niektóre o dodatkowe gitarowe riffy. Brzmi to bardzo dobrze, wciąż pasuje i przywołuje wspomnienia. Również wiele ujęć kamery odwołuje się tu do oryginału, oddaje mu cichy hołd. Inne z kolei podkreślają biurokrację, stosując styl, który przypomina kąty proste Wesa Andersona. Praca operatorska i cała realizacja audiowizualna wypadają po prostu świetnie. Wojsko jest prawdziwe, niszczone samochody też, a wiele efektów specjalnych mocno zbliża się do prawdziwości, utrzymując jednocześnie „feeling” potwora granego przez aktora, „feeling” prawdziwej Godzilli. Coś, czego Amerykanom nie udało się odtworzyć ani razu.


Co nie zagrało? Cóż, bohater zbiorowy nie przyciąga tak dobrze uwagi zachodniego widza, w tym mnie. Drugi akt tą całą biurokracją i polityką zaczyna po prostu przynudzać. Jest widowisko, jest powrót do „starego, dobrego Godzilli”, ale jest też jakieś znudzenie ograną formułą. To, jak wysoka jest stawka, o która toczy się „gra”, jest jedynie „opowiedziane” i jako niejapończyk nie jestem w stanie tego w pełni poczuć i docenić. Nacieszyłem oko, ucho, uśmiechnąłem się tu i ówdzie. Liczę na to, że był to początek nowej serii (i nie serii rebootów!). Doceniłem nawet drugie dno, ale oprócz łezki tęsknoty było to doświadczenie bez emocji.

Ocena: 6/10

P.S. Tak, reżyserem jest „ten od Neon Genesis Evangelion”.