28 lipca 2011

Filmowy twitter cz. 1

Ponieważ na temat obejrzanych filmów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, a i wena nie dopisuje to nie będę się rozwodził nad każdym filmem z osobna. Z kolei poczułem, że do suchych ocen rzucanych na filmwebie należy się kilka słów.

Palacz zwłok (1969) - ocena 7/10
reżyseria: Juraj Herz

Dwukrotnie zmieniałem ocenę tego filmu z siódemki na szóstkę i z powrotem. Jest to mocne kino i mimo ciężkostrawnego klimatu zahaczającego o monotonię zostaje w pamięci i odzywa się na długo po seansie.

Zombieland (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Ruben Fleischer

O to chodzi, takiego filmu o zombie mi było trzeba. Wpisana w średni i ograny na miliard sposobów szablon amerykańskiego filmu czarna komedia mimo wszystko potrafi bawić. Nie oczekujcie salw śmiechu co 5 minut - to nie tego typu film. Humor jest na dobrym poziomie i podkreśla luźne traktowanie tematu. No i jest najważniejsze, czyli zombie, rozwałka na całego przy akompaniamencie dobrej muzyki. A za Black Keys w kluczowym momencie i Billa Murraya duży plusik. Zatem udało się wzbić ponad przeciętność.

Wszystko, co kocham (2009) - ocena 6/10
reżyseria: Jacek Borcuch

To jedna z tych szóstek, w której rozpatrujemy "czym wybija się ponad przeciętność", a nie "dlaczego jednak nie jest to naprawdę dobry film, a tylko niezły". Wybija się klimatem, rolą Chyry, trzeźwym spojrzeniem i realizacją klimatu lat osiemdziesiątych.

Sherlock Holmes (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Guy Ritchie

No, to jest dobre kino przygodowe. Na miarę pierwszej części "Piratów z Karaibów". Dużo doskonałej zabawy upchanej, pędzącej, klimatycznej i nowocześnie zrealizowanej. Widowisko i dobrze spędzony czas.

Gdzie jesteś Amando (2009) - ocena 7/10
reżyseria: Ben Affleck

W trakcie oglądania dwukrotnie miałem wrażenie, że to już koniec i za chwilę zobaczę napisy końcowe. Brawa należą się głównie za opowiedzianą historię, która pierwotnie się nieco snuje, aby nabrać zawrotnego tempa pod koniec. Może sięgnę po książkę.

Miasto złodziei (2010) - ocena 5/10
reżyseria: Ben Affleck

Miało być zapewne kino na miarę "Gorączki", a wyszła do bólu odtwórcza opowiastka, w której wciąż ma się wrażenie, że to już było nieraz i w lepszym stylu. Średniak po prostu i nic ponadto.

Kieł (2009) - ocena 8/10
reżyseria: Giorgos Lanthimos

Do kina greckiego jeszcze nie podchodziłem, przyznam. Trzeba zobaczyć ten film koniecznie, najlepiej nie wiedząc o nim absolutnie nic odkrywając wszystko na bieżąco. Ja tak oglądałem i mam wrażenie, że to wzmocniło mój odbiór. Takich filmów w USA się nie robi. Pozycja obowiązkowa. Aha - i nie pokazywać nieletnim.

Solaris (1972) - ocena 5/10
reżyseria: Andriej Tarkowski

Tarkowski jako pierwszy popełnił film na podstawie książki Lema. Sama książka od początku do samego końca trzymała mnie za fraki i nie chciała puścić. W filmach oczekiwałem przynajmniej wizualizacji tajemniczej planety oraz zjawisk na niej zachodzących. Tarkowski coś tam pokazał skupiając się na postaciach. Dołożył do tego jakąś rozwlekłą i wręcz nudną lirykę, która nie snuje się i nie wdziera do umysłu, ale raczej usypia i jest natarczywie irytująca. Jedyne dobre elementy to te dokładnie odwzorowane z książki. Zmiana zakończenia też nie wyszła filmowi na dobre.

Solaris (2002) - ocena 3/10
reżyseria: Steven Soderbergh

Biały uczony Sartorius, który nawet gdy mówi, to przemawia zastąpiony został... czarną kobietą o nazwisku Gordon, która zdaje się mieć obsesję na punkcie walki z obcymi. Ta rola pasowałaby bardziej do "Obcy kontra Predator" niż do "Solaris". Z kolei Snaut zastąpiony przez Snowa - docelowo miał mieć rozstrojone nerwy, w rzeczywistości jedyne co robił to rozstrajał nerwy widzowi. W książce pijany, tutaj jakby naćpany i nieco rapujący. Cały nacisk położono na wątek miłosny. Ok, to jestem w stanie zrozumieć i nawet zaakceptować. Tylko dlaczego mimo zmiany orientacji na tę bardziej zrozumiałą i bliższą amerykańskiemu widzowi nie udało się sprawić, aby widz przejął się choćby w najmniejszym stopniu losami bohaterów?
Te szczegóły to jednak, jak mówią, pikuś. Scenarzyści dopisali mnóstwo nieistniejących scen, totalnie zmienili zakończenie i dodali poboczny wątek "zwrotu akcji", którego w oryginale nie było (i który nie był potrzebny). W zasadzie w filmie wprowadzono tyle zmian, że mógłby mieć zupełnie inny tytuł, a nikt nikogo nie posądziłby o plagiat. Planeta ukazana jest tylko z bardzo daleka, latają po niej jakieś "niebieskie prądy". W dobie filmów przepakowanych efektami specjalnymi takie coś? Really? To jeden z tych niewielu filmów, w których liczyłem że wykorzystają maksymalnie możliwości komputerowej grafiki i pokażą w końcu Solaris. Naprawdę, bliższa mojemu wyobrażeniu, a nawet wizualnie lepsza jest wizualizacja Tarkowskiego, choć równie oszczędna.
A teraz biegiem do biblioteki jeżeli jeszcze nie zepsuliście sobie krwi nędznymi ekranizacjami - może jeszcze nie jest za późno. Książka Lema jest doskonała. Nawet Pratchetta w ostatnim czasie nie czytałem w tramwaju na stojąco.

Harry Potter i Insygnia Śmierci - część II (2011) - ocena 6/10
reżyseria: David Yates

Przed obejrzeniem przypomniałem sobie wszystkie ekranizacje. Książki również miałem okazję przeczytać. I muszę przyznać, że kinowe wersje są niczego sobie. Przyzwoite kino rozrywkowe, dużo akcji i Longbottom na kacu. Jestem pełen podziwu, że udało im się nakręcić wszystkie części w niemal niezmienionym składzie.
Pamiętajcie jeno - nie pić za dużo Coli w trakcie seansu, inaczej mogą was czekać niemiłe niespodzianki.

Kochaj i rób co chcesz (1997) - ocena 5/10
reżyseria: Robert Gliński

Romansidło z dwoma zabawnymi "tekstami". Aż 5, bo główny bohater o dość niestandardowym charakterze, jak na tego typu film.

Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia (2010) - ocena 6/10
reżyseria: Apichatpong Weerasethakul

Tutaj miałem spory dylemat, a moje wahania sięgały swoją rozpiętością oceny od sześciu aż do ośmiu. Scena seksu z rybą była lekko przesadzona, powiedziałbym wręcz, że niepotrzebna. Pomysł na przekazanie myśli niestandardowy i dużo trafniej ujęty niż w niejednym filmie produkcji USA. Ostrzegam, że film dość hermetyczny w formie. Wzbudził spore kontrowersje w Cannes (a raczej przyznanie mu Złotej Palmy te kontrowersje wzbudziło). Należy się uzbroić w cierpliwość żeby wytrwać do końca i zrozumieć. Klimat tego filmu i wymowa wymuszają niejako taką, a nie inną formę. Dlatego początek usypia. I jest to pierwszy przypadek, gdy fakt usypiania widza jest zaletą (i nie dlatego, że w ten sposób zapobiega obejrzeniu go do końca). Mimo wystawionej szóstki naprawdę warto obejrzeć. I jeśli obejrzeć, to koniecznie do końca, w przeciwnym wypadku nie ma sensu w ogóle zabierać się za oglądanie.

12 lutego 2011

Gran Turismo 5 (2010)

5 lat oczekiwania na Gran Turismo 5 ominęło mnie szerokim łukiem. Nie byłem w temacie gier i konsol przez długi czas, a dopiero zakup konsoli jako tako powrócił mnie na właściwe tory. Miałem kontakt u kolegi z Gran Turismo 5 Prologue i muszę przyznać, że jeździło się całkiem przyjemnie, szczególnie w rywalizacji przez Internet. Moje wspomnienia sięgają dalej. Przygodę z serią rozpocząłem z Gran Turismo 2 w czasach, gdy swoich pieniędzy nie miałem, Internet był luksusem, a gry kupowało się u Aloszy na rynku. Później udało mi się zdobyć od kogoś pierwszą część. Miałem też niekłamaną przyjemność pograć dłużej w trójkę na pożyczonej PS2. Ominęła mnie czwórka – bladego pojęcia nie mam, co w niej było, kiedy jak i dlaczego.
Teraz, gdy sam jestem dziadkiem, mam u siebie w czytniku Gran Turismo 5. Grę kupiłem jakiś tydzień po premierze.
Pierwsze wrażenie jest naprawdę bardzo pozytywne. Na usta cisną się słowa „absolutna rewelacja”, a pad wydaje się przyspawany do dłoni. Grafika jest, jak na mój niewyszukany i zatrzymany w przeszłości gust, rewelacyjna. Jedno, co było męczące, to około półgodzinna instalacja. Mimo instalacji trasy ładują się stosunkowo długo, a na zobrazowanie samochodów trzeba czekać.
Gra wydaje się niezwykle obszerna, ponad 1000 samochodów, każdy z dokładnym opisem, większość zróżnicowana odpowiednio, mnóstwo cyferek w parametrach auta i wszystkie istotne i odczuwalne. Tras jest bez liku, a jakby komuś zabrakło, jest generator tras, który ustawiamy wedle własnych preferencji. Model jazdy jest rewelacyjny, o odpowiednio dużej dozie realizmu. Po dłuższej grze okazuje się, że to wszystko to fantastyczne zaplecze, ale do czego?
Przeszedłem większą część możliwych do odblokowania wyścigów (również w B-specu), licencje (jedną nawet na złoto) i … co tu jeszcze można robić? Aha, grać we dwójkę (jest Split-screen, co w dzisiejszych czasach jest już rzadkością) i przez Internet. Gra przez Internet nie jest zbyt interesująca – w początkowej fazie nawet nic się nie zdobywało, obecnie zdobywa się niewiele. Nie ma sensownych motywatorów do gry po sieci. Niedawno Sony zaczęło w panice naprawiać swój błąd i wprowadziła wyścigi i rywalizacje okresowe oraz dodatkowy sklepik z autami. To poniekąd ratuje sytuację.
Brakuje mi znanych z dwójki trybów wyścigu na 400m, na 1000m, prób osiągnięcia największej prędkości na Test Course (którego, nawiasem mówiąc, i tak tutaj nie ma). Na początku miałem wrażenie, że zebranie kwoty np. 20 mln to będzie prawdziwy hardkor. Tak się wydaje tylko na początku. Owszem, dostępnych jest multum aut, ale po kiego one wszystkie? Wybieramy zazwyczaj spośród kilku pasujących do kryteriów wyścigu (a najczęściej nie jest to trudna decyzja) i już.
Narzekam i narzekam, jednak chciałbym nadmienić, że jest to jedynie narzekactwo kontrastowe. Ma ono na celu uwypuklić wam, że oceny 9/10 w magazynach branżowych to efekt m.in. tzw. „hype’u”, a może i są to recenzje sponsorowane. Za to opinie graczy są wynikiem wygórowanych oczekiwań. Powiadam wam zatem – moja opinia się liczy i nikogo innego :P
Poważniej – mimo wszystkich mankamentów jeździ się wciąż znakomicie. Eventowe wyścigi dodają dużo smaku do gry. Fanem motoryzacji nie jestem, jednak GT2 potrafiło we mnie żyłkę zainteresowania do motoryzacji wzbudzić, piątce już ta sztuka się nie udała.

P.S. Muszę pochwalić system przyciągania gracza do jego kopii gry. Nie zakazywać, nie przypisywać na zawsze gry do PSN, tylko motywować właśnie w ten sposób, czyli eventowymi rozgrywkami oraz bonusami za dzienne logowanie (normalnie otrzymujemy 5 kart muzeum i 5 lakierów, ale jeżeli logujemy się codziennie, możemy dostać do 10 kart i 10 lakierów dziennie). Niby nic, a jednak mimo iż ostatnio gram w coś innego, to wciąż raz dziennie wrzucam płytkę do konsoli, żeby zebrać swój przydział.

Moja ocena: 7/10

6 lutego 2011

Jak wytresować smoka? (2010)


Jak wytresować smoka?

(2010) reż. Dean DeBlois, Chris Sanders

Jak wytresować smoka? Nie wiem. Ale sądząc po średniej ocen na filmwebie autorzy chyba znają odpowiedź na pytanie „jak wytresować widza?” Potwierdza się to, co powtarzałem już niejednokrotnie – Dreamworks to trzecia liga filmów animowanych, a pierwszy „Shrek” to ichniejszy Wojciech Fortuna.

Przyznam, że lubię smoki i moja słabość do smoków mogła nieco zaważyć na ocenie końcowej tego filmu. W mojej pamięci wciąż tli się obejrzany w kinie, a chyba słusznie zapomniany przez publiczność „hit” „Dragonheart”…

Ekipa z Dreamworks miała dobry pomysł na umiejscowienie i na iskrę tej opowieści (zresztą nie pierwszy już raz) i oczywiście, jak zwykle, przesolili danie, a rzekłbym nawet, że spieprzyli. Odkalkowana i przewidywalna historia nie rusza za serce, postać głównego bohatera i jego klasyczne miny (zwane już minami a’la Dreamworks, występują w każdym ich filmie i w każdym osiągają ten sam mdły skutek) nie poruszają. Z kolei główny pupil-smok przypomina bardziej pokemona (nie on jeden).

Wykonanie animacji stoi na średnim poziomie. Za to spodobał mi się „główny boss”. Tak, w końcu możemy zobaczyć jedynego chyba w całym filmie prawdziwego smoka. Ten Pan zrobił pozytywne wrażenie. I wielki plus za małe odstępstwo od reguły „nic nikomu się nie stało”, gdyż jednak pod koniec pewne negatywne konsekwencje akcji są widoczne. Oczywiście bardzo szybko obrócone zostały w zaletę, niemniej jednak chwali się za to drobne odejście od standardu.

Gdyby nie istniał Pixar, a inne studia nie tworzyły takich niedocenionych filmów, jak „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”, czy „Horton słyszy Ktosia”, Dreamworks z pewnością wciąż mógłby pretendować do miana twórcy najlepszych filmów animowanych. A tak – klops, klopsik. Pixar ma po prostu jaja i nie boi się swoich pomysłów, nie wali też nimi jak obuchem w łeb. Inni, jak Sony, wspierają się dość niestandardowymi elementami, które wykorzystują już nie tak subtelnie, ale wciąż stylowo. A Dreamworks robi swoje. Dlatego wciąż dziwią mnie te wysokie oceny na filmwebie. Film miło jest obejrzeć, gdy człowiek jest zmęczony umysłowo i nic mu się nie chce, w domu, ale jakość dostarczonej zabawy porównywalna jest do zjedzenia przedwczorajszego pączka. Niby słodki, ale stary, zasuszony, a świadomość, że są lepsze sprawia, że jednak nie oceniamy go zbyt pozytywnie. Jednak jest światełko w tunelu. „Megamocny” nie sprzedał się już tak rewelacyjnie, mimo agresywnej kampanii, co miałem okazję także zobaczyć na sali kinowej. Ale to już zupełnie inna historia…

Ocena: 5/10

P.S. Chciałbym dodać, że mimo narzekania miło się ogląda ten film. Ale, kurtka, ileż razy można oglądać to samo opakowane w inną wstążkę? Co za dużo, to i świnia nie zeźre. O!

5 lutego 2011

Jak zostać królem? (2010)


Jak zostać królem?

(2010) reż. Tom Hooper

(Tak, to jeden z tych filmów, w którym znowu tłumaczowi zanadto udzieliła się wena twórcza przy tłumaczeniu tytułu)

O tym filmie, podobnie jak w przypadku Czarnego łabędzia, wiedziałem niewiele. Prawie nic. Wiedziałem, że jest jednym z największych kandydatów do tegorocznych Oscarów, co w zasadzie bardziej mnie zniechęcało do filmu biorąc pod uwagę poziom wielu nagradzanych filmów.

I szczerze – nie wiedziałem o czym będzie i sądziłem, że idę na dramat. W rzeczywistości opowieść dla osób, które mają choćby blade pojęcie o świeższej historii Anglii, jest dość dobrze znana. Film skupia się na zapleczu i z figur i mitów stworzy postaci z krwi i kości. Podkreślają to liczne zbliżenia na twarz. Gra aktorska stoi na najwyższym poziomie i o dziwo, o wiele bardziej od świetnej roli Colina Firtha spodobała mi się rola Goeffreya Rusha.

Predefiniowane przed historię opakowanie opowieści uzupełnione zostało świetnym wkładem w postaci scenariusza i dialogów. To najmocniejszy punkt tego filmu. Czuć niestety przyprawę czysto amerykańską, np. „mędrzec” zawsze jest nieomylny, a jego z pozoru dziwne zachowania zawsze mają błyskotliwie spuentowany cel dydaktyczny. Nie przeszkadza to w odbiorze i nie razi specjalnie, gdyż na pierwszym planie pojawia się wciąż wzbudzająca emocje historia „z życia wzięta” oraz dobrze spisane i zagrane dialogi.

Byłem na tym filmie w towarzystwie trzech osób, cała sala wypełniona była po brzegi. Usłyszałem opinię, że to najlepszy film w polskich kinach od czasów „Ghost Writera”. Moja słabość do twórczości Nolana każe mi się nie zgodzić w pełni z tą opinią (w międzyczasie jednak była „Incepcja”), jednak poza tym jednym wyjątkiem – owszem. Zdecydowanie warto.

Ocena: 8/10

4 lutego 2011

Czarny łabędź (2010)


Czarny łabędź

(2010) reż. Darren Aronofsky
Przed pójściem na ten film nie wiedziałem o nim absolutnie nic oprócz tego, że reżyserem jest Darren Aronofski. Autor takich filmów, jak „Pi”, „Requiem dla snu”, „Źródło” czy „Zapaśnik”. Plakat z tego filmu po raz pierwszy zobaczyłem po wejściu do kina w kolejce po bilet. A kto gra główną rolę dopiero po ujrzeniu twarzy na dużym ekranie.

I jak wygląda film z takiej perspektywy? Szczerze powiem, że odrobinę się zawiodłem, ale wciąż trudno mi dookreślić powód swojego zawodu. Oczywiście podstawowym powodem będą zbyt wysokie oczekiwania.

Myślę, że scenariusz był inspirowany do pewnego stopnia postacią Wacława Niżyńskiego. W trakcie seansu intryguje tajemnica i niepewność. Obraz jest mocny, klimatem porównywalny do „Pi” czy „Requiem dla snu”. Jest to jeden z tych filmów, po obejrzeniu których można dyskutować długo nie dochodząc do żadnego wniosku, co przyznam, lubię. Lubiłem to po obejrzeniu „Obietnicy”, lubiłem to po obejrzeniu „Incepcji” i lubię to tutaj.

Wszyscy stają na głowie, aby wynieść samą sztukę baletu do ludzi. Sam scenariusz, jak i sama tematyka filmu mówią to dość bezpośrednio – chcemy, abyście zwrócili uwagę na piękno zapomnianej sztuki baletu. U nas, gdzie teatr zapada się w sobie, o operze przeciętny Kowalski wie mniej niż o międzynarodowych targach sera, a młodzież pyta co oznacza wyraz „filharmonia”, balet istnieje na podobnym poziomie. I dlatego tego typu przypomnienie, choć tak wąskie, może się okazać potrzebne i skuteczne.

Powtarzam – nie wiem dlaczego się zawiodłem. Doskonałe rzemiosło od każdej strony. Chyba zabrakło tego pazura, który czuło się w innych produkcjach. A może po prostu sam temat baletu pociągnął za sobą brak zainteresowania losami bohaterki.
Film godny polecenia, jeżeli jesteście otwarci na inne formy sztuki, a słowo „balet” na samą myśl nie przyprawia was o ziewanie. Wówczas film również wciągnie, ale z efektem podobnym do mojego. Warto mieć też odrobinę mocnych nerwów, a panom wybierającym się do kina nie polecam zakładać luźnych spodni.

Ocena: 6/10

P.S. I obetnijcie paznokcie przed seansem.

3 lutego 2011

Zaniedbanie

Zaniedbałem bloga po raz kolejny. Nie mam weny i nie mam siły ostatnio regularnie pisać, a wszystko co napisałem od czasu ostatniego wpisu dla bloga (całe dwa teksty) po przeczytaniu ich ponownie okazały się po prostu nędzne. Postanowiłem zrezygnować z jakiegoś dążenia nie tyle do perfekcji, co do znaczącego polepszenia stylu na rzecz ilości.
Miałem w planie opisać po krótce swoje wrażenia z filmów, które ostatnio widziałem i z gier, w które gram. Nie będą to teksty długie. Na przykład po obejrzeniu „Czarnego łąbędzia” miałem sporą ochotę napisać coś na temat tego filmu. Zdemotywowała mnie doskonale napisana recenzja na filmwebie, w której autor wyczerpuje temat doskonale. Wynika to m.in. z jego doświadczenia oraz z faktu, że sam przeprowadzał wywiad z Aronofskim, wiedział wedle jakiego klucza należałoby oglądać film.
Moje opisy będą krótkie, skupią się na subiektywnym odbiorze dzieła. Aby utrzymać jako taki porządek, każdy opis będzie znajdował się w osobnym wpisie.

23 października 2010

Wpływ fragmentacji dysku na czas kompresji

Często mi się zdarza kompresować różne pliki. Sporo tego robi się na moim kompie, ponadto sam temat kompresji mnie interesuje. Przy okazji kompresowania różnych plików postanowiłem czasami pobawić się w zapisywanie wyników i stworzenie swego rodzaju uniwersalnych testów.
Na pierwszy ogień należy ustalić warunki przeprowadzania testu. W trakcie każdej z prób włączone były jedynie podstawowe aplikacje plus komputer nie był zajęty niczym innym. Nie zajmował się ani odczytem ani zapisem do dysku, na którym odbywała się kompresja. Chciałem zobaczyć jak znaczny wpływ będzie miała fragmentacja dysku NTFS na czas kompresji.

Sprzęt:
Procesor: Intel(R) Celeron(R) CPU 2.60Ghz
Pamięć RAM: 1,25GB
System operacyjny: Windows XP Professional x86
Dysk: Samsung SP0411N (ATA 40GB)
System plików: NTFS

Kompresowany plik to gra na PlayStation - Jet Moto w formie 3 plików (ccd, img, sub). Kompresja odbywała się w trybie tekstowym (z poziomu cmd) przy pomocy Rar 3.93.
Rozmiar przed kompresją: 456 834 411 bajtów

Wyniki
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 36 - 37% wynosi 339,81 sekundy.
Średni czas kompresji na dysku o poziomie fragmentacji 0% wynosi 338,25 sekundy.
Różnica na korzyść dysku zdefragmentowanego wyniosła 1,56 sekundy.

Jak widać, różnica okazała się mało znacząca przy tym poziomie fragmentacji dysku. W związku z tym przy okazji przyszłych analiz nie mam zamiaru mocno się tym elementem przejmować. Gdy "uda mi się" osiągnąć znacznie wyższy poziom fragmentacji, może przeprowadzę badanie ponownie.

Pozostałe efekty
Przy okazji testów dowiedziałem się też kilku innych ciekawych rzeczy nt. Rara
Wydajność poszczególnych poziomów kompresji kształtuje się następująco:
Poziom kompresji Bajtów po kompresji Procent kompresji Czas kompresji Efektywność
m0 "bez kompresji" 456 834 687 100,00% 42,97 -
m1 "najszybsza" 354 212 466 77,54% 271,68 12,09
m2 "szybka" 337 240 936 73,82% 803,68 30,7
m3 "normalna" 269 504 905 58,99% 288,64 7,04
m4 "dobra" 269 219 960 58,93% 303,33 7,39
m5 "najlepsza" 269 213 184 58,93% 323,89 7,89
Efektywność to przeliczenie ile sekund kosztuje kompresor uzyskanie jednego procenta odchudzenia pliku. Im mniejsza wartość, tym wyższa efektywność. Jak widać, dość słusznie wybrano poziom m3 za domyślny. Za to bardzo podejrzanie wyglądają wyniki m2. Żeby nie było - to, co widzicie to średnia z 4 dokonanych prób, zatem nie ma mowy o jakimś jednorazowym przypadku. Ktoś ma jakiś pomysł dlaczego metoda w WinRarze ochrzczona jako "szybka" jest de facto tak potwornie wolna?

Do dalszych testów mam zamiar spróbować kompresorów: rar, 7zip, zip, kgb, być może skorzystam również z paq8l (jeszcze nie wiem w jakiej wersji), bo podobno efekty osiąga najlepsze. Jeżeli macie jeszcze jakichś kandydatów, chętnie przyjmę sugestie w komentarzach.

Szczegółowo - źródło
Poniżej przedstawiam precyzyjną tabelę wyników analizy oraz printscreeny obrazujące szczegółowo strukturę i poziom fragmentacji na każdym poziomie.

Metoda kompresji Rozmiar po kompresji (w bajtach) Procent kompresji Przed Po Czas kompresji (w sekundach) Koszt 1% kompresji w sekundach Poziom fragmentacji partycji dyskowej Opcje kompresji
h m s h m s
RAR 3.93 456 834 687 100,00% 9 50 07,81 9 51 04,32 56,51 -935351,90 36% m0
RAR 3.93 354 212 466 77,54% 9 51 04,32 9 55 36,14 271,82 12,10 36% m1
RAR 3.93 337 240 936 73,82% 9 55 36,14 10 08 55,45 799,31 30,53 36% m2
RAR 3.93 269 504 905 58,99% 10 08 55,45 10 13 42,71 287,26 7,01 36% m3
RAR 3.93 269 219 960 58,93% 10 13 42,71 10 18 49,78 307,07 7,48 36% m4
RAR 3.93 269 213 184 58,93% 10 18 49,78 10 24 09,90 320,12 7,79 36% m5
RAR 3.93 456 834 687 100,00% 11 28 59,79 11 29 37,10 37,31 -617554,05 37% m0
RAR 3.93 354 212 466 77,54% 11 29 37,10 11 34 10,34 273,24 12,16 37% m1
RAR 3.93 337 240 936 73,82% 11 34 10,34 11 47 33,76 803,42 30,69 37% m2
RAR 3.93 269 504 905 58,99% 11 47 33,76 11 52 25,96 292,20 7,13 37% m3
RAR 3.93 269 219 960 58,93% 11 52 25,96 11 57 29,70 303,74 7,40 37% m4
RAR 3.93 269 213 184 58,93% 11 57 29,70 12 02 55,45 325,75 7,93 37% m5
RAR 3.93 456 834 687 100,00% 13 45 29,75 13 46 08,12 38,37 -635099,14 0% m0
RAR 3.93 354 212 466 77,54% 13 46 08,12 13 50 38,65 270,53 12,04 0% m1
RAR 3.93 337 240 936 73,82% 13 50 38,65 14 04 07,84 809,19 30,91 0% m2
RAR 3.93 269 504 905 58,99% 14 04 07,84 14 08 54,95 287,11 7,00 0% m3
RAR 3.93 269 219 960 58,93% 14 08 54,95 14 13 56,89 301,94 7,35 0% m4
RAR 3.93 269 213 184 58,93% 14 13 56,89 14 19 18,29 321,40 7,83 0% m5
RAR 3.93 456 834 687 100,00% 14 46 54,76 14 47 34,46 39,70 -657113,27 0% m0
RAR 3.93 354 212 466 77,54% 14 47 34,46 14 52 05,60 271,14 12,07 0% m1
RAR 3.93 337 240 936 73,82% 14 52 05,60 15 05 28,39 802,79 30,67 0% m2
RAR 3.93 269 504 905 58,99% 15 05 28,39 15 10 16,39 288,00 7,02 0% m3
RAR 3.93 269 219 960 58,93% 15 10 16,39 15 15 16,96 300,57 7,32 0% m4
RAR 3.93 269 213 184 58,93% 15 15 16,96 15 20 45,25 328,29 7,99 0% m5


21 października 2010

Śluby Panieńskie (2010)


Śluby panieńskie

(2010) reż. Filip Bajon

Trzeba mieć jaja, żeby zrobić taki film. Ale po kolei.
Filip Bajon wziął się za ekranizację jednej z najlepszych komedii Fredry. Muszę przyznać, że do tej pory nie kojarzyłem zbyt dobrze tego reżysera i w pełni zdaję sobie sprawę z tego, że wynika to tylko z mojej ignorancji. Wprawdzie "Przedwiośnie" widziałem, ale na spędzie bydła i dawno temu, a to tak, jakbym nie widział go wcale. Klasyka z jego repertuaru w postaci "Arii dla Atlety" również mnie ominęła. Za to napotkałem Pana Filipa w programie Kuby Wojewódzkiego. I trzeba przyznać, Filip Bajon to luźny gość.
Zawsze odnosiłem wrażenie, że Fredro swoją twórczość pisał głównie dla kolegów od kieliszka. Po takim tandemie oczekiwania miałem w miarę wysokie.

Pierwsze spostrzeżenie - film doskonale się broni nawet, gdy widz nie czytał oryginału (są tacy!). Wprawdzie żeńska część ekipy aktorskiej gra najwyżej średnio (Olszówka trzyma poziom), za to męska część to po prostu klasa sama w sobie. Na wyżyny wzbija się i błyszczy Maciej Stuhr (co chyba dla nikogo nie jest zaskoczeniem), który interpretuje tekst Fredry z niezwykłym wdziękiem. W jego wykonaniu rymy nie rozpraszają, a dodają smaczku, tekst jest zrozumiały i spełnia swoją najistotniejszą rolę - bawi. I to nawet dzisiejszego widza dokładnie tam, gdzie bawić ma. Więckiewicz gra "po swojemu", czyli na wysokim poziomie, ale i rola nie wymaga od niego niczego ponad to. Również Borys Szyc radzi sobie z tekstem doskonale. To bardzo ważne, dzięki temu zakurzone nieco dialogi Fredry odżywają na nowo, a widz się przy tym nie krztusi.

Drugie spostrzeżenie - film nabiera dodatkowego smaku nawet dla tych, którzy tekst Fredry znają na pamięć. Sceny zostały przeinterpretowane, silnie upstrzone, odbywa się to sprawnie i z pomysłem. I tutaj istotna pochwała, choć wielu uznaje to wciąż za najistotniejszą wadę filmu - reżyser realizuje swoją interpretację nie oglądając się absolutnie na nic. A to oznacza, że niektóre jego pomysły z pewnością nie przypadną do gustu Fredrowym purystom. I mnie nie wszystkie zmiany przypadły do gustu (większość mi się spodobała), ale należy się ogromny szacunek za posunięcia, nie bójmy się użyć tego słowa, niekomercyjne.

Bajon wydaje się być nieustraszony w realizowaniu swoich pomysłów. Zdaje się, jakby żaden wściekły producent nie siedział mu nad głową. I chyba wszyscy wiemy dlaczego - wiadomo było od samego początku, że film się sprzeda. Sprzeda go tytuł i obsada. A to, co reżyser z nim zrobi i jaką wizję sobie w nim ubzdura - kogo to obchodzi? I bardzo dobrze, film zyskał na tym ostrego pazura.

Kontrowersyjnym i często krytykowanym pomysłem są współczesne wstawki. Wstawki te opowiadają historię zakulisową, historię aktorów, którzy grają w Ślubach Panieńskich. Rozgrywa się tam inny romans, który zdaje się być alternatywą dla historii znanej ze Ślubów. Tak, jak w przypadku realizacji teatralnych burzy się czwartą ścianę zwracając się bezpośrednio do widza, tak tutaj burzona jest ona w nieco inny sposób. Pokazuje bezpośredni efekt dzieła Fredry, zakulisowy. Ponadto, w jednej ze scen Stuhr spojrzy na widza bezpośrednio w kamerę. Scenki te są czasem lepsze, czasem gorsze, ale zawsze ciekawe. Montażowo pełnią jeszcze jedną funkcję - skutecznej retardacji.

Bajon wiedział nie tylko, że na jego film pójdą Fredrowi puryści nie rozumiejący idei dobrej zabawy kosztem idealnego odwzorowywania sztuki. Wiedział też, że ci puryści spędzą do kin młodzież. Trzeba mieć jaja, żeby zrobić film, który z założenia kpi z purystów, a przekaz kieruje do młodzieży. Trzeba mieć jaja, żeby mieć tak bardzo w dupie krytyków, którzy z pewnością nie docenią odważnego (i moim zdaniem w znaczącej większości trafnego) reinterpretowania klasyki. Więcej takiego podejścia, a może polskie kino wyjdzie z marazmu.

P.S. Muszę dorzucić kilka słów na temat kultury kina. Otóż w trakcie seansu jedna ekipa żarła cały czas chipsy (jak oni to robią, że im wystarcza tych chipsów na dosłownie cały seans?), inni żłopali browary, które ciężko im było w ciemności otworzyć, a jeszcze inni po prostu bezczelnie gadali sobie przez telefon. "Kultura kina" to wciąż oksymoron. Muszę też się podzielić wrażeniami z serii pseudotrailerów nowego polskiego "hitu", który jest teraz promowany, a mianowicie "Śniadanie do łóżka". Takiej żenady już na poziomie trailera jeszcze nie widziałem. Napisy niczym wklejone z Worda, obrazek promujący narysowany chyba naprędce w Paincie, a wybrane sceny po prostu nieśmieszne. Na sali pojawiły się śmiechy, ale żenująco wymuszone. Widzowie odebrali sygnał "to przekleństwo to była puenta, z której miałeś się śmiać" i po chwili zastanowienia załapywali, że faktycznie powinni, aby nie wypaść na drętwiaka na tle grupy. Idźcie na Śluby Panieńskie, unikajcie "Śniadania do łóżka" choćby z czystej chęci promowania podejścia do widza z należytym szacunkiem. Bo jeśli "Śniadanie" się dobrze sprzeda, a Śluby nie za bardzo, to my będziemy odpowiedzialni za kolejną falę crapów polskiej produkcji.

7 października 2010

Teatr - cz.1 - "Opowieści pierwsze"

Wczoraj miałem niewątpliwą przyjemność być oraz, jak to zwykle bywa, uczestniczyć jako widz w improwizacjach teatralnych grupy W Gorącej Wodzie Kompani. Dzisiaj byłem w Teatrze Muzycznym na spektaklu SPAMalot. Te dwa doświadczenia uświadomiły mi, jak wiele fantastycznych wspomnień związanych z grą aktorską we mnie wciąż drzemie i jak wielka tęsknota za nią mnie wciąż trzyma. A owa twórczość (bo można ją chyba tym mianem określić) teatralna dzieli się na dwa rozdziały. A właściwie nie rozdziały, rozdziałów będzie pewno więcej. Dzieli się na dwa tematy.

W trakcie rozmowy z Patrycją uzmysłowiłem sobie, że w zasadzie niewiele osób wie o tym rozdziale mojego życia, bo i sam nie jestem zbyt wylewny w tym temacie. Tu i ówdzie wspominałem, że tyle a tyle lat spędziłem na grze tu, brałem udział w tym, ale to tylko słowa, gdy nie opowie się wraz z nimi historii. I po części nawet z tymi historiami zostaną one tylko słowami dla tych, którzy spektakli tych nie widzieli albo nie mają własnych doświadczeń zakulisowych. Osoby, z którymi grałem w przedstawieniach w szkole średniej nie znają rozdziału (dużo krótszego) z warsztatami improwizacji i z "Ryśkami" i odwrotnie. Wiele z tych wspomnień wiąże się z różnymi, moim zdaniem ciekawymi historiami zakulisowymi. Postaram się opisać to i owo na blogu pomijając, rzecz jasna, elementy których mimo wszystko publicznie ujawnić nie mogę.

Moja przygoda z teatrem zaczęła się w zasadzie w podstawówce. Tam właśnie, w ósmej klasie, zagraliśmy z kolegą krótki, niezbyt oryginalny skecz. Jako że z natury zawsze byłem nieśmiałym człowiekiem, spodziewałem się, że i przed ludźmi będę czuł się okropnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę wcześniejsze kompromitacje w tym zakresie (wcześniej za karę musiałem śpiewać na apelu "O mój rozmarynie", co wyszło oczywiście tragicznie :P ). A tu niespodzianka, zaraz po przełamaniu pierwszego strachu poczułem się jak ryba w wodzie. Ten krótki epizod sprawił, że trochę schizofrenicznie w chwilach nudy (w drodze do szkoły głównie) odgrywałem w myślach scenki, w których brałem udział. Oglądając filmy (jeszcze zanim gra Driver zaszczepiła we mnie zboczenie montażowo-reżyserskie) wyobrażałem sobie "jak ja bym to zagrał". Wydaje mi się, że to po części się opłaciło i rozwinęło wyobraźnię sceniczną i intonacyjną.

W podstawówce lubowałem się w pisaniu i rysowaniu różnych głupot. Po zawitaniu w nowej szkole, w technikum ekonomicznym, stare nawyki i pasje (a także nuda) sprawiły, że niejako ponownie zacząłem realizować swoje fanaberie. I tutaj także się przyjęły. Zdaje się, że to sprawiło, że gdzieś już w drugim półroczu dostałem propozycję pomocy w poprawianiu i edycji tekstu kabaretowego. Tekst był już napisany, odegrany nieraz, jednak teraz miał wyjść na zewnątrz, pokaz miał się odbyć w Gemini w Gdyni. Otrzymałem tekst "wiadomości szkolnych". Część po swojemu poprawiłem, parę własnych dopisałem. Spodobało się i w efekcie zostałem częściowo przymuszony do napisania scenariusza dłuższej sceny kabaretowej - parodii popularnego wówczas Big Brothera. Podstawowym problemem był fakt, że parodii tegoż powstało wówczas wiele i praktycznie wszystkie opcje zostały już wykorzystane. Przez dwa miesiące spotykaliśmy się pisząc najróżniejsze teksty i ustalając ogólną strukturę przedstawienia. Tekst wciąż mi się nie podobał, dlatego w ostatni weekend przed deadlinem napisałem całość od zera łamiąc przy tym kilka wcześniejszych założeń. Tekst napisany na ostatnią chwilę, spontanicznie, okazał się najlepszą wersją. Z grubsza jeszcze nieco pokreślona, ostatecznie bez znaczących zmian została zaakceptowana. Dziś, gdy o tym myślę, wydaje mi się to bezdennie głupie. Wówczas było nawet zabawne i dostosowane do humoru scenicznego.

W trakcie pierwszej prezentacji tekstu aktorom próbowali to czytać oni. Ponieważ tekst był pisany ręcznie (takie czasy), nie do końca dobrze szło im to odczytywanie. Przeczytałem tekst sam, przy okazji odpowiednio intonując. Pani reżyser stwierdziła, że muszę podkładać głos odpowiednika Wielkiego Brata i próbowała mnie wcielić w jeszcze jakąś rolę, choćby epizodyczną (co jej się ostatecznie udało). Tak oto zostałem wkręcony. Dziękuję.

Anegdot z tegoż przedstawienia jest wiele. Dopiero biorąc udział w przedstawieniach dowiedziałem się, jak bardzo jedno przedstawienie może się różnić od drugiego. Z perspektywy widza, nic się nie zmienia, z perspektywy osoby, która zna spektakl doskonale, zmienia się wszystko, a każde przedstawienie to inna przygoda.

Graliśmy zazwyczaj po dwa, trzy przedstawienia dziennie. Pewnego razu, przed kolejnym spektaklem jednego z aktorów złapała silna niedyspozycja. Ekipa wówczas była bardzo ambitna, wyszliśmy z założenia, że "show must go on". Aktor ewidentnie nie mógł grać i na gwałt szukaliśmy zastępstwa. W końcu udało nam się namówić do tego tancerza, który aktorskiego doświadczenia nie miał za grosz (za to tańczył rewelacyjnie). Wszyscy znaliśmy scenariusz na wylot, zatem zajęliśmy się realnym skracaniem kwestii, dzieleniem się elementami "łatającymi" merytorycznie jego kwestie i upraszczaniem tego, co zastępca miał powiedzieć. I o dziwo, mimo krótkiego czasu na realizację (jakieś 15 minut na poprawki i nauczenie aktora tekstu) zająknął się raptem przy jednym. Reszta załatana na tyle sprytnie, że publiczność nie miała szans się zorientować, że cokolwiek było nie tak, jak być miało. Żebym sam nie brał w tym udziału, zapewne nie uwierzyłbym, że taka opcja w ogóle wchodzi w grę. Pani reżyser miała o tyle ciekawą metodę, że reżyserią zajmowała się na próbach, a spektakle były w 100% nasze. W efekcie silnie się zdziwiła zmianą w obsadzie, zmiany w scenariuszu określiła jako "coś chyba było inaczej".

(ciąg dalszy nastąpi...)