29 czerwca 2013

Stażyści (2013)


Stażyści

(2013) reż. Shawn Levy
Stary:
Siedziałem wyjątkowo znudzony i podirytowany po raz kolejny zmuszony do oglądania półgodzinnego bloku reklamowego. A potem okazało się, że półgodzinny blok reklamowy to nie koniec. A potem poleciały napisy końcowe i miałem prawo poczuć się oszukany – dobra, reklamy już były, a gdzie obiecany film, za który zapłaciłem?

Krzychu:
Nie marudź, i tak zapłaciliśmy mniej dzięki tym papierkom po batonikach, które pozbierałem w pracy.

Stary:
Przyznaj się po prostu, że po śmietnikach chodziłeś.

Krzychu:
Nie chodziłem. Widzisz, do pójścia na film zostaliśmy sprowokowani jakąś kampanią reklamową batoników, obejrzeliśmy półgodzinny blok reklam, a potem film będący przydługą reklamą produktów Google. I jeszcze im za to zapłaciliśmy.

Stary:
Przyznam, że wiedziałem, że będzie to film o Google, ale pomyślałem, że przecież z tej wyszukiwarki i tak korzysta prawie każdy. Dobra, wiem, niektórzy nieświadomie instalują toolbary jakiegoś babylonu, avg czy innych dziwactw, wiem że Ty świadomie korzystasz z DuckDuckGo ….

Krzychu:
I nazwa tej wyszukiwarki wcale nie jest kretyńska!

Stary:
…Tak, tak, nie jest. Co z tego? Znaczna większość świadomych konsumentów korzysta z Google. I myślałem – nie będę tym zgorszony, to właściwie już nie reklama, a element kultury, coś powszechnego, jak „Adidasy” czy „rower”. Okazało się jednak, że w filmie wcale nie wyczuwa się tego, natarczywość product placementu jest dokuczliwa i wybija z rytmu.

Krzychu:
Ale gdyby przymknąć oko na product placement.

Stary:
Ja to bym musiał przymknąć oboje oczu. Tak na 2 godziny przymknąć.

Krzychu:
Nie było tak źle. Humor był znośny i raczej nie sprawiał, że miałem ochotę wciąż odwracać wzrok. Mam tak, gdy widzę, jak bohaterowie robią z siebie idiotów. Tutaj, owszem, czasem robią, ale jest to autentycznie zabawne, podane w nieco bardziej delikatnym sosie, zjadliwe. Konfrontacja pokoleń wyszła także nadzwyczaj dobrze i widać, że scenarzysta wiedział o czym pisze, a nie tylko użył paru chwytliwych sloganów, jak to czasem bywa. Nie cierpię, gdy ktoś próbuje pisać o subkulturze bez zrozumienia jej. Tutaj ma się to poczucie, że autorzy wsiąknęli nieco w subkulturę młodzieżową skutecznie ją wykorzystując i trochę krytykując.

Stary:
Faktycznie, nieźle to wyszło. Zderzenie handlowców, gaduł, którzy żyli ze swojej umiejętności kontaktowania się z ludźmi ze światem geeków, którzy przywykli do chowania się za sprzętową maską wyszło ciekawie. Szkoda, że wszystko to jest po raz kolejny tylko obudową znanych schematów, które już dawno mnie nie bawią.

Krzychu:
Zramolałeś może?

Stary:
Za dużo filmów widziałem może, nie wiem. Żeby zużyty na maksa schemat mnie porwał potrzeba czegoś więcej niż przyzwoitego poziomu żartu czy konstrukcji postaci. O konstrukcji fabularnej nie wspominam, bo ta jest właśnie przez schemat odgórnie narzucona. Podobnie, jak i zakończenie.

Krzychu:
Ludzie lubią oglądać coś, co już znają. Czują się w tym schemacie bezpieczniej. Nie wymaga to od nich myślenia. A czy nie o to chodzi w komedii, żeby się odmóżdżyć i pośmiać?

Stary:
Uśmiechnąć raczej, salw śmiechu nie słyszałem. Poza tym prawione tutaj morały bywają nieznośne. Cytując klasyka „Porywa mnie ten patos naszych czasów”. Ja tak nie potrafię dać mu się porwać. Morały i patos muszą być dla mnie ładnie i odświętnie ubrane, nie mogą paradować nago, nie kręci mnie to już. Jak bym miał ochotę na stertę tanich morałów, wróciłbym do czytania demotywatorów.

Krzychu:
Czepiasz się, umoralnianie aż tak nie raziło. Na product placement też udało mi się przymknąć oko. Ja się dobrze bawiłem, nie była to tak durna komedia, jakich obecnie sporo w kinach. Sześć dam. Nie, sześć i pół nawet za piosenkę z początku filmu, którą bardzo lubię.

Stary:
Ale nie musiałeś jej śpiewać tak głośno, inni chcieli się skupić na filmie.

Krzychu:
Ci obok jedli popcorn tak głośno, że myślałem, że mojego podśpiewywania nie będzie słychać.

Stary:
Ja przyznam, że podirytowany zacząłem oglądać ten film. Półgodzinnym blokiem reklamowym, tumultem wokół, agresywnym product placementem. Złagodził mnie humor w tym filmie, który był na przyzwoitym poziomie. Klimat miłej i niegłupiej komedyjki towarzyszył całości i współgrał z nią naprawdę dobrze. Wyrównuje się to, dla mnie średniak. Ale piątaka mu dam, bo dobry cwaniak z niego.

Krzychu:
Z nas też cwaniaki, kamuflujemy już oceny pisząc je słownie.

Stary:
Hej, a właściwie skąd te 4 bilety? Dwóch nas jest. Nie mów, Ci po prawej to Twoi znajomi? Ci, co tak głośno na początku…

Krzychu:
Daj spokój, prawie cały zjedli na reklamach. W pół godziny i Ty byś ze dwa obiady wtranżolił.

23 czerwca 2013

Człowiek ze stali (2013)


Człowiek ze stali

(2013) reż. Zack Snyder
Krzychu:
Hej, myślałem, że to będzie film o Stalinie.

Stary:
A ja byłem przekonany, że to dopełnienie trylogii Wajdy.

Krzychu:
Nie, nie, Wajda zrobił to w formie epizodu w filmie „Solidarność, Solidarność…” i nazwał to „Człowiek z nadziei”.

Stary:
Obejrzeliśmy za to film o człowieku ze Stali, to od tego to wielkie „S” na piersi pewno, nie?

Krzychu:
Nie, nie słuchałeś, to nie „S”, to znak oznaczający „nadzieję”.

Stary:
„Człowiek z nadziei”?

Krzychu:
Superman po prostu.

Stary:
Podobało mi się to, w jaki sposób w tym filmie budowano napięcie do samego nazwania głównego bohatera „Supermanem”. Żarty żartami, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to będzie film o Supermanie, wiedzieliśmy że ta nazwa musi paść i że trudno ją zaimplementować, by nie brzmiała głupio i niezręcznie. Udało się to zrobić z gracją.

Krzychu:
Wszyscy wiedzieliśmy? Niektórzy zorientowali się dopiero po obejrzeniu napisu „DC Comics”.

Stary:
Poważnie? Nie mówisz chyba o sobie.

Krzychu:
Oczywiście, że nie o sobie. Nawiasem mówiąc, od czego pochodzi skrót „DC” ?

Stary:
Detective Comics.

Krzychu:
Czyli po rozwinięciu skrótu mamy obecnie „Detective Comics Comics”?

Stary:
Na to wychodzi. Jak Ci się podobał film?

Krzychu:
Wiesz co? Podobał mi się. Może za wyjątkiem końcówki, gdzie akcja staje się mało zróżnicowana i monotonna, a niektóre dźwięki nieprzyjemne dla ucha przy kinowej głośności. No i mogli zatrudnić kamerzystę bez choroby Parkinsona. Poza tym był po prostu interesujący. Nie przysypiałem i nie dlatego, że było głośno.

Stary:
To prawda. I mnie też się podobał. Zauważyłem, że film podzielił widownię dość mocno. Niektórzy uwielbiają to, co zobaczyli, inni nie mogą znieść. A my, jak nigdy, się zgadzamy, podobał nam się. Dyskusja, w której dwie strony się zgadzają nie ma żadnego sensu, kończymy recenzję.

Krzychu:
Chyba żartujesz? Jest tyle rzeczy do omówienia.

Stary:
Taki napalony na dyskusję o tym filmie? Niech Ci będzie. Nareszcie mogłem zobaczyć Krypton. Nie tylko kilka wystylizowanych na futurystycznie wyglądające kryształowe pomieszczenia, ale całą planetę, w dodatku zaprojektowaną od zera. Stylistyka Kryptonu różni się od tej, którą znamy z filmu Richarda Donnera i jego kontynuacji.

Krzychu:
Tak, tak, piękny świat, ale strasznie mocno inspirowany światem owadów. Wszystko to wygląda jak termitiery, jedna przy drugiej. Jor-El lata na ogromnej ważce. Nawet ich statki kosmiczne mają odwłoki. Zatem nie jest to zbyt oryginalna wizja obcego świata.

Stary:
Umówmy się, że oryginalna być nie może – kosmici wyglądają dokładnie tak samo, jak ludzie. Nawet mówią po angielsku.

Krzychu:
Wizualnie też nie ma wielkich wodotrysków. Owszem, wszystko wygląda ok, ale ma się wrażenie, że to scenka wyjęta z jakiejś gry komputerowej. CGI wciąż jest rozpoznawalne gołym okiem i mnie, jako gracza, boli to, że muszę oglądać to samo w kinie. Na tym samym poziomie, na którym robi się scenki do najnowszej części Final Fantasy czy nawet co lepszych filmów animowanych. Pierwsza połowa filmu to praktycznie jedna długa animacja.

Stary:
Trochę przesadzasz. Jest nieco polityki i pojawia się Zod. Moim zdaniem najlepsza postać całego filmu. W końcu mamy antagonistę, który nie walczy dlatego „bo jest zły”, ale ma rzeczywiste powody i jego poczynania da się wytłumaczyć. W sumie to chyba najlepiej zbudowana postać tego filmu. Dlaczego mam wrażenie, że nie wymieniam zalet?

Krzychu:
Bo to film o Supermanie. Ale przyznajmy to otwarcie i szczerze, że Superman gdzieś u podstaw nie jest zbyt ciekawą postacią. Superbohater, który ma tyle mocy, jest nieskazitelnie prawy i niezniszczalny? Na siłę ma dodaną jedną słabość, ale ileż można eksploatować jedną słabość bohatera? A gdy w końcu go uśmiercono w którymś komiksie, ktoś i tak na siłę go wskrzesił. Mimo to muszę przyznać, że nawet tak dziwne komiksy, jak „Superman vs. Obcy” potrafiły być dobre, serial animowany był ciekawy, ale zazwyczaj żadna w tym zasługa postaci Supermana. Równie dobrze mógłby to być np. Goku. Nawiasem mówiąc, szkoda że na takim poziomie nie zrobiono aktorskiego „Dragon Ball Z”. A Zod? Zod był ładnie wykreowany poza drobnymi elementami i tekstami, w których zdawał się pałać rządzą mordu, gdy jego cel nakreślony był inaczej. Z jednej strony był mocno związany z Jor-Elem, nawet nawiedzała go jego śmierć, nie pozwalała o sobie zapomnieć. A potem pyta wizerunek Jor-Ela czy czuje ból, po czym z premedytacją próbuje mu go zadać. Jakby z ciekawego antagonisty, nieco niejednoznacznego moralnie, próbowano zrobić kogoś, kogo będziemy mogli pewniej włożyć do odpowiedniej szufladki.

Stary:
Trochę, jak w „Wielkim Gatsbym”, prawda?

Krzychu:
To chyba taka maniera amerykańskiego kina, które wciąż jest prześladowane przez nadmiar dosłowności. A raczej prześladowane przez ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich widownia tej dosłowności oczekuje. Gdy Superman, przed chwilą atakowany przez wojsko, idzie pośród żołnierzy, a Ci go nie atakują – nie trzeba więcej. A jednak, „On nie jest już naszym wrogiem” musiało zostać wypowiedziane i nie mogłem nie roześmiać się nieco słysząc te słowa.

Stary:
Wiedzą po prostu, że większość widowni jest głupia i nie załapie, jak im się tego nie wbije do głowy. A jak widownia nie zrozumie, to im się nie spodoba. W końcu kto lubi ludzi, którzy mówią nam lub uświadamiają nam jacy jesteśmy ograniczeni? W sumie na tym też polega bolączka Supermana. Gdyby się ujawnił, przestraszyłby ludność, a także uświadomił im że niewiele mogą w porównaniu z nim. Po „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”, które widzieliśmy z Spidermanie, po „będę nikim żeby chronić bliskich” to coś, czego chyba jeszcze nie było w filmach o superbohaterach. A jeśli było, to nie jest to motyw zużyty i przewałkowany.

Krzychu:
Moim małym przekleństwem od początku filmu była świadomość marki.

Stary:
Tia, też zauważyłeś agresywny product placement?

Krzychu:
Tak, ale nie to mam na myśli. Świadomość marki Supermana i wszystkiego co z nią związane. Czekałem, aż Superman założy kostium, aż stanie się Clarkiem Kentem pracującym dla Daily Planet, założy okularki. Zastanawiałem się czy nawiążą do przebierania się w budkach telefonicznych w czasach, gdy wszyscy już mają telefon w kieszeni, a budkę telefoniczną ciężko znaleźć gdziekolwiek. Oczekiwałem tego, tymczasem świat poznaje tutaj Supermana w zupełnie innych okolicznościach. Antagonista pojawia się zanim Superman staje się rozpoznawalny publicznie. W filmie taka konstrukcja oczywiście ma sens, ale gdzieś tam głęboko w pamięci miałem konstrukcję z poprzednich filmów o Supermanie. W tym aspekcie mogę powiedzieć śmiało, że czułem się zawiedziony, choć wiedziałem, że to dla mojego dobra.

Stary:
Ja zawiodłem się w dokładnie odwrotny sposób. Gdy statek z małym Kal-Elem zmierza ku Ziemi i nagle widzimy łódź rybacką, pomyślałem „Wpadł do morza. Świetnie, ojciec nie będzie farmerem, a rybakiem, wyłowi go. Odważnie, ale fajnie, bo nie będzie wiadomo co jeszcze zmienią”. Po czym okazuje się, że to po prostu przejście od razu do dorosłego Clarka, który akurat dorabia jako rybak jednocześnie uciekając przed rzeczywistością. Film pada ofiarą swojej marki. Między Supermanem a Lois Lane przez cały film nic się nie dzieje, nie widzę tu żadnej chemii, by nagle pokazać scenkę, z której wynika coś dokładnie odwrotnego. Gdy oglądałem film, nie odczułem tego, bo też miałem tę świadomość – oni muszą się zejść, tak było zawsze, to część mitu. Gdy wyszedłem z kina i się nad tym zastanowiłem, to mnie to nieco ubodło. Ta para nie jest tu budowana zbyt skutecznie.

Krzychu:
W kilku miejscach miałem wrażenie, że Lois była dodana na siłę. Dlaczego pojawiła się tu? Bo chcieliśmy ją bardziej wplątać w fabułę, poza tym ktoś musiał potem uratować sytuację w tym miejscu i czasie. A tu po co? Żeby wcisnęła przycisk. A potem niech spada. Hej, w sumie, w pewnym sensie można powiedzieć, że Lois leciała na Supermana.

Stary:
Raczej on leciał. Do niej. Żeby ją złapać. Przy drugim razie mi się przejadło. Ale to drobiazgi, całość była niezwykłym spektaklem. Działo się dużo, trzymało w napięciu, film godny polecenia.

Krzychu:
Tylko tak, jak wspominałem, przy końcówce dźwięki niektórych maszyn potrafiły zdrażnić ucho. Sama muzyka, choć świetna i pasująca do całości, bazuje na jednym motywie, który jest naprawdę za bardzo eksploatowany. Nudzi pod koniec. A brak klasycznego motywu muzycznego jest dla mnie grzechem. Co niby stało na przeszkodzie, by taki drobiazg wrzucić?

Stary:
A moim zdaniem dobrze, że tego motywu nie użyto. Podkreśliło to odcięcie od kiczowatości starej serii.

Krzychu:
Widzisz, zbliżamy się do końca i udało nam się uniknąć porównań do Mass Effect 3 i rozwodzenia się nad karierą Christophera Nolana i Zacka Snydera.

Stary:
Dobra, dobra, nie pitol tylko rzucaj mi tu podsumowanie. Ile?

Krzychu:
7/10. Nie jest źle, a nawet mi się podobało. Nie podobało mi się, jak odszedł Jonathan Kent. Bo jego śmierć dla każdego, kto choć trochę zna historię Supermana nie jest zaskoczeniem, ale w jaki sposób to się odbywa… Nie rzucę spoilerem, ale jest to jedna z niewielu scen, które wyszły po prostu fatalnie. To wszystko to jednak detale, ogólnie warto obejrzeć, dobrze się bawiłem, polecam.

Stary:
Ale „szału ni ma”, nie?

Krzychu:
Nie da się ukryć.

Stary:
W tym przypadku zgadzamy się ze sobą, ode mnie 6/10 i krótkie podkreślenie słowne, że to dobra ocena i że warto obejrzeć w kinie. Z kolei w Internetach zbierają się skrajne opinie. A my tak jakoś po środku. Nijakie recenzje szybko umykają uwadze czytelnika albo uciekają z pamięci zaraz po przeczytaniu. Mówiłem od razu, że dyskusja, w której się zgadzamy nie ma sensu.

Krzychu:
Tak? Dobra, to ja na szybko zmieniam zdanie i daję 1/10. Szmira. Uzasadnienie? Bo Zod nie nazwał Supermana wieśniakiem. A mógł.

Stary:
To ja 10/10, arcygenialny. Dlaczego? Bo „Welcome to the Planet” było lepsze niż ujęcie na jakieś sanki w ognisku.

Krzychu:
I pamiętaj o czym rozmawialiśmy, bez dosłowności i prowadzenia czytelnika za rączkę, żadnego podkreślania właściwej oceny filmu, niech czytają całość!

18 czerwca 2013

Wielki Gatsby (2013)


Wielki Gatsby

(2013) reż. Baz Luhrmann
Nikt nie chciał ze mną podyskutować o filmie, więc postawiłem podyskutować sam ze sobą.

Stary:
Wielki Gatsby – wiele oczekiwałem po tym filmie, choć samą książkę kojarzyłem tylko z filmu „Człowiek z księżyca”. Trailer mnie dobrze nastroił – oczekiwałem tajemniczej postaci, wielkiej miłości, wielkich uczuć. Takiej trochę bajki, trochę przerysowanego teatru, naiwności, niewinności. I to właśnie dostałem – udało się zaspokoić te oczekiwania, dlategom z kina wyszedł zadowolon.

Krzychu:
A ja umęczon. Jesteś pewien, że widzieliśmy ten sam film? Seria wykrzywionych min Leonarda wzbudziła w Tobie jakieś uczucia? Przez dwie i pół godziny film miał może kilka momentów, które mogły wzbudzić jakiekolwiek uczucia, ale to nie wystarczy. Film musi mieć postaci, które są ludzkie, ciekawe, działają tak, jakby na ich miejscu zachował się prawdziwy człowiek. Co do jednego masz rację – czułem jakbym oglądał coś w rodzaju teatru. Raczej teatrzyku. Z manekinami zamiast aktorów.

Stary:
Marudzisz. A Tom Buchanan, świetnie zagrany przez Joela Edgertona? Taka jednowymiarowa postać? A niejednoznaczne zachowania Daisy?

Krzychu:
Mąż Daisy sprawił na mnie wrażenie postaci wielowymiarowej, prawdziwej, ale z uporem maniaka kreowano go na antagonistę i zło wcielone. Z kolei Daisy nie poświęcono dość uwagi. Może ta postać miałaby szansę zaistnieć gdyby więcej ekranowego czasu poświęcono na wydarzeniach, które miały miejsce na końcu. Zamiast tego większość tego czasu to cytowane dosłownie fragmenty książki czytane przez narratora i na wszelki wypadek pokazywane na ekranie. Okrzyków „robimy film na podstawie książki” jest wiele i są one trochę na siłę powciskane.

Stary:
To one właśnie naprowadzają na trop. Ta opowieść to spisana legenda. Z jednej strony mamy autora, który opowiada to z własnej perspektywy i urealnia opowieść. Dzięki temu przejmujemy się losami bohaterów. Z drugiej oddala widza, mówi „To tylko opowiadanie”, kolorystyka i efekty wizualne zbliżają ten film do komiksu, a gra z premedytacją jest wyrazista i klarowna.

Krzychu:
Żywe kolory, kontrast wizualny między dobrą dzielnicą, a biedotą jeszcze łykam, ale efektu odrealniającego w postaci ścieżki dźwiękowej już przełknąć nie mogę. Widzę lata 20, a słyszę jakieś dziwne połączenie jazzu, hip-hopu, muzyki elektronicznej i Bóg-raczy-wiedzieć czego jeszcze i nóż mi się w kieszeni otwiera.

Stary:
Ale piosnka z trailera robi wrażenie.

Krzychu:
Tak, głównie w trailerze. W filmie jakoś ulatuje. A może plejada dziwnych tworów muzycznych dławi i zagłusza to, co w ścieżce dźwiękowej smaczne. Ciężko mi powiedzieć. Żeby nie było, że tylko narzekam. Podobał mi się fragment gdy ten Wielki Gatsby zachowuje się jak zakochany uczniak. Słodkie to nawet. Reszta przynudzała albo śmieszyła swoją naiwnością.

Stary:
A ja chciałem dać się ponieść magii kina, dać się poruszyć prostą historią o wielkiej miłości. I myślę, że ten film doskonale mi to umożliwił. DiCaprio i Maguire spisują się tu na medal jak dla mnie.

Krzychu:
Swoją drogą, czy oni coś do siebie mieli? Nick na początku był zainteresowany ładną brunetką, a potem ten wątek szybko się urywa. Nick woli Gatsbiego, wyraźnie tęskni za nim w swych wspominkach. Może to opowieść o nie tej miłości, o której myśleliśmy?

Stary:
Już nie doszukuj się tu czegoś, czego tu nie ma. Daję 8/10, bo po prostu wzbudził we mnie emocje i pozwolił uwierzyć w coś, o czym zapomniałem. Ukoił moje skołatane nerwy, otrzymałem katharsis.

Krzychu:
Ja otrzymałem takie ukojenie nerwów, że mało nie zasnąłem już w połowie filmu. I czasami żałowałem, że tak się nie stało, uniknąłbym masy pitolenia. Dla tych paru scen nie było warto. Wizualnie też nie zachwyca, zielone ekrany biją po oczach. Próbowali je maskować dziwnym efektem rozmycia, ale nie do końca to się udało. Jest postać męża Daisy, coś tam dla siebie znalazłem, więc 4/10 mogę dać.

20 marca 2013

Weekend z królem (2012)


Weekend z królem

(2012) reż. Roger Michell

Wspominałem już, za jak tani chwyt uważam dorabianie haseł marketingowych i żerowanie na sukcesie innych filmów. "Film twórców..." jest jednak niczym w porównaniu z praktyką sugerowania, że mamy do czynienia z kontynuacją innego wybitnego dzieła. O ile w przypadku takich filmów jak "Aliens vs. Avatars" może mieć to swój urok, o tyle w przypadku wysokobudżetowych hitów prosto z Hollywood jest to po prostu cios poniżej pasa. Winni są oczywiście przede wszystkim polscy tłumacze i dział marketingu. Dlaczego zatem dałem się nabrać i wybrałem się do kina? Dwa słowa: Bill Murray.

"Weekend z królem" opowiada wycinek życia prezydenta USA - F.D.Roosevelta - z punktu widzenia jego dalekiej krewnej i kochanki. Nie będę tego ukrywał, historia ta wlecze się niemiłosiernie, nie pokazuje niemal niczego ciekawego prócz kontrowersyjnej postaci zagranej przez Billa Murraya. Bill gra bardzo dobrze, miło się go ogląda, a jego postać nie jest jednowymiarowa. Z jednej strony usiłuje się go wykreować na świetnego polityka i męża stanu, z drugiej na kobieciarza i obłudnika w życiu prywatnym. Taka dychotomia z pozoru powinna sama z siebie wygenerować nam doskonały dramat psychologiczny. Niestety, nie tym razem. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że absolutnie nie rozumiem dlaczego kategoryzuje się ten obraz jako "komedię". Kilka scen, które wywołają uśmieszek na twarzy nie obliguje od razu do ustawiania tego filmu na jednej półce z innymi, prawdziwymi komediami. Zdaje się, że "Weekend z królem" tak bardzo ssie jako dramat czy też jako jakikolwiek inny gatunek, że jedyne co mogło go uratować to doszyta łatka "komedii". W końcu na komedię może więcej ludzi przyjdzie do kina. No i Bill kojarzy się głównie z komediami, jak można umieścić go na Bill-boardach i nie napisać "komedia", najlepiej dodając magiczne słówko "roku"? Sporo tych "komedii roku" już mamy, a rok nam się jeszcze na dobre nie rozkręcił.

Zazwyczaj narzekam na scenariusz w filmach. Tym razem odnoszę jednak wrażenie, że scenariusz jest na wysokim poziomie, ale po prostu tematyka jest bardzo niewdzięczna. Z kolei postaci nie są nijakie. Po seansie pamiętałem nie tylko Roosevelta, ale i sporo wyrazistych, ciekawych postaci drugoplanowych. Wszystko wydaje się trzymać kupy i, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zaczyna też kupą zalatywać. Niestety, odnoszę wrażenie, że bardzo wiele w tym filmie jest dopisane na siłę. Dialogi wydają się przez to misternie uszyte, ale bezcelowe. Wyszedł z tego taki pastelowy, dość nijaki, mocno amerykański dramat o zabarwieniu historyczno-politycznym.

Bardzo nie spodobało mi się naginanie historii i interpretowanie jej na korzyść USA. Końcowy napis (jeżeli ten pseudomorał ma być dla was spoilerem, to możecie czuć się ostrzeżeni - choć to ostrzeżenie powinno dotyczyć raczej możliwej frustracji) był dość dziwny. Dokładnej treści nie pamiętam, musicie mi wybaczyć, ale postaram się opisać po krótce o co w nim chodziło. A chodziło w nim o to, że spotkanie przedstawione w filmie rzeczywiście umocniło stosunki między USA i Anglią, w efekcie USA pomogła w 1942 Anglikom w drugiej Wojnie Światowej. To ja jestem ciekaw, gdzie był myślami Roosevelt, gdy jego sojusznika w 1940 naleciało Luftwaffe? I ciekawe czy zrobiliby cokolwiek, aby wesprzeć wojnę w Europie gdyby nie nalot Japończyków. Stawiam na to, że nie. Zatem morał przekręcił dość znacznie kontekst całego filmu. Zdawało mi się, że widzę, jak przebiegły prezydent prowokuje króla do dyplomatycznej porażki, której skutkiem był właśnie brak konieczności wspierania konfliktów w odległej Europie. Być może nawet o to chodziło, ale przecież amerykańska cenzura nie mogłaby takiej wersji historii przepuścić.

Ocena: 5/10

5 marca 2013

Daję nam rok (2013)


Daję nam rok

(2013) reż. Dan Mazer

Spodziewałem się miłej i subtelnej komedii, może romantycznej, może niekoniecznie. Starałem się nie sugerować sloganami „film twórców największego hitu sprzed kilku lat, który reklamowaliśmy jako film twórców największego hitu....”. Zazwyczaj słowem-kluczem do rozwikłania zagadki jest tutaj słówko „twórców”. Pojęcie bardzo szerokie, może oznaczać oczywiście reżysera albo scenarzystę (wówczas z pewnością jednak nikt nie próbowałby tego kamuflować), może też oznaczać producenta, aktorów, operatora, montażystę, makijażystkę, statystów czy kogokolwiek innego. Tutaj jednak kudosy za odwagę, na plakacie możemy zobaczyć dokładnie dzieło jakich twórców zobaczymy. Co nie zmienia jednego: jeżeli film musi powoływać się na sukces innego filmu, to zazwyczaj oznacza, że ktoś, kto ten film widział i go promuje sam nie wierzy w jego sukces. W tym przypadku całkowicie go rozumiem.

Bardzo zdziwiłem się, że na seansie na początku byłem tylko ja i moja dziewczyna, która chyba w akcie zemsty za „Szklaną Pułapkę 5” wyciągnęła mnie do kina na to arcydzieło. W końcu pojawiło się kilka osób więcej, odetchnąłem z ulgą. Wiadomo, że komedie dobrze ogląda się w kinie ze względu na instynkt stadny, który tak uparcie próbują wciąż wykorzystywać sitcomy. O ile martwego śmiechu z TV nie cierpię, tak o sile naturalnego stadnego rżenia w kinie przypomniał mi niedawno „Swing”. Jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka tym razem.

Zaczyna się idyllicznie, nasi bohaterowie zakochują się, biorą ślub. I już tutaj pojawia się pierwszy piasek w zębach. Ksiądz w decydującym momencie zaczyna kaszleć, wręcz dusić się. Troszkę zastanawiałem się do czego to ma prowadzić, czy to ma być jakiś „zły znak” czy element humorystyczny. Nie wiem, ale miałem tego dość po pierwszych kilku kaszlnięciach, a tu końca nie widać. Może powinienem teraz leżeć w spazmach śmiechu, a film czeka aż się podniosę z podłogi? Gdyby tak było, to z pewnością udusiłbym się ze śmiechu już po wyjściu z domu i zobaczeniu pierwszej chmurki na niebie. Zatem wychodzi na to, że scena była właściwie bez sensu. A co dalej? Tak, dalej można śmiało powiedzieć, że film trzyma równy poziom.

Większość humoru polega na czymś, czego nie cierpię, a mianowicie na stawianiu bohaterów w niezręcznych sytuacjach. Widząc takie sytuacje, sam czuję się niezręcznie, odruchowo zasłaniam oczy jakbym był zmuszany do oglądania czegoś obrzydliwego. A tutaj na takim humorze zbudowane jest praktycznie wszystko. Ciekawym pomysłem było za to pojawienie się postaci, która KAŻDYM jednym zdaniem, w każdej wypowiedzi stawia się w niezręcznej sytuacji i do tego nic sobie z tego nie robi.

Gdy nie ma się pomysłu na dobry humor sytuacyjny, na jakąś komedię omyłek, dowcip słowny czy właściwie jakikolwiek dowcip, wówczas najłatwiej wrzucić przekleństwo, pokazać jak ktoś sra albo pożartować z seksu. To ostatnie może być jeszcze zabawne, gdy wykonane z wyczuciem. Film „Daję nam rok” robi to z ogromnym wyczuciem. Na przykład dobudowuje osobną scenę, w której powinniśmy się śmiać widząc na ekranie gołego fiuta w kontekście seksualnym. Jakbym chciał obejrzeć pornola, to zostałbym w domu. Większość filmu oglądałem trzymając się za głowę albo zasłaniając jedno oko.

Muszę oddać jednak nieco sprawiedliwości – ze dwa żarty im się naprawdę udały. Ponadto zakończenie w ciekawy sposób nawiązuje do klasyki komedii romantycznych jednocześnie nieco się z niej wyśmiewając. Motyw ten bardzo by mi się spodobał, gdyby nie to, że kibicowałem innemu rozwiązaniu „intrygi”.

Jeżeli lubisz komedie w stylu „American Pie” (którego nie widziałem nigdy w całości; zacząłem oglądać w telewizji i na szczęście mogłem przełączyć kanał po obejrzeniu pierwszej sceny), to film „Daję nam rok” może Ci się bardzo spodobać. W przeciwnym przypadku unikaj jak ognia. Główni bohaterowie nieciekawi, nijacy i przyćmieni przez kilka postaci drugoplanowych, niskopoziomowy humor, przewidywalna fabuła, dwa dobre żarty i zakończenie z pomysłem, choć też niezbyt wybitnym. Mam dla was dobrą radę: nie oglądać przed wypiciem paru głębszych, a najlepiej nie oglądać wcale.

Ocena: 3/10

20 lutego 2013

Swing (2012)


Swing

(2012) reż. Abelard Giza

Byłem na Swingu. Nie, nie na lekcjach tańca!

Jest to najnowsza komedia Abelarda Gizy znanego z kabaretu Limo. I już na samym początku filmu otrzymujemy jakże ważną informację – film jest na podstawie sztuki teatralnej. Mamy jedność miejsca, akcji, czasu, teatralne aktorstwo wykonane przez aktorów znanych głównie z Trójmiejskich scen kabaretowych. Nie jest to komedia w stylu amerykańskich blockbusterów, w których głównym powodem do „śmiechu” są narkotyki, alkohol czy dziwne wygłupy. Nie jest to komedia w stylu polskich blockbusterów, gdzie powodem do śmiechu mają być głównie przekleństwa. To film w stylu najlepszych odcinków „Hotelu Zacisze”, gdzie już sam scenariusz i nakreślona w nim sytuacja powoduje uśmiech na twarzy widza.

Nastawienie się na „Swing” jako na adaptację sztuki jest bardzo ważne, pozwoli wam bawić się od samego początku. Ja o tym nie wiedziałem, przez co moja zabawa rozpoczęła się dopiero gdzieś w drugiej minucie.

W zakresie konwencji mamy tutaj absolutnie wszystko: żarty udane, jak i kompletnie nietrafione, subtelniejsze, jak i przesadzone do granic. Na fali żartów udanych oraz dobrze i sensownie splecionej intrygi śmiejemy się także z tych nietrafionych. Całość wprowadza tak niezwykłą atmosferę na widowni, że ta potrafi śmiać się do rozpuku oglądając czwórkę ludzi przy stole, którzy spokojnie jedzą posiłek. Na ekranie dwie postaci siedzą, nic nie mówią przez – na oko – blisko minutę, jedna postać lekko pociera palcem końcówkę noża. A publiczność ryczy ze śmiechu. Ogromny plus za odważne wprowadzenie tego typu momentów. Doskonale służą one jako retardacja, ale i mają w sobie ogromną dawkę dowcipu, głównie dzięki grze aktorów. Odnoszę wrażenie, że większość kinowych przebojów choruje na ADHD, a ich autorzy boją się jakiegokolwiek fragmentu, w którym „nic się nie dzieje”. Smutni Panowie w garniakach nie zawsze rozumieją, że cisza na ekranie wcale nie oznacza, że „nic się nie dzieje”. W „Swingu” w tych właśnie momentach dzieje się bardzo wiele. I spodoba się to każdemu, bo sos, w którym umaczany jest ten film działa jak glutaminian sodu.

„Swing” nie jest jednak filmem idealnym. Konwencję teatralną można przyjąć bez popitki, ale teatralne aktorstwo na początku potrafi razić sztucznością. Jak najbardziej pasuje do całości, bawi, ale wymaga nieco od widza. Utrzymanie zasady trzech jedności sprawia nieco klaustrofobiczne odczucie. Gdy Lucyna idzie gotować do kuchni, mam ochotę pójść za nią, choć na chwilę zobaczyć jej minę albo ekspresję krojenia selera. „Swing” ma kilka momentów, które są przewidywalne. Nie wyjaśnia też wszystkich zachowań – możemy się ich domyślać, ale też nie do końca jest z czego te domysły brać. Mam na myśli głównie końcówkę filmu, zatem powstrzymam się od konkretów, zobaczycie sami.

Zamknięcie akcji w „czterech ścianach” nie oznacza nudnego filmowania – mamy różne tonacje kolorystyczne idealnie wpasowujące widza w klimat, ciekawe zabiegi montażowe przypominające mi nieco „rwane” ujęcia z „Superprodukcji” Machulskiego, choć tu sprawdzają się nieco lepiej.

Po seansie cała sala wychodziła spłakana ze śmiechu. Nie zabrakło też nie-aż-tak banalnego morału, który nie musiał być młócony nie wiadomo jak długo „żeby na pewno dotarł”. W tej formie robi znacznie lepsze wrażenie.

Tak, moi drodzy, jednak można zrobić DOBRĄ POLSKĄ komedię. I to bez ostentacyjnego product placementu (choć można mieć wątpliwości czy nie maczał w tym swoich palców Instytut Warzywnictwa w Skierniwicach albo jakaś sieć sprzedawców małż). Sam z bólem policzków opuszczałem kino słysząc z tyłu głosy „Musimy pójść na to jeszcze raz”, a gdzieś z przodu „My to już jesteśmy drugi raz...”. Osobiście drugi raz się nie wybieram, za dobrze mi siedzi w pamięci. Za to Blu-Raya kupię i kiedyś z chęcią rano po jakiejś imprezie skacowanym gościom pokażę, a z pewnością im się lepiej zrobi.

Ocena: 8/10

17 lutego 2013

Szklana Pułapka 5 (2013)


Szklana Pułapka 5

(2013) reż. John Moore

Dlaczego? Jak mogliście mi to zrobić? To była naprawdę dobra, udana seria filmów. I nagle takie coś. Kto jest scenarzystą? Niech no spojrzę. Skip Woods. No, Panie Woods, po tym wyczynie to fani serii "Die Hard" chyba wywiozą Pana do lasu. Coś Pan wcześniej napisał? "Kod dostępu", "X-Men Geneza: Wolverine", "Drużyna A". Kto przy zdrowych zmysłach powierza kolejną część filmu spod tak znanej i lubianej marki takim ludziom? Dobra, już, ogarniam się, wracamy do porządku. Uprzedzam z góry, będę się odnosił do fabuły bezpośrednio, jeżeli komuś przeszkadzają nawet najmniejsze spoilery, to może przestać czytać już teraz. To znaczy, mam tu na myśli tych masochistów, którzy mają w planach obejrzenie tego filmu w najbliższym czasie. Wprawdzie większego spoilera sprzedali wam już w jednozdaniowym opisie na Filmwebie, ale kto by się tym przejmował.

Wiadomo było z poprzednich części, że John ma dwójkę dzieci. W czwórce widzieliśmy córkę McClane'a, zatem został nam jeszcze syn. I to był dobry zalążek do pociągnięcia fabuły.

McClane wybiera się do syna, który jest gdzieś w Moskwie, gdzie będzie najprawdopodobniej skazany za morderstwo. Po co się do niego wybiera? Ciężko powiedzieć, dowiadujemy się tego na strzelnicy, to może będzie chciał go uwolnić, może ma jakiś plan? Wkrótce potem dowiadujemy się, że raczej niekoniecznie. Przyjechał tam chyba tylko po to, żeby się na niego popatrzeć i strzelić kilka głupich min.

Nadmienię tylko, że bardzo lubię Bruce'a Willisa, wspominałem o tym już przy okazji opisywanego przeze mnie niedawno "Loopera". Rozumiem, że Bruce jest stary i trzeba to jakoś maskować, ale ciągłe zbliżenia na jego twarz i grymas numer 5 bardzo szybko się nudzą, wkrótce potem rozpraszają, a miejscami są nawet żenujące. Gdy ma minę poważną, wygląda ok, dlaczego trzeba było tak często zmuszać go do wykrzywiania twarzy? Zakładam, że został do tego zmuszony, bo w "Looperze" tego nie widziałem.

Zatem po jednej z głupszych scen w taksówce ("Nie musi Pan płacić, pozwolił mi Pan śpiewać"... tak, jest aż tak źle) McClane obserwuje syna prowadzonego do sądu. W międzyczasie wokół zawiązuje się intryga, napięcie budowane jest nawet sensownie. Gorzej, że akcja rusza do przodu, a scenarzysta wciąż nie ma pomysłu, jak w to wszystko wplątać McClane'a. W końcu jakoś się to udaje, niestety cierpi na tym postać naszego bohatera. Stał się irytującym zgredem.
Jedno trzeba przyznać - akcja w Moskwie zrobiona jest naprawdę fajnie. Oczywiście jest przesadzona, ale taka jest konwencja. Jak na musicalu nie można narzekać, że mało realistycznym jest, aby w środku konwersacji nagle wszyscy zaczynali śpiewać, rymować, tańczyć, tak w "Szklanej Pułapce" nie można narzekać, że McClane połamany i pokaleczony biega wciąż niczym Usain Bolt i skacze jak małpa po windach, że zapalniczką wysadza samolot, że przeżywa wycieczkę po Harlemie albo że strąca helikopter przy pomocy samochodu. To ma swój urok, ale trzeba przyjąć pewną konwencję. Osobiście ratując się przed ostrzałem nie wyskoczyłbym z ok. 15 piętrowego budynku przez szybę chyba, że miałbym zamiar się zabić. Ale McClane'owie to ludzie pełni wiary, mogą sobie pozwolić na "Leap of Faith". I wygląda to całkiem ładnie, przymrużyłem oko i sceny te dały nieco radości z siedzenia w kinie.

Niestety brak pomysłu na spoiwo w scenariuszu widać na każdym kroku, a najbardziej dobitnie gdy bohaterowie zostają porzuceni "na pastwę losu". Mogą zrobić, co chcą. Ojciec nawet, pośród głębokich niczym odbyt dialogów, rzuca ironicznie, że mogą już jechać do domu i w zasadzie olać całą sprawę. Postanawiają jednak uratować świat. Jaki mają plan? Bierzemy karabin i jedziemy rozwalić tych złych. Taka prostota bawiła, gdy była kontrastem do skomplikowanych metod złoczyńców w czwórce. Właściwie bawiła również we wcześniejszych częściach. Tutaj kontrastu się nie wyczuwa, bo go po prostu nie ma.

Pan Skip Woods wyczerpuje chyba wszystkie istniejące stereotypy dotyczące Rosjan, jakie mogą nam przyjść do głowy. Nagi mięśniak z tatuażem CCCP? Jest. Po co? Tego nie wie nikt. Zdaje się, że Skip miał w związku z nim jakieś plany, ale potem "jakoś mu się zapomniało". Mafia sięgająca władz? Jest. Łapówkarstwo? Jest. Śpiew i taniec? Są. Och, nie ma wódki. Choć mogę chyba śmiało obstawiać, że ta stała na stole scenarzysty, gdy pisał dialogi.
Zalał najwidoczniej nie tylko siebie, ale i mapę. Bohaterowie wyruszają w podróż samochodem z Moskwy do Czarnobyla ("Nie, nie jedziemy do Grenoble" ... tak, naprawdę jest aż tak źle). To prawie 1000 km, ale co to dla McClane'ów - przejadą do wieczora. Bagażnik pełen karabinów i amunicji, bez paszportów, z Moskwy do Czarnobyla. Czy Amerykanie zdają sobie sprawę, że teren Czarnobyla nie leży w Rosji, a na Ukrainie? Ale co tam, tutaj wsiadają za kierownicę, krótka gadka typu ojciec-syn (sztampowa do pożygania) i już są na miejscu.

Wciąż liczyłem, że ten film "jeszcze się rozkręci". Na szczęście, gdy nie trzeba było już snuć fabuły, spinać ze sobą różnych dziwnych pomysłów, to nagle zaczęło być ciekawie. Szkoda tylko, że tak niewiele jest tego ciekawego materiału i że jest on na końcu. Uczucie niedosytu, brak jakiegokolwiek katharsis - tyle nam zostaje.

Po wyjściu z kina byłem zły, zawiedziony, było mi przykro. Gdzieś tam tkwił zalążek, seria dobrych, trafionych pomysłów. Wszystko to jednak zostało spięte bardzo "na szybko", bez jakiegokolwiek sensu. Czuć, że akcja pchana jest na siłę, nie rozwija się sama. Motywacje bohaterów nie przekonują, zwroty akcji nie są zbyt ładnie ubrane. Zdumiewa mnie to niezwykle, że pożałowano czasu i kasy na pożądny scenariusz, a wydano niesamowite pieniądze i włożono tak ogromny wysiłek w realizację tego filmu. Akcja wygląda nawet lepiej niż w poprzedniej części. Zdjęcia mają swoją unikalną tonację kolorystyczną, wypadki, wybuchy, skoki, strzały, wszystko wygląda bardzo fajnie i "realistycznie wizualnie". I co z tego, skoro złoczyńca zaraz po swojej decyzji o wyeliminowaniu bohaterów zamiast ich zastrzelić zaczyna przed nimi tańczyć.

Żeby być sprawiedliwym - w filmie znajduje się także kilka autentycznie zabawnych momentów (może ze dwa), bardzo udana ścieżka dźwiękowa, dobrze zaprojektowana i nakręcona akcja. Wielka szkoda, że w tym wszystkim brakuje SENSU!
Bardzo lubię tę serię, przy każdej części "Szklanej Pułapki" bawiłem się dobrze albo bardzo dobrze (tak, przy dwójce też, a nawet przy czwórce), ale po obejrzeniu piątki siedzę i wyję wniebogłosy "Dlaczego? Jak mogliście mi to zrobić?".

Ocena: 3/10

15 lutego 2013

Bullshit - odc. 1, "99"

Od dawna chciałem stworzyć tego typu serię wpisów. Lubimy pisać i lubimy czytać takie wpisy, to leży gdzieś w naturze ludzkiej. Dlatego taką popularność zdobył program "Co mnie gryzie?". Moje wpisy bardziej zbliżone są jednak do formuły serii Jamesa Rolfe'a "You know what's bullshit" i pozwolę sobie zerżnąć ten tytuł, bo jest po prostu bardzo dobry i nie znajduję sensownego polskiego odpowiednika.

You know what's bullshit?

Liczba 99. Tak, liczba 99 klasyfikuje się jako jeden z klasycznych bullshitów naszych czasów. Dlaczego? Chyba się już domyślacie, chodzi o ceny. Po takim czasie odruchowo dodaję do pierwszych cyfr jedynkę albo zwracam baczną uwagę na to, jaka jest faktyczna cena produktu. Oszustwo to moim zdaniem skuteczne mogło być na samym początku, gdy zostało wprowadzone. Nikt się oczywiście wówczas nie przejął tym, że wzrośnie zapotrzebowanie na grosze, których produkcja jest z natury nieopłacalna (istnieje chyba nawet prawo zabraniające zbieraniu groszaków). Teraz, gdy wszyscy już wiedzą i widzą faktyczne ceny, ale nadal muszą się z nimi użerać, nadal otrzymujemy zwrot w postaci grosza. A biedne Panie ekspedientki muszą nienawidzić liczby "99" jeszcze bardziej, gdy nie mają tego jednego wydać grosika. Muszą błagalnym tonem pytać czy mogą być winne. Ależ skąd, drogie ekspedientki, to nie wy jesteście winne, to oszuści w garniturach, którzy uwielbiają liczbę 99 są winni.
Zawsze mnie ciekawiło, jak zareagowałaby taka ekspedientka gdybym odpowiedział "Nie, proszę mi zwrócić należną mi resztę". Chociaż najchętniej posadziłbym na kasie pomysłodawcę, a w kasie nie zostawił ani grosza.
Zwróćcie mi prawdziwe ceny produktów. Chcę płacić złotówkę zamiast 99 groszy. Naprawdę, to jeden z tych przypadków, w których CHCĘ ZAPŁACIĆ WIĘCEJ!
Liczba 23 może się schować, 99 to prawdziwy bullshit!

13 lutego 2013

Filmowy twitter cz. 8

Troszkę przystopowałem z pisaniem na temat filmów (a właściwie przystopowałem z pisaniem w ogóle, przynajmniej jeśli mowa o tekście zrozumiałym dla przeciętnego człowieka). Najwidoczniej naprawdę nie czułem jakbym miał coś wielce ciekawego do napisania. Parę myśli, ale żadna jakoś nigdy nie skłoniła mnie do dzielenia się nimi (w przeciwieństwie do niektórych). I po prawdzie wciąż nie wiem czy będę miał coś ciekawego do powiedzenia na temat filmów, które w ostatnim czasie widziałem. W tej chwili czuję, że raczej nie – ot, zobaczymy.

Django (2012) – ocena: 8/10
reżyseria: Quentin Tarantino

Właściwie miałem sobie darować ten film, bo ani do westernów mnie za bardzo nie ciągnie ani nazwisko „Tarantino” nie wzbudza we mnie już takich emocji (szczególnie po niezbyt udanych „Bękartach wojny”). Co zatem skłoniło mnie do obejrzenia filmu i to w kinie? Nie będę owijał, była to Fraa. Niniejszym chciałbym podziękować serdecznie, bawiłem się doskonale.
Żadnego 'researchu' nie przeprowadziłem przed seansem, nie wiedziałem nawet że to remake. Czyżby ciekawe historie osadzone na dzikim zachodzie już się wyczerpały? Najpierw bracia Coen, teraz Tarantino...
Christoph Waltz ukradł film. Od samego początku jego charakter błyszczy. Nie tylko bardzo mocno odstaje od standardowej postaci z westernu, ale i radzi sobie w tych realiach lepiej niż ktokolwiek inny. Nie chcę tutaj za wiele zdradzać z fabuły. Ogląda się to z ogromną przyjemnością. Klimat i napięcie budowane są naprawdę doskonale i z niemałą zasługą Leonardo DiCaprio. Momentami fabuła zbacza z toru, luzuje napięcie i nie stara się zanadto związać widza z powrotem zbyt szybko. Sprawia to wrażenie jakby film miał się już tu kończyć, tymczasem on twa nadal, wciąż ciągnie, jeszcze coś próbuje wykrztusić. Te nieliczne momenty, owszem, były potrzebne, ale jednocześnie niepotrzebnie przeciągnięte.
Bardzo dobry film, świetna rozrywka, jeden z najlepszych filmów Quentina Tarantino, zdecydowanie godzien uwagi.

Looper - Pętla czasu (2012) – ocena: 7/10
reżyseria: Rian Johnson
Mam słabość do filmów o podróżach w czasie i mam słabość do filmów z Brucem Willisem. I od czasów „Trzeciej planety od Słońca” lubiłem Josepha Gordona-Levitta. Nie mogłem się zawieść na tym filmie i się nie zawiodłem. Problemem są wątki miłosne. Nakreślone licho, słabo angażują. Odnosi się wrażenie, że są tutaj tylko po to, aby nadać postaciom motywacji do działania. Jeżeli tak jest, to mogłyby nie zajmować tyle czasu, nie ciągnąć się w tak nieciekawy sposób i oddać pola jakiemuś dopełnieniu fabuły. W sceny akcji uwierzyłem, wątek obyczajowy dość płytki. Jeżeli lubisz tego typu filmy (ja lubię), sięgaj śmiało, ale na kolejne „12 małp” nie licz.

Jazon i Argonauci (1963) – ocena: 6/10
reżyseria: Don Chaffey
Fabuła chyba dość dobrze znana, niczym specjalnym się nie wyróżnia. To, co miało być główną atrakcją tego filmu, to efekty specjalne. „Eeech, jakie efekty specjalne, mamy rok 2013, a Ty nam mówisz o efektach sprzed 50 lat – czym mogą nam zaimponować, w czym się spodobać?”. Nie wiem, jak wam, ale mnie bardzo drażni już ładowanie do każdego filmu efektów CGI. To po prostu widać, jak by się nie starali. I nawet najnowsze filmy w kinie potrafią wyglądać gorzej niż jeden z prekursorów efektów CGI - „Park Jurajski”. Dlatego tak wspaniałym wizualnym przeżyciem jest seans „Jazona i Argonautów”, jednego ze szczytowych osiągnięć efektów stop-motion. Dla nich samych film trzeba obejrzeć, obowiązkowo. Więcej niż 6/10 dać mu nie mogę, bo niestety fabuła ani aktorstwo nie porywają, film jako całość można uznać za najwyżej średni, ale realizacja jest po prostu niesamowita.

Hobbit: Niezwykła podróż (2012) – ocena: 6/10
reżyseria: Peter Jackson

Tak, wspaniale jest powrócić do fantastycznego świata Śródziemia. Cieszy mnie bardzo możliwość ponownego ujrzenia wszystkich tych postaci na dużym ekranie. Wszelkie zmiany w stosunku do książki, o dziwo, działają na korzyść filmu. Pierwszym poważnym problemem jest fakt, że bazuje on na książce, która sama w sobie nie ma zbyt zajmującej fabuły. Świat przedstawiony jest niezwykły, ale niewiele ciekawych rzeczy się tutaj nie dzieje (i to chyba nie tylko moje zdanie, po ok. 20 minutach na sali było słychać chrapanie). I co gorsza – krótką książeczkę podzielono na trzy filmy. Czyli płacę za film, ale nie mam prawa nawet zobaczyć zakończenia. Ok, ja o tym wiedziałem, ale po okrzykach i komentarzach na sali mogę przypuszczać, że większość widzów nie miała o tym bladego pojęcia.
Jeszcze słów kilka o technologii, bo film miałem okazję obejrzeć w 3D w 48 klatkach na sekundę. Jaki efekt? 3D już chyba znacie, trochę trików z „leci na mnie” kosztem poważnego zmęczenia oczu i słabszej kolorystyki. Nie wiem czy to wina sprzętu, jakim dysponowało kino, czy tak miało być, ale odnosiłem wrażenie jakby momentami ruchy postaci zwalniały, by potem nienaturalnie przyspieszyć. Ponadto film, który nie jest wyświetlany w 24 klatkach na sekundę traci nieco ze swojej magii. Obejrzałem pierwszy odcinek wysokobudżetowego mini-serialu, który równie dobrze mógłbym obejrzeć na Hallmarku (gdybym miał) (i gdybym oglądał telewizję).
Awansem daję 6/10, bo pierwszy odcinek był całkiem niezły. Tylko roczna przerwa na reklamy to lekka przesada.

Skyfall (2012) – ocena: 8/10
reżyseria: Sam Mendes

Ten film jest wszystkim, czego można oczekiwać po Bondzie. Jest nasz superbohater, wciąż ludzki, w duchu nowej serii. Jest fabułka, która jest ciekawym i dobrym pretekstem do kolejnych scen akcji. Angażuje, interesuje i trzyma w napięciu. Jest świetny antagonista, którego trudno nie polubić. Świetnie się zaczyna, świetnie prowadzi, świetnie się kończy. Spodziewałem się dobrego Bonda na miarę „Casino Royale”, a dostałem coś więcej. Naprawdę warto.

Mroczny Rycerz powstaje (2012) – ocena: 6/10
reżyseria: Christopher Nolan

Bardzo lubię filmy Nolana, a dwa z nich zebrały u mnie pełne dyszki. Dlatego po trzeciej części spodziewałem się czegoś na podobnym poziomie. Częściowo dostałem to, czegom oczekiwał, częściowo nie. Czego zabrakło? Przyznam się bez bicia, że tak do końca, to nie wiem. Może głębi, może nie poprowadzonego do końca świetnego Bane'a. Dość miałkie historie nowych postaci, które się pojawiają w tej części też zrobiły swoje. Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż naprawdę fajny film, wart obejrzenia. Po prostu nie jest tym, czym był „Mroczny Rycerz” czy Burtonowy „Batman”.

Dwoje do poprawki (2012) – ocena: 5/10
reżyseria: David Frankel

Film do poprawki. Piszę o nim tylko po to, by wyrazić swoją frustrację. Poszedłem na niego do kina, choć nie chciałem. Naprawdę. Sprzedawca – nie wiem czy się pomylił, nie dosłyszał, czy zrobił to celowo, ale sprzedał mi bilety na niewłaściwy film. Zorientowałem się dopiero, gdy się zaczął. Obejrzałem historię miłosną między Tommy Lee Jonesem, a Meryl Streep. Z fajnym morałem, ale tak banalnie opowiedzianą, z tak żenującymi scenami i żartami, że morał naprawdę schodzi tu na drugi plan. Nic nie wybija tego filmu ponad przeciętność, nawet aktorzy, nie byle jacy przecież, jakby nie za bardzo się starali. Nie oszukujmy się, lipnie napisany scenariusz ciężko jest wiarygodnie zagrać.
Ostatni żart w filmie był dla mnie najmniej śmieszny. Gdy zapaliły się światła, wokoło ujrzałem same pary w podeszłym wieku. Nawet gdybym próbował się wytłumaczyć, kto by mi uwierzył, że prosiłem o bilet na film Woody'ego Allena? Naprawdę.

Śmierć w Wenecji (1971) – ocena: 7/10
reżyseria: Luchino Visconti

Ten film nie zasługuje na swoją opinię filmu „o facecie w łódce”. Chociaż nie, można o nim tak mówić, ale sentencją typu „film o sankach” można spłycić nawet arcydzieło, prawda? „Śmierć w Wenecji” arcydziełem na pewno nie jest, ale do nudnych filmów nie należy. Ma swoje dłużyzny, w których buduje napięcie. Buduje je dość umiejętnie, nie są to dłużyzny na skalę „Słonia” czy „Wujka Boonmee”. W waszych głowach zapewne wciąż krążą cytaty z „Chłopaki nie płaczą” i głównie po to piszę ten tekst, aby uświadomić wam, że „Śmierć w Wenecji” to film znacznie lepszy niż myślicie. Ciekawy, odważny i naprawdę godzien polecenia.

29 sierpnia 2012

Wiatr słoneczny - komentarz

Miałem nigdy nie tłumaczyć żadnego wiersza, który napisałem. A przynajmniej nigdy na papierze, bo zdarzało mi się już słownie wyjaśniać punktując o co chodziło i wyjaśniając wszystkie znaczenia, które sam miałem w głowie gdy coś pisałem. Zauważyłem, że w większości przypadków wiersz podobał się bardziej, gdy odbiorca znał moją, odautorską interpretację. W końcu, jak wielu twierdzi, to nie zamyka wcale poszukiwania innych możliwych znaczeń, a wiersz znaczy dokładnie tyle, ile jest w stanie odczytać z niego czytelnik. Niemniej jednak każdy poczułby się chyba zawiedziony dowiadując się, że jego interpretacja była „błędna”, a przynajmniej niezgodna z zamysłem autora. Dlatego trzymałem język za zębami.

Dziś powiedziałem sobie „Aaaa, what the hell.”, bo czasem niektóre zwroty zdarza mi się pomyśleć po angielsku, gdy nie mają w pełni oddającego klimat polskiego odpowiednika. Wiersz jest świeży, nikt nie widział, nikt nie ma jeszcze własnej wersji zdarzeń. Jeden wiersz mogę poświęcić, tym bardziej że jest jednym z gorszych i jednym z tych, które mnie osobiście nie do końca satysfakcjonują. Tak oto na patelnię wrzucam „Wiatr słoneczny”. Spróbuję zatem skupić się nie tylko na samym sensie słów, ale zapewne polecę dalej, w jakąś genezę, może nawet odbiegnę nieco od tematu. Dlaczego nie?

Zacznijmy od początku, czyli od nadmiaru kawy. Po ciężkim dniu położyłem się do łóżka. Zauważyłem, że pobudzenie herbatą, kawą czy Colą daje nie tylko wiadomą stymulację, ale także wyczula na drobniejsze rzeczy, zwiększa podatność na irytację.
Taka irytacja występuje codziennie, ale jestem już na nią uodporniony albo znieczulony.

Ponieważ nie szło mi tego dnia rysowanie, w natłoku bazgrołów zacząłem zapisywać pewne słowa, sentencje, pomysły. Były one luźno ze sobą związane, ale spajał je temat, podmiot i czas akcji.
Zakładam, że już czytaliście wiersz, który będę omawiał. Jeżeli nie, zróbcie to teraz. Dlaczego? Bo z reguły pomysł na wiersz pojawia się u mnie „w całości” z naciskiem na puentę i to od niej zaczniemy. Puenta jest najważniejsza, to ona zostawia wrażenie i to ona ma najwięcej mocy, może obrócić dosłownie wszystko do góry nogami w paru słowach. Miałem wstępną koncepcję na dwie możliwe puenty – romantyczną lub komiczną. Zapytałem dziewczyny jakie lubi bardziej. Odpowiedziała, że komiczne. I zacząłem rozwijać tę koncepcję.
Zatem puenta polegająca na grze słów i znaczeń – kłócenie – zakłócenie rozpoczęła się od zakłóceń, które są tematem wiersza, później zauważyłem jak można to słowo głębiej wykorzystać. Podmiot w puencie otrzymuje odniesienie do początku, jest tym samym uświadomiony (a raczej jego uświadamianie jest tu dopiero zainicjowane), że nie jest tylko ofiarą zakłóceń, na które przez cały utwór narzeka, ale jest także ich źródłem. Kłótnią zakłóca spokój komuś innemu.
Teraz mamy pierwszą przerzutnię - „kłóciłem się / głośno”, gdzie ostatni wyraz znajduje również zastosowanie jako początek następnego wersu „głośno podpaski z ekranu / zagłuszyły”. Chodzi tu oczywiście o reklamę podpasek w telewizji. Już w pierwszym wyrazie widzimy, że podmiot jest mężczyzną, zatem można się domyślać jak bardzo obchodzą go reklamy podpasek. A niezależnie od nakładanych kar, niezależnie od wszystkiego telewizja i tak puszcza reklamy znacznie głośniej od zwykłego programu. Przy TV można zasnąć, ale reklamy na bank Cię obudzą.
Pomyślałby jeden z drugim, że za takie pieniądze reklamy te będą dobrze umieszczane, dotrą dokładnie do tej grupy odbiorców, dla której są przeznaczone, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Wciąż, gdy wchodzę na Cinemassacre.com i oglądam np. typowo „nerdowy” filmik dot. gier retro zmuszony jestem obejrzeć najpierw trzydziestosekundową reklamę jakiegoś tuszu do rzęs. Reklamę niemożliwą do pominięcia. Ktoś naprawdę pomyślał, że tusz do rzęs będzie interesował grupę oglądającą filmik „SNES vs. Sega Genesis”?
To można wytłumaczyć brakiem możliwości targetowania reklam na blip.tv (choć tak duży serwis powienien sobie z tym już normalnie radzić). Nie można jednak wytłumaczyć reklamy pisma „Avanti” przed seansem „Niezniszczalnych 2”. Już za chwilę obejrzysz najbardziej męski film wszech czasów odwołujący się do innych najbardziej męskich filmów wszech czasów i reklamujesz pismo z … reklamami jakichś ciuchów (bo czym innym jest Avanti, jak nie książeczką z reklamami; z tym że Real, Auchan czy Ikea rozdaje je za darmo, Metro dorzuci nawet coś do poczytania na zachętę, a tu każą Ci jeszcze za to płacić).
Odbiegłem od tematu, czyli wszystko zgodnie z planem. Najlepiej planować, że wszystko może ulec zmianie albo zakończyć się w dowolnym momencie – plan idealny, nic nie może wówczas zostać uznane za niezgodne z planem.

„to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już coś chce?” miało brzmieć na początku „to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już dzieciak coś chce?”, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie ukonkretniać tak bardzo kto i co chce (jeszcze jedna wersja mówiła „czy już jest głodne”), bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że w życiu wciąż ktoś coś od Ciebie chce, czegoś oczekuje. Od innych po prostu łatwiej jest wymagać, łatwiej powiedzieć „i mnie nie obchodzi”. Z tego najwidoczniej nie wyrastamy.
Pisk kontrolny telewizora daje nam do zrozumienia, że mamy środek nocy, czyli ciągle przerywany sen. Czy to włącza się pisk na TVP1 (choć nie wiem czy wciąż się włącza, od bardzo dawna nie dotrwałem) czy to wyje dziecko, czy to żona coś chce czy to sąsiedzi informują, że Lechia Pany lub, że Wisła szaleje. A może budzik lub głos w radiu coś chce?.

„już nie czekam na telefon, maila, smsa / jak u Hłaski na list”. O, jakże ja polubiłem, jeszcze w podstawówce, „List” Marka Hłaski. Jest tak prawdziwy i wciąż aktualny, tylko że teraz mamy inne formy komunikacji. W pierwotnym pomyśle miałem wspomnieć o telefonie z Call Center, gdy po raz kolejny chcą mi coś sprzedać. Maile, w których kiedyś usilnie chcieli mi przedłużać penisa albo sprzedać oryginalną podróbkę Rolexa. Smsy z loterią BMW lub inną. Miała też być masa makulatury, którą zbieram i wyrzucam przechodząc 10 metrów ruchliwej części chodnika. Myślę, że gdzieś w tym wersie się to wszystko zmieściło, głównie dlatego, że wszyscy znamy to z życia. Wystarczą dwa słowa i wiadomo o co chodzi.
No dobra, przyznaję, ulotki się nie zmieściły wcale, ale na to mam inną koncepcję, zupełnie oddzielną.

„komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu” - tak, chodzi o kino, o którym wspomniałem już dziś. Pomyślałby kto, że na głośnym filmie z głośnym „łubudubu” nikt jedzenia popcornu przez sąsiada nie będzie słyszał. Zapewne osoba ta nigdy nie miała okazji usłyszeć brzęczenia komara przy uchu. Irytuje chyba bardziej niż mucha obijająca się o sufit.
„może by je tak cepem?” - dochodzimy do sedna, do tego na czym miała się opierać romantyczna koncepcja zakończenia. Czyli do oddzielania ziarna od plew. Oddzielanie cepem to dość bezpośrednia metoda, ale i skuteczna. Należałoby spróbować oddzielić cały szum tego świata, przefiltrować ten wiatr słoneczny by zobaczyć piękno ukryte pod spodem.

„zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle” - nie dość, że uparty jak osioł, to w swym uporze postanowił być upierdliwy i ignorancki. Tylko kto taki? Czytelnik? Nie, raczej to zwrot, w którym podmiot oskarża innych o uparte irytowanie go na wszelkie możliwe sposoby, o zagłuszanie piękna tła. Oskarża raczej o niezrozumienie tego, co robi ten tajemniczy „ktoś”. Ale kto? Ale co za różnica kto? Wstawcie tutaj sobie dowolną istotę, która was irytuje.

„chciałem tylko posłuchać drzew / jak rozmawiają z morzem” - dwa elementy tła, które powinno być takie piękne, które tak bardzo podmiot chce usłyszeć. Oba dobrane pod kątem wydawanych odgłosów (stąd rozmowa) – kojarzone głównie z szumem, ale także z relaksem. Tu miał nastąpić spokój i w takim romantycznym tonie, w drugiej wersji zakończenia, miał się utwór zakończyć.

Dalej mamy już tylko puentę, którą oczywiście wymyśliłem na samym początku i tytuł, który zawsze powstaje na końcu. Znacznie łatwiej mi jest podsumować gotowy wiersz paroma słowami tytułu niż dostosowywać treść do tematyki nadanej przez tytuł (co, wbrew pozorom, też może być udane).

Tytuł pozostawię już wam, możecie szukać metafor czytając wikipedię ;)
Uzbrojeni w taką wiedzę mam cichą nadzieję, że zerkniecie również na kilka pozostałych wierszy. Za każdym (no, prawie każdym :P) z nich coś się kryje, zazwyczaj jest tego więcej niż w „wietrze słonecznym”, zazwyczaj wydawało mi się ciekawsze niż tutaj.

I czasem wraca jeszcze do mnie taka myśl – co rozumie czytelnik, ile tak naprawdę rozumie, a ile tylko wyczuwa?Ile zrozumiał Pan Karol Maliszewski z „blablam się w tapletku” i całej ideologii za tym stojącej (z którą, nawiasem mówiąc, już się nie zgadzam)? Może zrozumiał wszystko i stwierdził, że „do dupy”? Ciężko powiedzieć. Jeden utwór, który względnie pochwalił jest jednocześnie tym, którego napisanie zajęło mi najmniej czasu. Był praktycznie napisany na kolanie (dosłownie i w przenośni) i nikt, z kim miałem okazję o nim rozmawiać nie wyjaśnił ani nie poczuł tego, o czym wiersz opowiadał. A opowiadał dość konkretną, choć krótką historię.