29 sierpnia 2012

Wiatr słoneczny - komentarz

Miałem nigdy nie tłumaczyć żadnego wiersza, który napisałem. A przynajmniej nigdy na papierze, bo zdarzało mi się już słownie wyjaśniać punktując o co chodziło i wyjaśniając wszystkie znaczenia, które sam miałem w głowie gdy coś pisałem. Zauważyłem, że w większości przypadków wiersz podobał się bardziej, gdy odbiorca znał moją, odautorską interpretację. W końcu, jak wielu twierdzi, to nie zamyka wcale poszukiwania innych możliwych znaczeń, a wiersz znaczy dokładnie tyle, ile jest w stanie odczytać z niego czytelnik. Niemniej jednak każdy poczułby się chyba zawiedziony dowiadując się, że jego interpretacja była „błędna”, a przynajmniej niezgodna z zamysłem autora. Dlatego trzymałem język za zębami.

Dziś powiedziałem sobie „Aaaa, what the hell.”, bo czasem niektóre zwroty zdarza mi się pomyśleć po angielsku, gdy nie mają w pełni oddającego klimat polskiego odpowiednika. Wiersz jest świeży, nikt nie widział, nikt nie ma jeszcze własnej wersji zdarzeń. Jeden wiersz mogę poświęcić, tym bardziej że jest jednym z gorszych i jednym z tych, które mnie osobiście nie do końca satysfakcjonują. Tak oto na patelnię wrzucam „Wiatr słoneczny”. Spróbuję zatem skupić się nie tylko na samym sensie słów, ale zapewne polecę dalej, w jakąś genezę, może nawet odbiegnę nieco od tematu. Dlaczego nie?

Zacznijmy od początku, czyli od nadmiaru kawy. Po ciężkim dniu położyłem się do łóżka. Zauważyłem, że pobudzenie herbatą, kawą czy Colą daje nie tylko wiadomą stymulację, ale także wyczula na drobniejsze rzeczy, zwiększa podatność na irytację.
Taka irytacja występuje codziennie, ale jestem już na nią uodporniony albo znieczulony.

Ponieważ nie szło mi tego dnia rysowanie, w natłoku bazgrołów zacząłem zapisywać pewne słowa, sentencje, pomysły. Były one luźno ze sobą związane, ale spajał je temat, podmiot i czas akcji.
Zakładam, że już czytaliście wiersz, który będę omawiał. Jeżeli nie, zróbcie to teraz. Dlaczego? Bo z reguły pomysł na wiersz pojawia się u mnie „w całości” z naciskiem na puentę i to od niej zaczniemy. Puenta jest najważniejsza, to ona zostawia wrażenie i to ona ma najwięcej mocy, może obrócić dosłownie wszystko do góry nogami w paru słowach. Miałem wstępną koncepcję na dwie możliwe puenty – romantyczną lub komiczną. Zapytałem dziewczyny jakie lubi bardziej. Odpowiedziała, że komiczne. I zacząłem rozwijać tę koncepcję.
Zatem puenta polegająca na grze słów i znaczeń – kłócenie – zakłócenie rozpoczęła się od zakłóceń, które są tematem wiersza, później zauważyłem jak można to słowo głębiej wykorzystać. Podmiot w puencie otrzymuje odniesienie do początku, jest tym samym uświadomiony (a raczej jego uświadamianie jest tu dopiero zainicjowane), że nie jest tylko ofiarą zakłóceń, na które przez cały utwór narzeka, ale jest także ich źródłem. Kłótnią zakłóca spokój komuś innemu.
Teraz mamy pierwszą przerzutnię - „kłóciłem się / głośno”, gdzie ostatni wyraz znajduje również zastosowanie jako początek następnego wersu „głośno podpaski z ekranu / zagłuszyły”. Chodzi tu oczywiście o reklamę podpasek w telewizji. Już w pierwszym wyrazie widzimy, że podmiot jest mężczyzną, zatem można się domyślać jak bardzo obchodzą go reklamy podpasek. A niezależnie od nakładanych kar, niezależnie od wszystkiego telewizja i tak puszcza reklamy znacznie głośniej od zwykłego programu. Przy TV można zasnąć, ale reklamy na bank Cię obudzą.
Pomyślałby jeden z drugim, że za takie pieniądze reklamy te będą dobrze umieszczane, dotrą dokładnie do tej grupy odbiorców, dla której są przeznaczone, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Wciąż, gdy wchodzę na Cinemassacre.com i oglądam np. typowo „nerdowy” filmik dot. gier retro zmuszony jestem obejrzeć najpierw trzydziestosekundową reklamę jakiegoś tuszu do rzęs. Reklamę niemożliwą do pominięcia. Ktoś naprawdę pomyślał, że tusz do rzęs będzie interesował grupę oglądającą filmik „SNES vs. Sega Genesis”?
To można wytłumaczyć brakiem możliwości targetowania reklam na blip.tv (choć tak duży serwis powienien sobie z tym już normalnie radzić). Nie można jednak wytłumaczyć reklamy pisma „Avanti” przed seansem „Niezniszczalnych 2”. Już za chwilę obejrzysz najbardziej męski film wszech czasów odwołujący się do innych najbardziej męskich filmów wszech czasów i reklamujesz pismo z … reklamami jakichś ciuchów (bo czym innym jest Avanti, jak nie książeczką z reklamami; z tym że Real, Auchan czy Ikea rozdaje je za darmo, Metro dorzuci nawet coś do poczytania na zachętę, a tu każą Ci jeszcze za to płacić).
Odbiegłem od tematu, czyli wszystko zgodnie z planem. Najlepiej planować, że wszystko może ulec zmianie albo zakończyć się w dowolnym momencie – plan idealny, nic nie może wówczas zostać uznane za niezgodne z planem.

„to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już coś chce?” miało brzmieć na początku „to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już dzieciak coś chce?”, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie ukonkretniać tak bardzo kto i co chce (jeszcze jedna wersja mówiła „czy już jest głodne”), bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że w życiu wciąż ktoś coś od Ciebie chce, czegoś oczekuje. Od innych po prostu łatwiej jest wymagać, łatwiej powiedzieć „i mnie nie obchodzi”. Z tego najwidoczniej nie wyrastamy.
Pisk kontrolny telewizora daje nam do zrozumienia, że mamy środek nocy, czyli ciągle przerywany sen. Czy to włącza się pisk na TVP1 (choć nie wiem czy wciąż się włącza, od bardzo dawna nie dotrwałem) czy to wyje dziecko, czy to żona coś chce czy to sąsiedzi informują, że Lechia Pany lub, że Wisła szaleje. A może budzik lub głos w radiu coś chce?.

„już nie czekam na telefon, maila, smsa / jak u Hłaski na list”. O, jakże ja polubiłem, jeszcze w podstawówce, „List” Marka Hłaski. Jest tak prawdziwy i wciąż aktualny, tylko że teraz mamy inne formy komunikacji. W pierwotnym pomyśle miałem wspomnieć o telefonie z Call Center, gdy po raz kolejny chcą mi coś sprzedać. Maile, w których kiedyś usilnie chcieli mi przedłużać penisa albo sprzedać oryginalną podróbkę Rolexa. Smsy z loterią BMW lub inną. Miała też być masa makulatury, którą zbieram i wyrzucam przechodząc 10 metrów ruchliwej części chodnika. Myślę, że gdzieś w tym wersie się to wszystko zmieściło, głównie dlatego, że wszyscy znamy to z życia. Wystarczą dwa słowa i wiadomo o co chodzi.
No dobra, przyznaję, ulotki się nie zmieściły wcale, ale na to mam inną koncepcję, zupełnie oddzielną.

„komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu” - tak, chodzi o kino, o którym wspomniałem już dziś. Pomyślałby kto, że na głośnym filmie z głośnym „łubudubu” nikt jedzenia popcornu przez sąsiada nie będzie słyszał. Zapewne osoba ta nigdy nie miała okazji usłyszeć brzęczenia komara przy uchu. Irytuje chyba bardziej niż mucha obijająca się o sufit.
„może by je tak cepem?” - dochodzimy do sedna, do tego na czym miała się opierać romantyczna koncepcja zakończenia. Czyli do oddzielania ziarna od plew. Oddzielanie cepem to dość bezpośrednia metoda, ale i skuteczna. Należałoby spróbować oddzielić cały szum tego świata, przefiltrować ten wiatr słoneczny by zobaczyć piękno ukryte pod spodem.

„zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle” - nie dość, że uparty jak osioł, to w swym uporze postanowił być upierdliwy i ignorancki. Tylko kto taki? Czytelnik? Nie, raczej to zwrot, w którym podmiot oskarża innych o uparte irytowanie go na wszelkie możliwe sposoby, o zagłuszanie piękna tła. Oskarża raczej o niezrozumienie tego, co robi ten tajemniczy „ktoś”. Ale kto? Ale co za różnica kto? Wstawcie tutaj sobie dowolną istotę, która was irytuje.

„chciałem tylko posłuchać drzew / jak rozmawiają z morzem” - dwa elementy tła, które powinno być takie piękne, które tak bardzo podmiot chce usłyszeć. Oba dobrane pod kątem wydawanych odgłosów (stąd rozmowa) – kojarzone głównie z szumem, ale także z relaksem. Tu miał nastąpić spokój i w takim romantycznym tonie, w drugiej wersji zakończenia, miał się utwór zakończyć.

Dalej mamy już tylko puentę, którą oczywiście wymyśliłem na samym początku i tytuł, który zawsze powstaje na końcu. Znacznie łatwiej mi jest podsumować gotowy wiersz paroma słowami tytułu niż dostosowywać treść do tematyki nadanej przez tytuł (co, wbrew pozorom, też może być udane).

Tytuł pozostawię już wam, możecie szukać metafor czytając wikipedię ;)
Uzbrojeni w taką wiedzę mam cichą nadzieję, że zerkniecie również na kilka pozostałych wierszy. Za każdym (no, prawie każdym :P) z nich coś się kryje, zazwyczaj jest tego więcej niż w „wietrze słonecznym”, zazwyczaj wydawało mi się ciekawsze niż tutaj.

I czasem wraca jeszcze do mnie taka myśl – co rozumie czytelnik, ile tak naprawdę rozumie, a ile tylko wyczuwa?Ile zrozumiał Pan Karol Maliszewski z „blablam się w tapletku” i całej ideologii za tym stojącej (z którą, nawiasem mówiąc, już się nie zgadzam)? Może zrozumiał wszystko i stwierdził, że „do dupy”? Ciężko powiedzieć. Jeden utwór, który względnie pochwalił jest jednocześnie tym, którego napisanie zajęło mi najmniej czasu. Był praktycznie napisany na kolanie (dosłownie i w przenośni) i nikt, z kim miałem okazję o nim rozmawiać nie wyjaśnił ani nie poczuł tego, o czym wiersz opowiadał. A opowiadał dość konkretną, choć krótką historię.

28 sierpnia 2012

Wiatr słoneczny

Wiatr słoneczny

kłóciłem się
głośno podpaski z ekranu
zagłuszyły

to jeszcze pisk kontrolny telewizora
czy już coś chce?

rano włączyłem drzemkę
cały dzień mnie trzymała

już nie czekam na telefon, maila, smsa
jak u Hłaski na list

komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu
może by je tak cepem?

zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle
chciałem tylko posłuchać drzew
jak rozmawiają z morzem
za co?

zakłócenie

21 sierpnia 2012

Informacja dotycząca pozwu sądowego

Dawno nie pisałem niczego od siebie bez większego powodu, typowo blogowo. Dziś mam pretekst. Dość długo się zastanawiałem czy wykorzystać te materiały, w końcu doszedłem do jakże istotnego wniosku "a co mi tam".

Otrzymałem niedawno dość interesującego maila, który jest najprawdopodobniej błędnie wysłanym do mnie forwardem. Dostałem go prawdopodobnie dlatego, że firma, która mi tego forwarda wysłała miała mnie na jakiejś podręcznej liście adresatów. Skąd mieliby mnie tam mieć? Dawno temu wysyłałem im swoje CV w sprawie pracy. Cóż, ktoś się pomylił i to dość sromotnie, a ja tę pomyłkę niecnie przeanalizuję publicznie. Zachowując resztki moralności nazwiska i nazwy firm zachowam dla siebie, istotna jest dla mnie sama treść.

Mail zatytułowany jest "Informacja dotycząca pozwu sądowego", zatem brzmi groźnie. Sama treść usilnie będzie starała się brzmieć groźnie, ale niestety zabrzmi raczej niepoważnie.

W Związku z uiszczeniem nie prawdziwych informacji oraz szkalujących dobre imię moje zaznaczam [imię i nazwisko wielkimi literami] właściciel [nazwa firmy] z siedzibą w Gdańsku, na portalu Trójmiasto.pl chciałbym poinformować że, będę domagał się poprzez drogę sądową przeprosin, sprostowania jak również zadośćuczynienia w kwocie 5.000 zł za szkody doznane przez państwa firmę, skontaktowałem się już w owej sprawie z instytucjami prawa oraz radcą prawnym który będzie reprezentował naszę interesy na drodzę sądowej, nie macie państwo prawa szkalować moje dobrę imię nie prawdziwymi ocenami.

I ja myślałem, że konstruuję zbyt długie i niezrozumiałe zdania.
Zacznijmy od czepialstwa - błędy ortograficzne ("nie prawdziwych"), interpunkcyjne ("poinformować że, będę") i dziwaczna składnia ("dobre imię moje") sprawia, że ciężko jest traktować takiego maila w 100% poważnie.

"za szkody doznane przez państwa firmę" - pierwszy raz się spotykam z sytuacją, w której firma ma płacić komuś za szkody, których doznała ;)

Ponadto nie rozumiem po co tyle zer po kropce. Myślę, że zapłacenie kwoty 5 zł nie będzie stanowiło problemu dla tak poważnej firmy. Ponadto jeżeli ten Pan ma konto na Allegro, to bardzo chętnie pośledzę jego aukcje. Mam dziwne przeczucie, że mogę tam trafić na interesujące cenowo oferty ;)

Zajrzałem na stronę tej firmy na portalu "Trójmiasto.pl". Zauważyłem jedną, dość rzetelnie wyglądającą negatywną opinię z dokładnym opisem tego, co zostało wykonane błędnie i dwie entuzjastyczne pozytywne opinie. Nie czarujmy się, te dwie pozytywne opinie wyglądają na typową zagrywkę marketingową. Całkiem możliwe, że wspomniane opinie zostały skasowane, ale czy w takim układzie nie stracilibyśmy dowodu do rozprawy?

Myśl mnie nachodzi jeszcze jedna, dość niebezpieczna. Czy to oznacza, że nie wolno na temat innej firmy i ich usług i produktów wyrażać swojej negatywnej opinii publicznie? Gdy reklama wdziera nam się dosłownie wszędzie z przejaskrawionymi pozytywnymi hasłami, opinia negatywna będzie piętnowana? Przypomina mi to sprawę opinii Raczka o filmie "Kac Wawa".
Poczytajmy dalej, bo to nie koniec:

Moderator i administrator serwisu Trojmiasto.pl wysłał nam już IP komputera z którego zostały dodane opinie , macie państwo 7 dni od daty wysłania na ustosunkowanie się do owej sytuacji i wysunięcie propozycji ugody, w innym przypadku sprawę wyjaśniać będziemy na drodzę sądowej Pozdrawiam [imię i nazwisko][nazwa firmy]

Czyli jednak ugoda, czyli tylko straszenie? Co można udowodnić po IP bez dokładnej informacji od operatora do kogo w danym momencie przydzielony był dany adres? A jeżeli adres należy do szkoły lub biblioteki - pozwiemy instytucję? Przecież opinie mógł napisać dowolny użytkownik.

Mail ten wygląda mi bardziej na próbę wyłudzenia pieniędzy poprzez ugodę, żerowanie na strachu.
To ja chyba wolę być świadkiem pobicia i kradzieży. Przynajmniej sprawa jest jasna, klarowna, bardziej fair.

5 czerwca 2012

Filmowy twitter cz. 7

Histeria – romantyczna historia wibratora (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Tanya Wexler

Gdy usłyszałem po raz pierwszy, że taki film powstaje w głowie miałem jedną myśl – temat zdecydowanie nastawiony na spęd bydła, kontrowersję z dodatkiem „czego to jeszcze nie wymyślą”. Nastawiony byłem negatywnie. Potem o tych zapowiedziach zapomniałem, na plakacie zabrakło podtytułu i gdy szedłem na film, nie za bardzo jeszcze wiedziałem na co się piszę.
A co dostałem? Interesującą, autentycznie zabawną komedię romantyczną, która korzystając ze standardowej i znanej kalki tego gatunku tworzy coś unikalnego. Niezwykły klimat dawnych lat uświetnia idealna realizacja i doskonale dobrani aktorzy. Jedno, co mogę produkcji zarzucić to przewidywalność. Odnoszę wrażenie, że widząc po raz pierwszy daną postać widz niekoniecznie musi wiedzieć czy odegra ona dużą rolę w fabule. Jednak gdy widzimy, że jest ona grana przez kogoś znanego, sprawa staje się jasna.
Niechaj zatem tematyka was nie zrazi. Jest to naprawdę dobry film idealny na miły wieczorek i zdecydowanie godny polecenia.

Kupiliśmy zoo (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: Cameron Crowe

Kolejny przypadek, w którym widząc po raz pierwszy bohaterów od razu orientujemy się jakie role będą odgrywać do samego końca. Amerykańskie produkcje tego typu poszukują jedynie wstępnie oryginalnie brzmiącej tematyki, by później zrobić z tego kalkę masy filmów, które już widzieliśmy. Tę wersję ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez nadmiernego przejęcia się losami bohaterów. Trudno się nimi przejąć wiedząc, co będzie dalej. Jeżeli macie ochotę na miły i ciepły film, który już tyle razy widzieliście, to serdecznie polecam. W przeciwnym wypadku odejmijcie od oceny jedno oczko.

Połów szczęścia w Jemenie (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Lasse Hallström

Kolejna przewidywalna komedia romantyczna. Z przewagą tego ostatniego. Co ją wyróżnia? Szczerze mówiąc – nie wiem. Lasse Hallström po prostu potrafi z takich opowieści wyciągnąć absolutne maksimum i ogląda się to naprawdę ciekawie, a po seansie wciąż wyczuwa się opary ciepła płynące z ekranu. Nie jest to tak wysoki poziom uzyskiwania z człowieka emocji, który udało się osiągnąć w „Hachiko”. Jeżeli poszukujecie dobrego, relaksującego i mimo banałów niegłupiego filmu – ten jest dobrym wyborem.
Ach, no tak, no i kto nie lubi Ewana McGregora?

Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: Paolo Sorrentino

Osobiście na filmie byłem w kinie studyjnym, ale widziałem DVD z miażdżącymi hasłami w stylu „Najlepsza komedia Seana Penna”. Nie dajcie się nabrać przede wszystkim słowu „komedia”. Owszem, w filmie znajduje się niejeden element humorystyczny (ze slapstickiem włącznie), ale ogólny wydźwięk całości jest zdecydowanie dramatyczny. Sporo tutaj „klimatycznych dłużyzn”, które miały chyba budować profil postaci i zbliżać opowiadaną historię do realizmu. W efekcie jednak podczas tych dłużyzn widz się nudzi i jego uwaga podtrzymywana jest tylko sporadycznymi dowcipami. Zatem komedia jest tutaj tylko czymś, co nie pozwala nam zasnąć.
Autorzy chcieli w tym filmie upchnąć chyba wszystko. Głównym wątkiem i motywem okazuje się jednak starająca się na niebanalne podejście historia o dojrzewaniu. Całość jednak psuje dość ostentacyjnie podane zakończenie. Delikatność w podawaniu zawartości pryska, wygrywa kompromis – amerykański widz musi zakończenie zrozumieć. Zatem mamy produkcję bardzo nierówną i trudną do oceny.
W takich przypadkach należy sobie zadać podstawowe pytanie – jak się bawiłem oglądając film? Nieźle.

P.S. Spotkałem się już z wymuszonymi wybuchami śmiechu w kinie w wykonaniu facetów. Chcą oni zaimponować swoim poczuciem humoru przed innymi (dziewczyną albo przed 'ziomkami'). Na tym seansie po raz pierwszy spotkałem się z przypadkiem damskim.
Dziewczę wybuchło śmiechem na widok jednej z nielicznych autentycznie dobrych i poruszających scen w filmie dzięki czemu skutecznie zaimponowała głupotą. Dobra rada wujka Slesza – śmiejcie się tylko autentycznie choćby to miało oznaczać, że będziecie wiecznie wyglądać na smutnych.

Bękarty wojny (2009) – ocena: 5/10
reżyseria: Quentin Tarantino, Eli Roth

Zapewne widzicie nazwisko reżysera, widzicie tytuł filmu i ocenę obok. I zapewne albo zachodzicie w głowę „jak on to teraz uzasadni”. Ogromną zaletą „Bękartów” jest ich całkowita nieprzewidywalność. Obecność znanego aktora oznacza zazwyczaj, że jego rola będzie bardziej rozbudowana i że nie zginie on prędko. Tutaj jednak niczego nie możemy być pewni. I choć dość zaskakujące zakończenie przypadło mi do gustu, to całość po prostu nie porwała. Coś nie zagrało, jak powinno. Wydaje mi się, że brakowało tutaj postaci, z którymi moglibyśmy się utożsamić choć odrobinę lub na których by nam zależało. Najbardziej wyrazistą postacią jest pułkownik Hans Landa (świetny Christoph Waltz), ale to zdecydowanie za mało. Ogląda się to bez emocji i wrażenie w trakcie oraz po seansie jest takie samo – średniak. Żeby dobrze ocenić film jako powyżej normy trzeba się najpierw dobrze bawić oglądając go, prawda? Kilka fajnych scen i oryginalne podejście, złamanie konwencji to nie recepta na sukces, a jego podpora.

Kolejność uczuć (1993) – ocena: 3/10
reżyseria: Radosław Piwowarski

O rany, przyznaję, zostałem zmuszony do obejrzenia tego filmu. Polski romans z podstarzałym Danielem Olbrychskim i średnio trafiającą do mego gustu Marią Seweryn? Odnoszę wrażenie, że postać Rafała Nawrota mocno nawiązuje do ówczesnego stanu kariery Daniela Olbrychskiego (niegdysiejszy „mistrz” obecnie zmuszony do pracy w podrzędnym teatrze).
Postaci zachowują się raczej mało wiarygodnie, ze starym podrywaczem trudno sympatyzować, a wydaje mi się, że taką sympatię próbuję się tutaj wzbudzić. Oglądałem z wyraźnym znudzeniem i w oczekiwaniu na koniec. Od totalnej porażki film ratuje postać ojca Julii oraz dyrektor teatru (jak zwykle świetny Wojciech Siemion). Coś tu jest o młodości i o miłości, ale uwierzcie mi – nic ciekawego. Jeżeli wasza kobieta będzie was zmuszała do obejrzenia tego filmu, to w akcie zemsty zmuście ją do obejrzenia filmu „Zardoz”. Wrażenia wizualne z oglądania romansującego Daniela i podskakujących cycków Seana Connerego są bardzo zbliżone.

Human traffic (1999) – ocena: 6/10
reżyseria: Justin Kerrigan

Film w głównej mierze o imprezowaniu. W życiu nie spodziewałbym się, że przypadnie mi do gustu. A jednak, forma tka nijaką fabułę i wątki humorystyczne i miłosne w sposób niezwykle interesujący. Bardzo szybko przywiązujemy się do postaci i sympatyzujemy z nimi. Wątki humorystyczne, choć dość rubaszne, śmieszą. „Human traffic” to niezły film i dobre kino rozrywkowe. A jeśli uwielbiasz zabawę w klubach i wszystko, co z tym związane – śmiało dodaj do oceny oczko.

Sala samobójców (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Jan Komasa

O rany, jak ja negatywnie byłem nastawiony do tego filmu po obejrzeniu trailera w kinie. Słowa tego nie opiszą. Spodziewałem się kolejnej popłuczyny z serialowym stylu. Filmu, który bezpodstawnie będzie obwiniał świat komputerowej rozrywki o zejście dzisiejszej młodzieży na ścieżkę niegodziwości i rozpusty. Spodziewałem się posmaku Ilony Łepkowskiej w scenariuszu.
Jakże miło i niezwykle zostałem zaskoczony. Jest to niezwykły dramat psychologiczny, który nie popada w te same, znane nam już banały. A gdy o banał się ociera, robi to gustownie i po prostu poruszająco. Aktorzy wypluwają z siebie wszystko. Choć wizualnie czasem ciężko uwierzyć w ich wiek, tak swą grą wszystko nadrabiają. Wiele zdań skreśliłem pisząc ten krótki tekst – nie chcę zdradzać za wiele. Naprawdę dobry film, warto obejrzeć. A zważywszy na to, że dobrych polskich produkcji jak na lekarstwo – nawet trzeba obejrzeć.

Idy marcowe (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: George Clooney

Żorż Klunej robi całkiem niezłe filmy, trzeba przyznać i tylko żałuję, że dotykają tematów, które kompletnie mnie nie interesują. A mianowicie amerykańskiej polityki. „Idy marcowe” mają jednak puentę, którą odnieść można do polityki w każdym kraju. Znaną prawdę owija w nici fabularne, które zgrabnie unaoczniają nam problem i zgłębiają go nieco.
Philip Seymour Hoffman, Paul Giamatti i oczywiście sam Żorż błyszczą w tym filmie. Szkoda, że Ryan Gosling wypada średnio. Jeżeli nie zraża was i nie nudzi tematyka polityczna i tak samo, jak i ja lubicie P.S.Hoffmana i Paula Giamatti, to możecie śmiało dodać oczko do oceny końcowej.

21 maja 2012

Growy twitter cz. 1

Podróż
platforma: PlayStation 3

Podróż to gra wyjątkowa pod każdym względem. Spłodzona przez artystów z thatgamecompany, autorów równie niekonwencjonalnych „flOw” oraz „Flower”. Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę ich nazwać „artystami”, bo to gra artystyczna. W przeciwieństwie do ich poprzednich projektów, tutaj kontrola ruchowa nie odgrywa już tak znaczącej roli, co cieszy przy nieprecyzyjnym Sixaxisie. Nie znajdziecie tutaj żadnych menusów, statystyk, cyfr, liczb ani nawet słów. Cały ciężar przyjmuje na klatę strona wizualna i dźwiękowa. Grafika jest na najwyższym możliwym poziomie, co w przypadku gry dostępnej w dystrybucji cyfrowej nie zdarza się często. Piasek i śnieg robią wrażenie podobne, a może i lepsze od znanego z serii Uncharted. Strona dźwiękowa aktywnie reaguje na poczynania gracza i stanowi bardzo istotny element w budowaniu klimatu i w kreowaniu wrażeń i doznań towarzyszących „Podróży”. A tych ostatnich jest tu pod dostatkiem i to one są głównym celem gry.
Niestety, jak na grę kosztującą 47 zł oczekiwałbym podróży dłuższej niż 2 godziny. Wraca się do tego tytułu z przyjemnością, ale pozostaje pewien niedosyt.

Ocena: 9/10

Mortal Kombat
platforma: PlayStation 3

A właściwie Mortal Kombat 9. Skusiłem się na kupno wydania Komplete Edition ze wszystkimi postaciami DLC i od razu przyznam – nie żałuję (jest Freddy Krueger!). Gra serwuje godny powrót do korzeni i oferuje masę trybów oraz nagród do odblokowania. Niestety, w większości odblokowują się artworki, czasem jakiś strój czy ujawnienie dodatkowego Fatality. Mimo to dodatek ten motywuje do rozgrywki. Tryb Story oferuje naprawdę długą i wyczerpującą linię fabularną przedstawiającą pierwsze 3 odsłony turnieju. Nie jest to tylko kalka starych Mortali w nowej oprawie. Dostajemy ataki specjalne (w tym genialne X-Ray, czyli brutalne kombo z dokładnie widocznym łamaniem kości w zwolnionym tempie), dostajemy rozbudowany tryb Challenge, dostajemy grę w Tag-teamie, Testy i oczywiście klasyczny Arcade oraz multiplayer bez Online Passa. Poziom trudności jest doskonale wyważony (rzucałem padem podczas ostatniej walki w Story Mode). Czego więcej do szczęścia trzeba?
Mam tylko jedno zastrzeżenie – co się stało z digitalizowaną grafiką? Gębofony wojowników wyglądają co najwyżej „tak sobie”.
W rozgrywce to oczywiście nie przeszkadza. Jest to bez wątpienia najlepsza część cyklu (tak, lepsza nawet od jedynki i dwójki) i bijatyka warta swej ceny.

Ocena: 8/10

Duke Nukem Forever
platforma: PlayStation 3

Gra, która obrosła w legendę z powodu czasu produkcji. Przyznam, że nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek się ukaże. Obiecałem sobie wtedy, że jeżeli gra faktycznie wyjdzie, z pewnością oryginał będzie stał na mojej półce. Choćby gra miała być totalnym dnem – to warto, dla potomnych. I stało się. Żarcik z „pożycz kasę, oddam jak wyjdzie Duke Nukem Forever” już stracił przydatność do spożycia.
Gra została ostro objechana przez krytykę. Co dziwne – zapowiedzi z optymizmem odnosiły się do elementów, które później w recenzjach wytykano jako największe wady. A jak ma się to do rzeczywistości?
Grafika faktycznie nie jest na poziomie najnowszych „dzieł” gatunku, ale nie jest źle. Wygląda schludnie, jest zrozumiała. Nie mam na co narzekać.
Całość rozgrywki jest mocno urozmaicona i to jest jej największą siłą. Nie wystarczy przeć przed siebie i walić do świń z shotguna (choć tego też mamy tu pod dostatkiem). Trzeba czasami ruszyć mózgownicą. Nie ma żadnych podpowiedzi, nikt nas tu za rączkę nie poprowadzi. Albo zorientujesz się co musisz zrobić albo utkniesz.
Będzie nam dane nawet pojeździć Monter Truckiem, pokierować samochodem-zabawką, pograć w pinballa czy w cymbergaja. Zagadki nie są skomplikowane, ale wymagają odrobiny pomyślunku. Warto poświęcić także chwilę zadaniom pobocznym, pobawić się nieco. Za pierwsze wykonanie czynności specjalnych podbijamy sobie pasek życia (zwany „Ego”, ale jak zwał, tak zwał).
Malkontenci narzekali mocno na ograniczenie posiadania maksimum dwóch broni przy sobie. Szczerze – mi w ogóle to nie przeszkadzało. Broni jest pod dostatkiem, amunicji zazwyczaj też. Przechodziłem grę na „normalu” i czułem lekki opór, ale obeszło się bez rwania włosów z głowy. Poziom trudności został dobrze wyważony.
Po włączeniu gry wszystkie inne (włącznie ze Skyrim) poszły tymczasowo w odstawkę do czasu, gdy ukończyłem DNF. To o czymś świadczy. Przechodzi się tę grę z niekłamaną przyjemnością, kampania jest długa biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, nie nudzi, feeling Duke'a został w pełni zachowany. Po przejściu można pobawić się nieco odschoolowym multiplayerem, którego polubią fani Quake'a 3.
W tej chwili DNF można kupić już w granicach 50zł i w takiej cenie naprawdę warto. Come get some!

Ocena: 7/10

27 marca 2012

Filmowy twitter cz. 6

Jestem Bogiem (2011) - ocena 7/10
reżyseria: Neil Burger

Choć za mocno do postaci się w tym filmie nie przywiązujemy, choć fabuła dla wprawionego widza jest przewidywalna, to coś nie pozwala odejść od ekranu. Może to wartka akcja wciąż trzymająca widza w napięciu? Może to inspirująca wizja, po której mówimy sobie „ja też tak mogę, nawet bez tabletek”? Nie wiem. W każdym razie na pewno nie odepchnie od niego aktorstwo (Robert de Niro gra na poziomie, reszta mu nie ustępuje). Od montażu miejscami można dostać nudności i zawrotów głowy. Dosłownie. I wiecie co? Podoba mi się to rozwiązanie, bo jest czymś nowym, czymś co wpływa bezpośrednio na widza pozwalając mu poczuć choć trochę to, co czuje główny bohater. Dla wielbicieli dobrego kina akcji pozycja godna polecenia.

Przygody Tintina (2011) - ocena 7/10
reżyseria: Steven Spielberg

Od pierwszych zapowiedzi tego filmu minęło już sporo czasu, zdążyłem o nim zapomnieć. Czego się spodziewałem? Kolejnej bajki w stylu studia Dreamworks, czyli średniej jakości animacji z dziecinnymi dowcipami. Kopii tego, co już wszyscy znamy. Co dostałem? Naprawdę dobre kino akcji nawiązujące i czerpiące pełnymi garściami z klimatu filmów z Indianą Jonesem. Nie mogę o tym nie wspomnieć – strona wizualna po prostu MASAKRUJE oczodoły. Jest to najlepiej wykonany film animowany, jaki dotąd widziałem. Forma filmu animowanego dała Spielbergowi dowolność w prowadzeniu kamery, która po prostu szaleje, gdy na ekranie dzieją się rzeczy niesamowite. Do oglądania ofkors potrzebne jest lekkie zawieszenie niewiary. Każdy, kto lubił filmy z Indianą Jonesem i któremu podobała się seria Uncharted polubi też Przygody Tintina. Czysta, niczym nieskażona rozrywka w najwyższej jakości.

Jeż Jerzy (2010) - ocena 2/10
reżyseria: Wojtek Wawszczyk, Jakub Tarkowski, Tomasz Leśniak

Nigdy nie czytałem komiksów z Jeżem Jerzym. Film pełnometrażowy powstawał ponoć bardzo długo. Jeszcze przed premierą niektórzy nazywali go „kultowym”. A po premierze? Słyszałem kilka niezbyt pozytywnych opinii, po czym o Jeżu zapomniano. Postanowiłem przekonać się na własnej skórze, czy na to zapomnienie rzeczywiście zasłużył.
Mam niejasne podejrzenie, że to, co widziałem miało w założeniu twórców być komedią. Nie oceniajmy jednak filmu za to czym nie jest, ale za to, czym jest. Widzimy historię oklepaną i wypróbowaną już w tak wielu filmach (horrorach, thrillerach, serialach, także animowanych), czyli powstanie sobowtóra i zamiana ról. Schemat sprawdzony w „Księciu i żebraku” powtarzany do znudzenia. Taki koncept mógłby bawić jeżeli byłby doskonale i z polotem zrealizowany. Tutaj scenariusz nie serwuje nam nic ponad to, co przed chwilą opisałem i do tego jednego krótkiego zdania mógł się sprowadzać - „powstaje sobowtór, zamieniają się rolami”. Jak to się skończy? Wszyscy możemy się domyśleć.
„Jeż Jerzy” nie jest filmem ani zabawnym (choć padają w nim przekleństwa – prawdopodobnie to miała być oś elementów humorystycznych), ani interesującym w jakimkolwiek wymiarze. „Dlaczego zatem aż 2/10 dałeś, drogi Sleszu?” - zapytał ktoś z tłumu - „I czy ty przypadkiem nie straciłeś rozumu?”. Rozum postradałem już dawno, a film ratuje realizacja i chęć przemycenia ochłapów drugiego dna. Twórcy starali się wyśmiać polityków, a także prostactwo popkultury. I co ciekawe – wyśmiali również prostackie żarty, którymi sami próbowali się posługiwać. Trudno takie podejście zrozumieć.
Wizualnie film wygląda bardzo dobrze (szczególnie biorąc pod uwagę polskie warunki). Niestety widać, że raz narysowane obiekty poruszają się w formie niezmienionej. Trąci to techniką zastosowaną w polskich „Muminkach”. Czasami zastanawiałem się czy wszystko to nie zostało wykonane we flashu.
Staranność wykonania, doborowa obsada i scenariusz do bani – to recepta większości rodzimych hitów sezonowych. Naprawdę chciałbym, żeby ten film był lepszy, ale po prostu nie jest.
Na koniec powinienem znaleźć w nim jeszcze coś pozytywnego, coś dającego nadzieję utrapionym duszom. Mam! „Jeż Jerzy” jest krótki, trwa zaledwie godzinę i 20 minut, także utrapienie nie trwa zbyt długo.
Ach, jeszcze jedno – przeczytałem na „Filmwebie” recenzję niejakiego Marcina Pietrzyka, gdzie znalazłem m.in. takie oto zdanie: „Borys Szyc jako tytułowy Jerzy rozbawia do łez.” I nie zastanawiam się już „dlaczego?”, rozważam odpowiedź na inne pytanie: "Ile?".

Rango (2011) - ocena 3/10
reżyseria: Gore Verbinski

Ten film dostał jakiegoś Oscara? Że niby za najlepszy film animowany? Idź Pan do lasu z takimi Oscarami. Z nowości – mamy zwierzątka, których w filmie animowanym jeszcze nie mieliśmy. W klimacie westernu, którego też jeszcze nie było. Jest nawet postać Clinta Eastwooda, masa klasycznej muzyki, dobrze odwzorowany klimat dzikiego zachodu. Widziałem wersję z polskim dubbingiem zatem ominęły mnie, podobno obecne w oryginale, liczne nawiązania do ról Deppa.
A oprócz tego? Ta sama papka, co zwykle. Może ja źle podchodzę do takich filmów? Może to trzeba, jak w „Matrixie” - zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że to danie wykwintne. Tak, myślę że to dobry pomysł. Jeśli wyjdzie druga część, to podczas seansu zamknę oczy. Czy to wystarczy? …

Odniosę się tu jeszcze nieco do hurraoptymistycznych recenzji, które spotkałem w Internecie. Montypythonowski humor, absurdalny i niezwykle zabawny? Owszem, jest kilka momentów, przy których można wykrzywić usta na kształt banana ("Ziemia ma kształt banana!"), ale do Monty Pythona mu baaardzo daleko. Większość gagów miała kloaczny posmak, a podkreślenie ciszą i konsternacją bohaterów wcale nie oznacza, że oglądamy wysokiej jakości absurdalny dowcip.
Film nie jest lekkostrawny, tchnie od niego powiew świeżości? Wymiana bohaterów i scenerii to powiew świeżości? Mamy trochę akcji, trochę komedii, trochę westernu, wszystko obliczone i ułożone niczym burgery z McDonalda. I równie czerstwe. Hmm, po chwili zastanowienia muszę przyznać odrobinę racji. Porównania z burgerami ciąg dalszy – film nie jest lekkostrawny, a po serii kloacznych dowcipów, oglądaniu kury z głową przebitą strzałą i na myśl o straconym czasie zbiera na wymioty.

Kung Fu Panda 2 (2011) - ocena 5/10
reżyseria: Jennifer Yuh

Mam ogromną słabość do wyolbrzymionych filmów z kung fu w roli głównej. Właściwie mam słabość sięgającą czasów oglądania „Dragonball Z” na RTL7. Dlatego ten średnio interesujący film, który serwuje nam nic innego, jak powtórkę z rozrywki, bezczelny replay przerzutej wielokrotnie kalki, oglądało mi się miło i przyjemnie. Dużą zaletą jest strona wizualna i chodliwa tematyka, którą również lubię. Byłoby nawet 6, gdyby nie ta tendencja do robienia z głównego bohatera „spoko ziomka – fajtłapy”. Irytujące niczym rozpuszczony gimnazjalista z ADHD, który sili się na bycie dowcipnym ...

3 marca 2012

Muppety (2011)


Muppety

(2011) reż. James Bobin
Wstęp

Zawsze lubiłem Muppety i serwowane w nich specyficzne poczucie humoru, a także ich przedłużenie w postaci Ulicy Sezamkowej (szczególnie Ciasteczkowy Potwór i Glover zachowali specjalne miejsce w moim sercu). Z takim bagażem sentymentu wybrałem się do kina na najnowszy film z udziałem Muppetów. Dość późno, w niewielu kinach jeszcze grają i o bardzo nieprzystępnych porach (rano albo w południe – ludzie w takich godzinach pracują, czyżby dział marketingu obliczył sobie sprzedaż głównie dla dzieci?).
Na seans wybrałem się z bardzo pozytywnie nastawioną przyjaciółką i z moją dziewczyną, która była nastawiona negatywnie i całkiem możliwe, że odwdzięczała mi się za to, że dałem się zaciągnąć na „Listy do M.”.

Kino

Zaraz po wejściu do sali okazało się, że na ekranie w najlepsze trwał reklamowy pokaz slajdów. Już zaczęliśmy się zastanawiać czy to nie próba obejścia jakichś nowych, nieznanych nam jeszcze przepisów dotyczących wyświetlania reklam na filmach dla dzieci. Szybko wyprowadzono nas z błędu i puszczono normalne reklamy. Właściwie to nie normalne, a reklamy dla dzieci. Rozejrzałem się z niepokojem i zobaczyłem wokół siebie ich zgraję, spęd jakiś. Ostatnio w kinie otoczony przez taką masę młodych widzów byłem... gdzieś w okolicach wczesnej podstawówki, gdy spędzali nas do kina ze szkoły. Tak, wszystko wskazywało na to, że trafiłem nie na Muppety, których się spodziewałem, ale na jakąś bajkę dla dzieci do lat 8. I zacząłem się bać.
Kolejny niepokój wzbudził napis „Zapraszamy na film po krótkiej przerwie”, który pojawił się zaraz po reklamach. Znaczy, że co? Że po krótkiej przerwie na kolejne reklamy? Czy że mamy wyjść z kina? Przerwie na co, przecież tu siedzą prawie same dzieciaki, one nawet nie palą. Raczej.
Przypomniało mi to czasy słynnego kina „Zawisza”, gdzie rolki z filmem chyba nie dotarły na czas i oglądaliśmy do połowy drugi raz inny film, a film właściwy widzieliśmy bez jednej rolki w środku (bohaterowie rozmawiają na łące – ciach – bohaterowie toną na kajakach). Dość szybko zamaskowano problemy techniczne pokazując krótkometrażówkę Pixara z Toy Story 3 (rewelacyjną). W jej trakcie udało się też naprawić problem z dziwnym zielonym paskiem ciągnącym się przez cały ekran.
Niestety do końca filmu nie udało się naprawić problemów z dźwiękiem. Czasami nie działał przedni prawy głośnik i muzyka i odgłosy z bocznych głośników zagłuszały całkowicie wypowiadane przez bohaterów kwestie (a niestety zmuszeni byliśmy do wersji z dubbingiem). Innym razem cały dźwięk przenosił się na przednie dwa głośniki. Przejścia były częste i wybijały z rytmu.
Z rytmu wybijały też dzieciaki. Z tyłu słyszałem wciąż ich głosy „Mama, ja już nie chcę oglądać tej bajki” , „Mama, boję się!”, „Ale to się dobrze skończy, prawda?” „Chce mi się pić!” i inne, mniej wyraźne i zagłuszone przez szelesty papierków i jedzonego popcornu.
Gdzie byliśmy? Multikino w Gdańsku. To ja zakrzyknę „Zawiszo, wróć!”, bo tam przynajmniej było wyraźnie taniej, a i nogi można było rozłożyć na wyrwanym przed sobą oparciu krzesełka.

Film

Nie pomyliłem seansów. To nie jest film dla dzieci, to film dla tych, którzy oglądając dawno temu Muppety byli dziećmi. I oni będą się utożsamiać z głównym bohaterem. Dzieci wyniosą z tego prostą historyjkę, dla nich mało zabawną, z masą piosenek, których nie lubią, z postaciami których nie znają i które w dodatku nie są generowane komputerowo. Dorośli dostaną tonę fantastycznego humoru ze starymi ulubieńcami z nutką autoironii, gustownym burzeniem czwartej ściany i wieloma nawiązaniami do otaczającej nas rzeczywistości. Target autorów filmu był dość wyraźnie sprecyzowany o czym świadczy wiek i postawa głównych bohaterów, a także gościnne występy aktorów znanych głównie ludziom w pewnym bardzo konkretnym przedziale wiekowym. I przedziałem tym nie jest 4-10, jak większość widowni, na której siedziałem, a raczej 20-40.
Jak już wspomniałem, byłem skazany na obejrzenie wersji z dubbingiem, ale muszę oddać odrobinę sprawiedliwości autorom – robili co mogli. Głosy Muppetów starali się możliwie wiernie odzwierciedlić i wyszło to całkiem schludnie, a tłumaczenie było prima sorte z elementami w stylu „Wierzbięta”, choć nielicznymi i nie walącymi po oczach, jak w „Shreku”.
Film okraszony jest sporą liczbą piosenek, które wbrew temu, co można by przypuszczać są naprawdę fajne, dobrze wykonane i autentycznie bawią. Widzieliście zapewne „Bohemian Rhapsody” w wykonaniu Muppetów, prawda? Tak, na tym poziomie, przez cały film. Z wyjątkiem może jednej scenki, która jest gorsza w 100% intencjonalnie, jako swoisty żart.
Fabuła jest prosta, jak drut i w dodatku bardzo podobna do „Muppetów na Manhattanie”, co zresztą sami bohaterowie sami szybko zauważają. Ostatecznie jednak jest to w pełni satysfakcjonująca opowieść, która spełnia swoją rolę pretekstu do powrotu.
Powrót ten jest zdecydowanie udany. Cały film oglądałem z uśmiechem na ustach. Jeżeli kiedykolwiek lubiliście lub nawet po prostu kojarzycie Muppety czy Ulicę Sezamkową – to jest pozycja obowiązkowa. Niekoniecznie w kinie. A co z tymi, którzy Muppetów nie znają albo nie lubią? Cóż, moja dziewczyna, jednoznacznie negatywnie nastawiona w kierunku filmu, bawiła się doskonale i uznała film za dobry. Zatem warto obejrzeć niezależnie od nastawienia.
Z jednym zastrzeżeniem, którego polscy marketingowcy ani pedagodzy nie byli w stanie zrozumieć – to nie jest film dla dzieci!

Podsumowane dla tych, którym nie chciało się czytać wszystkiego powyżej i przelecieli tylko do podsumowania:

Rewelacja, Muppety wracają w wielkim stylu i robią niezły show. Nie pokazujcie dzieciom, wynudzą się na śmierć.

Stan: jednokrotne obejrzenie filmu w kinie, recenzja pisana „na gorąco”, ocena „na chłodno”
Ocena: 8/10

17 lutego 2012

Mass Effect 2

Mass Effect 2
platforma: PlayStation 3
etap: Jedno całkowite przejście gry + większość questów pobocznych


Wstęp

Zadziwiające, że przy dzisiejszych częstokroć wygórowanych cenach sklepowych gier równie drogi Empik potrafi czasami zaskoczyć. Mass Effect 2 długo trzymał się na poziomie 200 zł, niedawno zszedł od razu do około 70zł w pakiecie z dodatkowymi misjami. W podobnej cenie można kupić nowy egzemplarz na Allegro, więc po co czekać i ryzykować zagubienie przesyłki, skoro można mieć w tej samej cenie od ręki. Szkoda tylko, że książeczka praktycznie nie istnieje – w opakowaniu oprócz płyty jest tylko kod do darmowego ściągnięcia misji DLC i mała czarno-biała książeczka, która w niczym nie przypomina standardowej książeczki do gry PS3.

Ponieważ pierwsza część nigdy nie miała szansy ukazać się na PS3, wydarzenia z jedynki wyjaśnione zostały w postaci interaktywnego komiksu. Szumnie brzmiące stwierdzenie, ale de facto dostajemy mocno streszczoną opowieść, w której dokonujemy dosłownie kilka kluczowych decyzji. Wizualnie komiks prezentuje się ładnie i ciekawie. Drobnym uchybieniem będzie to, że zanim pojawi się kolejny kadr danej planszy, widzimy puste miejsce zarezerwowane na niego. Skoro już ma się to pojawiać w formie prezentacji, to niech nowe kadry nachodzą na w pełni widoczne tło, a nie w puste miejsca.

Wizualnie

Gra prezentuje się bardzo dobrze, głównie ze względu na wysokiej jakości tekstury, bo ociosanie obiektów bywa widoczne. Shepard (grałem wersją męską) dziwnie biega i gdy nie nosi broni, to wygląda jakby doznał jakiegoś dziwnego skrętu szyi w lewo. Podczas biegu jego głowa wciąż obraca się w jedną stronę, co wygląda nienaturalnie i potrafi zdekoncentrować. Czasami zdarzy się jakaś nieostra tekstura, która po chwili doczytuje się, by w pełni zaprezentować swoje walory. Nieco gorzej wyglądają sekwencje, w których musimy latać poduszkowcem. Za to o pomstę do nieba prosi się element misji z DLC pt. „Overlord”, w którym musimy latać wyżej wymienionym pojazdem. W pewnym momencie komputer pokładowy ostrzega nas przed pięknymi widokami. I owszem, z daleka zieleń wygląda nawet nieźle. Gdyby nie to, że sporej wielkości krzaczki doczytują się i pojawią dosłownie przed pojazdem, a tekstury podłoża miejscami biją po oczach pikselozą godną Atari 2600.

Dźwiękowo

Wszystkie scenki odegrane są porządnie i fachowo, dźwięki brzmią realnie. Muzyka w większości zrzyna z jedynki albo mocno się nią inspiruje. Z jednej strony to dobrze, bo przecież chcemy grać w tym samym klimacie, tego oczekuje się od sequela. Z drugiej, brak tu powiewu świeżości.
Na osobny akapit zasługuje muzyka i udźwiękowienie w misjach DLC. To zupełnie inna bajka. Zupełnie, jakby najlepsze kawałki zostawiono dla tych właśnie misji. Są naprawdę rewelacyjne i wprowadzają w klimat, który chciałoby się odczuwać przez całą grę. Napięcie, żywa akcja i dobra muzyka. Misje DLC zbliżają się tu nieco bardziej do Uncharted.

Systemowo

Zapewne dotarły już do was głosy i zadawane wciąż w branżowych czasopismach i na stronach www pytania – Czy Mass Effect 2 to jeszcze gra RPG czy już tylko strzelanina. Oczywiście należałoby tu zapytać – co definiuje grę RPG? Jeżeli poddać się nowym trendom i patrzeć tylko przez pryzmat gier komputerowych i konsolowych, to grą RPG nazwałbym grę, w której można rozwijać swoją postać lub całą drużynę, w której znajduje się wiele rozbudowanych statystyk wpływających na rozgrywkę i duże nastawienie na rozwój tychże statystyk, a także zdobywa się coraz lepszy ekwipunek. Czy to wszystko występuje w Mass Effect 2? Zdobywamy punkty doświadczenia za wykonane misje i drobne zadania (nie liczy się tutaj liczba pokonanych wrogów, styl ani nic z tych rzeczy). Po zdobyciu poziomu doświadczenia dostajemy 2 (a po 20 poziomie tylko 1) punkty umiejętności. Każda postać ma kilka umiejętności aktywnych i jedną pasywną, które można rozwijać do max 4 poziomu przy pomocy wyżej wymienionych punktów. To wszystko jeśli chodzi o sam rozwój postaci. Liczba misji jest ograniczona, zatem nie ma możliwości wyjść poza pewne ramy zdobywanych PD i wybić się znacząco poziomem ponad przeciwników. Już ten fakt sprawia, że rozwój w kwestii walki nie jest specjalnie odczuwalny. Rozwój ekwipunku również został uproszczony. Teraz upgrade dla każdej broni jest od razu założony i gdy tylko go zdobędziemy, warto od razu zebrać surowce i go wykupić. Nie ma już możliwości zakładania różnych upgrade'ów dla każdej części ekwipunku i kombinowania na tym polu. Różnice między poszczególnymi broniami są spore i wyraźnie odczuwalne, ale upgrade'y już mniej (może poza zmianą liczby posiadanych naboi). Wyjątkiem jest sytuacja, w której gracz od razu postanowi rzucić się na głęboką wodę i bez wypełniania misji poszczególnych członków ekipy rozpocznie końcową misję (co jest możliwe). Wówczas zapewne odrobinę odczuje brak pewnych usprawnień i będzie mu ociupinę trudniej.
Czy zatem pod tym kątem patrząc Mass Effect 2 jest eRPeGiem, czy nie? Patrząc przez ten pryzmat trzeba przyznać, że to raczej strzelanina rozbudowana o elementy RPG.
Jest jednak druga strona medalu. Co jeśli odwołamy się do genezy gatunku i do samego nazewnictwa – Role Playing Game? Pod tym względem Mass Effect 2 eRPeGiem jest w całej rozciągłości. Ma się to wrażenie, że nasze wypowiadane kwestie wpływają znacząco na rozwój wypadków, na relacje między postaciami oraz na sam rozwój charakteru naszej postaci (dość prosty podział na dobro i zło, podobnie jak w jedynce). Przechodziłem wszystkie dodatkowe misje każdego członka drużyny nie tylko dla doświadczenia i dla uzyskania lepszego zakończenia i trofeów, ale także z czystej ciekawości i chęci rozwinięcia relacji. Grając postacią męską mogłem flirtować praktycznie za wszystkimi kobietami na statku i większość da się zakończyć seksem i stałym związkiem (liczyłem na to, że zobaczę prawdziwą twarz Tali, ale niestety nic z tego – kamera ustawia się tak, że nic nie widać).
Osobiście uważam ME2 po prostu za udane połączenie RPG ze strzelaniną.

Świat przedstawiony

Kosmos jest ogromny, ale jeżeli miałbym się sugerować ME2 – również kosmicznie nudny. Oprócz podstawowych misji oraz dużo lepszych misji DLC panuje posucha. Zadań, które można złapać na poszczególnych stacjach kosmicznych jest niewiele, a tych możliwych do znalezienia przez skanowanie kosmosu chyba jeszcze mniej. Ciężko mi to do końca stwierdzić, bo po prostu odechciało mi się skanować wszystko wszędzie nie znajdując nic albo znajdując misję, w której rozwalam kilka gethów i wciskam O aby powrócić na statek. Cytadela wydaje się znacznie mniejsza, co autorzy starają się usprawiedliwiać wydarzeniami z pierwszej części. Niby słusznie, ale dlaczego pozostałe stacje są równie mało rozbudowane, a porozmawiać można z niewielką liczbą postaci tułających się tu i ówdzie. Zmniejsza to poczucie immersji, grając w ME2 czułem się ograniczony przez wszędobylskie ściany i puste zakamarki. W samych misjach spodziewałem się więcej skarbów i od początku przeszukiwałem każdy kąt. Najczęściej nie znajdowałem nic, a najistotniejsze rzeczy były do zdobycia na drodze do celu misji, więc po jakimś czasie po prostu zacząłem bezmyślnie przeć do przodu, strzelać i zbierać tylko to, co się napatoczy.
Za to klimat, różnorodność ras i środowisk planet i stacji to wciąż ta sama wysoka jakość, co w Mass Effect.

Fabularnie

Jest w miarę ciekawie, ale tylko jeżeli interesują nas ciekawie zbudowane postaci i ich przeszłość. Sama główna linia fabularna daje nam mniej dylematów. Umiejętnie buduje atmosferę tajemnicy, ale finał nie daje takiej satysfakcji, jak np. finał Dragon Age 2.

Technicznie

Shepard oraz jego towarzysze nie potrafią skakać inaczej, jak tylko przez wybrane murki. Kilka razy zdarzyło mi się, że musiałem loadować do ostatniego sejwa, bo postać nie wiadomo jak „wlazła” na stolik i nie było możliwości, by z niego zejść. W przypadku towarzyszy to nie problem, bo Ci jakimś cudem potrafią sobie z tym poradzić, gdy odejdziemy odpowiednio daleko (zapewne mają umiejętność teleportowania się), ale gdy zablokujemy się Shepardem, to koniec.
Ponadto kilka razy gra się po prostu zacięła i konieczny był całkowity reset konsoli (czasami ta musiała zarzucić checkdiska po takiej operacji). Nie jest to problem na taką skalę, jak w Skyrim, ale występuje i bywa upierdliwy.
Poza tym animacja zacina się rzadko, a loadingi bywają bardzo długie. Tęsknię za loadingami w windzie, gdzie można było posłuchać newsów i rozmów towarzyszy.

Podsumowanie

Bawiłem się przy tej grze naprawdę dobrze. Największe wrażenie robią misje DLC, co źle świadczy o autorach – dlaczego nie postarali się tak przy tworzeniu misji podstawowych? (Odpowiedź jest jedna: dojarka). Zakończenie zdecydowanie zawodzi – dostajemy przeraźliwie łatwego bossa, który robi umiarkowanie pozytywne wrażenie. Dużo ciekawszy i trudniejszy już był boss w misji DLC „Lair of the Shadow Broker”. A potem dostajemy trzykropek i … czekajcie na trójkę. Zupełnie jakbym po przejściu dobrej gry przy której miło spędziłem czas usłyszał głośne „Haha! Znowu dałeś się wydoić! Czekaj teraz i kup trójkę, tam już na pewno ;) cię nie wydoimy”.
I wiecie co? Chyba kupię, ale na pewno nie jako nowość.

Co zostało?

Jeśli chodzi o pierwsze wrażenia to tyle. Zostało mi jeszcze przejście gry na najtrudniejszym poziomie trudności (na normalu było przeraźliwie łatwo), wybranie kobiecej postaci i zrobienie z niej renegatki. Ale to innym razem, przy innym podejściu.

Wizualnie: 8/10
Dźwiękowo: 6/10
Systemowo: 6/10
Świat przedstawiony: 5/10
Fabularnie: 6/10
Technicznie: 7/10
Podsumowanie: 7/10