17 lutego 2013

Szklana Pułapka 5 (2013)


Szklana Pułapka 5

(2013) reż. John Moore

Dlaczego? Jak mogliście mi to zrobić? To była naprawdę dobra, udana seria filmów. I nagle takie coś. Kto jest scenarzystą? Niech no spojrzę. Skip Woods. No, Panie Woods, po tym wyczynie to fani serii "Die Hard" chyba wywiozą Pana do lasu. Coś Pan wcześniej napisał? "Kod dostępu", "X-Men Geneza: Wolverine", "Drużyna A". Kto przy zdrowych zmysłach powierza kolejną część filmu spod tak znanej i lubianej marki takim ludziom? Dobra, już, ogarniam się, wracamy do porządku. Uprzedzam z góry, będę się odnosił do fabuły bezpośrednio, jeżeli komuś przeszkadzają nawet najmniejsze spoilery, to może przestać czytać już teraz. To znaczy, mam tu na myśli tych masochistów, którzy mają w planach obejrzenie tego filmu w najbliższym czasie. Wprawdzie większego spoilera sprzedali wam już w jednozdaniowym opisie na Filmwebie, ale kto by się tym przejmował.

Wiadomo było z poprzednich części, że John ma dwójkę dzieci. W czwórce widzieliśmy córkę McClane'a, zatem został nam jeszcze syn. I to był dobry zalążek do pociągnięcia fabuły.

McClane wybiera się do syna, który jest gdzieś w Moskwie, gdzie będzie najprawdopodobniej skazany za morderstwo. Po co się do niego wybiera? Ciężko powiedzieć, dowiadujemy się tego na strzelnicy, to może będzie chciał go uwolnić, może ma jakiś plan? Wkrótce potem dowiadujemy się, że raczej niekoniecznie. Przyjechał tam chyba tylko po to, żeby się na niego popatrzeć i strzelić kilka głupich min.

Nadmienię tylko, że bardzo lubię Bruce'a Willisa, wspominałem o tym już przy okazji opisywanego przeze mnie niedawno "Loopera". Rozumiem, że Bruce jest stary i trzeba to jakoś maskować, ale ciągłe zbliżenia na jego twarz i grymas numer 5 bardzo szybko się nudzą, wkrótce potem rozpraszają, a miejscami są nawet żenujące. Gdy ma minę poważną, wygląda ok, dlaczego trzeba było tak często zmuszać go do wykrzywiania twarzy? Zakładam, że został do tego zmuszony, bo w "Looperze" tego nie widziałem.

Zatem po jednej z głupszych scen w taksówce ("Nie musi Pan płacić, pozwolił mi Pan śpiewać"... tak, jest aż tak źle) McClane obserwuje syna prowadzonego do sądu. W międzyczasie wokół zawiązuje się intryga, napięcie budowane jest nawet sensownie. Gorzej, że akcja rusza do przodu, a scenarzysta wciąż nie ma pomysłu, jak w to wszystko wplątać McClane'a. W końcu jakoś się to udaje, niestety cierpi na tym postać naszego bohatera. Stał się irytującym zgredem.
Jedno trzeba przyznać - akcja w Moskwie zrobiona jest naprawdę fajnie. Oczywiście jest przesadzona, ale taka jest konwencja. Jak na musicalu nie można narzekać, że mało realistycznym jest, aby w środku konwersacji nagle wszyscy zaczynali śpiewać, rymować, tańczyć, tak w "Szklanej Pułapce" nie można narzekać, że McClane połamany i pokaleczony biega wciąż niczym Usain Bolt i skacze jak małpa po windach, że zapalniczką wysadza samolot, że przeżywa wycieczkę po Harlemie albo że strąca helikopter przy pomocy samochodu. To ma swój urok, ale trzeba przyjąć pewną konwencję. Osobiście ratując się przed ostrzałem nie wyskoczyłbym z ok. 15 piętrowego budynku przez szybę chyba, że miałbym zamiar się zabić. Ale McClane'owie to ludzie pełni wiary, mogą sobie pozwolić na "Leap of Faith". I wygląda to całkiem ładnie, przymrużyłem oko i sceny te dały nieco radości z siedzenia w kinie.

Niestety brak pomysłu na spoiwo w scenariuszu widać na każdym kroku, a najbardziej dobitnie gdy bohaterowie zostają porzuceni "na pastwę losu". Mogą zrobić, co chcą. Ojciec nawet, pośród głębokich niczym odbyt dialogów, rzuca ironicznie, że mogą już jechać do domu i w zasadzie olać całą sprawę. Postanawiają jednak uratować świat. Jaki mają plan? Bierzemy karabin i jedziemy rozwalić tych złych. Taka prostota bawiła, gdy była kontrastem do skomplikowanych metod złoczyńców w czwórce. Właściwie bawiła również we wcześniejszych częściach. Tutaj kontrastu się nie wyczuwa, bo go po prostu nie ma.

Pan Skip Woods wyczerpuje chyba wszystkie istniejące stereotypy dotyczące Rosjan, jakie mogą nam przyjść do głowy. Nagi mięśniak z tatuażem CCCP? Jest. Po co? Tego nie wie nikt. Zdaje się, że Skip miał w związku z nim jakieś plany, ale potem "jakoś mu się zapomniało". Mafia sięgająca władz? Jest. Łapówkarstwo? Jest. Śpiew i taniec? Są. Och, nie ma wódki. Choć mogę chyba śmiało obstawiać, że ta stała na stole scenarzysty, gdy pisał dialogi.
Zalał najwidoczniej nie tylko siebie, ale i mapę. Bohaterowie wyruszają w podróż samochodem z Moskwy do Czarnobyla ("Nie, nie jedziemy do Grenoble" ... tak, naprawdę jest aż tak źle). To prawie 1000 km, ale co to dla McClane'ów - przejadą do wieczora. Bagażnik pełen karabinów i amunicji, bez paszportów, z Moskwy do Czarnobyla. Czy Amerykanie zdają sobie sprawę, że teren Czarnobyla nie leży w Rosji, a na Ukrainie? Ale co tam, tutaj wsiadają za kierownicę, krótka gadka typu ojciec-syn (sztampowa do pożygania) i już są na miejscu.

Wciąż liczyłem, że ten film "jeszcze się rozkręci". Na szczęście, gdy nie trzeba było już snuć fabuły, spinać ze sobą różnych dziwnych pomysłów, to nagle zaczęło być ciekawie. Szkoda tylko, że tak niewiele jest tego ciekawego materiału i że jest on na końcu. Uczucie niedosytu, brak jakiegokolwiek katharsis - tyle nam zostaje.

Po wyjściu z kina byłem zły, zawiedziony, było mi przykro. Gdzieś tam tkwił zalążek, seria dobrych, trafionych pomysłów. Wszystko to jednak zostało spięte bardzo "na szybko", bez jakiegokolwiek sensu. Czuć, że akcja pchana jest na siłę, nie rozwija się sama. Motywacje bohaterów nie przekonują, zwroty akcji nie są zbyt ładnie ubrane. Zdumiewa mnie to niezwykle, że pożałowano czasu i kasy na pożądny scenariusz, a wydano niesamowite pieniądze i włożono tak ogromny wysiłek w realizację tego filmu. Akcja wygląda nawet lepiej niż w poprzedniej części. Zdjęcia mają swoją unikalną tonację kolorystyczną, wypadki, wybuchy, skoki, strzały, wszystko wygląda bardzo fajnie i "realistycznie wizualnie". I co z tego, skoro złoczyńca zaraz po swojej decyzji o wyeliminowaniu bohaterów zamiast ich zastrzelić zaczyna przed nimi tańczyć.

Żeby być sprawiedliwym - w filmie znajduje się także kilka autentycznie zabawnych momentów (może ze dwa), bardzo udana ścieżka dźwiękowa, dobrze zaprojektowana i nakręcona akcja. Wielka szkoda, że w tym wszystkim brakuje SENSU!
Bardzo lubię tę serię, przy każdej części "Szklanej Pułapki" bawiłem się dobrze albo bardzo dobrze (tak, przy dwójce też, a nawet przy czwórce), ale po obejrzeniu piątki siedzę i wyję wniebogłosy "Dlaczego? Jak mogliście mi to zrobić?".

Ocena: 3/10

15 lutego 2013

Bullshit - odc. 1, "99"

Od dawna chciałem stworzyć tego typu serię wpisów. Lubimy pisać i lubimy czytać takie wpisy, to leży gdzieś w naturze ludzkiej. Dlatego taką popularność zdobył program "Co mnie gryzie?". Moje wpisy bardziej zbliżone są jednak do formuły serii Jamesa Rolfe'a "You know what's bullshit" i pozwolę sobie zerżnąć ten tytuł, bo jest po prostu bardzo dobry i nie znajduję sensownego polskiego odpowiednika.

You know what's bullshit?

Liczba 99. Tak, liczba 99 klasyfikuje się jako jeden z klasycznych bullshitów naszych czasów. Dlaczego? Chyba się już domyślacie, chodzi o ceny. Po takim czasie odruchowo dodaję do pierwszych cyfr jedynkę albo zwracam baczną uwagę na to, jaka jest faktyczna cena produktu. Oszustwo to moim zdaniem skuteczne mogło być na samym początku, gdy zostało wprowadzone. Nikt się oczywiście wówczas nie przejął tym, że wzrośnie zapotrzebowanie na grosze, których produkcja jest z natury nieopłacalna (istnieje chyba nawet prawo zabraniające zbieraniu groszaków). Teraz, gdy wszyscy już wiedzą i widzą faktyczne ceny, ale nadal muszą się z nimi użerać, nadal otrzymujemy zwrot w postaci grosza. A biedne Panie ekspedientki muszą nienawidzić liczby "99" jeszcze bardziej, gdy nie mają tego jednego wydać grosika. Muszą błagalnym tonem pytać czy mogą być winne. Ależ skąd, drogie ekspedientki, to nie wy jesteście winne, to oszuści w garniturach, którzy uwielbiają liczbę 99 są winni.
Zawsze mnie ciekawiło, jak zareagowałaby taka ekspedientka gdybym odpowiedział "Nie, proszę mi zwrócić należną mi resztę". Chociaż najchętniej posadziłbym na kasie pomysłodawcę, a w kasie nie zostawił ani grosza.
Zwróćcie mi prawdziwe ceny produktów. Chcę płacić złotówkę zamiast 99 groszy. Naprawdę, to jeden z tych przypadków, w których CHCĘ ZAPŁACIĆ WIĘCEJ!
Liczba 23 może się schować, 99 to prawdziwy bullshit!

13 lutego 2013

Filmowy twitter cz. 8

Troszkę przystopowałem z pisaniem na temat filmów (a właściwie przystopowałem z pisaniem w ogóle, przynajmniej jeśli mowa o tekście zrozumiałym dla przeciętnego człowieka). Najwidoczniej naprawdę nie czułem jakbym miał coś wielce ciekawego do napisania. Parę myśli, ale żadna jakoś nigdy nie skłoniła mnie do dzielenia się nimi (w przeciwieństwie do niektórych). I po prawdzie wciąż nie wiem czy będę miał coś ciekawego do powiedzenia na temat filmów, które w ostatnim czasie widziałem. W tej chwili czuję, że raczej nie – ot, zobaczymy.

Django (2012) – ocena: 8/10
reżyseria: Quentin Tarantino

Właściwie miałem sobie darować ten film, bo ani do westernów mnie za bardzo nie ciągnie ani nazwisko „Tarantino” nie wzbudza we mnie już takich emocji (szczególnie po niezbyt udanych „Bękartach wojny”). Co zatem skłoniło mnie do obejrzenia filmu i to w kinie? Nie będę owijał, była to Fraa. Niniejszym chciałbym podziękować serdecznie, bawiłem się doskonale.
Żadnego 'researchu' nie przeprowadziłem przed seansem, nie wiedziałem nawet że to remake. Czyżby ciekawe historie osadzone na dzikim zachodzie już się wyczerpały? Najpierw bracia Coen, teraz Tarantino...
Christoph Waltz ukradł film. Od samego początku jego charakter błyszczy. Nie tylko bardzo mocno odstaje od standardowej postaci z westernu, ale i radzi sobie w tych realiach lepiej niż ktokolwiek inny. Nie chcę tutaj za wiele zdradzać z fabuły. Ogląda się to z ogromną przyjemnością. Klimat i napięcie budowane są naprawdę doskonale i z niemałą zasługą Leonardo DiCaprio. Momentami fabuła zbacza z toru, luzuje napięcie i nie stara się zanadto związać widza z powrotem zbyt szybko. Sprawia to wrażenie jakby film miał się już tu kończyć, tymczasem on twa nadal, wciąż ciągnie, jeszcze coś próbuje wykrztusić. Te nieliczne momenty, owszem, były potrzebne, ale jednocześnie niepotrzebnie przeciągnięte.
Bardzo dobry film, świetna rozrywka, jeden z najlepszych filmów Quentina Tarantino, zdecydowanie godzien uwagi.

Looper - Pętla czasu (2012) – ocena: 7/10
reżyseria: Rian Johnson
Mam słabość do filmów o podróżach w czasie i mam słabość do filmów z Brucem Willisem. I od czasów „Trzeciej planety od Słońca” lubiłem Josepha Gordona-Levitta. Nie mogłem się zawieść na tym filmie i się nie zawiodłem. Problemem są wątki miłosne. Nakreślone licho, słabo angażują. Odnosi się wrażenie, że są tutaj tylko po to, aby nadać postaciom motywacji do działania. Jeżeli tak jest, to mogłyby nie zajmować tyle czasu, nie ciągnąć się w tak nieciekawy sposób i oddać pola jakiemuś dopełnieniu fabuły. W sceny akcji uwierzyłem, wątek obyczajowy dość płytki. Jeżeli lubisz tego typu filmy (ja lubię), sięgaj śmiało, ale na kolejne „12 małp” nie licz.

Jazon i Argonauci (1963) – ocena: 6/10
reżyseria: Don Chaffey
Fabuła chyba dość dobrze znana, niczym specjalnym się nie wyróżnia. To, co miało być główną atrakcją tego filmu, to efekty specjalne. „Eeech, jakie efekty specjalne, mamy rok 2013, a Ty nam mówisz o efektach sprzed 50 lat – czym mogą nam zaimponować, w czym się spodobać?”. Nie wiem, jak wam, ale mnie bardzo drażni już ładowanie do każdego filmu efektów CGI. To po prostu widać, jak by się nie starali. I nawet najnowsze filmy w kinie potrafią wyglądać gorzej niż jeden z prekursorów efektów CGI - „Park Jurajski”. Dlatego tak wspaniałym wizualnym przeżyciem jest seans „Jazona i Argonautów”, jednego ze szczytowych osiągnięć efektów stop-motion. Dla nich samych film trzeba obejrzeć, obowiązkowo. Więcej niż 6/10 dać mu nie mogę, bo niestety fabuła ani aktorstwo nie porywają, film jako całość można uznać za najwyżej średni, ale realizacja jest po prostu niesamowita.

Hobbit: Niezwykła podróż (2012) – ocena: 6/10
reżyseria: Peter Jackson

Tak, wspaniale jest powrócić do fantastycznego świata Śródziemia. Cieszy mnie bardzo możliwość ponownego ujrzenia wszystkich tych postaci na dużym ekranie. Wszelkie zmiany w stosunku do książki, o dziwo, działają na korzyść filmu. Pierwszym poważnym problemem jest fakt, że bazuje on na książce, która sama w sobie nie ma zbyt zajmującej fabuły. Świat przedstawiony jest niezwykły, ale niewiele ciekawych rzeczy się tutaj nie dzieje (i to chyba nie tylko moje zdanie, po ok. 20 minutach na sali było słychać chrapanie). I co gorsza – krótką książeczkę podzielono na trzy filmy. Czyli płacę za film, ale nie mam prawa nawet zobaczyć zakończenia. Ok, ja o tym wiedziałem, ale po okrzykach i komentarzach na sali mogę przypuszczać, że większość widzów nie miała o tym bladego pojęcia.
Jeszcze słów kilka o technologii, bo film miałem okazję obejrzeć w 3D w 48 klatkach na sekundę. Jaki efekt? 3D już chyba znacie, trochę trików z „leci na mnie” kosztem poważnego zmęczenia oczu i słabszej kolorystyki. Nie wiem czy to wina sprzętu, jakim dysponowało kino, czy tak miało być, ale odnosiłem wrażenie jakby momentami ruchy postaci zwalniały, by potem nienaturalnie przyspieszyć. Ponadto film, który nie jest wyświetlany w 24 klatkach na sekundę traci nieco ze swojej magii. Obejrzałem pierwszy odcinek wysokobudżetowego mini-serialu, który równie dobrze mógłbym obejrzeć na Hallmarku (gdybym miał) (i gdybym oglądał telewizję).
Awansem daję 6/10, bo pierwszy odcinek był całkiem niezły. Tylko roczna przerwa na reklamy to lekka przesada.

Skyfall (2012) – ocena: 8/10
reżyseria: Sam Mendes

Ten film jest wszystkim, czego można oczekiwać po Bondzie. Jest nasz superbohater, wciąż ludzki, w duchu nowej serii. Jest fabułka, która jest ciekawym i dobrym pretekstem do kolejnych scen akcji. Angażuje, interesuje i trzyma w napięciu. Jest świetny antagonista, którego trudno nie polubić. Świetnie się zaczyna, świetnie prowadzi, świetnie się kończy. Spodziewałem się dobrego Bonda na miarę „Casino Royale”, a dostałem coś więcej. Naprawdę warto.

Mroczny Rycerz powstaje (2012) – ocena: 6/10
reżyseria: Christopher Nolan

Bardzo lubię filmy Nolana, a dwa z nich zebrały u mnie pełne dyszki. Dlatego po trzeciej części spodziewałem się czegoś na podobnym poziomie. Częściowo dostałem to, czegom oczekiwał, częściowo nie. Czego zabrakło? Przyznam się bez bicia, że tak do końca, to nie wiem. Może głębi, może nie poprowadzonego do końca świetnego Bane'a. Dość miałkie historie nowych postaci, które się pojawiają w tej części też zrobiły swoje. Nie zrozumcie mnie źle, to wciąż naprawdę fajny film, wart obejrzenia. Po prostu nie jest tym, czym był „Mroczny Rycerz” czy Burtonowy „Batman”.

Dwoje do poprawki (2012) – ocena: 5/10
reżyseria: David Frankel

Film do poprawki. Piszę o nim tylko po to, by wyrazić swoją frustrację. Poszedłem na niego do kina, choć nie chciałem. Naprawdę. Sprzedawca – nie wiem czy się pomylił, nie dosłyszał, czy zrobił to celowo, ale sprzedał mi bilety na niewłaściwy film. Zorientowałem się dopiero, gdy się zaczął. Obejrzałem historię miłosną między Tommy Lee Jonesem, a Meryl Streep. Z fajnym morałem, ale tak banalnie opowiedzianą, z tak żenującymi scenami i żartami, że morał naprawdę schodzi tu na drugi plan. Nic nie wybija tego filmu ponad przeciętność, nawet aktorzy, nie byle jacy przecież, jakby nie za bardzo się starali. Nie oszukujmy się, lipnie napisany scenariusz ciężko jest wiarygodnie zagrać.
Ostatni żart w filmie był dla mnie najmniej śmieszny. Gdy zapaliły się światła, wokoło ujrzałem same pary w podeszłym wieku. Nawet gdybym próbował się wytłumaczyć, kto by mi uwierzył, że prosiłem o bilet na film Woody'ego Allena? Naprawdę.

Śmierć w Wenecji (1971) – ocena: 7/10
reżyseria: Luchino Visconti

Ten film nie zasługuje na swoją opinię filmu „o facecie w łódce”. Chociaż nie, można o nim tak mówić, ale sentencją typu „film o sankach” można spłycić nawet arcydzieło, prawda? „Śmierć w Wenecji” arcydziełem na pewno nie jest, ale do nudnych filmów nie należy. Ma swoje dłużyzny, w których buduje napięcie. Buduje je dość umiejętnie, nie są to dłużyzny na skalę „Słonia” czy „Wujka Boonmee”. W waszych głowach zapewne wciąż krążą cytaty z „Chłopaki nie płaczą” i głównie po to piszę ten tekst, aby uświadomić wam, że „Śmierć w Wenecji” to film znacznie lepszy niż myślicie. Ciekawy, odważny i naprawdę godzien polecenia.

29 sierpnia 2012

Wiatr słoneczny - komentarz

Miałem nigdy nie tłumaczyć żadnego wiersza, który napisałem. A przynajmniej nigdy na papierze, bo zdarzało mi się już słownie wyjaśniać punktując o co chodziło i wyjaśniając wszystkie znaczenia, które sam miałem w głowie gdy coś pisałem. Zauważyłem, że w większości przypadków wiersz podobał się bardziej, gdy odbiorca znał moją, odautorską interpretację. W końcu, jak wielu twierdzi, to nie zamyka wcale poszukiwania innych możliwych znaczeń, a wiersz znaczy dokładnie tyle, ile jest w stanie odczytać z niego czytelnik. Niemniej jednak każdy poczułby się chyba zawiedziony dowiadując się, że jego interpretacja była „błędna”, a przynajmniej niezgodna z zamysłem autora. Dlatego trzymałem język za zębami.

Dziś powiedziałem sobie „Aaaa, what the hell.”, bo czasem niektóre zwroty zdarza mi się pomyśleć po angielsku, gdy nie mają w pełni oddającego klimat polskiego odpowiednika. Wiersz jest świeży, nikt nie widział, nikt nie ma jeszcze własnej wersji zdarzeń. Jeden wiersz mogę poświęcić, tym bardziej że jest jednym z gorszych i jednym z tych, które mnie osobiście nie do końca satysfakcjonują. Tak oto na patelnię wrzucam „Wiatr słoneczny”. Spróbuję zatem skupić się nie tylko na samym sensie słów, ale zapewne polecę dalej, w jakąś genezę, może nawet odbiegnę nieco od tematu. Dlaczego nie?

Zacznijmy od początku, czyli od nadmiaru kawy. Po ciężkim dniu położyłem się do łóżka. Zauważyłem, że pobudzenie herbatą, kawą czy Colą daje nie tylko wiadomą stymulację, ale także wyczula na drobniejsze rzeczy, zwiększa podatność na irytację.
Taka irytacja występuje codziennie, ale jestem już na nią uodporniony albo znieczulony.

Ponieważ nie szło mi tego dnia rysowanie, w natłoku bazgrołów zacząłem zapisywać pewne słowa, sentencje, pomysły. Były one luźno ze sobą związane, ale spajał je temat, podmiot i czas akcji.
Zakładam, że już czytaliście wiersz, który będę omawiał. Jeżeli nie, zróbcie to teraz. Dlaczego? Bo z reguły pomysł na wiersz pojawia się u mnie „w całości” z naciskiem na puentę i to od niej zaczniemy. Puenta jest najważniejsza, to ona zostawia wrażenie i to ona ma najwięcej mocy, może obrócić dosłownie wszystko do góry nogami w paru słowach. Miałem wstępną koncepcję na dwie możliwe puenty – romantyczną lub komiczną. Zapytałem dziewczyny jakie lubi bardziej. Odpowiedziała, że komiczne. I zacząłem rozwijać tę koncepcję.
Zatem puenta polegająca na grze słów i znaczeń – kłócenie – zakłócenie rozpoczęła się od zakłóceń, które są tematem wiersza, później zauważyłem jak można to słowo głębiej wykorzystać. Podmiot w puencie otrzymuje odniesienie do początku, jest tym samym uświadomiony (a raczej jego uświadamianie jest tu dopiero zainicjowane), że nie jest tylko ofiarą zakłóceń, na które przez cały utwór narzeka, ale jest także ich źródłem. Kłótnią zakłóca spokój komuś innemu.
Teraz mamy pierwszą przerzutnię - „kłóciłem się / głośno”, gdzie ostatni wyraz znajduje również zastosowanie jako początek następnego wersu „głośno podpaski z ekranu / zagłuszyły”. Chodzi tu oczywiście o reklamę podpasek w telewizji. Już w pierwszym wyrazie widzimy, że podmiot jest mężczyzną, zatem można się domyślać jak bardzo obchodzą go reklamy podpasek. A niezależnie od nakładanych kar, niezależnie od wszystkiego telewizja i tak puszcza reklamy znacznie głośniej od zwykłego programu. Przy TV można zasnąć, ale reklamy na bank Cię obudzą.
Pomyślałby jeden z drugim, że za takie pieniądze reklamy te będą dobrze umieszczane, dotrą dokładnie do tej grupy odbiorców, dla której są przeznaczone, ale to wcale nie jest takie oczywiste. Wciąż, gdy wchodzę na Cinemassacre.com i oglądam np. typowo „nerdowy” filmik dot. gier retro zmuszony jestem obejrzeć najpierw trzydziestosekundową reklamę jakiegoś tuszu do rzęs. Reklamę niemożliwą do pominięcia. Ktoś naprawdę pomyślał, że tusz do rzęs będzie interesował grupę oglądającą filmik „SNES vs. Sega Genesis”?
To można wytłumaczyć brakiem możliwości targetowania reklam na blip.tv (choć tak duży serwis powienien sobie z tym już normalnie radzić). Nie można jednak wytłumaczyć reklamy pisma „Avanti” przed seansem „Niezniszczalnych 2”. Już za chwilę obejrzysz najbardziej męski film wszech czasów odwołujący się do innych najbardziej męskich filmów wszech czasów i reklamujesz pismo z … reklamami jakichś ciuchów (bo czym innym jest Avanti, jak nie książeczką z reklamami; z tym że Real, Auchan czy Ikea rozdaje je za darmo, Metro dorzuci nawet coś do poczytania na zachętę, a tu każą Ci jeszcze za to płacić).
Odbiegłem od tematu, czyli wszystko zgodnie z planem. Najlepiej planować, że wszystko może ulec zmianie albo zakończyć się w dowolnym momencie – plan idealny, nic nie może wówczas zostać uznane za niezgodne z planem.

„to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już coś chce?” miało brzmieć na początku „to jeszcze pisk kontrolny telewizora / czy już dzieciak coś chce?”, ale doszedłem do wniosku, że lepiej nie ukonkretniać tak bardzo kto i co chce (jeszcze jedna wersja mówiła „czy już jest głodne”), bo nie o to chodzi. Chodzi o to, że w życiu wciąż ktoś coś od Ciebie chce, czegoś oczekuje. Od innych po prostu łatwiej jest wymagać, łatwiej powiedzieć „i mnie nie obchodzi”. Z tego najwidoczniej nie wyrastamy.
Pisk kontrolny telewizora daje nam do zrozumienia, że mamy środek nocy, czyli ciągle przerywany sen. Czy to włącza się pisk na TVP1 (choć nie wiem czy wciąż się włącza, od bardzo dawna nie dotrwałem) czy to wyje dziecko, czy to żona coś chce czy to sąsiedzi informują, że Lechia Pany lub, że Wisła szaleje. A może budzik lub głos w radiu coś chce?.

„już nie czekam na telefon, maila, smsa / jak u Hłaski na list”. O, jakże ja polubiłem, jeszcze w podstawówce, „List” Marka Hłaski. Jest tak prawdziwy i wciąż aktualny, tylko że teraz mamy inne formy komunikacji. W pierwotnym pomyśle miałem wspomnieć o telefonie z Call Center, gdy po raz kolejny chcą mi coś sprzedać. Maile, w których kiedyś usilnie chcieli mi przedłużać penisa albo sprzedać oryginalną podróbkę Rolexa. Smsy z loterią BMW lub inną. Miała też być masa makulatury, którą zbieram i wyrzucam przechodząc 10 metrów ruchliwej części chodnika. Myślę, że gdzieś w tym wersie się to wszystko zmieściło, głównie dlatego, że wszyscy znamy to z życia. Wystarczą dwa słowa i wiadomo o co chodzi.
No dobra, przyznaję, ulotki się nie zmieściły wcale, ale na to mam inną koncepcję, zupełnie oddzielną.

„komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu” - tak, chodzi o kino, o którym wspomniałem już dziś. Pomyślałby kto, że na głośnym filmie z głośnym „łubudubu” nikt jedzenia popcornu przez sąsiada nie będzie słyszał. Zapewne osoba ta nigdy nie miała okazji usłyszeć brzęczenia komara przy uchu. Irytuje chyba bardziej niż mucha obijająca się o sufit.
„może by je tak cepem?” - dochodzimy do sedna, do tego na czym miała się opierać romantyczna koncepcja zakończenia. Czyli do oddzielania ziarna od plew. Oddzielanie cepem to dość bezpośrednia metoda, ale i skuteczna. Należałoby spróbować oddzielić cały szum tego świata, przefiltrować ten wiatr słoneczny by zobaczyć piękno ukryte pod spodem.

„zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle” - nie dość, że uparty jak osioł, to w swym uporze postanowił być upierdliwy i ignorancki. Tylko kto taki? Czytelnik? Nie, raczej to zwrot, w którym podmiot oskarża innych o uparte irytowanie go na wszelkie możliwe sposoby, o zagłuszanie piękna tła. Oskarża raczej o niezrozumienie tego, co robi ten tajemniczy „ktoś”. Ale kto? Ale co za różnica kto? Wstawcie tutaj sobie dowolną istotę, która was irytuje.

„chciałem tylko posłuchać drzew / jak rozmawiają z morzem” - dwa elementy tła, które powinno być takie piękne, które tak bardzo podmiot chce usłyszeć. Oba dobrane pod kątem wydawanych odgłosów (stąd rozmowa) – kojarzone głównie z szumem, ale także z relaksem. Tu miał nastąpić spokój i w takim romantycznym tonie, w drugiej wersji zakończenia, miał się utwór zakończyć.

Dalej mamy już tylko puentę, którą oczywiście wymyśliłem na samym początku i tytuł, który zawsze powstaje na końcu. Znacznie łatwiej mi jest podsumować gotowy wiersz paroma słowami tytułu niż dostosowywać treść do tematyki nadanej przez tytuł (co, wbrew pozorom, też może być udane).

Tytuł pozostawię już wam, możecie szukać metafor czytając wikipedię ;)
Uzbrojeni w taką wiedzę mam cichą nadzieję, że zerkniecie również na kilka pozostałych wierszy. Za każdym (no, prawie każdym :P) z nich coś się kryje, zazwyczaj jest tego więcej niż w „wietrze słonecznym”, zazwyczaj wydawało mi się ciekawsze niż tutaj.

I czasem wraca jeszcze do mnie taka myśl – co rozumie czytelnik, ile tak naprawdę rozumie, a ile tylko wyczuwa?Ile zrozumiał Pan Karol Maliszewski z „blablam się w tapletku” i całej ideologii za tym stojącej (z którą, nawiasem mówiąc, już się nie zgadzam)? Może zrozumiał wszystko i stwierdził, że „do dupy”? Ciężko powiedzieć. Jeden utwór, który względnie pochwalił jest jednocześnie tym, którego napisanie zajęło mi najmniej czasu. Był praktycznie napisany na kolanie (dosłownie i w przenośni) i nikt, z kim miałem okazję o nim rozmawiać nie wyjaśnił ani nie poczuł tego, o czym wiersz opowiadał. A opowiadał dość konkretną, choć krótką historię.

28 sierpnia 2012

Wiatr słoneczny

Wiatr słoneczny

kłóciłem się
głośno podpaski z ekranu
zagłuszyły

to jeszcze pisk kontrolny telewizora
czy już coś chce?

rano włączyłem drzemkę
cały dzień mnie trzymała

już nie czekam na telefon, maila, smsa
jak u Hłaski na list

komary łapczywie jedzące popcorn przy uchu
może by je tak cepem?

zapewne tego nie zrozumiesz upierdliwy ośle
chciałem tylko posłuchać drzew
jak rozmawiają z morzem
za co?

zakłócenie

21 sierpnia 2012

Informacja dotycząca pozwu sądowego

Dawno nie pisałem niczego od siebie bez większego powodu, typowo blogowo. Dziś mam pretekst. Dość długo się zastanawiałem czy wykorzystać te materiały, w końcu doszedłem do jakże istotnego wniosku "a co mi tam".

Otrzymałem niedawno dość interesującego maila, który jest najprawdopodobniej błędnie wysłanym do mnie forwardem. Dostałem go prawdopodobnie dlatego, że firma, która mi tego forwarda wysłała miała mnie na jakiejś podręcznej liście adresatów. Skąd mieliby mnie tam mieć? Dawno temu wysyłałem im swoje CV w sprawie pracy. Cóż, ktoś się pomylił i to dość sromotnie, a ja tę pomyłkę niecnie przeanalizuję publicznie. Zachowując resztki moralności nazwiska i nazwy firm zachowam dla siebie, istotna jest dla mnie sama treść.

Mail zatytułowany jest "Informacja dotycząca pozwu sądowego", zatem brzmi groźnie. Sama treść usilnie będzie starała się brzmieć groźnie, ale niestety zabrzmi raczej niepoważnie.

W Związku z uiszczeniem nie prawdziwych informacji oraz szkalujących dobre imię moje zaznaczam [imię i nazwisko wielkimi literami] właściciel [nazwa firmy] z siedzibą w Gdańsku, na portalu Trójmiasto.pl chciałbym poinformować że, będę domagał się poprzez drogę sądową przeprosin, sprostowania jak również zadośćuczynienia w kwocie 5.000 zł za szkody doznane przez państwa firmę, skontaktowałem się już w owej sprawie z instytucjami prawa oraz radcą prawnym który będzie reprezentował naszę interesy na drodzę sądowej, nie macie państwo prawa szkalować moje dobrę imię nie prawdziwymi ocenami.

I ja myślałem, że konstruuję zbyt długie i niezrozumiałe zdania.
Zacznijmy od czepialstwa - błędy ortograficzne ("nie prawdziwych"), interpunkcyjne ("poinformować że, będę") i dziwaczna składnia ("dobre imię moje") sprawia, że ciężko jest traktować takiego maila w 100% poważnie.

"za szkody doznane przez państwa firmę" - pierwszy raz się spotykam z sytuacją, w której firma ma płacić komuś za szkody, których doznała ;)

Ponadto nie rozumiem po co tyle zer po kropce. Myślę, że zapłacenie kwoty 5 zł nie będzie stanowiło problemu dla tak poważnej firmy. Ponadto jeżeli ten Pan ma konto na Allegro, to bardzo chętnie pośledzę jego aukcje. Mam dziwne przeczucie, że mogę tam trafić na interesujące cenowo oferty ;)

Zajrzałem na stronę tej firmy na portalu "Trójmiasto.pl". Zauważyłem jedną, dość rzetelnie wyglądającą negatywną opinię z dokładnym opisem tego, co zostało wykonane błędnie i dwie entuzjastyczne pozytywne opinie. Nie czarujmy się, te dwie pozytywne opinie wyglądają na typową zagrywkę marketingową. Całkiem możliwe, że wspomniane opinie zostały skasowane, ale czy w takim układzie nie stracilibyśmy dowodu do rozprawy?

Myśl mnie nachodzi jeszcze jedna, dość niebezpieczna. Czy to oznacza, że nie wolno na temat innej firmy i ich usług i produktów wyrażać swojej negatywnej opinii publicznie? Gdy reklama wdziera nam się dosłownie wszędzie z przejaskrawionymi pozytywnymi hasłami, opinia negatywna będzie piętnowana? Przypomina mi to sprawę opinii Raczka o filmie "Kac Wawa".
Poczytajmy dalej, bo to nie koniec:

Moderator i administrator serwisu Trojmiasto.pl wysłał nam już IP komputera z którego zostały dodane opinie , macie państwo 7 dni od daty wysłania na ustosunkowanie się do owej sytuacji i wysunięcie propozycji ugody, w innym przypadku sprawę wyjaśniać będziemy na drodzę sądowej Pozdrawiam [imię i nazwisko][nazwa firmy]

Czyli jednak ugoda, czyli tylko straszenie? Co można udowodnić po IP bez dokładnej informacji od operatora do kogo w danym momencie przydzielony był dany adres? A jeżeli adres należy do szkoły lub biblioteki - pozwiemy instytucję? Przecież opinie mógł napisać dowolny użytkownik.

Mail ten wygląda mi bardziej na próbę wyłudzenia pieniędzy poprzez ugodę, żerowanie na strachu.
To ja chyba wolę być świadkiem pobicia i kradzieży. Przynajmniej sprawa jest jasna, klarowna, bardziej fair.

5 czerwca 2012

Filmowy twitter cz. 7

Histeria – romantyczna historia wibratora (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Tanya Wexler

Gdy usłyszałem po raz pierwszy, że taki film powstaje w głowie miałem jedną myśl – temat zdecydowanie nastawiony na spęd bydła, kontrowersję z dodatkiem „czego to jeszcze nie wymyślą”. Nastawiony byłem negatywnie. Potem o tych zapowiedziach zapomniałem, na plakacie zabrakło podtytułu i gdy szedłem na film, nie za bardzo jeszcze wiedziałem na co się piszę.
A co dostałem? Interesującą, autentycznie zabawną komedię romantyczną, która korzystając ze standardowej i znanej kalki tego gatunku tworzy coś unikalnego. Niezwykły klimat dawnych lat uświetnia idealna realizacja i doskonale dobrani aktorzy. Jedno, co mogę produkcji zarzucić to przewidywalność. Odnoszę wrażenie, że widząc po raz pierwszy daną postać widz niekoniecznie musi wiedzieć czy odegra ona dużą rolę w fabule. Jednak gdy widzimy, że jest ona grana przez kogoś znanego, sprawa staje się jasna.
Niechaj zatem tematyka was nie zrazi. Jest to naprawdę dobry film idealny na miły wieczorek i zdecydowanie godny polecenia.

Kupiliśmy zoo (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: Cameron Crowe

Kolejny przypadek, w którym widząc po raz pierwszy bohaterów od razu orientujemy się jakie role będą odgrywać do samego końca. Amerykańskie produkcje tego typu poszukują jedynie wstępnie oryginalnie brzmiącej tematyki, by później zrobić z tego kalkę masy filmów, które już widzieliśmy. Tę wersję ogląda się z umiarkowanym zainteresowaniem, ale bez nadmiernego przejęcia się losami bohaterów. Trudno się nimi przejąć wiedząc, co będzie dalej. Jeżeli macie ochotę na miły i ciepły film, który już tyle razy widzieliście, to serdecznie polecam. W przeciwnym wypadku odejmijcie od oceny jedno oczko.

Połów szczęścia w Jemenie (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Lasse Hallström

Kolejna przewidywalna komedia romantyczna. Z przewagą tego ostatniego. Co ją wyróżnia? Szczerze mówiąc – nie wiem. Lasse Hallström po prostu potrafi z takich opowieści wyciągnąć absolutne maksimum i ogląda się to naprawdę ciekawie, a po seansie wciąż wyczuwa się opary ciepła płynące z ekranu. Nie jest to tak wysoki poziom uzyskiwania z człowieka emocji, który udało się osiągnąć w „Hachiko”. Jeżeli poszukujecie dobrego, relaksującego i mimo banałów niegłupiego filmu – ten jest dobrym wyborem.
Ach, no tak, no i kto nie lubi Ewana McGregora?

Wszystkie odloty Cheyenne'a (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: Paolo Sorrentino

Osobiście na filmie byłem w kinie studyjnym, ale widziałem DVD z miażdżącymi hasłami w stylu „Najlepsza komedia Seana Penna”. Nie dajcie się nabrać przede wszystkim słowu „komedia”. Owszem, w filmie znajduje się niejeden element humorystyczny (ze slapstickiem włącznie), ale ogólny wydźwięk całości jest zdecydowanie dramatyczny. Sporo tutaj „klimatycznych dłużyzn”, które miały chyba budować profil postaci i zbliżać opowiadaną historię do realizmu. W efekcie jednak podczas tych dłużyzn widz się nudzi i jego uwaga podtrzymywana jest tylko sporadycznymi dowcipami. Zatem komedia jest tutaj tylko czymś, co nie pozwala nam zasnąć.
Autorzy chcieli w tym filmie upchnąć chyba wszystko. Głównym wątkiem i motywem okazuje się jednak starająca się na niebanalne podejście historia o dojrzewaniu. Całość jednak psuje dość ostentacyjnie podane zakończenie. Delikatność w podawaniu zawartości pryska, wygrywa kompromis – amerykański widz musi zakończenie zrozumieć. Zatem mamy produkcję bardzo nierówną i trudną do oceny.
W takich przypadkach należy sobie zadać podstawowe pytanie – jak się bawiłem oglądając film? Nieźle.

P.S. Spotkałem się już z wymuszonymi wybuchami śmiechu w kinie w wykonaniu facetów. Chcą oni zaimponować swoim poczuciem humoru przed innymi (dziewczyną albo przed 'ziomkami'). Na tym seansie po raz pierwszy spotkałem się z przypadkiem damskim.
Dziewczę wybuchło śmiechem na widok jednej z nielicznych autentycznie dobrych i poruszających scen w filmie dzięki czemu skutecznie zaimponowała głupotą. Dobra rada wujka Slesza – śmiejcie się tylko autentycznie choćby to miało oznaczać, że będziecie wiecznie wyglądać na smutnych.

Bękarty wojny (2009) – ocena: 5/10
reżyseria: Quentin Tarantino, Eli Roth

Zapewne widzicie nazwisko reżysera, widzicie tytuł filmu i ocenę obok. I zapewne albo zachodzicie w głowę „jak on to teraz uzasadni”. Ogromną zaletą „Bękartów” jest ich całkowita nieprzewidywalność. Obecność znanego aktora oznacza zazwyczaj, że jego rola będzie bardziej rozbudowana i że nie zginie on prędko. Tutaj jednak niczego nie możemy być pewni. I choć dość zaskakujące zakończenie przypadło mi do gustu, to całość po prostu nie porwała. Coś nie zagrało, jak powinno. Wydaje mi się, że brakowało tutaj postaci, z którymi moglibyśmy się utożsamić choć odrobinę lub na których by nam zależało. Najbardziej wyrazistą postacią jest pułkownik Hans Landa (świetny Christoph Waltz), ale to zdecydowanie za mało. Ogląda się to bez emocji i wrażenie w trakcie oraz po seansie jest takie samo – średniak. Żeby dobrze ocenić film jako powyżej normy trzeba się najpierw dobrze bawić oglądając go, prawda? Kilka fajnych scen i oryginalne podejście, złamanie konwencji to nie recepta na sukces, a jego podpora.

Kolejność uczuć (1993) – ocena: 3/10
reżyseria: Radosław Piwowarski

O rany, przyznaję, zostałem zmuszony do obejrzenia tego filmu. Polski romans z podstarzałym Danielem Olbrychskim i średnio trafiającą do mego gustu Marią Seweryn? Odnoszę wrażenie, że postać Rafała Nawrota mocno nawiązuje do ówczesnego stanu kariery Daniela Olbrychskiego (niegdysiejszy „mistrz” obecnie zmuszony do pracy w podrzędnym teatrze).
Postaci zachowują się raczej mało wiarygodnie, ze starym podrywaczem trudno sympatyzować, a wydaje mi się, że taką sympatię próbuję się tutaj wzbudzić. Oglądałem z wyraźnym znudzeniem i w oczekiwaniu na koniec. Od totalnej porażki film ratuje postać ojca Julii oraz dyrektor teatru (jak zwykle świetny Wojciech Siemion). Coś tu jest o młodości i o miłości, ale uwierzcie mi – nic ciekawego. Jeżeli wasza kobieta będzie was zmuszała do obejrzenia tego filmu, to w akcie zemsty zmuście ją do obejrzenia filmu „Zardoz”. Wrażenia wizualne z oglądania romansującego Daniela i podskakujących cycków Seana Connerego są bardzo zbliżone.

Human traffic (1999) – ocena: 6/10
reżyseria: Justin Kerrigan

Film w głównej mierze o imprezowaniu. W życiu nie spodziewałbym się, że przypadnie mi do gustu. A jednak, forma tka nijaką fabułę i wątki humorystyczne i miłosne w sposób niezwykle interesujący. Bardzo szybko przywiązujemy się do postaci i sympatyzujemy z nimi. Wątki humorystyczne, choć dość rubaszne, śmieszą. „Human traffic” to niezły film i dobre kino rozrywkowe. A jeśli uwielbiasz zabawę w klubach i wszystko, co z tym związane – śmiało dodaj do oceny oczko.

Sala samobójców (2011) – ocena: 7/10
reżyseria: Jan Komasa

O rany, jak ja negatywnie byłem nastawiony do tego filmu po obejrzeniu trailera w kinie. Słowa tego nie opiszą. Spodziewałem się kolejnej popłuczyny z serialowym stylu. Filmu, który bezpodstawnie będzie obwiniał świat komputerowej rozrywki o zejście dzisiejszej młodzieży na ścieżkę niegodziwości i rozpusty. Spodziewałem się posmaku Ilony Łepkowskiej w scenariuszu.
Jakże miło i niezwykle zostałem zaskoczony. Jest to niezwykły dramat psychologiczny, który nie popada w te same, znane nam już banały. A gdy o banał się ociera, robi to gustownie i po prostu poruszająco. Aktorzy wypluwają z siebie wszystko. Choć wizualnie czasem ciężko uwierzyć w ich wiek, tak swą grą wszystko nadrabiają. Wiele zdań skreśliłem pisząc ten krótki tekst – nie chcę zdradzać za wiele. Naprawdę dobry film, warto obejrzeć. A zważywszy na to, że dobrych polskich produkcji jak na lekarstwo – nawet trzeba obejrzeć.

Idy marcowe (2011) – ocena: 6/10
reżyseria: George Clooney

Żorż Klunej robi całkiem niezłe filmy, trzeba przyznać i tylko żałuję, że dotykają tematów, które kompletnie mnie nie interesują. A mianowicie amerykańskiej polityki. „Idy marcowe” mają jednak puentę, którą odnieść można do polityki w każdym kraju. Znaną prawdę owija w nici fabularne, które zgrabnie unaoczniają nam problem i zgłębiają go nieco.
Philip Seymour Hoffman, Paul Giamatti i oczywiście sam Żorż błyszczą w tym filmie. Szkoda, że Ryan Gosling wypada średnio. Jeżeli nie zraża was i nie nudzi tematyka polityczna i tak samo, jak i ja lubicie P.S.Hoffmana i Paula Giamatti, to możecie śmiało dodać oczko do oceny końcowej.

21 maja 2012

Growy twitter cz. 1

Podróż
platforma: PlayStation 3

Podróż to gra wyjątkowa pod każdym względem. Spłodzona przez artystów z thatgamecompany, autorów równie niekonwencjonalnych „flOw” oraz „Flower”. Tak, z pełną odpowiedzialnością mogę ich nazwać „artystami”, bo to gra artystyczna. W przeciwieństwie do ich poprzednich projektów, tutaj kontrola ruchowa nie odgrywa już tak znaczącej roli, co cieszy przy nieprecyzyjnym Sixaxisie. Nie znajdziecie tutaj żadnych menusów, statystyk, cyfr, liczb ani nawet słów. Cały ciężar przyjmuje na klatę strona wizualna i dźwiękowa. Grafika jest na najwyższym możliwym poziomie, co w przypadku gry dostępnej w dystrybucji cyfrowej nie zdarza się często. Piasek i śnieg robią wrażenie podobne, a może i lepsze od znanego z serii Uncharted. Strona dźwiękowa aktywnie reaguje na poczynania gracza i stanowi bardzo istotny element w budowaniu klimatu i w kreowaniu wrażeń i doznań towarzyszących „Podróży”. A tych ostatnich jest tu pod dostatkiem i to one są głównym celem gry.
Niestety, jak na grę kosztującą 47 zł oczekiwałbym podróży dłuższej niż 2 godziny. Wraca się do tego tytułu z przyjemnością, ale pozostaje pewien niedosyt.

Ocena: 9/10

Mortal Kombat
platforma: PlayStation 3

A właściwie Mortal Kombat 9. Skusiłem się na kupno wydania Komplete Edition ze wszystkimi postaciami DLC i od razu przyznam – nie żałuję (jest Freddy Krueger!). Gra serwuje godny powrót do korzeni i oferuje masę trybów oraz nagród do odblokowania. Niestety, w większości odblokowują się artworki, czasem jakiś strój czy ujawnienie dodatkowego Fatality. Mimo to dodatek ten motywuje do rozgrywki. Tryb Story oferuje naprawdę długą i wyczerpującą linię fabularną przedstawiającą pierwsze 3 odsłony turnieju. Nie jest to tylko kalka starych Mortali w nowej oprawie. Dostajemy ataki specjalne (w tym genialne X-Ray, czyli brutalne kombo z dokładnie widocznym łamaniem kości w zwolnionym tempie), dostajemy rozbudowany tryb Challenge, dostajemy grę w Tag-teamie, Testy i oczywiście klasyczny Arcade oraz multiplayer bez Online Passa. Poziom trudności jest doskonale wyważony (rzucałem padem podczas ostatniej walki w Story Mode). Czego więcej do szczęścia trzeba?
Mam tylko jedno zastrzeżenie – co się stało z digitalizowaną grafiką? Gębofony wojowników wyglądają co najwyżej „tak sobie”.
W rozgrywce to oczywiście nie przeszkadza. Jest to bez wątpienia najlepsza część cyklu (tak, lepsza nawet od jedynki i dwójki) i bijatyka warta swej ceny.

Ocena: 8/10

Duke Nukem Forever
platforma: PlayStation 3

Gra, która obrosła w legendę z powodu czasu produkcji. Przyznam, że nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek się ukaże. Obiecałem sobie wtedy, że jeżeli gra faktycznie wyjdzie, z pewnością oryginał będzie stał na mojej półce. Choćby gra miała być totalnym dnem – to warto, dla potomnych. I stało się. Żarcik z „pożycz kasę, oddam jak wyjdzie Duke Nukem Forever” już stracił przydatność do spożycia.
Gra została ostro objechana przez krytykę. Co dziwne – zapowiedzi z optymizmem odnosiły się do elementów, które później w recenzjach wytykano jako największe wady. A jak ma się to do rzeczywistości?
Grafika faktycznie nie jest na poziomie najnowszych „dzieł” gatunku, ale nie jest źle. Wygląda schludnie, jest zrozumiała. Nie mam na co narzekać.
Całość rozgrywki jest mocno urozmaicona i to jest jej największą siłą. Nie wystarczy przeć przed siebie i walić do świń z shotguna (choć tego też mamy tu pod dostatkiem). Trzeba czasami ruszyć mózgownicą. Nie ma żadnych podpowiedzi, nikt nas tu za rączkę nie poprowadzi. Albo zorientujesz się co musisz zrobić albo utkniesz.
Będzie nam dane nawet pojeździć Monter Truckiem, pokierować samochodem-zabawką, pograć w pinballa czy w cymbergaja. Zagadki nie są skomplikowane, ale wymagają odrobiny pomyślunku. Warto poświęcić także chwilę zadaniom pobocznym, pobawić się nieco. Za pierwsze wykonanie czynności specjalnych podbijamy sobie pasek życia (zwany „Ego”, ale jak zwał, tak zwał).
Malkontenci narzekali mocno na ograniczenie posiadania maksimum dwóch broni przy sobie. Szczerze – mi w ogóle to nie przeszkadzało. Broni jest pod dostatkiem, amunicji zazwyczaj też. Przechodziłem grę na „normalu” i czułem lekki opór, ale obeszło się bez rwania włosów z głowy. Poziom trudności został dobrze wyważony.
Po włączeniu gry wszystkie inne (włącznie ze Skyrim) poszły tymczasowo w odstawkę do czasu, gdy ukończyłem DNF. To o czymś świadczy. Przechodzi się tę grę z niekłamaną przyjemnością, kampania jest długa biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, nie nudzi, feeling Duke'a został w pełni zachowany. Po przejściu można pobawić się nieco odschoolowym multiplayerem, którego polubią fani Quake'a 3.
W tej chwili DNF można kupić już w granicach 50zł i w takiej cenie naprawdę warto. Come get some!

Ocena: 7/10