24 kwietnia 2014
Godzilla kontra Mothra (1992)
Godzilla kontra Mothra
(1992) reż. Takao Okawara
Po całkiem fajnym „Godzilla kontra Król Ghidorah” liczyłem na przyzwoity poziom kolejnego filmu z serii. Tym bardziej, że wciąż w pamięci trzymam wersję z 1964 roku, choć już sam za dobrze nie pamiętam, dlaczego wywarła na mnie tak pozytywne wrażenie. Chyba nie byłem jeszcze skażony taką liczbą filmów z gatunku.
Prawdopodobnie by uniknąć pomieszania wersji z 1964 z tą z 1992 roku, dodawano tu i ówdzie podtytuł „The Battle for Earth”. Sam pomyliłem filmy wstawiając pierwotnie do swojej poprzedniej recenzji plakat z niewłaściwej wersji. Historia z Mothrą na tyle się spodobała producentom, że zasponsorowali jeszcze 3 kolejne filmy, w których potwór ten gra główne skrzypce. To znaczy - prawdopodobnie, jeszcze na 100% tego nie wiem, nie oglądałem.
Czyli musi być całkiem nieźle, prawda? Nieprawda. Oglądałem ten film na kilka razy, regularnie przerywając seans. Nie byłem w stanie usiedzieć przy nim dłużej niż pół godziny jednorazowo. Do napisania tego tekstu zbierałem się cały dzień, a piszę go ostatecznie około godziny pierwszej w nocy (kończę w okolicy trzeciej) i wciąż nie mogę się otrząsnąć. Może to zmęczenie materiału, może to usypiający śpiew kosmosek, sam nie wiem. Spróbujmy przeanalizować, dlaczego ten film to jednak padaka i/lub dlaczego nie rozumiem jego geniuszu. W końcu dorobił się nie tyle własnego spin-offu, co całej ich serii, musi w nim tkwić coś, co się widzom podobało.
Fabuła jest miksem wszystkiego, co już było. Mamy motyw żywcem wzięty z „Motry” – porwanie kosmosek i próba wykorzystania ich do celów zarobkowych. Te oczywiście wzywają potwora, by je uwolnił (niszcząc przy okazji całe miasto). W serii Showa, jak na ironię, później same pchają się w szpony showbiznesu, zatem całe to niszczenie miasta było o kant dupy. Nikt nie wini małych szuj, że z pełną premedytacją poświęcają życie setek ludzi, by ratować swoje małe dupcie. Co ja z tymi dupami tak zacząłem? Może dlatego, że ciągle wymawiają Mothra jako „moSRA”? A może dlatego, że cały film jest
Czytając komentarze i niektóre teksty o starszych filmach, dziwiłem się, że te dwie małe wróżki nazywane są wciąż „kosmoskami”. Nazwa ta pada dopiero tutaj, choć nazywane są jako „Cosmos”, czyli jakiś ogólny dziwny byt.
Miałem nawet taką teorię, że może jednak Mothra w tej serii nie reaguje na śpiewy dziewczyn, jak na nawoływanie. Może słyszy je w swojej głowie i nie może znieść ich śpiewu, dlatego czym prędzej próbuje znaleźć źródło i je zneutralizować. I po cichu liczyłem na to, że larwa w szale niszczenia wszystkich budynków po drodze, zniszczy także ten z kosmoskami w środku. I prawie tak się stało. Potem niestety okazało się, że stosunki między nimi są przynajmniej poprawne. Za to Godzilla, jeśli słyszy te śpiewy, na pewno jest dodatkowo nimi podkurzony. Ja byłem.
Mam jeszcze taką teorię, że nasza zezowata Miki powstała tylko po to, by być wypełniaczem dziur fabularnych. Jakaś postać czegoś nie wie, a wiedzieć powinna? Nie ma problemu. Oprócz tego pojawia się bez większego sensu i regularnie robi wielkie oczy.
Jej oczy mogą nieco drażnić, za to miłym powrotem jest rólka odegrana przez Akirę Takaradę, który grał także w wersji z 1964 roku, a także w „Inwazji potworów” i „Ebirah”. Przyznam, że w pierwszej chwili go nie poznałem po latach. Zresztą, jako typowy białas, miewam problemy z rozróżnianiem niektórych skośnookich braci.
W mitologii Mothry pojawiają się nowe motywy. Właściwie całą mitologię przepisano i upstrzono dość solidnie. Historia potwora sięga dwunastu tysięcy lat wstecz, a może i dalej. Pojawia się także nowy potwór, zły brat bliźniak Mothry, Battra. I tu chyba zgłupiałem, czegoś nie zrozumiałem. Pierwotnie Battra pokazywany jest jako potwór niszczący Ziemię, jest egzekutorem i karą dla ludzkości. Mothra zaś jest dobrym duchem tej opowieści i pokonuje złą Battrę, więzi ją gdzieś tam. Po „gdzieś tam” widzicie zapewne, jak bardzo zajmowało mnie zgłębianie tej historii. Pod koniec zaś Battra nagle ni z tego ni z owego dogaduje się z Mothrą i okazuje się, że Battra miała bronić ludzkości przed jakimś meteorem, który dopiero ma zniszczyć naszą planetę. To w końcu Battra miała być dobra czy zła? Co to za porąbana rodzinka potworów? Nie ogarniam tej kuwety.
Autorzy próbują tu także przemycić jakieś przesłanie, ale jest ono niezwykle wymuszone i dołożone na siłę. Ludzki wątek składa się głównie z tutejszego odpowiednika Indiany Jonesa (zjada cytrynę z niewzruszoną miną ze słowami „Nie ma rzeczy, którym nie podołam” – cóż za wzór męskości!) oraz jego byłej dziewczyny, która zmuszona jest prosić go o pomoc w sprawach służbowo potwornych. I mają razem dziecko. Przyznam, że ich wątek był jedynym naprawdę ciekawym i zajmującym. Szkoda, że nie rozwinięto go nieco silniej. I tu próbowano wpleść analogię wykluwania się i dorosłości w ich zachowaniach do wykluwania się Mothry z jaja. Niezbyt trafione, ale doceniam wysiłek. W pozostałych miejscach dosłownie wbijane do głowy sentencje typu „To przez nas! To przez to, co robimy z Ziemią!” nie robią żadnego wrażenia. Jeżeli chodzi o wątek ekologiczny, wolałem „Godzilla kontra Hedorę”.
Wykonanie nie robi już takiego wrażenia, jak w poprzednich odsłonach. Moje oko już się zdążyło przyzwyczaić do wysokiej jakości szczegółowych makiet, do spektakularnych wybuchów, nawet do przemycanej gdzieniegdzie grafiki komputerowej. Śmiem twierdzić, że stwory wyglądają tu nawet gorzej niż poprzednio. Na szyi Godzilli widoczne są dziwnie i „gumowo” zachowujące się zmarszczenia. Mothra wygląda na mało skomplikowany obiekt. A w postaci rozwiniętej przypomina wręcz pluszaka, fakturę ciała ma jakby z wełny. Nigdzie jednak nie miała metki „100% cotton”, zatem pewności nie mam. Odnoszę wrażenie, że jej model bardzo niewiele różni się od tego używanego przed laty. Za to Battra wygląda znacznie ciekawiej.
Wszystko zdaje się być bardziej mroczne i ciemne. Wyraźnie kontrastuje to z pstrokatością kolorków na skrzydłach naszych ciem. Czasem jest tak ciemno, że musimy wytężać wzrok by cokolwiek dojrzeć. Szczytem jest scena walki, która odbywa się pod wodą. Tam to już nic prawie nie było widać. Przynajmniej dźwięki były fajnie „owodnione”.
No właśnie, muzyka to oczywiście powtórzenie klasycznych motywów. Stare „mosurowe” brzmienia w nowej aranżacji, kilka znanych „godzillowych” kawałków i klasyczne dźwięki. Repertuar jest niezły, ale nie jest zbytnio rozbudowany, dlatego szybko zaczyna nużyć swoją powtarzalnością. Wyśpiewywane „Mosuraaaa” nadal usypia i nudzi niemożebnie.
Wspominane przeze mnie wcześniej nawiązania do Indiany Jonesa nie sprawdzają się w najmniejszym stopniu. Nie są ani parodią ani pastiszem, są nieudaną próbą zerżnięcia, czyli zarżnięciem.
Standardowo mam przygotowany zestaw pytań, które należałoby zadać bogom i bohaterom. Dlaczego pojedynczej gałązki przed Twoim nosem nie możesz ominąć albo odsunąć/odgiąć ręką, jak normalny człowiek, tylko musisz się na niej wyżywać maczetą? Z jaką prędkością po nieboskłonie musi poruszać się Słońce, aby wpadające promienie mogły w kilkanaście sekund z podłogi wejść na ścianę jaskini? Naprawdę, most linowy, to dla tych, którzy przegapili „Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady”? Wiem, że już o to pytałem, ale zastanawia mnie to tu jeszcze intensywniej – jakim sposobem w jednej scenie Godzilla stoi po pas w wodzie, by chwilę później w tym samym miejscu nurkować na dużej głębokości? Wciąż zastanawia mnie też jakim cudem zawsze te potwory schodzą się w jednym miejscu, by ze sobą walczyć? Od kiedy kosmoski potrafią latać? Po co w takim razie dziecko brało je na rękę, by je podsadzić?
To nie jest dobry film. Zbiorowisko wszystkiego, wygrzebywanie nagle jakichś wątków znikąd, monotonia dźwiękowa, wszystko nie do końca dobrze ze sobą zgrzane i zgrane. Wyczuwalny jest brak pomysłu na to, jak pociągnąć niektóre walki i jak doprowadzić do satysfakcjonującego finału. Godzilla wciąż łapie przeciwnika za ogon i łupie nim o podłoże wbrew ogólnym prawom fizyki, Mothra gryzie Godzillę w ogon, G niszczy linie wysokiego napięcia – naprawdę, to już widzieliśmy wielokrotnie. Wszystko jest naprędce łatane i rozsypuje się przy pierwszej próbie tknięcia jakąkolwiek analizą. Motywy w rodzaju pływających w magmie pod skorupą Ziemii Godzilli i Battry, „ukosmicznienie” mitologii Mothry kierują tę serię niebezpiecznie w kierunku obranym dawniej. Godzilla nabiera dziwnych gestów – zaciska pięści w trakcie chodzenia, przytakująco kiwa głową w stylu „No, należało mu się, załatwione”. To nie są dobre znaki.
Ocena: 3/10
Do następnego seansu siadam już z piwem w ręku. Co my tu mamy? „Godzilla kontra Mechagodzilla 2”. Jeszcze nie zacząłem oglądać, a już mam cały zestaw pytań o tytuł tego filmu. Mechagodzille w serii Showa były całkiem niezłe, może jednak będzie lepiej.
14 kwietnia 2014
Godzilla kontra Król Ghidorah (1991)
Godzilla kontra Król Ghidorah
(1991) reż. Kazuki Omori
Wooooooow!
To w sumie tyle, jeżeli chodzi o rzeczy, które mogę wam opowiedzieć o tym filmie bez spoilerów. Jest to zdecydowanie najlepsza odsłona od czasu pierwszego filmu z serii. Tak, lepsza nawet od „Godzilla kontra Hedora”. Może nawet ciekawsza od pierwszej odsłony, trudno porównać. To ciekawy film nawet dla tych, którzy w temacie nie siedzą. Zatem tych, którzy chcą obejrzeć, zachęcam. A tych, którzy nie obejrzą albo już widzieli zapraszam do lektury.
Jest to pierwszy film z serii, który nie doczekał się swojego wydania na zachodzie. To znaczy, doczekał się w obecnych czasach, ale zaraz po premierze był z tym duży problem. I muszę powiedzieć, że domyślam się dlaczego. Amerykanie przedstawieni są w dość niekorzystnym świetle. Nie tylko ich przyszłość ukazana jest jako znacznie słabsza od japońskiej, ale i gdy bohaterowie znajdują się w czasach drugiej wojny światowej, widzimy, jak potwór zabija masę amerykanów. Wprawdzie nigdzie jednoznacznie nie komentuje się słuszności walki po żadnej ze stron konfliktu, ale i tak wystarczyło na bana.
Na dzień dobry wybieramy się od razu w podróż do dalekiej przyszłości, do roku 2204. I żadnych iksów w dacie, dokładność godna podziwu. Do tej pory wyjeżdżaliśmy najdalej około 30 lat do przodu. I dostajemy dziwny spoiler – widzimy King Ghidorę bez jednej głowy na dnie oceanu, chyba martwego. Dowiadujemy się, że oryginalnie potwór miał trzy głowy, ale jedną stracił w walce z Godzillą w XX wieku. I bum – muzyka, czołówka. Cóż za wprowadzenie! Manewr pokazywania fragmentu środka filmu na samym wstępie nie jest nowy, ale wówczas jeszcze nie był tak nadużywany, jak obecnie. Wiadomo było po samym tytule, że do walki dojdzie, ale żeby na starcie dowiadywać się jaki będzie efekt? Przyznam, że w pierwszej chwili byłem nieco zawiedziony, że zdradzono mi coś takiego na samym początku. Później jednak otrzymałem sowite zadośćuczynienie. Bo, jak się okazuje, to nie był wcale koniec tej historii.
Trzymając w pamięci filmy z serii Showa, spodziewałem się podobnej genezy Ghidory. Autorzy doskonale wiedzieli, czego widz oczekuje. I zagrali mi na nosie. Spodziewałem się przybycia kosmitów i ich ostatecznej broni w postaci stwora. Byłem przekonany, że w UFO są kosmoludki i zaśmiałem się w głos, gdy zobaczyłem, że po raz kolejny wyglądają jak ludzie. Co się okazuje – wyglądają tak, bo są ludźmi. To przybysze z przyszłości.
Opowiadają historię o przyszłych tragicznych wydarzeniach i o tym dlaczego trzeba się pozbyć Godzilli. A myśleliście, że to ja spoilery sprzedaję? Ci to dopiero mają rozmach. I dlaczego właściwie wybrali sobie rok 1992, a nie inny? Dlaczego sami, bez towarzystwa nie przybyli do roku 1944, żeby zapobiec powstaniu potwora? Dlaczego słyszymy okrzyk „Time warp”, ale w pobliżu nie ma nigdzie pana Sulu? Tego nie wie nikt. Sporo takich dziwnych dziur fabularnych tu napotkałem i zebrała mi się cała masa pytań. I co ciekawe – bzdury te w ogóle nie zepsuły mi odbioru.
Zadbano o taki detal, jak brak możliwości podróży w czasie celem spotkania samego siebie z przeszłości. Rzekomo jedna z wersji uległaby natychmiastowej anihilacji. Jednak nie zadbano o taki detal, jak modyfikacja wiedzy świata przedstawionego w oparciu o zmienione wydarzenia. Gdy Godzilla przestaje istnieć, ludzie tego świata wciąż wiedzą czym on jest, choć nigdy się nie pojawił na powierzchni. Okazuje się później, że dziwnym zbiegiem okoliczności Godzilla i tak powstał, ale narażony na nowszą wersję bomby atomowej, o wiele silniejszą, stał się jeszcze większy i potężniejszy. A myślałem, że promieniowanie zabija, a tu proszę, można zamiast sterydów stosować.
Po raz pierwszy poznajemy prawdziwą genezę Godzilli. Jest nim dziwna odmiana tyranozaura. Krwawi czerwoną krwią, kule z broni maszynowej nie wyrządzają mu krzywdy. Nawet wystrzał z RPG nic mu nie robi. Gruboskórny jakiś. Nie znam żadnego zwierzęcia, nawet bardzo dużego, od którego kule by się odbijały, jak od Supermana.
Po raz kolejny pojawia się nasza zezowata wizjonerka Miki. Tym razem jest przywódczynią… Drużyny G (i nucimy: tu tu tuuuum, tum tum tuuuuum!). Niestety, nie dorobiła się własnego vana. Tak naprawdę drużyna nazywa się „Godzilla Team”, ale biorąc pod uwagę zapędy do skracania imienia stwora do samego „G” wiele nie naciągnąłem. Wspomina ona też o tym, że Wielki G wciąż jest osłabiony po atakach bakteryjnych z poprzedniego filmu. Patrzcie, jednak skubańce pamiętali i odnieśli się do tego.
O każdej postaci można coś sensownego napisać, nikt tu nie umyka. Ciekawą postacią jest android, który w dużej mierze przypomina mi T1000. Całkiem możliwe, że jakaś inspiracja mogła wystąpić, „Terminator 2” ukazał się raptem pół roku wcześniej. Stroi on miny nieprzeciętne, można powiedzieć wręcz, że „głębinowe”. Soft wgrywany ma z płytek (cd?). Kto by pomyślał, że ludzie z przyszłości nie będą już używać taśm i kaset, a nawet dyskietek, prawda?
Niezwykle ciekawą postacią jest także weteran wojenny i biznesmen Shindo. Jest tu niesamowita scena, gdy po latach się spotykają, Shindo roni łezkę, Godzilla też go najwyraźniej poznaje i zdawać by się mogło, że także swoją łzę roni, po czym… potwór atakuje i niszczy swojego starego znajomego wraz z całym budynkiem!
Kilku rzeczy nie rozumiem. Wspominałem już o problemie wiedzy społeczeństwa. Zadziwia mnie także fakt, że zapomnieli już o tym, że tę oryginalną, pierwszą Godzillę przecież permanentnie zabili jeszcze w 1954 roku! A teraz okazuje się, że jest tylko jeden Wielki G i tylko jego wystarczy przenieść z dala od terenu testów nuklearnych? Gdy ludzie planują poddać dinozaura promieniowaniu, by stworzyć potwora ponownie – skąd mają tę pewność, że będzie on w ogóle chciał walczyć z Ghidorą? Może połączyliby siły, przecież oba stwory zajmują się głównie niszczeniem ludzkich domostw i linii wysokiego napięcia (stały motyw)? Dlaczego Godzilla na środku oceanu wyłania się z morza stojąc po pas w wodzie? Jak on zawsze znajduje aż takie mielizny? I dlaczego towarzyszy temu Disneyowski „błyszczący” dżingiel? Skąd się wzięły, do diaska, te kartony przed samochodem? Jakim sposobem podnosi całego Ghidorę za ogon i uderza nim o ziemię? Czyżby prawa fizyki traktował jedynie jako „takie bardziej wskazówki”? Jakim cudem Ghidora przeżywa pod wodą bez jednej głowy 200 lat i nawet nie próbuje się przez ten czas ruszyć z miejsca? No i skoro po przeniesieniu się do przyszłości ludzkość nadal ma się całkiem nieźle, po co w ogóle wracać? Czyż ludzie ostatecznie jednak nie poradzili sobie z Godzillą? Dlaczego są tacy bezbronni, przecież mieli tyle opcji w poprzednich filmach? Czy ta kobieta steruje tylko jedną głową Mecha Ghidory czy całym cielskiem?
Tak wiele pytań! Cóż, gdy fabuła dotyka podróży w czasie, o pomyłki i paradoksy ekstremalnie łatwo. Co nie zmienia faktu, że temat jest bardzo chwytliwy i po prostu się sprawdza. Postaci są barwne, bawią i przywiązują do siebie. Oglądałem z zainteresowaniem i gorąco polecam tę odsłonę każdemu. Oprócz wizualnego spektaklu na poziomie znanym z poprzednich filmów serii Heisei czeka was tu coś więcej.
Ocena: 6+/10
„- Enemy plane, sir?
- Impossible. No plane can fly that fast. That looked to me like it was from another planet.
- I have to agree, sir. It did look like it was from another planet, but … shall we report it, sir?
- What, that we’re being invaded by little green men from outer space? Let's just keep it as our secret. You can tell your son about it, when he’s born, major Spielberg.”
12 kwietnia 2014
Godzilla kontra Biollante (1989)
Godzilla kontra Biollante
(1989) reż. Kazuki Omori
Minęło 5 lat zanim studio Toho odważyło się na realizację kolejnego filmu z Godzillą w roli głównej. Najwidoczniej nikt nie miał pomysłu na fabułę, bo po raz kolejny zorganizowano konkurs na scenariusz. Zwycięski tekst i tak został przerobiony (przepraszam, "poddany koniecznym przeróbkom") zanim został zrealizowany. Mając w pamięci porażkę Jet Jaguara i całego filmu „Godzilla kontra Megalon” byłem zrażony do tego typu pomysłów. „Godzilla kontra Biollante” udowadnia jednak, że czasami amatorzy fani potrafią mieć ciekawe, ale i dość odjechane pomysły. Jednak, jak wiemy, dobry pomysł nie zawsze przekłada się na dobrą realizację. Jak będzie tym razem?
Akcja zaczyna się zaraz po wydarzeniach znanych nam z poprzedniego filmu. Tokio w zgliszczach, a naukowcom udaje się odnaleźć kawałki ciała Godzilli. Te okazują się bardzo cennym materiałem do dalszych badań genetycznych. Reszty zapewne się domyślacie.
Przesłanie skierowane przeciwko zaawansowanym badaniom genetycznym nie trzyma się kupy. Z jednej strony wciąż przedstawiane jest jako coś złego, czego powinno się zaprzestać. Tymczasem w rzeczywistości widzimy przerażające skutki tych badań, ale i zbawienne dla ludzkości. Czyli – nie podejmujmy się badań, dajmy się zabić.
Wstęp nastraja wyjątkowo dobrze. Oprócz akcji, która zaczyna się od samego początku (przypomnienie destrukcji Tokio, walka o materiał genetyczny potwora) pozytywnie nastraja także muzyka. Rockowa wariacja na temat dobrze znanych Godzillowych motywów to jest coś, czego się nie spodziewałem. I zostałem mile zaskoczony. Ku mojemu zdumieniu wraca także „wesoła” melodia znana jeszcze z pierwszego filmu (ta „pasująca” do detonacji min głębinowych).
Jedno staje się jasne – poprzednia odsłona wbrew temu, co twierdziłem w swoim poprzednim tekście, jest jednak rebootem przekreślającym wszystko oprócz pierwszej części. „Godzilla kontratakuje” nie mogło mieć miejsca, gdyż widzimy tu sceny z Osaki, gdzie słynna pagoda stoi nienaruszona. Oczywiście mogła być odbudowana, ale stawiam jednak w tej chwili na to, że walka z Angilasem jednak nie miała miejsca w tym uniwersum. Z kolei akcja „Godzilla kontra Biollante” ma miejsce głównie w 5 lat po wydarzeniach z „Godzilli”, czyli idealnie zbieżnie z czasem realizacji filmów. Ach, no i nie liczcie, że wyżej wspominana pagoda zostanie zdewastowana – nic z tego tym razem.
Aktorstwo jest niestety na dość niskim poziomie. O ile japońskie kwestie przechodzą bezboleśnie, tak angielskie wołają o pomstę do nieba. Napisy mam w języku angielskim i w trakcie, gdy postaci po angielsku mówiły, napisów nie było. A żeby ich słowa zrozumieć trzeba było mieć nieraz naprawdę wiele wyobraźni.
Zresztą cała ta międzynarodowa intryga wydała mi się zbędna, dodana na siłę. A może po prostu nie poświęcono temu wątkowi odpowiedniej uwagi. Snuje się on tam gdzieś w tle, czasem odrobinę posunie się do przodu, by w finale nawet ciekawie się zakończyć. Szkoda, że widz zostaje z wrażeniem, że ten motyw był zupełnie zbędny. Wielka szkoda, przecież w „Godzilli” z 1984 polityczne rozgrywki były rzeczywiście ciekawe.
Motyw miłości, tęsknoty, próba wplecenia w to nieco ciekawszych wątków ludzkich niestety także skazana została na porażkę. Coś się tam pojawia, ale przedstawiane jest w taki sposób, że widz kompletnie nie przywiązuje się do postaci, nie kibicuje jakiemuś rozwiązaniu, stoi gdzieś obok tego wszystkiego. Znacznie bardziej byłem zainteresowany wątkami z „Terroru Mechagodzilli”, które także potraktowane nieco niechlujnie, ale przynajmniej zaciekawiały.
Gwoździem do trumny - jak dla mnie - była postać wizjonerki z mocami paranormalnymi. Z tą trumną może trochę przesadziłem, na papierze musiało to wyglądać ciekawie. Gdy teraz o tym myślę, to pomysł brzmi całkiem nieźle - jest szansa na zbliżenie się do „Dragonballowego feelingu” – ki przeciw potworom, żywe opisywanie i komentowanie walk przybliżanych tym sposobem widzowi. W praktyce w tę postać w ogóle nie uwierzyłem. Trzeba to przyznać – powstała tylko po to, by tłumaczyć widzowi co się tak naprawdę dzieje, by wątki ludzkie ściślej powiązać z potwornymi. W rezultacie mamy postać irytującą swoim mistycyzmem i przekonaniem o swojej nieomylności.
Wątek badania naukowego Godzilli jako ciekawego zwierzęcia, badania właściwości pochłaniania radioaktywności nie jest wcale taki nowy. Pomysł powstał już w pierwszym filmie z cyklu, gdzie naukowcy stanęli przed dylematem unicestwienia stwora lub badania go dla dobra ludzkości. Tu wątek ten jest nareszcie należycie rozwinięty. To jedyne, co w wydarzeniach „ludzkich” mnie zainteresowało. Ach, no i był żołnierz, któremu udało się strzelić z rakietnicy prosto w paszczę Godzilli – so awesome.
Ciekawe jest także to, że tym razem Godzilla nie przychodzi ot tak sobie. Uwolnienie potwora to element szantażu i to człowiek jest bezpośrednio winny.
A jak spisały się potwory? Kostium G (bo i tak nazywany tu bywa Godzilla) uległ drastycznym zmianom. Przede wszystkim – pozbył się zeza (za to dorobiła się go nasza mistyczka). Zębiska wciąż ma wysunięte, ale nie wygląda to już tak idiotycznie. Dorobił się wyrośniętych mięśni barków, sprawia wrażenie jakbyśmy mieli do czynienia z bardziej przykoksowaną wersją potwora z poprzedniego filmu. Troszkę to kontrastuje z przypomnieniami pokazywanymi na początku, jednak sceny są od siebie dość odległe, widz ma prawo nie zauważyć.
Do niektórych scen musieli zbudować sporej wielkości basen albo kręcić nad jakimś jeziorem lub morzem. Sceny demolki wyglądają fachowo. Nie ma tu już takiej rewolucji, jak między serią Showa, a obecnie opisywaną, ale widać stopniowy progres.
I choć potwory wyglądają nieźle, to ich pierwsze starcie następuje już gdzieś w połowie filmu, jest krótkie i kończy się dość jednoznacznie. Dalsze zmagania z Godzillą są nawet ciekawe. Ludzie wykorzystują wszystkie znane im sposoby na zabicie potwora, łącznie z tymi wyciągniętymi nagle z dupy po godzinie seansu. Mam tu na myśli generator pogody z „kierunkowym wystrzeliwaczem” piorunów. I jakoś nikt nie wpada na to, by spróbować metod używanych pięć lat wcześniej. Dodajmy, że sprawdzonych i skutecznych metod. Wprawdzie pojawia się udoskonalony Super-X (nazwany jakże kreatywnie – Super-X 2), próbuje odbić oddech G z powrotem do nadawcy. Ale żeby użyć tych samych pocisków, co ostatnio albo zagrać dziwną wersję nawoływania ptaków, to nie – po co?
Zaś finałowa potyczka pojawia się tak głęboko z dupy, jak to możliwe. Uwaga, spoiler będzie. Otóż Godzilla w finale walczy ponownie z Biollante, którego spalił żywcem wcześniej. Jakim cudem Biollante wraca? Jako niebiański pyłek przylatuje z nieba, materializuje się w postaci dziwnej, przerośniętej rosiczki po czym ulatnia się tym samym sposobem. Czy ma to jakieś uzasadnienie? Bardzo nikłe. Sami autorzy nie mogą się zdecydować czy szukać genezy Biollante w nauce czy w mitologii, korzystają z każdego po trochu. I po całej tej walce Godzilla i tak przeżywa, odchodzi do morza. I to ma być sukces?
Nawet ciekaw jestem czy słabość w postaci podgrzewania temperatury ciała potwora, by uaktywnić zaszczepione bakterie będzie jeszcze wykorzystywana. Albo czy przebite na wylot łapsko będzie nadal ranne i nie do końca sprawne. Co ja gadam, kto by się takimi detalami w takich filmach przejmował, prawda?
Ostatecznie dostałem zestaw nudnych wątków ludzkich z małym, niezbyt przejmującym twistem na koniec. Dostałem też wątek polityczno-szpiegowski, mało ciekawy i w niewielkich ilościach podawany (do polityki z poprzedniego filmu bardzo daleko). Na pseudoliryczne frazesy prawione na koniec nie dałem się nabrać. Oczywiście jest i mięsko główne, czyli świetnie zrealizowane potwory, ich walka i ogólna demolka. Muzyka będąca miksem nowego ze starym sprawdza się wyśmienicie. Choć zadziwił mnie odgłos uderzenia człowieka ciężkim przedmiotem w głowę – BOINK! Co to, film animowany?
Wizualnie spektakl, ale scen ze stworami było jakby mniej, co przy mało porywających ludzkich wątkach sprawiało, że tę godzinę i czterdzieści minut z hakiem odczułem znacznie bardziej. Na powiekach. Hak w powieki – BOINK!
Ocena: 4/10
P.S. Mały cytat na koniec:
„Wyglądasz jak Batman”.
6 kwietnia 2014
Godzilla (1984)
Godzilla
(1984) reż. Koji Hashimoto , R.J. Kizer
Na trzydziestolecie serii Toho wraca do Godzilli. Film nazywany był różnie, różniście, a to „Powrót Godzilli”, a to „Godzilla 1985” (bo w USA ukazał się nieco później, głównie dlatego że tradycyjnie musieli dorobić swoje dokrętki), dodawano podtytuł „The Legend is reborn”. Dlaczego? Oryginalny tytuł brzmi po prostu „Gojira”, czyli „Godzilla” i już, po co to zmieniać i mieszać? Chyba mam odpowiedź na to pytanie.
Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście chęć odróżnienia pierwszego filmu od najnowszej odsłony.
Spodziewałem się, że pierwszy film serii zwanej jako „Heisei” będzie rebootem całej serii, ale nie do końca tak jest. Otóż jest to reboot, ale przekreślający wszystko, co wydarzyło się po „Godzilla kontratakuje”. Wielu twierdzi, że i ten kontratak także jest skreślony, ale mamy tu drobne przesłanki świadczące o tym, że jest inaczej. Wracając do tytułu – zapewne nikt nie chciał wprowadzać widza w błąd. Ja też dałem się wymanewrować, a gdybym miał wybierać najlepszą opcję, wybrałbym jednak „Powrót Godzilli”. Był kontratak, był rewanż, ale powrotu jeszcze nie było.
Dlaczego uważam, że „Godzilla” z 1984 roku to „trójka”? Po pierwsze – Godzilla zostaje uwolniony przez wybuch wulkanu. Jak i gdzie został uwięziony? Patrz: finał części drugiej. Ponadto w mieszkaniach widzimy w tle miniaturowy szkielet tyranozaura, który jest oczkiem puszczonym do widza. Nieco później widzimy szkielet stegozaura albo inne ustrojstwo będące inspiracją dla Angilasa, znanego nam z „dwójki”. Gdyby fabuła miała miejsce po wydarzeniach znanych z „jedynki”, z pewnością musiałoby paść nieco więcej pytań związanych z jej zakończeniem.
Fabuła kręci się tutaj bardzo ciasno wokół Godzilli, rzadko zbaczając w kierunku czegoś na kształt romansu. Nawet wątki polityczne wyraźnie i nierozerwalnie związane są z Godzillą.
Przesłanie filmu nawiązuje do pierwszej odsłony, ale umieszczone zostaje w zupełnie innym kontekście. „Król potworów” ukazał się w okresie, w którym kurz jeszcze na dobre nie opadł po wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a strach Japończyków przed bombą atomową był wciąż aktualny i żywy. „Godzilla” z 1984 umaczany jest zaś w sosie zimnej wojny, staje się personifikacją bomby atomowej, która wybucha w obliczu tak napiętej sytuacji międzynarodowej. Prawdziwy wybuch atomowy też będziemy mogli tu zobaczyć.
Tak silne skupianie się na głównym wątku mimo wszystko nie nudzi przez godzinę i czterdzieści minut. Na początku mamy nawet nieźle budowane napięcie zepsute tylko przez dość szczegółową fotkę potwora. Gdybyśmy na samym początku zobaczyli jedynie ów sfotografowany cień, byłoby znacznie ciekawiej. Kiedy potwór się już pojawia, zajmuje większość czasu ekranowego. I większą część ekranu także. Nic dziwnego, naukowcy szacują jego długość na około 80 metrów.
Kostium i model Godzilli w porównaniu do poprzednich odsłon wygląda po prostu rewelacyjnie i zjawiskowo, co autorzy zdają się wiedzieć doskonale. Nie boją się zbliżeń, dalszych planów i pokazywania potwora pod każdym możliwym kątem. Owszem, oczy wciąż ma komiksowe, kły wampirze, niektóre ujęcia wyszły dość dziwnie, na innych widać perfidnego zeza rozbieżnego, ale ogólnego wizerunku to nie psuje. Potwór porusza wargami, rozwiera gębę, mruga, węszy, ma cały zestaw skomplikowanych ruchów. Porusza się dość ciekawie, choć nieraz widoczne jest nienaturalne gibanie się głowy na boki. Muszę przyznać, że szczegółowość modeli i kostiumów zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie spodziewałem się, że tą techniką można osiągnąć tak dobry efekt. Wciąż podoba mi się to bardziej niż efekty generowane komputerowo.
Zainwestowano tym razem w rzeczywisty sprzęt, a na ekranie można zobaczyć sporą liczbę statystów. Wartość produkcyjna tego filmu stanęła na znacznie wyższym poziomie niż poprzednie odsłony.
Podrasowano także ryk Godzilli, którego brzmienie nadal przypomina oryginał, ale jest nieco inne, jakby bardziej basowe i bliższe rzeczywistości. Muzyka ogólnie sprawia pozytywne wrażenie, choć czuć lata osiemdziesiąte (za którymi nie przepadam). A melodia towarzysząca pojawianiu się broni „Super X” (ależ kreatywnie nazwana, prawda? Cóż, naukowcy to nie poeci) ma fragment łudząco przypominający muzykę z „Gwiezdnych wojen”. To dość ciekawe porównanie, szczególnie w kontekście bezpośrednich nawiązań do amerykańskiego SDI, znanego także właśnie jako projekt „Gwiezdne wojny”.
„Godzilla” zdecydowanie nie jest filmem kierowanym do najmłodszych, jak to miało miejsce niegdyś. Te dzieci, które fascynowały się serią w latach siedemdziesiątych są już nastolatkami albo dorosłymi, zaś fani pierwszych odsłon to już stare pryki. Wiadomo było, że to właśnie oni w pierwszej kolejności popędzą do kin i to jest film dla nich.
Już na początku widzimy kilka makabrycznych scen i jakiegoś przerośniętego potworka inspirowanego chyba serią o Obcym. Pierwotnie myślałem, że to „Syn Godzilli” (wciąż ładniejszy od Minyi), ale później dowiedziałem się, że to tylko jakaś przerośnięta pijawka (właściwie to Caligdae, cokolwiek to jest - przyp. red.), która zmutowała pod wpływem promieniowania Godzilli. Ludzie giną. Krew już nie sika, ale się pojawia. Co ciekawe, Godzilla w pewnym momencie „krwawi” żółtą cieczą z pyska. Dziwne, kiedyś zwykł sikać krwią.
Potwór nie jest już obrońcą ludzkości, ponownie jest niszczycielem i tym razem jedynym jego przeciwnikiem są ludzie. Na początku jeszcze jest to tylko dziwne zwierzę, które szuka źródeł pożywienia. A że żywi się radioaktywnością… cóż, gdzie znajdzie jej więcej niż u ludzi? Zjada atomową łódź podwodną, podjada w elektrowni i … odchodzi w pogoni za ptaszkami. Zupełnie, jak małe dziecko krzyczące „Oooo, motylek”. Do tego wydarzenia dorobiono nawet jakieś uzasadnienie i wyciągnięto wnioski, ale motyw z magnetyzmem wyglądał na naciągany. Do pewnego momentu zatem mamy wielkiego zwierzaka, a później… Godzilla postanawia zaatakować Tokio. Dlaczego? Nie dostajemy odpowiedzi, ot po prostu, dla zabawy chyba. Co ciekawe, na miejscu wszelkie zniszczenia budynków wychodzą mu zawsze przypadkowo.
Wątek ludzki jakiś tam się zawiązuje. Mamy dziennikarza, który próbuje ujawnić powrót Godzilli (a gdy mu się udaje, dwójka postaci obraża się na niego nie do końca wiadomo z jakiego powodu – ot, nawiązanie do stereotypu złego pracoholika - dziennikarza). Mamy ocalałego świadka powrotu Godzilli i jego siostrę żyjącą w nieświadomości o „ocalałości” swojego brata. Hmm, czy kogoś, kto wiele przeżył można nazwać przeżytkiem? Mamy też przywódców Japonii, USA i Rosji, wszystkich w rozterce i z kwaśnymi minami. Znalazło się nawet miejsce na mały wątek humorystyczny. Jest to dość luźne zbiorowisko okołogodzillowych wydarzeń, czasem udowadniających ludzką głupotę, innym razem mądrość i podskórne dążenie do pokoju na świecie.
Masy ludzkie są zaś głupie doszczętnie. Przy zarządzeniu ewakuacji miasta i ew. ukrywaniu się w podziemiach metra większość mimo wszystko woli wyjść i popatrzeć na walkę Super X z Godzillą. W każdej chwili potwór może ich zabić albo zabić może ich bomba atomowa, ale co tam, chodźmy zobaczyć Godzillę. A potem zdziwienie, panika i śmierć.
Zdziwiła mnie scena, w której helikopter ratuje z walącego się budynku dwie osoby, a dwie zostawia na pastwę losu i odlatuje. Możemy się domyślać, że może było za mało miejsca, może było to zbyt niebezpieczne, ale gotowego wyjaśnienia nie zobaczymy.
Głupoty nie ustrzegł się także potwór, którego zwierzęce zachowania jestem w stanie zrozumieć, ale pędzenie za odgłosami ptaków niczym ćma do światła jest już przesadą. Godzilla nie patrzy dokąd idzie, co stoi na drodze, czy grozi mu tam jakieś niebezpieczeństwo, zero instynktu samozachowawczego, po prostu „ptaaaaaszki”. Tak za ptaszkami gania, może jednak Godzilla to kobieta?
Muszę uznać reboot serii za udany, ale niestety głównie wizualnie. Wątki polityczne były nawet ciekawe. Miałem wrażenie, że cały film to ciągłe „O rany, o jeju, Godzilla nadchodzi, ooooo, nadszedł, zróbmy coś”. Ogląda się dobrze, wszystkie składniki są na miejscu, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś specjalnie zaintrygowany czy zainteresowany czymś ponad oprawę wizualną. Na koniec dostajemy tylko smutną piosenkę śpiewaną wyjątkowo po angielsku „Goodbye now Godzilla, Goodbye now, until then…”.
Ocena: 5+/10
3 kwietnia 2014
Terror Mechagodzilli (1975)
Terror Mechagodzilli
(1975) reż. Ishirô Honda
Jeżeli nie oglądałeś jeszcze, drogi czytelniku, filmu „Godzilla kontra Mechagodzilla” to chyba czas najwyższy. Bo to dobry film. No dobra, przyzwoity. I czytając ten tekst musisz mieć świadomość, że możesz natknąć się na spoilery. O ile w przypadku takiego „Rewanżu Godzilli” czy „Godzilla kontra Megalon” rzucając spoilerami ratuję tylko wasz cenny czas, o tyle tutaj naprawdę lepiej obejrzeć wszystko własnoocznie. Tym bardziej, że „Terror Mechagodzilli” to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu i bez odniesień do poprzednika bardzo ciężko będzie tu cokolwiek opowiedzieć.
No właśnie, to w końcu „Terror Mechagodzilli” czy „Powrót Mechagodzilli” czy… „Monsters from an unknown planet”? Co jest grane z tymi tytułami? Ten ostatni to jakieś kuriozum totalne, a plakat po prostu zmyślnie zmyśla. Widziałem też plakat z dziwnym tytułem „The Terror of Godzilla”, do którego niektórzy odnoszą się jako do śmiesznego błędu, ale w istocie to plakat do „Godzilla kontra Mechagodzilla” nawiązujący do pierwszego ataku potwora na miasto. Słowo „terror” łatwo może wprowadzić w błąd, ale King Seesar widoczny w tle szybko z niego wyprowadza. Dobra, dość, mimo ładnego polskiego plakatu, wybieram Cię, „Terrorze Mechagodzilli”!
Pierwszą rzeczą, jaką muszę temu filmowi zarzucić to dziwne wprowadzanie widza w błąd obsadą aktorską. Po raz kolejny pojawia się Akihiko Hirata i znowu gra doktorka. Jego postać pokazana jest przez pryzmat jego przeszłości, zatem na starcie widzimy go jako stosunkowo młodego naukowca. I wygląda bardzo podobnie, a może i identycznie do doktorka granego w poprzedniej odsłonie serii. Przez większość czasu byłem przekonany, że to ta sama postać. Wszystko by się zgadzało, we fragmentach przeszłości widać kobietę podobną do wizjonerki, jego fascynacje, badania, wiek. Wszystko oprócz nazwiska. Zostałem wyprowadzony w pole i czuję się oszukany, dopiero po seansie zobaczyłem w Internetach, że imiona postaci są jednak różne. A byłoby to tak ciekawe, gdyby jedna z głównych pozytywnych postaci stała się tu jedną z głównych negatywnych.
Zatem moje próby umiejscowienia tego filmu w czasie sugerując się historią doktorka spełzły na niczym. Można jednak przypuszczać po wspomnieniach o innych potworach (scenki z filmu „Zniszczyć wszystkie potwory” wykorzystane szybko, zgrabnie i z umiarem), że akcja ma prawo mieć miejsce gdzieś na końcu chronologii. Z drugiej strony, dlaczego kosmici i ludzie mieliby tak długo czekać ze zbadaniem wraku Mechagodzilli po ostatnich wydarzeniach?
Wątki ludzkie i fabuła jako taka jest całkiem przyzwoita i tylko trochę nie trzyma się kupy. Tajemnica budowana jest umiejętnie, postaci nie są całkiem jednowymiarowe, a ich działania mają spore znaczenie dla akcji. Jest także wątek miłosny, ale pokpiony całkowicie. Bohaterowie zakochują się w sobie ot tak, bez większej chemii, jakoś tak od pierwszego lub drugiego wejrzenia.
Mamy kosmitów, niestety już nie zmałpionych, choć to zdecydowanie Ci sami. Wyciągnęli wrak Mechagodzilli i planują go odbudować. Jako pomocnika wynajdują sobie szalonego doktorka, który ma … własnego potwora. Dzieją się tu różne mniejsze lub większe „pierdu pierdu”, czyli dużo gadania, ale najważniejszy wątek dramatyczny to miłość ojca do swojej córki (bo w tę znacznie łatwiej tu uwierzyć). Poświęca świat, by ratować jej życie. A ta co? A ta [tu był spory spoiler, ale niniejszym go wycinam, bo aż tak wam zepsuć zabawy nie chcę]. Piękne, romantyczne, kilka głupot musiało powstać by ten wątek utrzymać, ale nic nie szkodzi, bo tylko on trzyma nas przy filmie. A przynajmniej przy sekcjach z ludźmi w roli głównej.
Wspomniałem, że postaci „nie są do końca jednowymiarowe”, co mogło zabrzmieć dość niejasno. Postaram się wytłumaczyć na przykładzie. Widzimy scenę dramatu i konfliktu tragicznego doktorka, który nie chce, ale musi sprzymierzyć się z obcymi i niszczyć ludzkość. Chwilę później kibicuje rozwałce i swoim potworom z nieukrywanym entuzjazmem. Można to poprzeć jakąś podskórną chęcią zemsty, która jest tu zaznaczona, ale nie zmienia to faktu, że pewien dysonans poznawczy spać mi nie daje. Kosmici to też najpierw biedne żuczki, które zmuszone są do przybycia na Ziemię, gdy ich własna planeta wciągana jest przez czarną dziurę. A potem żądne krwi bestie i typowi antagoniści do szpiku kości. I dlaczego chcąc postawić własne miasto chcą zrównać z ziemią Tokio? Co to, mało pól, łąk, pustyń na ziemi mamy? Z jednej strony widzimy złożoność postaci, z drugiej podkreślana jest ich płytkość i stereotypowość.
Swoją drogą mocno eksploatowany jest motyw „nie chcę, ale muszę”. Czasami miałem wrażenie, że nikt nie robi tu już niczego z własnej, nieprzymuszonej woli. Tak, jako dodatkową motywację mamy tu wplecioną odrobinę zemsty, ale w ilości znacznie mniejszej. Nawet Titanosaurus to potwór z natury łagodny, ale kontrolowany przez ludzi okazuje się wredną mendą i faulującym piłkarzem. Przynajmniej trafia, bo taki Mechagodzilla na przykład cela ma fatalnego.
A jak technicznie wyglądają potwory? Kostiumy wciąż na podobnym poziomie, nie spodziewałbym się niczego wielkiego, odgłosy na dłuższą metę nużą i powtarzają się zdecydowanie zbyt często. I to tyle jeśli chodzi o wady.
Titanosaurus jest znacznie ciekawszym potworem niż fragles King Seesar z poprzedniego filmu. Nawiasem mówiąc, z Seesara autorzy musieli jednak nie być zbyt dumni, bo wycięli go całkowicie ze scen przypominających wcześniejsze wydarzenia. Titanosaurus to dinozaur, który ogonem potrafi wygenerować niezłe wiatry (podobnie, jak Rodan czy Mothra robili to skrzydłami) i który, jak się okazuje, ma przepotężną parę w nodze. Jego kopniak wysyła Godzillę daleeeko w powietrze. Odgłos ma ciekawy, brzmi przerażająco, ale powtarzany tak często traci na swojej mocy i szybko staje się irytujący.
Mechagodzilla wykorzystuje tylko swoje umiejętności strzelnicze. Ciągle strzela z palców (moja dziewczyna nie lubi, gdy to robię), ciągle ma piorunujący wzrok i sieje popłoch. Niestety, umiejętności obronne poszły w zapomnienie podobnie, jak magnetyzm Godzilli. Za to kosmici naprawiając swojego robota poszli po rozum do głowy i gdy Godzilla po raz kolejny próbował urwać Mechagodzilli głowę, troszkę się zdziwił, że tym razem okazało się to mniej skuteczne.
Akcja prezentuje się naprawdę fajnie. Musieli mieć na planie jakiegoś piromana entuzjastę, bo wszystko bardzo efektownie eksploduje, a ogień i odłamki latają dosłownie wszędzie. Kostiumy delikatnie zajmują się ogniem, a w jednej ze scen Godzilla nawet nie lekko się podpala, ale po prostu całe jego plecy płoną. Dzięki temu wiele scen wygląda efektownie i docenisz to nawet jeżeli technika kostiumów i makiet nie robi na Tobie wrażenia.
Pewnym novum są sceny z potworami kręcone „od dołu” z prawdziwym niebem w tle. Całkiem możliwe, że to tylko wymuszone dokrętki poza studiem, ale rzeczywiste tło sprawiło na mnie pozytywne wrażenie i było miłą odmianą. Kamera ponownie lubi sobie wykonać objazd pokazując pole walki. Fajnie też wyszło pojawienie się Godzilli. W końcu ponownie stało się to wydarzeniem, czuć dzięki temu kto tu jest gwiazdą wieczoru.
Widzimy nierówną walkę Godzilli z dwoma potworami jednocześnie i oczywiście nasz Wielki G dostaje ostro w swoje Wielkie D. W pewnym momencie obrywa nawet rakietą tak bardzo, że para wychodzi z ust i ogólnie z głowy. Po czym jest żywcem pogrzebany i jakby tego było mało, dodeptany. Krew się nie leje, jak poprzednio, ale brutalności nie brakuje. I co ciekawe, dużą rolę w osłabianiu wrogów mieli ludzie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że poradziliby sobie bez Godzilli stojącego w ich obronie. Zatem mimo kilku wciąż śmiesznych scen (otrzepywanie się Godzilli z kurzu, dziwne ugryzienie Titanosaurusa w szczękę i łomotanie tak przeciwnikiem o glebę) akcja prezentuje się fachowo i wyjątkowo okazale.
Cóż, nie ma tu humoru (przynajmniej tego zamierzonego), ale to z założenia film dość poważny w swoim tonie i z ponurym zakończeniem. Zwroty akcji jednak bardziej podobały mi się w „Godzilla kontra Mechagodzilla”. Tutaj odnosiłem czasem wrażenie, że za dużo już jest tej gadaniny, za mało posuwania akcji do przodu. Choć pod koniec mamy pewne przesłanki o możliwym kontynuowaniu wątku kosmitów i Godzilli, to jak pokazała historia, był to ostatni film oryginalnej serii. Mimo, że te ostatnie dwie odsłony były naprawdę niezłe, znacznie lepsze od poprzednich, to Toho zrobiło sobie blisko 10 lat przerwy.
Ocena: 5/10
P.S. Są nie tylko cycki, ale i sado maso.
2 kwietnia 2014
Godzilla kontra Mechagodzilla (1974)
Godzilla kontra Mechagodzilla
(1974) reż. Jun Fukuda
Po kilku słabszych filmach z wieloma powtarzającymi się scenami na dwudziestolecie marki otrzymujemy całkiem niezłą perełkę pod niepozornym tytułem „Godzilla kontra Mechagodzilla”. Od początku widać, że tym razem autorzy postarali się o jakość i nawiązania do oryginału. A jednak, jak się chce, to można.
Muzyka jest świeżutka i wprowadza rewelacyjny nastrój. Bolączką będzie konieczność wysłuchania piosenki nowego potwora, który się tu pojawia, a jest nim niejaki King Seesar. Można uznać, że to swoiste nawiązanie do pieśni na część Mothry, ale de facto to tylko przydługi i męczący motyw. Zresztą, jak leniwym trzeba być potworem, żeby w obliczu wielkiego zagrożenia celem podjęcia jakiejkolwiek akcji kazać jeszcze zaśpiewać sobie piosenkę. Może ja też tak zrobię w pracy, nie wstanę rano z łóżka dopóki szef do mnie nie zadzwoni i nie zaśpiewa piosenki „Domowe przedszkole”.
Bardzo fajnie budowane jest tu napięcie, a całość akcji rozkłada się na cały film, a nie tylko na końcówkę (jak to bywało wcześniej). Walka między potworami przewidywana jest w kolejnych przepowiedniach. O pojawienie się King Seesara toczy się zacięty bój. Niemal do końca film potrafi wykorzystać nasze przyzwyczajenia z poprzednich odsłon i zaskoczyć nas nieco innym, nie do końca oczywistym obrotem spraw. Zaskoczyć z lekka potrafi także dźwięk i montaż. Myślę, że każdy znajdzie tu scenę, w której choć trochę uśmiechnie się do siebie.
Troszkę niezrozumiałe wydaje mi się tylko pojawienie się przebłysku King Ghidory w wizji jednej z bohaterek na samym początku filmu. Wychodzi na to, że akcja wciąż ma miejsce przed „Zniszczyć wszystkie potwory”. A sama taka informacja będzie dla mnie spoilerem, bo wiem co się w tamtym filmie działo.
Zatem mamy na początku ukłon w kierunku pierwszych dwóch filmów z serii. Samo zakorzenienie Seesara i całej akcji w mitologii lokalnej także jest takim ukłonem. Wraca nawet Akihiko Hirata znany z wielu ról na przestrzeni serii, ale pamiętany głównie za rolę Serizawy z pierwszego filmu. Mamy też standardowy motyw kosmitów, którego w jubileuszowym Godzilli chyba zabraknąć po prostu nie mogło. Dość głupie wydało mi się to, że po zranieniu lub śmierci ujawnia się ich prawdziwa forma. W rzeczywistości są … gorylami? Czyżby inspiracja „Planetą małp”?
Mamy też gwiazdę wieczoru, czyli mechanicznego potwora skontruowanego przez kosmitów. Ochrzczono go szybko „Mechagodzilla” i w końcu jest to potwór stanowiący sensowne zagrożenie. Walki to już nie tylko dziwne gesty i przewalanki potworów. Poczułem się trochę jakbym oglądał Dragon Ball Z. Godzilla dostaje łupnia w pierwszej walce (co się zdarzało, owszem, choć nie zawsze) po czym ledwo przeżywszy wzmacnia się znacznie i w przedziwny sposób nabiera / uczy się nowej umiejętności (przy okazji po raz kolejny wykazując odporność na pioruny, które niegdyś były przecież jego słabym punktem). Jest to umiejętność… magnetyzmu. Chyba zaczynacie rozumieć porównanie do Dragon Balla – ładowanie energii i oddziaływanie magnetyzmem niczym energią ki, na odległość.
Mechagodzilla także pokazuje wiele ciekawych możliwości ofensywnych i defensywnych. Leje dwa potwory jednocześnie bez większego wysiłku, przynajmniej na początku. Smaczku dodaje bezpardonowe pokazywanie krwi potworów, która choć zbyt wiarygodnie nie wygląda, to robi wrażenie. Kilka scen jest po prostu brutalna – rozdzieranie szczęki, krew sikająca z szyi, makabra jakaś. A jednak, to ta sama makabra, która wzbudza zaciekawienie i emocje i pokazuje, że tym razem mamy do czynienia z przeciwnikiem, z którym nie ma żartów. Nie ma grania z piłę kamieniami, grożenia sobie dziwnymi gestami czy innych zbędnych ceregieli.
Zdjęcia wyglądają ładnie, czysto. Nie znalazłem scen z recyclingu, a jeśli takowe były, to dobrze zamaskowane. Po raz pierwszy też kamera potrafiła wykonać dynamiczne ruchy ukazujące walkę i pozycję potworów względem siebie.
Film nie ustrzegł się wad. Oczywiście, nie omieszkam poczepiać się trochę, jak to mam w zwyczaju.
O ile Godzilla i Mechagodzilla wyglądają fachowo, o tyle King Seesar zaprojektowany został co najmniej słabo. Sprawia wrażenie, jakby wyciągnięty został żywcem z filmu animowanego o Fraglesach. Zresztą na początku dostaje niezłego łupnia, później też nie pokazuje wiele i sprawia ogólne wrażenie pobocznego przydupasa Godzilli, co stoi nieco w konflikcie z całym zbudowanym wokół niego napięciem.
Dlaczego Godzilla próbuje ukręcić głowę Mechagodzilli? Chwilę wcześniej Mechagodzilla obraca głową do woli. Zatem próby wykręcenia głowy powinny być całkowicie bezskuteczne, a jednak tak się nie dzieje.
Nie latam samolotami, ale trochę niepokojące wydaje mi się, że w samolotach wolno im palić. Na myśl przyszło mi tylko „Panie, to ja uchylę okno, żeby trochę ten Pana dym wywietrzyć”. Tak powinien się zacząć serial „Lost”.
W dziesiątej minucie mamy krótkie przypomnienie tego, co widzieliśmy w pierwszej minucie. Nie lubię, gdy traktuje się mnie, jak debila. Wystarczy, że regularnie robię go sam z siebie.
Doktorek widząc potwora z metalu od razu nazywa go „Mechagodzillą”, a po raz pierwszy w życiu widząc nowy materiał od razu nazywa go „Space-titanium”. „Mechagodzillę” zrozumiem, ale skąd teoria, że materiał znaleziony w jaskini należałoby nazwać z przedrostkiem „space”? „Hah, nie widziałeś poprzednich filmów? Wiadomo, że jak czegoś nie wiadomo, to to pochodzi z kosmosu.”
Przycisk kosmitów do otwierania drzwi nie działa? Hah, zastosuj uniwersalny filmowy sposób. Strzel do niego – bo na pewno poczuje moc strzału i ugnie się pod siłą jego argumentów.
„Godzilla kontra Mechagodzilla” to upchany akcją, mniejszymi zwrotami akcji film typowo sensacyjny. Względem znacznie słabszych odsłon takich, jak „Godzilla kontra Megalon” ta odsłona może uchodzić za arcydzieło gatunku, ale w kontekście ogólnie pojętej kinematografii, a także zwykłego zadowolenia z seansu już tak wspaniale nie jest. Zabrakło sensownego przesłania, tych drobnych pseudofilozoficznych wstawek, które nadawały dodatkowy sens i kontekst do całej tej młóćki. Same zwroty akcji też nie są specjalnie wyszukane. Są, bawią, ale, jak to mówią, szału ni ma.
Ciężko go ocenić na przykład w kontekście innych dobrych filmów z serii i chyba nie będę się silił na takie porównania. Można się zatem sprzeczać czy był lepszy niż np. „Godzilla kontra Hedora”, spojrzeć na ocenę i zgodzić się lub nie zgodzić, ale tego typu porównania nie mają już większego sensu. To są po prostu inne filmy, choć pozornie tak bardzo do siebie podobne.
Ocena: 5+/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)























































