20 października 2013
Motra (1961)
Motra
(1961) reż. Ishirô Honda
Przyznam, że do tego filmu nieco się przymusiłem. Głównie dlatego, że uznałem go za niezbędne preludium do obejrzenia kolejnych filmów o Godzilli. Nastawienie jednak miałem pozytywne. Po miłym zaskoczeniu seansem „Rodan” oraz jeszcze lepszym „King Kong kontra Godzilla” liczyłem na kino przynajmniej przyzwoite. I trochę się zawiodłem.
Zacznijmy jednak od uściślenia nazewnictwa – Mothra, Motra, Mosura, jak to ustrojstwo się w końcu nazywa? Stawiam na „Mosura”. „Mothra” była zapewne próbą anglojęzycznej interpretacji, aby wymowa była zbliżona do tej oryginalnej. No i oczywiście "moth" to z angielskiego "ćma". Z kolei spolszczone „Motra” jest bliskie tej angielskiej pisowni, ale od wymowy właściwej oddala się już istotnie. W filmie wyraźnie słychać pieśń „Mosuraaa, Mosuraaa”, która choć kiepska, to powtarzana tak często, że bezczelnie wije sobie kokon w naszej głowie.
W porównaniu do innych do tej pory recenzowanych przeze mnie kaijū-eiga (bo tak zwie się gatunek japońskich filmów o potworach) ten najmocniej skupiony jest na fabule i wątkach okołoludzkich. Potwór pojawia się bardzo późno i jest tylko motorem dla ludzi do rozwiązania pewnych problemów. Mosura, w przeciwieństwie np. do Godzilli czy Rodana, jest tutaj potworem bardziej pozytywnym. Wyrusza ona na swego rodzaju misję ratunkową. A zniszczenie i pożoga przychodzi jej jakoś tak przy okazji. Co robi Mosura, jaka jest jej specjalność? Przede wszystkim – pływa, chodzi, lata. I gdy to robi, nie obchodzi jej nic, co staje jej na drodze. „Hej, ten ogromny budynek stoi przede mną, w sumie mogę go ominąć kawałek obok, ale co tam” – jebudu!
Wprawdzie ma to miejsce bardzo późno w fabule, ale nie będzie chyba spoilerem coś, co widać na wszystkich plakatach – Mosura wije kokon i wykluwa się z niego jako motyl. Zawsze kojarzyłem sobie tego potwora jako ćmę, ale tutaj jest to ewidentnie motyl. Przerośnięty. I co on robi? W sumie mniej niż Rodan, bo tylko lata i generuje silne wiatry. I w bliżej niesprecyzowany sposób niszczy tym budynki, mosty i inne przybytki. A wszystko to bezdotykowo.
Zatem sam potwór, oprócz mitologii wokół niego zbudowanej, do zbyt interesujących nie należy.
Wizualnie film prezentuje się bardzo dobrze. Można śmiało powiedzieć, że efekty są na poziomie porównywalnym z „Rodanem”, lecz jedna rzecz w „Motrze” stała kością w gardle w tej materii. W scenach, w których udział brały makiety czołgów i innych wojskowych maszyn, mogli sobie darować dokładanie żołnierzy. Te wychylone z czołgów marionetki psują cały efekt i odnosiłem wrażenie, że w każdej chwili może się okazać, że za sterami kolejnego przejeżdżającego czołgu siedzi lalka Barbie.
Fabuła rozwija się w tempie dość powolnym i gdybym był człowiekiem mocno naciśnieniowanym na ostrą akcję od początku, zapewne byłbym srodze zawiedziony z tego powodu. A tak byłem zawiedziony z powodów zupełnie innych. Wpleciono tu liczne wątki o zabarwieniu humorystycznym, co pomysłem było zacnym, lecz w praniu wyszły przebarwienia. Niby jest to ten sam rodzaj humoru, który miałem okazję zobaczyć w „King Kong kontra Godzilla”, ale tu wydaje się to nie na miejscu. Robi to bez przekonania i jednocześnie próbuje zachować jakiś kompromis między powagą przesłania, a budowaniem sympatycznej postaci. Kombinuję, jak koń pod górkę, aby wyjaśnić wam dlaczego dowcip w tym filmie mnie nie rozbawił, ale chyba nie mam lepszego pomysłu. Dowcip jest po prostu głupi i to z rodzaju lekko-żenująco-głupiego. Nie wszystkie elementy są całkiem nietrafione, kąciki ust podnieść się potrafią, ale niezwykle rzadko.
A cóż z przesłaniem? Jest. I jest ważne, nie wpycha się go nam na siłę, ale i subtelności tu brak. Oczywiście mamy przesłanie przeciwko próbom jądrowym, ale także dotykamy praw człowieka, jakim by on człowiekiem nie był. Jak już wspomniałem, Mosura nie jest tu potworem pokazanym jako postać negatywna. Za to mamy ludzkiego antagonistę. I och, jak on jest prześwietnie zagrany. Od pierwszego spojrzenia wiadomo, że to będzie nasz „zły pan”, stroi miny niczym mim (teraz wszyscy powtarzamy na głos: „miny niczym mim”). Jego gra jest tak przesłodko wyolbrzymiona, że nie sposób nie czerpać radości z każdej chwili oglądania go na ekranie. I im dalej w las, tym jego postać bardziej zapędza się w swojej „złoczyńskości”. To człowiek do tego stopnia zły, że uciekając przed kimś i będąc w strasznym pośpiechu widzi staruszka z laską i po prostu nie może się powstrzymać, aby starcowi tej laski z rąk nie wyrwać. Ot tak, nie wiadomo w sumie w jakim celu.
„Motra” to film dość nierówny, lecz niestety przeważają tu raczej wady niż zalety. Świetnie się ogląda znanych japońskich aktorów (w epizodzie wraca także Takashi Shimura, czyli m.in. dr Yamane z „Godzilli”), którzy mają standardowo swój zestaw śmiesznych min. Szkoda, że danie główne, czyli Mosura, tak fajnie obudowana swoją własną mitologią (znacznie lepiej i ciekawiej niż „Godzilla”), jest finalnie potworem niezbyt ciekawym. I mimo to uważam, że warto ten film obejrzeć. Dlaczego? Bo jest to coś nieco innego w gatunku filmów o kaijū, niezbyt wybitnego, ale o podejściu troszkę z innej strony.
Ocena: 4/10
17 października 2013
King Kong kontra Godzilla (1962)
King Kong kontra Godzilla
(1962) reż. Ishirô Honda
Miałem plan, a w tym planie po drodze było obejrzenie takich dzieł, jak „Tajemniczy przybysze”, „Varan the Unbelievable” czy „Mothra”. Cały plan wziął w łeb i postanowiłem przeskoczyć od razu do następnego w kolejce filmu. Dlaczego? Posłuchajcie teraz uważnie: King Kong kontra Godzilla! Tak. Jeżeli jeszcze nie rozumiecie, proszę powtórzyć na głos: King Kong kontra Godzilla! Teraz już rozumiecie, prawda? Bez zaglądania do jakiejkolwiek recenzji, bez spoglądania na czyjąkolwiek ocenę, bez pytania kogokolwiek o zdanie od razu staje się jasne – trzeba obejrzeć ten film!
I to właśnie zrobiłem. Od początku można zauważyć, że w przeciwieństwie do poprzednich filmów z Godzillą ten nie traktuje siebie w pełni serio. Komediowy ton dobrze sprzyja tej produkcji i idealnie pasuje zarówno do tytułu, jak i moich oczekiwań z nim związanych. Żarty są nie najgorsze, pod warunkiem, że lubicie choć trochę humor dalekowschodni.
Godzillę spotykamy tam, gdzie zostawiła nam ją „Godzilla kontratakuje” (No jak to?!?). Cóż jednak z King Kongiem, w jakich okolicznościach mogłoby dojść do tej konfrontacji? Wyobrażam to sobie tak: Smutny Pan przyszedł do kilku lekko podpitych sake scenarzystów i powiedział „Panowie, wracamy do Godzilli. Tylko teraz ma być superfajnie i oglądalność ma być!”. Podpici scenarzyści niewiele się siląc (trzeba zachować siły na dzień następny) włożyli to do scenariusza i o dziwo okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Telewizja w poszukiwaniu sensacji i celem podbicia oglądalności wysyła ekspedycję, a ta znajduje King Konga. Akurat w tym samym momencie uwalnia się Godzilla i sieje zamęt, więc stacja nie może pozostać temu obojętna, musi wypromować swojego potwora. Albo lepiej, spróbować skonfrontować te dwa potwory i nakręcić materiał stulecia. Niczego więcej nam nie trzeba! To są dopiero szuje, prawda? Giną setki ludzi, a ich priorytetem jest oglądalność w TV. Jak tak dalej pójdzie, mało kto zostanie przy życiu żeby ich oglądać. Ale za to jaki będą mieli wynik w punktach procentowych!
Rzeczy bardzo dziwne dzieją się w tym filmie. Oprócz dorosłych częstujących dziecko papierosem i przedpotopowego telefonu komórkowego rzuciły mi się w oczy dość niestandardowe właściwości King Konga. Pierwsza właściwość, zapewne niezamierzona, ale bez której film straciłby bardzo wiele, to niekonsekwencja w określeniu rozmiaru naszego przerośniętego goryla. Jak dobrze pamiętamy, King Kong wspinał się na szczyt Empire State Building. Tu widzimy, jak w ręce chwyta dzbanki i wypija ich zawartość. I do tego momentu rozmiar zgrubsza by się zgadzał. Wiemy jednak, że Godzilla będzie wielkości najwyższych wieżowców, może i większy. Zatem King Kong powinien być przy nim małym wypierdkiem. Tak, co oczywiste, nie jest – wzrostem są mniej więcej równi. Ta niekonsekwencja nie jest mocno wyczuwalna, ale mnie nieco zastanowiła. No i niestety jest konieczna, aby ich pojedynek miał jakikolwiek sens.
Drugą właściwością będzie fakt, że King Konga wzmacniają pioruny i ogólnie pojęta elektryczność.
„- Błyskawice sprawią, że stanie się sto razy silniejszy.
- Jak Popeye po szpinaku?”
Bardzo dziwne, prawda? I zastanawiające. Dlaczego tak się dzieje, kto wpadł na tak szalony pomysł? Aby to wyjaśnić musimy sięgnąć nieco głębiej. Otóż pierwotnie film ten miał być konfrontacją: King Kong kontra potwór Frankensteina, gdzie doktor Frankenstein buduje swojego potwora z części martwych zwierząt. Później projekt przeistoczył się w pojedynek „Godzilla kontra potwór Frankensteina”, czego liczne pozostałości w tym filmie możemy uświadczyć. Podobno w niemieckich wersjach wydania tego filmu nadal są jakieś wzmianki na ten temat. I w przypadku potwora Frankensteina ta właściwość miałaby historyczne uzasadnienie. Dlaczego w ogóle ten element scenariusza zostawili? Chyba dlatego, że ciężko byłoby im wymyślić jakąś inną sensowną i ciekawą właściwość dzięki której King Kong mógłby na równi stanąć w szranki z ziejącym Godzillą. A co z potworem Frankensteina? Nie zmarnował się, zrealizowano projekt „Furankenshutain tai chitei kaijû Baragon” znany też jako "Frankenstein conquers the world", a także nieoficjalny sequel: „Pojedynek potworów”.
Skoro już wspominam o procesie produkcji filmu, od razu jestem zmuszony do drobnego zastrzeżenia – swoją opinię wyrażam w oparciu o wersję japońską. Amerykanie znowu zbezcześcili ten film i przerobili go tym razem znaczniej niż kiedykolwiek. Krążyły plotki nawet co do tego, że zmienili zakończenie, ale z tego, co się orientuję, to bujda na resorach. Ścięli ponad 20 minut filmu, w tym oczywiście także żart nabijający się z ichniejszego hitu pt. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”.
Dla obu potworów to debiut w kolorze i oba wyglądają w nim całkiem fajnie. Szczególną radość sprawiał mi zwycięski gest Godzilli polegający na radosnym machaniu łapkami.
Mimo iż to wersja japońska, możemy tu znaleźć kilka scen z amerykańskim wojskiem rozmawiającym po angielsku. No i należy zauważyć, że dość jednoznacznie King Kong jest tym dobrym, ratującym ludzi potworem w trakcie, gdy Godzilla zajmuje się głównie destrukcją.
Film ma od groma ciekawych sekwencji, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć. Do legendy powinny przejść cytaty takie, jak:
„Pociąg dalej nie jedzie. Godzilla idzie w naszą stronę.”
Wyobrażacie sobie usłyszeć coś takiego od konduktora w naszym rodzimym PKP? Część ludzi by wysiadła, ale większość z miejsca zaczęłaby się zapewne pieklić o zwrot pieniędzy za bilety.
Albo ta sekwencja wypowiedziana w trakcie obmyślania planu przez japońskie wojsko „ONZ kazała nam uratować świat.”
Ten unikalny humor jest wyczuwalnie zamierzony i zdecydowanie bawi. Sama konfrontacja jest ciekawsza od poprzedniej potyczki Godzilli. Ciekawych cytatów i screenshotów nazbierałem z tego filmu sporo, jednak staram się wam dać jedynie mały przedsmak tego, co możecie zobaczyć. Miałem spory problem w ocenie tego filmu. Jego samoświadomość, świetne wykonanie i brak nudy na przestrzeni całego seansu sprawił, że śmiało mogę powiedzieć: podobało mi się i jestem gotowy na więcej!
Ocena: 6/10
15 października 2013
Rodan (1956)
Rodan
(1956) reż. Ishirô Honda
Filmy o wielkich potworach niszczących miasta stały się popularne po premierze pierwszej „Godzilli” Ishirô Hondy. Omawialiśmy już „Godzillę”, omawialiśmy i sequel spod dłuta Motoyoshi Ody. Rok później Honda wraca z kolejną propozycją z gatunku. Tym razem będzie to wielki pterozaur Radon. Do historii przejdzie jednak nazwa, którą nadali mu Amerykanie: "Rodan".
Tym razem geneza nazewnictwa jest praktycznie żadna. Największy mądrala i doktor (czy już zawsze w tego typu filmach będziemy musieli mieć do czynienia z taką wszechwiedzącą postacią?) identyfikuje go pod tą nazwą i tak już zostaje. Dość komicznie rozpoznaje go jako pteranodona – przykładając jakieś zdjęcie ukazujące fragment skrzydła do … hmmm, chyba do jakiegoś obrazka z książki dla dzieci. Cóż za przypadek – obrazek idealnie pasuje do zdjęcia. Rysownik musi być z siebie dumny oglądając niszczone miasto, zapewne chwali się żonie: „Och, zobacz kochanie, moje wyobrażenie na bazie sterty kości okazało się idealnie zgodne z rzeczywistością. A poza, w której uchwyciłem tę kreaturę, okazała się idealnie zgodna z pozą, w której ktoś uchwycił go na zdjęciu. Mów mi Nostradamus!”.
Zarówno design potwora, jak i jego możliwości nie przypadły mi za bardzo do gustu. Większość zniszczeń dokonywana jest przez wiatr wywołany przez skrzydła Rodana albo przez grom dźwiękowy po jego przeleceniu. Tak, Rodan przelatuje wszystko co się rusza. Jest on bardzo podobny do klasycznego wyobrażenia pterozaurów i to trzyma go bliżej resztek realizmu. Dzięki temu zagrożenie wydaje się nieco bardziej realne. Ja wolę, gdy potwory wyglądają po prostu fajnie, ciekawie albo chociaż śmiesznie, dlatego mimo wszystko wciąż wolę potwora z filmu „Szpon” (Giant Claw).
Rozpisuję się o Rodanie, ale muszę nieco emocje ostudzić – stwór pojawia się dopiero gdzieś w okolicy połowy filmu. Czy to oznacza, że sypałem spoilerami? Może ktoś oglądając ten film nie spodziewał się, że pojawi się w nim w ogóle jakikolwiek potwór? Taaa.
Oczywiście, jak w każdym tego typu filmie, musimy mieć także wątek ludzki. Jest on nawet ciekawy, ale zostaje bardzo szybko i prawie całkowicie porzucony, gdy tylko pojawiają się pierwsze oznaki istnienia czegoś przerażającego. Jakie są pierwsze oznaki i kiedy się pojawią? Będziecie zaskoczeni, ja byłem. Akcja rozwija się wolno, ale nie zanudza widza. Stale trzyma w umiarkowanym napięciu i oczekiwaniu i robi to w dobrym stylu.
Trzeba zauważyć, że wyraźnie poprawił się poziom aktorski, przynajmniej częściowo. Wciąż możemy oczywiście zobaczyć rozdziawione przekomicznie miny, klasycznie spanikowane kobiety i wiele innych równie zabawnych, co czerstwych fragmentów. Jednak zdarzają się też momenty, w których można coś odczytać z ruchu brwi i warg i tylko po drobniejszych szczegółach mimiki twarzy, co robi dość dobre wrażenie.
W porównaniu z „Godzillą” lub jej kontratakiem (jak to „Godzilla kontratakuje”? No jak?) „Rodan” wizualnie wypada rewelacyjnie. Po pierwsze – jest w pełnym kolorze. Po drugie – obraz jest wyraźniejszy, czystszy. Oczywiście traci przez to na mrocznym klimacie, ale nadrabia muzyką, która sukcesywnie podkręca „horror”. Wraz z wprowadzeniem koloru nie dało się już tak pochować wszystkich niewygodnych elementów w cieniu. Tym razem makiety wydają się lepiej dopracowane, są bardziej szczegółowe, co sprawia, że demolka daje widzowi więcej satysfakcji. Mamy też więcej scen, w których widzimy jednocześnie ludzi i potwora.
Co zatem obejrzałem? Obejrzałem całkiem fajny film o mało interesującym potworze. Świetny wizualnie, zaś fabularnie bardziej poświęcony Rodanowi niż ludziom, zatem nie do końca dobrze zbalansowany. Gorszy od „Godzilli”, lepszy od „Godzilla kontratakuje”.
Ocena: 5+/10
12 października 2013
Godzilla kontratakuje (1955)
Godzilla kontratakuje
(1955) reż. Motoyoshi Oda
Godzilla kontratakuje! Z tego, co się orientuję, podobnie jak w przypadku pierwszej części, powstały dwie wersje tego filmu: japońska i amerykańska. Na początku sądziłem, że obie wersje nie będą się zanadto różniły, dlatego nawet słowem nie wspomniałem o tym przy okazji recenzowania „Godzilli”. O, w jakimże błędzie byłem. Amerykanie masę scen podobno powycinali, podokręcali swoje, a w przypadku „Godzilla kontratakuje” nawet zmienili zakończenie. Zaznaczam zatem, że oglądam wersje japońskie bez przeróbek.
Tym razem nie sprzedaję większych spoilerów oprócz oczywistych oczywistości, które są oczywiste.
Pierwsze ostrzeżenie – nie oglądajcie tego filmu bez obejrzenia pierwszej części. Mamy tu obszerne sceny pokazujące w skrócie atak Godzilli na Tokio. Dowiadujemy się też, jak zakończył się pierwszy film. Na krótko powraca także doktor Yamane, aby objaśnić nam to i owo.
Już pierwsze sceny nie nastrajają pozytywnie. Mamy tu pewien dialog dwóch młodych kobiet, który w wolnym tłumaczeniu z angielskich napisów, którymi dysponowałem wyglądał zgrubsza tak:
- Hej, to niesprawiedliwe, że jesteś córką szefa.
- Kupię Ci cukierki.
- Jupiiiii!
Tym razem mamy nie jednego potwora, a dwa walczące ze sobą: Godzillę i Anguirusa. Tokio oczywiście zostało nieźle zdemolowane w pierwszej części, zatem tym razem atak potworów nastąpi na Osakę i okolice. Mamy też historię ludzką w tle. I tu pierwszy zarzut – w jedynce Godzilla niszcząca Tokio była zarówno daniem głównym, jak i doskonałym tłem do wydarzeń. Tutaj fabuła jest tak sztampowa, że pozostaje nam praktycznie jedynie przyglądanie się zmaganiom potworów oraz zmaganiom ludzi z nimi.
Historia miłosna nie wzruszyła mnie w ogóle, a usilne próby związania widza z bohaterami są nie do końca udane. To, co mnie w nich urzekło, to ich śmieszne zachowania i miny, jakie stroili. W żadnym wypadku nie wynikało to z budowy postaci, ich charakteru ani tym bardziej jakiegokolwiek zmagania się z wewnętrznym rozdarciem. Nic z tych rzeczy, oprócz problemu pozbycia się potworów nie ma tu żadnego konfliktu.
Za to jest tragedia. Najgorszą tragedią tego filmu są potworne dłużyzny. Leci samolotem. I leci. I ciągle leci. No ileż można lecieć? Raportuje. Dalej leci. Czy to jest budowanie napięcia? Może ja czegoś nie rozumiem, mam się zastanawiać kiedy doleci? W większości przypadków zastanawiałem się ile można przeciągać jedną scenę. Widać, że rzeczowego materiału było niewiele.
A jak sprawdziły się tym razem potwory, czyli nasze danie główne? O dziwo, w większości gorzej niż w pierwszej części. Anguirus jest odczuwalnie dodany na siłę głównie po to, abyśmy mogli obejrzeć jego konfrontację z Godzillą. Jego wygląd po raz kolejny jest ukłonem w stronę dinozaurów, ale nijak nie ma w nim odniesienia do jakiegokolwiek mitu czy legendy. Jego dziwna konstrukcja wymusiła też na aktorach dość jednostajny system walki. Ot, Godzilla nie miał za bardzo jak inaczej chwycić swojego przeciwnika, zatem robił to wielokrotnie w ten sam sposób. Anguirus nie ma żadnych ciekawych cech charakterystycznych. Przy walce obu stworów bardziej interesuje nas jakich zniszczeń są w stanie przy okazji dokonać. Wynik walki jest rzeczą drugorzędną.
Ktoś na stole montażowym musiał dojść do słusznego wniosku, że stwory poruszają się potwornie (get it?) wolno. I przyspieszył niektóre sceny. Czasami wygląda to lepiej, rzeczywiście dynamiczniej, czasem dość idiotycznie. Gdy potwory uprawiają zapasy, przyspieszenie ma sens, ale gdy poruszają łapkami w powietrzu grożąc sobie, nasuwają się jedynie porównania z chomikiem skrobiącym uparcie w szybę akwarium. Goddamit, kto włożył chomika do akwarium?
Godzilla tym razem nie wydawał mi się aż tak groźny. Atakowany przez wojsko miał tendencję do stania w miejscu i oczekiwania na kolejne nadlatujące samoloty. A te, ku memu znudzeniu, nadlatywały wciąż i wciąż i ciągle w ten sam sposób. Poza tym zachowanie obu stworów budzi moje najszczersze wątpliwości. Mógłbym porównać poziom ich inteligencji do poziomu inteligencji przeciętnej ćmy, ale wówczas owady te mogłyby się poczuć urażone.
A jak efekty specjalne? Niestety, gumowe stroje rzucają się w oczy już nieco bardziej, choć nadal wyglądają nieźle. Za to mniej jest scen „kukiełkowych”. Film wizualnie cieszy oko. Są wybuchy, jest demolka fajnych i nieco bardziej złożonych konstrukcyjnie obiektów, jest na co popatrzeć. Moje wątpliwości wzbudził śnieg, który w niektórych scenach wyglądał jak śnieg, by potem przypominać wielkie bryły lodu.
Dostaliśmy pospiesznie przygotowany sequel żerujący na popularności pierwszej części. Czerstwa fabuła z wątpliwej jakości wątkiem miłosnym oferuje niewiele. Brakuje dodatkowego przesłania i choć jednego ciekawego i niegłupiego cytatu, który można zapamiętać. Demolka jest, pomysły na pokonanie potworów i wyjście z beznadziejnej sytuacji nawet są, ale to za mało żebym mógł uznać ten film za udany.
Poza tym… coś jest nie tak z tytułem. Jak to kontratakuje? ...
Ocena: 3/10
10 października 2013
Godzilla (1954)
Godzilla: Król Potworów
(1954) reż. Ishirô Honda
Przyznam, że nigdy nie widziałem od początku do końca żadnego filmu z Godzillą w roli głównej. Pamiętam tego stwora z animacji studia Hanna-Barbera, pamiętam z jakichś fragmentów widzianych w telewizji czy innych pomniejszych filmików wspominających serię. Można zatem nazwać moje podejście do tego filmu świeżym i nieskażonym. Zatem wybaczcie, odniesień ani porównań do innych filmów o Godzilli nie będzie.
Zrobię to, czego zwykłem nie robić w swoich tekstach o filmach – czyli odniosę się bezpośrednio do fabuły filmu. Spodziewajcie się istotnych spoilerów włącznie ze zdradzeniem zakończenia. Zatem, jak zwykle, tekst będzie trochę do nikogo. Ci, którzy mają zamiar obejrzeć film powinni to zrobić przed przeczytaniem mojego tekstu. Z kolei Ci, którym to wisi... cóż, zapewne mają Godzillę w swoich prywatnych głębinach i razem z nią cały ten tekst.
Pierwsza scena od razu wzbudza pozytywne wrażenia, głównie audialne. Widz wie, że to „Gojira”, że to film o potworze. Widział na pewno plakaty. Już na początku słyszymy ryk i głęboki odgłos tupotu jego stóp przy akompaniamencie żwawej muzyki. Muzyka ta, choć naprawdę fajna i świetnie budująca klimat, na przestrzeni całego filmu powtarzana jest zbyt często i zapętla się nieco zbyt szybko, aby to wrażenie utrzymać. Z kolei ryk potwora jest świetny, choć wydaje się zbyt głośny, jakby z lekka furczący. W sumie przez cały film rozróżnić mogłem dwie główne melodie, z czego „ta druga” była zbyt wesoła, aby pasowała do czegokolwiek. A puszczono ją pokazując np. wybuchy min głębinowych.
Widzimy smugę na wodzie, płynący statek. I wtem – bum! – statek eksploduje. Ni z tego ni z owego, ot tak, po prostu. Oczywiście my doskonale wiemy co było przyczyną. Jednak fakt, że nie widzimy stwora buduje oczekiwanie. Z drugiej strony wygląda to dość idiotycznie. Rozumiem, że widz nie widział co się stało, ale rozbitkowie również utrzymują, że „ocean eksplodował”. Wpadlibyście jak takie zeznanie racjonalnie uzasadnić?
Dziś zapewne przyszłoby nam do głowy głównie „naćpał się”, ale pamiętajcie, że mamy rok 1954. Media uzasadniają to zjawisko jako wybuch dryfującej miny morskiej lub podwodnego wulkanu.
Liczyłem na to, że gdzieś tu poznam genezę tytułu filmu. Ta jednak jest dość lakoniczna. Ot, jakiś wyga morski wspomina legendarnego potwora „Gojira”, nazwa bardzo szybko chwyta i wkrótce wszyscy tak go nazywają. Później dowiadujemy się, że niegdyś składano potworowi kobietę w ofierze. Sam potwór potrafi także „ziać ogniem”, zatem śmiało możemy go porównać do legend o smokach i składaniu dziewicy w ofierze. Właściwie to nie „zieje ogniem”, a parą tak gorącą, że ta rozpala całe Tokio. I przy okazji tegoż nieświeżego oddechu Godzilli świeci kark – czyżby choroba popromienna?
Napięcie budowane jest powoli, ale skutecznie. To ktoś wspomni legendę, to na miejscu zdarzenia ktoś wykryje promieniowanie albo wymarłe przed wiekami morskie żyjątko. Naprzemian to mit, to fakt. Ni to smok ni to dinozaur.
„Godzilla” to nie tylko film o potworze, który niszczy miasto. To coś więcej.
Mamy tu konflikt tragiczny w dość ciekawy sposób zawiązany wątek. Władze konsultują się z profesorem Yamane, znanym naukowcem i zoologiem. Chcą poznać sposób na zabicie potwora. Ten jednak nie chce, aby ktokolwiek zabijał Godzillę, interesuje go jakim sposobem stwór przeżył dużą dawkę promieniowania i w ogóle ciekawi go jako gatunek. Cóż jednak z tego, skoro potwór zabija ludzi i trzeba temu czym prędzej zapobiec. Konflikt z rodzaju „badać czy zabijać” powtórzony został później w serii o Obcym. Tam jednak film stawiał sprawę jasno – zabijać. Tu nie jest to takie oczywiste.
Profesor naciskany by ujawnił sposób na zabicie Godzilli, jeżeli takowy zna, wypowiada dość ciekawą kwestię świetnie budującą klimat beznadziejnej sytuacji, w której się wszyscy znaleźli.
"-Profesorze Yamane, bądźmy szczerzy, jeśli jest jakiś sposób na zniszczenie Godzilli, chcemy go poznać.
- To niemożliwe. Godzilla przyjął zmasowaną dawkę promieniowania jądrowego i nadal żyje. Jak Pan myśli, co może go zabić? Zamiast próbować go zabić pomyślmy dlaczego wciąż żyje."
Konflikt się zagęszcza, gdy córka profesora udaje się na wizytę do innego naukowca, Serizawy. Ten ujawnia jej swój sekret, który ukrywa (ofkors!) przed całym światem. Morderczą broń, której teoretycznie można użyć na Godzilli, a która na razie zabija tylko jego rybki akwariowe. Kobieta obiecuje, że nikomu nigdy nie ujawni tajemnicy. Później słyszy argumenty swojego chłopaka, który jest za zabiciem Godzilli. Słyszy także argumenty ojca, który się temu poglądowi sprzeciwia i chciałby poznać tajniki odporności stwora na promieniowanie. Staje na rozdrożu, trzymać z ojcem czy z chłopakiem? Dochować tajemnicy czy zdradzić zaufanie Serizawy?
Na papierze brzmi to ciekawie, ale aktorsko niestety odegrany został conajmniej mizernie. Aktorzy co rusz strzelają miny jak w teatrze, ostentacyjnie krzyczą albo gestykulują. Ma to swój urok, ale realizmu w tym za grosz. Kontrastuje to ze scenami z Godzillą w roli głównej. Ten miejscami wygląda sztucznie, miejscami wyjątkowo realnie. Sceny z potworem nawet dziś mają prawo robić pozytywne wrażenie, zapewne głównie dzięki maskującemu dymowi i umiejętnemu oświetleniu i kadrowaniu. Stawiam na tego typu efekty specjalne ponad dzisiejsze efekty z komputera. „Godzilla” z 1954 mniej zionie sztucznością niż ta z 1998 roku.
Podoba mi się to, że postawiono przede wszystkim na emocje związane z ludzkim rozdarciem wewnętrznym. Ujawniono broń, która może zniszczyć Godzillę zanim pojawiły się sceny jej największej konfrontacji z wojskiem. Widz wie, że wojsko nie ma szans nawet stosując swoje fortele, nawet stosując najsilniejsze działa, broń maszynową, czołgi i samoloty. No bo jak by to miało wyglądać? Pokazano nam ostateczną broń po czym miałoby się okazać, że coś prostszego było równie skuteczne? Strzelba nie po to wisi na ścianie przez cały spektakl. Zatem emocji związanych z akcją jako taką nie ma. Za to są emocje związane z rozdarciem dziewczyny, która może zadecydować o losach wielu istnień.
Co jak co, ale trzeba przyznać, że Godzilla swoje wypady na miasto ma pamiętne. A film w ilustrowaniu pożogi, jaką sieje potwór, nie certoli się. Widzimy, jak matka opatula dzieci przed śmiercią i informuje ich żałośnie, że zaraz spotkają tatę. Widzimy też reportera radiowego, który relacjonuje swoją śmierć. Szpital pełen rannych, masa zniszczeń, mnóstwo ofiar. To ostatecznie przekonuje naszą bohaterkę do podjęcia decyzji.
Decyduje się zdradzić. Jak mówi piosenka, nigdy nie wierz kobiecie. Ujawnia ona swojemu chłopakowi, że Serizawa jest w posiadaniu broni, która może uratować ich przed dalszą katastrofą. Jadą do Serizawy i próbują namówić go do współpracy.
Ten nie chce, aby jego broń wpadła w niepowołane ręce. Mamy kolejny konflikt. Serizawa jest świadom tego, że nawet jeżeli pozbędzie się swoich notatek, wciąż „przepis na broń” tkwi w jego głowie. Konflikt, który mieliśmy powtórzony w „Terminatorze 2”. Efekt zresztą będzie bardzo podobny.
W końcu patriotyczny program telewizyjny przekonuje Serizawę do użycia broni.
Należy się kilka słów odnośnie tego cóż to za broń, bo to dość interesujące. Otóż z założenia jest to „desktruktor tlenu”. Dziwna kula, która wpuszczona do wody i aktywowana „rozbija atomy tlenu”, a żadna istota nie może bez tlenu przeżyć. Brzmi dość idiotycznie, prawda? A chcecie wiedzieć jak wygląda w działaniu? Spodziewacie się zapewne widoku poduszonych rybek akwariowych pływających do góry brzuchami? Nic z tych rzeczy. Kulka wpada do wody, bulgoce po czym wszystkie rybki transformują się w pływające ości. Chciałbym tylko zauważyć, że wciąż jest to wyższy poziom realizmu niż w „Szklanej Pułapce 5”. Tu przynajmniej nikt nie walczy z promieniowaniem przy pomocy przenośnego zraszacza do trawników.
Zakończenie jest z jednej strony bardzo przewidywalne, z drugiej zdumiewające. Znajdują Godzillę przy pomocy licznika Geigera, nurkują z bombą, Serizawa odcina się i poświęca się aby wraz z wybuchem ostatniej sztuki bomby zginął także umysł, który ją wymyślił i aby nikt nigdy więcej tejże bomby nie mógł użyć. Co w tym zdumiewającego?
Po pierwsze – skutecznie zabijają Godzillę. Naprawdę, spodziewałem się że przy tylu kontynuacjach potwór jednak przeżyje albo chociaż „zostanie uznany za zmarłego” (czyli przeżyje). Tymczasem tutaj nie ma żadnych wątpliwości – Godzilla is dead. Widzimy jak ginie, a potem zamienia się w swój własny szkielet.
Druga zdumiewająca rzecz to podwodne zdjęcia. Ot, wydawało mi się, że zarówno akwalungi z tej epoki, jak i możliwości kamer były dość ograniczone. Tym większe wrażenie te podwodne zdjęcia robią.
Zdumiewa też nieco to, na jakiej płyciźnie potwór musiał spać skoro bohaterowie nie odczuli zanadto ciśnienia wody. Przy początku filmu była mowa o tym, że próbami jądrowymi ludzkość musiała zbudzić tego potwora z głębin, z jakiegoś rowu oceanicznego. A ten teraz postanowił sobie spać tak płytko? Cóż, najwidoczniej stąd miał bliżej do roboty.
Całość dość jednoznacznie ma wydźwięk sprzeciwiający się kolejnym zbrojeniom Państw i próbom jądrowym jako takim. Japonia musiała ten seans przeżywać wyjątkowo głęboko, w końcu film miał premierę raptem parę lat po wybuchu bomb w Hiroszimie i w Nagasaki. Pył radioaktywny jeszcze na dobrze nie zdążył opaść, a ludzi już karmiono tak strasznymi wizjami.
Jestem pozytywnie zaskoczony „Godzillą”. Spodziewałem się przestarzałego filmu wpisującego się nieco w nurt kina sci-fi lat pięćdziesiątych. Myślałem, że zobaczę urokliwy i naiwny film o destrukcji i potworze niszczącym miasto. Coś, co dziś byśmy zakwalifikowali jako kino klasy B. Tymczasem dostałem jak najbardziej klasę A i gdyby nie teatralna gra i kilka dziwnie wyglądających scen, mógłbym uznać to nawet za klasę S. Rozwałka jest nie tylko tłem dla tego dramatu, ale także przestrogą.
„Nie wierzę, że Godzilla był jedynym zachowanym przedstawicielem swojego gatunku, ale jeżeli będziemy kontynuować nasze próby atomowe, możliwe że inny Godzilla pojawi się gdzieś na świecie”. - przestrzega na koniec Yamane.
O, tak, pojawi się. Może nawet zbyt wiele razy. Ale to już zupełnie inna historia.
Ocena: 7/10
P.S. No dobra, przyznaję, że widziałem Godzillę z 1998 roku w całości, ale jesteście pewni, że można nazwać ten film częścią „serii” ?
6 października 2013
Mała Moskwa (2008)
Mała Moskwa
(2008) reż. Waldemar Krzystek
Muszę przyznać, że spodziewałem się filmu politycznego. Ewentualnie wojennego. A co dostałem? Historię miłosną w ciekawych czasach. Troszkę przypomina to historię Romea i Julię, z pewnymi dość interesującymi zmianami i oczywiście opowiedzianą w sposób nowoczesny. W sumie ciężko nazwać nielinearny tok fabularny czymś „nowoczesnym”. W „Małej Moskwie” sposób ten ma swoje uzasadnienie. Dzięki niemu najciekawsze wątki ujawniane są stopniowo, często kolejnych niuansów dowiadujemy się wraz z bohaterami wydarzeń. Miał to być sposób na ucieczkę od monotonii. I zabieg ten okazuje się skuteczny… przynajmniej od pewnego momentu.Początek filmu wydaje się posuwać bardzo powoli, ociężale. Na tle dość ponurego udźwiękowienia i szaro-burej tonacji widz bardziej to odczuwa. Dopiero, gdy intryga zaczyna nabierać tempa, fabuła potrafi przyćmić klimat. Klimat, który próbuje trochę zbyt natarczywie rzucić się nam w oczy i uszy. Zdarzało się, że muzyka, chcąc podkreślić swoje znaczenie, za bardzo zwracała na siebie uwagę poziomem głośności i irytującą tonacją. Wiele scen wybroniłoby się nawet w ciszy, samą grą aktorską.
Ta stała na wysokim poziomie. Scenariusz dość często zrzucał domawianie pewnych detali na aktorów. Mamy tu sporo zbliżeń, dłuższych momentów pokazujących emocje na twarzach, wiele istotnych kwestii, w których najistotniejsza jest sugestia. Aktorzy uciągnęli ten ciężar.

Tło polityczne, czyli burzliwy okres roku 1968 w Polsce, podkreślenie tego jak bardzo byliśmy jednak „okupowani” i „podlegli” Związkowi Radzieckiemu, nadal jest tylko tłem. Tłem do dość ciekawej historii o tragicznej (a jakżeby inaczej) miłości. Oczywiście mamy kilka ciekawych elementów, jak drzewo w domu wariatów oplecione drutem kolczastym. Nie brak tu tego typu „poetyki kina”. Na szczęście są to elementy, które nie odwracają uwagi od głównego wątku. Pozostają w sferze ciekawostki, smaczku, wisienki dla koneserów.Dość dziwne i mało wiarygodne wydaje mi się zachowanie córki poszukującej swoich korzeni – jej ogromnego zaangażowania, a nawet groźby samobójstwa. Oczywiście tylko takie jej podejście do tematu mogło posunąć fabułę do przodu.
Nie przypadło mi także do gustu dość natarczywe podkreślanie, z jak wielką to historią miłosną mamy tutaj do czynienia. W całym tym patosie i antysowieckim sosie udało się jednak zachować pewne pozytywne uczucia do jednej z bardziej tragicznych postaci tego dramatu – radzieckiego wojskowego.Czułem się wciągnięty w losy bohaterów, ale nie byłem aż tak nimi wzruszony. Drażnił mnie tu pewien kult, który śmiało mogę nazwać „bohaterka zrobiła źle, ale chciała dobrze, więc kochajcie ją wszyscy i wzruszajcie się, bo takie światłe kierowały nią pobudki”. Ach, no i „miłość przede wszystkim i ponad wszystko” to standard w tego typu historiach. Drażniła głupota rodziny śpiewającej wespół jakąś ormiańską pieśń radzieckiemu konfidentowi. W imię czego, droczenia się ze śmiercią? Drażniła głupota księdza, który chełpił się wszem i wobec czyjąś odwagą na przekór Rosjanom (a że w ten sposób może przypieczętować ich losy? Pikuś, przecież ważniejszy jest hart ducha parafian). No i drażnił wyjątkowy pech lub zbieg okoliczności. Coś, co mogę nazwać „akurat wtedy, gdy”.
Ostatecznie film trzeba uznać za ciekawą wariację na temat „Romea i Julii” w scenerii, która najprawdopodobniej miała być głównym tematem filmu. Miłosny dramat jest na tyle silny, że skutecznie ten cel udaremnia. Film wolno rozwija swe skrzydła, jednak w finale dumnie stroszy się niczym paw. Polecam z czystym sumieniem każdemu, kto akurat nie przechodzi załamania nerwowego.Ocena: 7/10
4 października 2013
Agenci (2013)
Agenci
(2013) reż. Baltasar Kormákur
Krzychu:Czegoś tutaj nie rozumiem. Najpierw nie chcesz pójść na ten film, potem sam go proponujesz. O co chodzi?
Stary:
Jak usłyszałem, że mam obejrzeć film pt. „Agenci” i jeszcze za niego zapłacić, to na sam dźwięk tytułu w głowie zapaliła mi się lampka „NIE!”.
Krzychu:
Ale po okazyjnej cenie to już tak? Jak często kupujesz bilety do kina w sklepie odzieżowym?
Stary:
Nie chodzi o okazyjną cenę. Po prostu poczytałem nieco o tym filmie – zobaczyłem kto gra, co gra, u kogo gra i pomyślałem – może nie będzie tak tragicznie. I nie było, ale… „ale to już było”.
Krzychu:
Tylko w którym kościele?
Stary:
Nietrudno znaleźć, odnoszę wrażenie, że w temacie „buddy movie” mamy już prawdziwą Monachomachię w kinach. Chyba za dużo widziałem. Owszem, jest zabawnie, z taktem, z charakterem, z akcją. Schemat odegrany w bardzo dobrym stylu, ale niczego ponad podstawowy zestaw obiadowy, który już się przejadł.
Krzychu:
Zwroty akcji nie są już dla Ciebie wisienką na torcie?
Stary:
Dziś widza już trudniej zaskoczyć, gdy w każdym filmie zastanawia się kto oszukuje wszystkich realizując swój „Grand Plan” albo który z bohaterów umrze (można to poznać nie tylko po pojawieniu się koloru fioletowego). Spece z Hollywood umiejętnie wpisali kunszt co lepszych zagrywek z innych filmów w swoje tabelki, zmontowali pieczątkę i jadą z koksem. Wielka szkoda, bo rys fabularny „Agentów” wygląda bardzo obiecująco.
Krzychu:
Nawet Denzel Washington wyglądał na znudzonego przez cały film. Podkrążone oczy i dość niemrawy styl poruszania się – sam nie wiem czy to element budowania postaci czy może jednak niekoniecznie.
Stary:
Podobał mi się styl – dość prosty i bez większych fajerwerków (oprócz finału oczywiście), polegający głównie na grze aktorów, konflikcie i na bohaterach. I za sam fakt, że film potrafił przytrzymać mnie tymi ważniejszymi środkami wyrazu sprawia, że dodaję oczko do oceny końcowej. To przyjemny film, który uzmysłowił mi tylko, że gdzieś drzemie we mnie jeszcze tęsknota za „Zabójczą bronią” i pochodnymi. Czekam na kontynuację.
Krzychu:
A dla mnie średniak. Silenie się na budowanie wielce zagadkowej konstrukcji z w gruncie rzeczy prostej fabuły nie wyszło filmowi na dobre. Zbudowana intryga jest wyczuwalnie naciągana i kilka śmiesznych momentów tego nie zatuszuje.
Stary:
A postaci? Nie zaprzeczysz chyba – są wyraziste i nawet ciekawe.
Krzychu:
Zależy co kogo ciekawi. Ja wolę postaci głębsze psychologicznie, może z jakimś dylematem, może jakiś konflikt tragiczny. Tutaj mamy kolejną kombinację standardowych cech, żadnego back-story. Wszystko miało być zbudowane na kontaktach między dwoma głównymi bohaterami, którzy w odpowiednich momentach byli wyróżniani swoimi cechami. Szkoda, że poza tymi wybranymi momentami odnosiłem wrażenie, że można zamienić ich miejscami i nic złego by się nie stało. Zupełnie jakby Denzel przed sceną uzgodnił z Marky Markiem „To kto w tej scenie wybija szybę, Ty czy ja?”, po czym decyzję podejmowała moneta.
Stary: To ile? Krzychu: 5/10. Bez litości. Stary: A myślałem, że to ja jestem tym bardziej marudnym kinomaniakiem. Naucz się doceniać przyzwoite kino akcji, bo coraz rzadziej można je w kinie znaleźć. Dla mnie szósteczka. Krzychu: A ten plusik, który miałeś do oceny dodać? Stary: Już dodałem. Wyszło sześć. Krzychu: Wyszło na to, że się zgadzamy. Stary: Cyfrowo może masz rację, ale w moim analogowym świecie nic nie jest takie oczywiste. |
20 sierpnia 2013
Iluzja (2013)
Iluzja
(2013) reż. Louis Leterrier
Stary:No jestem w szoku.
Krzychu:
Że znowu tak niedokładnie i nie do końca adekwatnie przetłumaczono tytuł filmu? Daj spokój, tutaj nie miało to większego znaczenia.
Stary:
Nie, jestem w szoku, bo zobaczyłem raptem ze 3 reklamy, żadnego trailera i zaczął się film. Nawet naczosów nie zdążyłem zjeść. A co mają powiedzieć ludzie, którzy przyszli 20 minut po czasie licząc na ominięcie bloku reklamowego, a tam już dawno środek akcji?
Krzychu:
W dzisiejszej kinematrografii środek akcji masz już zazwyczaj od pierwszych sekund. A czasami nawet koniec akcji. Nie mów, że krótki czas reklam był dla Ciebie czymś złym.
Stary:
No skąd, płacę za bilet to nie mam ochoty dopłacać oglądaniem reklam. Mam jednak w zwyczaju doszukiwanie się drugiego dna. Ludzie przywykli do przychodzenia po czasie celem uniknięcia reklam – a to może być przeciwdziałanie. Może jakaś polityka długoterminowa. A może po prostu fakt, że to dzień świąteczny był.
Krzychu:
Jakie to właściwie święto? W czasach szkolnych w tym okresie i tak zawsze wakacje trwały w najlepsze, jakoś nie odczuwało się żadnego święta. Teraz dowiaduję się o dniu wolnym z jakiegoś internetowego kalendarza przy planowaniu urlopu.
Stary:
To święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, bezbożniku.
Krzychu:
A Ty skąd wiesz?
Stary:
W Internecie znalazłem. Nie podobało mi się też to, że zmuszono mnie do zrobienia czegoś, czego nie lubię u innych – chrupania naczosami w trakcie seansu.
Krzychu:
No dobra, a jak sam film?
Stary:
Pytasz, jakbyś ze mną nie oglądał.
Krzychu:
Oglądałem i jak dla mnie to całkiem niezłe kino typu heist i bez problemu przymyka się oko na dziury fabularne idąc z akcją do przodu. Aktorzy znani grają tu wciąż swoje słynne role dzięki czemu scenarzysta nie musiał się wyginać zanadto i kreować postaci, skupił się na akcji. Film wyszedł ogólnie na tym całkiem nieźle. A raczej wychodził.
Stary:
Niech zgadnę – wychodził do momentu, w którym „zobaczyłem zakończenie i finałowy twist”.
Krzychu:
Dobrze, że podkreśliłeś „finałowy”, bo na twistach w sumie fabuła się opiera. Tak, myślę że każdy będzie miał podobne odczucie. Żeby zwrot akcji zagrał, jak należy, potrzebne są jakieś nieco wyraźniejsze znaki na niebie i Ziemii. Widz powinien zakrzyknąć „O rany, faktycznie!” albo „Wow, jak mogłem być tak ślepy!” albo „Rany boskie, mocne!”, tymczasem tutaj zakrzyknie tylko „Naprawdę? No bez jaj!”. Nic dobrego, szczególnie w filmie o iluzjonistach, gdzie fabuła z założenia powinna działać na zasadzie podobnej do sztuczki magicznej.
Stary:
O – i tu masz rację. Sztuczka magiczna zadziwia, ale pozostawia po sobie intrygującą tajemnicę. W tym filmie po wyjściu z kina nie pozostaje nic. Przydałoby się zakończenie w stylu „Obietnicy” czy „Incepcji”.
Krzychu:
Tu już wkraczasz na niebezpieczne rejony. Pamiętaj, że seans filmowy to nie koncert życzeń – oceniajmy to, co dostaliśmy i nie piętnujmy filmu za coś, czym nie jest i być nie próbuje. Poza tym furtka do dalszego poprowadzenia historii zostaje. Nawiasem mówiąc, kontynuacja powinna się nazywać „...now you don’t”.
Stary:
No tak. Ciekawe jak by ten tytuł przetłumaczyli.
Krzychu:
Jak to jak? „Iluzja 2”. Nawet filmy ze sobą nie powiązane w polskim tłumaczeniu związuje się, by spędzić ludzi liczących na kontynuację lub spin-off do kin. To w rzeczywistej kontynuacji mieliby uniknąć oczywistych powiązań? „Szklana pułapka 5” i wszystko jasne, ludzie kupują bilety, biznes się kręci.
Stary:
Wielka szkoda, że tak dobrze skręcony film akcji, jakim jest „Iluzja”, kończy się w taki sposób. W tym miejscu wyobraź sobie moją ogromną tyradę o znaczeniu zakończenia w kontekście całego filmu, jakieś wspomnienie filmu „Ptasiek”, a ja idę zaparzyć herbatę.
Krzychu:
Zrób mi też. Dwie łyżki. A co do filmu, to trzeba się zgodzić, ogląda się z zapartym tchem, a scena pościgu jest nakręcona zjawiskowo. Troszkę zbyt agresywny montaż, ale przynajmniej bez nadmiaru niepotrzebnie trzęsących się kamer, doskonale wiadomo co się dzieje, jest ładnie, widowiskowo. Drażniło mnie nieco powtarzanie niektórych kwestii aspirujących do wielkiej mądrości – miało zagrać jak w „Prestiżu”, a nie tylko nie zagrało, ale stało się wręcz irytujące. Byćmoże wklejano tę mądrość zbyt natarczywie, jakoś bez wyczucia. Wiesz co? Polski tytuł jednak moim zdaniem lepiej pasuje do tego filmu.
Stary:
Cooo? Słabo słychać z kuchni!
Krzychu:
„Iluzja”. Widzimy dobrze zgraną akcję, znanych aktorów w swoich standardowych rolach. Nasza uwaga odwrócona jest od dziur fabularnych, elementów nie do końca logicznie uzasadnionych, wyolbrzymionych. Niestety nie mogła odwrócić mojej uwagi od zakończenia. 6/10. Dzięki za herbatę. Rany boskie, mocna!
Stary:
O – i masz okrzyk który chciałeś usłyszeć przy zakończeniu filmu.
Krzychu:
Miałeś posłodzić dwie łyżeczki, a nie wsypać dwie stołowe sypanej herbaty.
Stary:
I masz zwrot akcji, którego się nie spodziewałeś!
Krzychu:
Bleh! Ten też mi się nie podoba. Zaraz możesz mieć tutaj zwrot nie tylko akcji... Jak Ty możesz pić coś takiego? Oceny swojej nie dałeś.
Stary:
Moja jest na 10/10. Mniam. Co tak patrzysz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































