10 października 2013

Godzilla (1954)


Godzilla: Król Potworów

(1954) reż. Ishirô Honda
WTF? Polski plakat wygląda jakby afiszował bajkę dla dzieci.
Przyznam, że nigdy nie widziałem od początku do końca żadnego filmu z Godzillą w roli głównej. Pamiętam tego stwora z animacji studia Hanna-Barbera, pamiętam z jakichś fragmentów widzianych w telewizji czy innych pomniejszych filmików wspominających serię. Można zatem nazwać moje podejście do tego filmu świeżym i nieskażonym. Zatem wybaczcie, odniesień ani porównań do innych filmów o Godzilli nie będzie.

Zrobię to, czego zwykłem nie robić w swoich tekstach o filmach – czyli odniosę się bezpośrednio do fabuły filmu. Spodziewajcie się istotnych spoilerów włącznie ze zdradzeniem zakończenia. Zatem, jak zwykle, tekst będzie trochę do nikogo. Ci, którzy mają zamiar obejrzeć film powinni to zrobić przed przeczytaniem mojego tekstu. Z kolei Ci, którym to wisi... cóż, zapewne mają Godzillę w swoich prywatnych głębinach i razem z nią cały ten tekst.

Pierwsza scena od razu wzbudza pozytywne wrażenia, głównie audialne. Widz wie, że to „Gojira”, że to film o potworze. Widział na pewno plakaty. Już na początku słyszymy ryk i głęboki odgłos tupotu jego stóp przy akompaniamencie żwawej muzyki. Muzyka ta, choć naprawdę fajna i świetnie budująca klimat, na przestrzeni całego filmu powtarzana jest zbyt często i zapętla się nieco zbyt szybko, aby to wrażenie utrzymać. Z kolei ryk potwora jest świetny, choć wydaje się zbyt głośny, jakby z lekka furczący. W sumie przez cały film rozróżnić mogłem dwie główne melodie, z czego „ta druga” była zbyt wesoła, aby pasowała do czegokolwiek. A puszczono ją pokazując np. wybuchy min głębinowych.

Widzimy smugę na wodzie, płynący statek. I wtem – bum! – statek eksploduje. Ni z tego ni z owego, ot tak, po prostu. Oczywiście my doskonale wiemy co było przyczyną. Jednak fakt, że nie widzimy stwora buduje oczekiwanie. Z drugiej strony wygląda to dość idiotycznie. Rozumiem, że widz nie widział co się stało, ale rozbitkowie również utrzymują, że „ocean eksplodował”. Wpadlibyście jak takie zeznanie racjonalnie uzasadnić?

Dziś zapewne przyszłoby nam do głowy głównie „naćpał się”, ale pamiętajcie, że mamy rok 1954. Media uzasadniają to zjawisko jako wybuch dryfującej miny morskiej lub podwodnego wulkanu.

Starzec po prawej był bardziej przerażający niż Godzilla.
Liczyłem na to, że gdzieś tu poznam genezę tytułu filmu. Ta jednak jest dość lakoniczna. Ot, jakiś wyga morski wspomina legendarnego potwora „Gojira”, nazwa bardzo szybko chwyta i wkrótce wszyscy tak go nazywają. Później dowiadujemy się, że niegdyś składano potworowi kobietę w ofierze. Sam potwór potrafi także „ziać ogniem”, zatem śmiało możemy go porównać do legend o smokach i składaniu dziewicy w ofierze. Właściwie to nie „zieje ogniem”, a parą tak gorącą, że ta rozpala całe Tokio. I przy okazji tegoż nieświeżego oddechu Godzilli świeci kark – czyżby choroba popromienna?

Napięcie budowane jest powoli, ale skutecznie. To ktoś wspomni legendę, to na miejscu zdarzenia ktoś wykryje promieniowanie albo wymarłe przed wiekami morskie żyjątko. Naprzemian to mit, to fakt. Ni to smok ni to dinozaur.

„Godzilla” to nie tylko film o potworze, który niszczy miasto. To coś więcej.

Facet przechodzi przez drzwi po czym widzimy jego rękę
z lewej strony. Gdzie kończy się ściana?
Mamy tu konflikt tragiczny w dość ciekawy sposób zawiązany wątek. Władze konsultują się z profesorem Yamane, znanym naukowcem i zoologiem. Chcą poznać sposób na zabicie potwora. Ten jednak nie chce, aby ktokolwiek zabijał Godzillę, interesuje go jakim sposobem stwór przeżył dużą dawkę promieniowania i w ogóle ciekawi go jako gatunek. Cóż jednak z tego, skoro potwór zabija ludzi i trzeba temu czym prędzej zapobiec. Konflikt z rodzaju „badać czy zabijać” powtórzony został później w serii o Obcym. Tam jednak film stawiał sprawę jasno – zabijać. Tu nie jest to takie oczywiste.

Profesor naciskany by ujawnił sposób na zabicie Godzilli, jeżeli takowy zna, wypowiada dość ciekawą kwestię świetnie budującą klimat beznadziejnej sytuacji, w której się wszyscy znaleźli.

"-Profesorze Yamane, bądźmy szczerzy, jeśli jest jakiś sposób na zniszczenie Godzilli, chcemy go poznać.
- To niemożliwe. Godzilla przyjął zmasowaną dawkę promieniowania jądrowego i nadal żyje. Jak Pan myśli, co może go zabić? Zamiast próbować go zabić pomyślmy dlaczego wciąż żyje."


Konflikt się zagęszcza, gdy córka profesora udaje się na wizytę do innego naukowca, Serizawy. Ten ujawnia jej swój sekret, który ukrywa (ofkors!) przed całym światem. Morderczą broń, której teoretycznie można użyć na Godzilli, a która na razie zabija tylko jego rybki akwariowe. Kobieta obiecuje, że nikomu nigdy nie ujawni tajemnicy. Później słyszy argumenty swojego chłopaka, który jest za zabiciem Godzilli. Słyszy także argumenty ojca, który się temu poglądowi sprzeciwia i chciałby poznać tajniki odporności stwora na promieniowanie. Staje na rozdrożu, trzymać z ojcem czy z chłopakiem? Dochować tajemnicy czy zdradzić zaufanie Serizawy?

Na papierze brzmi to ciekawie, ale aktorsko niestety odegrany został conajmniej mizernie. Aktorzy co rusz strzelają miny jak w teatrze, ostentacyjnie krzyczą albo gestykulują. Ma to swój urok, ale realizmu w tym za grosz. Kontrastuje to ze scenami z Godzillą w roli głównej. Ten miejscami wygląda sztucznie, miejscami wyjątkowo realnie. Sceny z potworem nawet dziś mają prawo robić pozytywne wrażenie, zapewne głównie dzięki maskującemu dymowi i umiejętnemu oświetleniu i kadrowaniu. Stawiam na tego typu efekty specjalne ponad dzisiejsze efekty z komputera. „Godzilla” z 1954 mniej zionie sztucznością niż ta z 1998 roku.

Podoba mi się to, że postawiono przede wszystkim na emocje związane z ludzkim rozdarciem wewnętrznym. Ujawniono broń, która może zniszczyć Godzillę zanim pojawiły się sceny jej największej konfrontacji z wojskiem. Widz wie, że wojsko nie ma szans nawet stosując swoje fortele, nawet stosując najsilniejsze działa, broń maszynową, czołgi i samoloty. No bo jak by to miało wyglądać? Pokazano nam ostateczną broń po czym miałoby się okazać, że coś prostszego było równie skuteczne? Strzelba nie po to wisi na ścianie przez cały spektakl. Zatem emocji związanych z akcją jako taką nie ma. Za to są emocje związane z rozdarciem dziewczyny, która może zadecydować o losach wielu istnień.

Co jak co, ale trzeba przyznać, że Godzilla swoje wypady na miasto ma pamiętne. A film w ilustrowaniu pożogi, jaką sieje potwór, nie certoli się. Widzimy, jak matka opatula dzieci przed śmiercią i informuje ich żałośnie, że zaraz spotkają tatę. Widzimy też reportera radiowego, który relacjonuje swoją śmierć. Szpital pełen rannych, masa zniszczeń, mnóstwo ofiar. To ostatecznie przekonuje naszą bohaterkę do podjęcia decyzji.

Decyduje się zdradzić. Jak mówi piosenka, nigdy nie wierz kobiecie. Ujawnia ona swojemu chłopakowi, że Serizawa jest w posiadaniu broni, która może uratować ich przed dalszą katastrofą. Jadą do Serizawy i próbują namówić go do współpracy.

Ten nie chce, aby jego broń wpadła w niepowołane ręce. Mamy kolejny konflikt. Serizawa jest świadom tego, że nawet jeżeli pozbędzie się swoich notatek, wciąż „przepis na broń” tkwi w jego głowie. Konflikt, który mieliśmy powtórzony w „Terminatorze 2”. Efekt zresztą będzie bardzo podobny.

W końcu patriotyczny program telewizyjny przekonuje Serizawę do użycia broni.

Należy się kilka słów odnośnie tego cóż to za broń, bo to dość interesujące. Otóż z założenia jest to „desktruktor tlenu”. Dziwna kula, która wpuszczona do wody i aktywowana „rozbija atomy tlenu”, a żadna istota nie może bez tlenu przeżyć. Brzmi dość idiotycznie, prawda? A chcecie wiedzieć jak wygląda w działaniu? Spodziewacie się zapewne widoku poduszonych rybek akwariowych pływających do góry brzuchami? Nic z tych rzeczy. Kulka wpada do wody, bulgoce po czym wszystkie rybki transformują się w pływające ości. Chciałbym tylko zauważyć, że wciąż jest to wyższy poziom realizmu niż w „Szklanej Pułapce 5”. Tu przynajmniej nikt nie walczy z promieniowaniem przy pomocy przenośnego zraszacza do trawników.

Zakończenie jest z jednej strony bardzo przewidywalne, z drugiej zdumiewające. Znajdują Godzillę przy pomocy licznika Geigera, nurkują z bombą, Serizawa odcina się i poświęca się aby wraz z wybuchem ostatniej sztuki bomby zginął także umysł, który ją wymyślił i aby nikt nigdy więcej tejże bomby nie mógł użyć. Co w tym zdumiewającego?

Po pierwsze – skutecznie zabijają Godzillę. Naprawdę, spodziewałem się że przy tylu kontynuacjach potwór jednak przeżyje albo chociaż „zostanie uznany za zmarłego” (czyli przeżyje). Tymczasem tutaj nie ma żadnych wątpliwości – Godzilla is dead. Widzimy jak ginie, a potem zamienia się w swój własny szkielet.

Druga zdumiewająca rzecz to podwodne zdjęcia. Ot, wydawało mi się, że zarówno akwalungi z tej epoki, jak i możliwości kamer były dość ograniczone. Tym większe wrażenie te podwodne zdjęcia robią.

Zdumiewa też nieco to, na jakiej płyciźnie potwór musiał spać skoro bohaterowie nie odczuli zanadto ciśnienia wody. Przy początku filmu była mowa o tym, że próbami jądrowymi ludzkość musiała zbudzić tego potwora z głębin, z jakiegoś rowu oceanicznego. A ten teraz postanowił sobie spać tak płytko? Cóż, najwidoczniej stąd miał bliżej do roboty.

Całość dość jednoznacznie ma wydźwięk sprzeciwiający się kolejnym zbrojeniom Państw i próbom jądrowym jako takim. Japonia musiała ten seans przeżywać wyjątkowo głęboko, w końcu film miał premierę raptem parę lat po wybuchu bomb w Hiroszimie i w Nagasaki. Pył radioaktywny jeszcze na dobrze nie zdążył opaść, a ludzi już karmiono tak strasznymi wizjami.

Jestem pozytywnie zaskoczony „Godzillą”. Spodziewałem się przestarzałego filmu wpisującego się nieco w nurt kina sci-fi lat pięćdziesiątych. Myślałem, że zobaczę urokliwy i naiwny film o destrukcji i potworze niszczącym miasto. Coś, co dziś byśmy zakwalifikowali jako kino klasy B. Tymczasem dostałem jak najbardziej klasę A i gdyby nie teatralna gra i kilka dziwnie wyglądających scen, mógłbym uznać to nawet za klasę S. Rozwałka jest nie tylko tłem dla tego dramatu, ale także przestrogą.

„Nie wierzę, że Godzilla był jedynym zachowanym przedstawicielem swojego gatunku, ale jeżeli będziemy kontynuować nasze próby atomowe, możliwe że inny Godzilla pojawi się gdzieś na świecie”. - przestrzega na koniec Yamane.
O, tak, pojawi się. Może nawet zbyt wiele razy. Ale to już zupełnie inna historia.

Ocena: 7/10

P.S. No dobra, przyznaję, że widziałem Godzillę z 1998 roku w całości, ale jesteście pewni, że można nazwać ten film częścią „serii” ?

6 października 2013

Mała Moskwa (2008)


Mała Moskwa

(2008) reż. Waldemar Krzystek
Muszę przyznać, że spodziewałem się filmu politycznego. Ewentualnie wojennego. A co dostałem? Historię miłosną w ciekawych czasach. Troszkę przypomina to historię Romea i Julię, z pewnymi dość interesującymi zmianami i oczywiście opowiedzianą w sposób nowoczesny. W sumie ciężko nazwać nielinearny tok fabularny czymś „nowoczesnym”. W „Małej Moskwie” sposób ten ma swoje uzasadnienie. Dzięki niemu najciekawsze wątki ujawniane są stopniowo, często kolejnych niuansów dowiadujemy się wraz z bohaterami wydarzeń. Miał to być sposób na ucieczkę od monotonii. I zabieg ten okazuje się skuteczny… przynajmniej od pewnego momentu.

Początek filmu wydaje się posuwać bardzo powoli, ociężale. Na tle dość ponurego udźwiękowienia i szaro-burej tonacji widz bardziej to odczuwa. Dopiero, gdy intryga zaczyna nabierać tempa, fabuła potrafi przyćmić klimat. Klimat, który próbuje trochę zbyt natarczywie rzucić się nam w oczy i uszy. Zdarzało się, że muzyka, chcąc podkreślić swoje znaczenie, za bardzo zwracała na siebie uwagę poziomem głośności i irytującą tonacją. Wiele scen wybroniłoby się nawet w ciszy, samą grą aktorską.

Ta stała na wysokim poziomie. Scenariusz dość często zrzucał domawianie pewnych detali na aktorów. Mamy tu sporo zbliżeń, dłuższych momentów pokazujących emocje na twarzach, wiele istotnych kwestii, w których najistotniejsza jest sugestia. Aktorzy uciągnęli ten ciężar.

Tło polityczne, czyli burzliwy okres roku 1968 w Polsce, podkreślenie tego jak bardzo byliśmy jednak „okupowani” i „podlegli” Związkowi Radzieckiemu, nadal jest tylko tłem. Tłem do dość ciekawej historii o tragicznej (a jakżeby inaczej) miłości. Oczywiście mamy kilka ciekawych elementów, jak drzewo w domu wariatów oplecione drutem kolczastym. Nie brak tu tego typu „poetyki kina”. Na szczęście są to elementy, które nie odwracają uwagi od głównego wątku. Pozostają w sferze ciekawostki, smaczku, wisienki dla koneserów.

Dość dziwne i mało wiarygodne wydaje mi się zachowanie córki poszukującej swoich korzeni – jej ogromnego zaangażowania, a nawet groźby samobójstwa. Oczywiście tylko takie jej podejście do tematu mogło posunąć fabułę do przodu.

Nie przypadło mi także do gustu dość natarczywe podkreślanie, z jak wielką to historią miłosną mamy tutaj do czynienia. W całym tym patosie i antysowieckim sosie udało się jednak zachować pewne pozytywne uczucia do jednej z bardziej tragicznych postaci tego dramatu – radzieckiego wojskowego.

Czułem się wciągnięty w losy bohaterów, ale nie byłem aż tak nimi wzruszony. Drażnił mnie tu pewien kult, który śmiało mogę nazwać „bohaterka zrobiła źle, ale chciała dobrze, więc kochajcie ją wszyscy i wzruszajcie się, bo takie światłe kierowały nią pobudki”. Ach, no i „miłość przede wszystkim i ponad wszystko” to standard w tego typu historiach. Drażniła głupota rodziny śpiewającej wespół jakąś ormiańską pieśń radzieckiemu konfidentowi. W imię czego, droczenia się ze śmiercią? Drażniła głupota księdza, który chełpił się wszem i wobec czyjąś odwagą na przekór Rosjanom (a że w ten sposób może przypieczętować ich losy? Pikuś, przecież ważniejszy jest hart ducha parafian). No i drażnił wyjątkowy pech lub zbieg okoliczności. Coś, co mogę nazwać „akurat wtedy, gdy”.

Ostatecznie film trzeba uznać za ciekawą wariację na temat „Romea i Julii” w scenerii, która najprawdopodobniej miała być głównym tematem filmu. Miłosny dramat jest na tyle silny, że skutecznie ten cel udaremnia. Film wolno rozwija swe skrzydła, jednak w finale dumnie stroszy się niczym paw. Polecam z czystym sumieniem każdemu, kto akurat nie przechodzi załamania nerwowego.
Ocena: 7/10

4 października 2013

Agenci (2013)


Agenci

(2013) reż. Baltasar Kormákur
Krzychu:
Czegoś tutaj nie rozumiem. Najpierw nie chcesz pójść na ten film, potem sam go proponujesz. O co chodzi?

Stary:
Jak usłyszałem, że mam obejrzeć film pt. „Agenci” i jeszcze za niego zapłacić, to na sam dźwięk tytułu w głowie zapaliła mi się lampka „NIE!”.

Krzychu:
Ale po okazyjnej cenie to już tak? Jak często kupujesz bilety do kina w sklepie odzieżowym?

Stary:
Nie chodzi o okazyjną cenę. Po prostu poczytałem nieco o tym filmie – zobaczyłem kto gra, co gra, u kogo gra i pomyślałem – może nie będzie tak tragicznie. I nie było, ale… „ale to już było”.

Krzychu:
Tylko w którym kościele?

Stary:
Nietrudno znaleźć, odnoszę wrażenie, że w temacie „buddy movie” mamy już prawdziwą Monachomachię w kinach. Chyba za dużo widziałem. Owszem, jest zabawnie, z taktem, z charakterem, z akcją. Schemat odegrany w bardzo dobrym stylu, ale niczego ponad podstawowy zestaw obiadowy, który już się przejadł.

Krzychu:
Zwroty akcji nie są już dla Ciebie wisienką na torcie?

Stary:
Dziś widza już trudniej zaskoczyć, gdy w każdym filmie zastanawia się kto oszukuje wszystkich realizując swój „Grand Plan” albo który z bohaterów umrze (można to poznać nie tylko po pojawieniu się koloru fioletowego). Spece z Hollywood umiejętnie wpisali kunszt co lepszych zagrywek z innych filmów w swoje tabelki, zmontowali pieczątkę i jadą z koksem. Wielka szkoda, bo rys fabularny „Agentów” wygląda bardzo obiecująco.

Krzychu:
Nawet Denzel Washington wyglądał na znudzonego przez cały film. Podkrążone oczy i dość niemrawy styl poruszania się – sam nie wiem czy to element budowania postaci czy może jednak niekoniecznie.

Stary:
Podobał mi się styl – dość prosty i bez większych fajerwerków (oprócz finału oczywiście), polegający głównie na grze aktorów, konflikcie i na bohaterach. I za sam fakt, że film potrafił przytrzymać mnie tymi ważniejszymi środkami wyrazu sprawia, że dodaję oczko do oceny końcowej. To przyjemny film, który uzmysłowił mi tylko, że gdzieś drzemie we mnie jeszcze tęsknota za „Zabójczą bronią” i pochodnymi. Czekam na kontynuację.

Krzychu:
A dla mnie średniak. Silenie się na budowanie wielce zagadkowej konstrukcji z w gruncie rzeczy prostej fabuły nie wyszło filmowi na dobre. Zbudowana intryga jest wyczuwalnie naciągana i kilka śmiesznych momentów tego nie zatuszuje.

Stary:
A postaci? Nie zaprzeczysz chyba – są wyraziste i nawet ciekawe.

Krzychu:
Zależy co kogo ciekawi. Ja wolę postaci głębsze psychologicznie, może z jakimś dylematem, może jakiś konflikt tragiczny. Tutaj mamy kolejną kombinację standardowych cech, żadnego back-story. Wszystko miało być zbudowane na kontaktach między dwoma głównymi bohaterami, którzy w odpowiednich momentach byli wyróżniani swoimi cechami. Szkoda, że poza tymi wybranymi momentami odnosiłem wrażenie, że można zamienić ich miejscami i nic złego by się nie stało. Zupełnie jakby Denzel przed sceną uzgodnił z Marky Markiem „To kto w tej scenie wybija szybę, Ty czy ja?”, po czym decyzję podejmowała moneta.



Stary:
To ile?

Krzychu:
5/10. Bez litości.

Stary:
A myślałem, że to ja jestem tym bardziej marudnym kinomaniakiem. Naucz się doceniać przyzwoite kino akcji, bo coraz rzadziej można je w kinie znaleźć. Dla mnie szósteczka.

Krzychu:
A ten plusik, który miałeś do oceny dodać?

Stary:
Już dodałem. Wyszło sześć.

Krzychu:
Wyszło na to, że się zgadzamy.

Stary:
Cyfrowo może masz rację, ale w moim analogowym świecie nic nie jest takie oczywiste.

20 sierpnia 2013

Iluzja (2013)


Iluzja

(2013) reż. Louis Leterrier
Stary:
No jestem w szoku.

Krzychu:
Że znowu tak niedokładnie i nie do końca adekwatnie przetłumaczono tytuł filmu? Daj spokój, tutaj nie miało to większego znaczenia.

Stary:
Nie, jestem w szoku, bo zobaczyłem raptem ze 3 reklamy, żadnego trailera i zaczął się film. Nawet naczosów nie zdążyłem zjeść. A co mają powiedzieć ludzie, którzy przyszli 20 minut po czasie licząc na ominięcie bloku reklamowego, a tam już dawno środek akcji?

Krzychu:
W dzisiejszej kinematrografii środek akcji masz już zazwyczaj od pierwszych sekund. A czasami nawet koniec akcji. Nie mów, że krótki czas reklam był dla Ciebie czymś złym.

Stary:
No skąd, płacę za bilet to nie mam ochoty dopłacać oglądaniem reklam. Mam jednak w zwyczaju doszukiwanie się drugiego dna. Ludzie przywykli do przychodzenia po czasie celem uniknięcia reklam – a to może być przeciwdziałanie. Może jakaś polityka długoterminowa. A może po prostu fakt, że to dzień świąteczny był.

Krzychu:
Jakie to właściwie święto? W czasach szkolnych w tym okresie i tak zawsze wakacje trwały w najlepsze, jakoś nie odczuwało się żadnego święta. Teraz dowiaduję się o dniu wolnym z jakiegoś internetowego kalendarza przy planowaniu urlopu.

Stary:
To święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, bezbożniku.

Krzychu:
A Ty skąd wiesz?

Stary:
W Internecie znalazłem. Nie podobało mi się też to, że zmuszono mnie do zrobienia czegoś, czego nie lubię u innych – chrupania naczosami w trakcie seansu.

Krzychu:
No dobra, a jak sam film?

Stary:
Pytasz, jakbyś ze mną nie oglądał.

Krzychu:
Oglądałem i jak dla mnie to całkiem niezłe kino typu heist i bez problemu przymyka się oko na dziury fabularne idąc z akcją do przodu. Aktorzy znani grają tu wciąż swoje słynne role dzięki czemu scenarzysta nie musiał się wyginać zanadto i kreować postaci, skupił się na akcji. Film wyszedł ogólnie na tym całkiem nieźle. A raczej wychodził.

Stary:
Niech zgadnę – wychodził do momentu, w którym „zobaczyłem zakończenie i finałowy twist”.

Krzychu:
Dobrze, że podkreśliłeś „finałowy”, bo na twistach w sumie fabuła się opiera. Tak, myślę że każdy będzie miał podobne odczucie. Żeby zwrot akcji zagrał, jak należy, potrzebne są jakieś nieco wyraźniejsze znaki na niebie i Ziemii. Widz powinien zakrzyknąć „O rany, faktycznie!” albo „Wow, jak mogłem być tak ślepy!” albo „Rany boskie, mocne!”, tymczasem tutaj zakrzyknie tylko „Naprawdę? No bez jaj!”. Nic dobrego, szczególnie w filmie o iluzjonistach, gdzie fabuła z założenia powinna działać na zasadzie podobnej do sztuczki magicznej.

Stary:
O – i tu masz rację. Sztuczka magiczna zadziwia, ale pozostawia po sobie intrygującą tajemnicę. W tym filmie po wyjściu z kina nie pozostaje nic. Przydałoby się zakończenie w stylu „Obietnicy” czy „Incepcji”.

Krzychu:
Tu już wkraczasz na niebezpieczne rejony. Pamiętaj, że seans filmowy to nie koncert życzeń – oceniajmy to, co dostaliśmy i nie piętnujmy filmu za coś, czym nie jest i być nie próbuje. Poza tym furtka do dalszego poprowadzenia historii zostaje. Nawiasem mówiąc, kontynuacja powinna się nazywać „...now you don’t”.

Stary:
No tak. Ciekawe jak by ten tytuł przetłumaczyli.

Krzychu:
Jak to jak? „Iluzja 2”. Nawet filmy ze sobą nie powiązane w polskim tłumaczeniu związuje się, by spędzić ludzi liczących na kontynuację lub spin-off do kin. To w rzeczywistej kontynuacji mieliby uniknąć oczywistych powiązań? „Szklana pułapka 5” i wszystko jasne, ludzie kupują bilety, biznes się kręci.

Stary:
Wielka szkoda, że tak dobrze skręcony film akcji, jakim jest „Iluzja”, kończy się w taki sposób. W tym miejscu wyobraź sobie moją ogromną tyradę o znaczeniu zakończenia w kontekście całego filmu, jakieś wspomnienie filmu „Ptasiek”, a ja idę zaparzyć herbatę.

Krzychu:
Zrób mi też. Dwie łyżki. A co do filmu, to trzeba się zgodzić, ogląda się z zapartym tchem, a scena pościgu jest nakręcona zjawiskowo. Troszkę zbyt agresywny montaż, ale przynajmniej bez nadmiaru niepotrzebnie trzęsących się kamer, doskonale wiadomo co się dzieje, jest ładnie, widowiskowo. Drażniło mnie nieco powtarzanie niektórych kwestii aspirujących do wielkiej mądrości – miało zagrać jak w „Prestiżu”, a nie tylko nie zagrało, ale stało się wręcz irytujące. Byćmoże wklejano tę mądrość zbyt natarczywie, jakoś bez wyczucia. Wiesz co? Polski tytuł jednak moim zdaniem lepiej pasuje do tego filmu.

Stary:
Cooo? Słabo słychać z kuchni!

Krzychu:
„Iluzja”. Widzimy dobrze zgraną akcję, znanych aktorów w swoich standardowych rolach. Nasza uwaga odwrócona jest od dziur fabularnych, elementów nie do końca logicznie uzasadnionych, wyolbrzymionych. Niestety nie mogła odwrócić mojej uwagi od zakończenia. 6/10. Dzięki za herbatę. Rany boskie, mocna!

Stary:
O – i masz okrzyk który chciałeś usłyszeć przy zakończeniu filmu.

Krzychu:
Miałeś posłodzić dwie łyżeczki, a nie wsypać dwie stołowe sypanej herbaty.

Stary:
I masz zwrot akcji, którego się nie spodziewałeś!

Krzychu:
Bleh! Ten też mi się nie podoba. Zaraz możesz mieć tutaj zwrot nie tylko akcji... Jak Ty możesz pić coś takiego? Oceny swojej nie dałeś.

Stary:
Moja jest na 10/10. Mniam. Co tak patrzysz?

29 czerwca 2013

Stażyści (2013)


Stażyści

(2013) reż. Shawn Levy
Stary:
Siedziałem wyjątkowo znudzony i podirytowany po raz kolejny zmuszony do oglądania półgodzinnego bloku reklamowego. A potem okazało się, że półgodzinny blok reklamowy to nie koniec. A potem poleciały napisy końcowe i miałem prawo poczuć się oszukany – dobra, reklamy już były, a gdzie obiecany film, za który zapłaciłem?

Krzychu:
Nie marudź, i tak zapłaciliśmy mniej dzięki tym papierkom po batonikach, które pozbierałem w pracy.

Stary:
Przyznaj się po prostu, że po śmietnikach chodziłeś.

Krzychu:
Nie chodziłem. Widzisz, do pójścia na film zostaliśmy sprowokowani jakąś kampanią reklamową batoników, obejrzeliśmy półgodzinny blok reklam, a potem film będący przydługą reklamą produktów Google. I jeszcze im za to zapłaciliśmy.

Stary:
Przyznam, że wiedziałem, że będzie to film o Google, ale pomyślałem, że przecież z tej wyszukiwarki i tak korzysta prawie każdy. Dobra, wiem, niektórzy nieświadomie instalują toolbary jakiegoś babylonu, avg czy innych dziwactw, wiem że Ty świadomie korzystasz z DuckDuckGo ….

Krzychu:
I nazwa tej wyszukiwarki wcale nie jest kretyńska!

Stary:
…Tak, tak, nie jest. Co z tego? Znaczna większość świadomych konsumentów korzysta z Google. I myślałem – nie będę tym zgorszony, to właściwie już nie reklama, a element kultury, coś powszechnego, jak „Adidasy” czy „rower”. Okazało się jednak, że w filmie wcale nie wyczuwa się tego, natarczywość product placementu jest dokuczliwa i wybija z rytmu.

Krzychu:
Ale gdyby przymknąć oko na product placement.

Stary:
Ja to bym musiał przymknąć oboje oczu. Tak na 2 godziny przymknąć.

Krzychu:
Nie było tak źle. Humor był znośny i raczej nie sprawiał, że miałem ochotę wciąż odwracać wzrok. Mam tak, gdy widzę, jak bohaterowie robią z siebie idiotów. Tutaj, owszem, czasem robią, ale jest to autentycznie zabawne, podane w nieco bardziej delikatnym sosie, zjadliwe. Konfrontacja pokoleń wyszła także nadzwyczaj dobrze i widać, że scenarzysta wiedział o czym pisze, a nie tylko użył paru chwytliwych sloganów, jak to czasem bywa. Nie cierpię, gdy ktoś próbuje pisać o subkulturze bez zrozumienia jej. Tutaj ma się to poczucie, że autorzy wsiąknęli nieco w subkulturę młodzieżową skutecznie ją wykorzystując i trochę krytykując.

Stary:
Faktycznie, nieźle to wyszło. Zderzenie handlowców, gaduł, którzy żyli ze swojej umiejętności kontaktowania się z ludźmi ze światem geeków, którzy przywykli do chowania się za sprzętową maską wyszło ciekawie. Szkoda, że wszystko to jest po raz kolejny tylko obudową znanych schematów, które już dawno mnie nie bawią.

Krzychu:
Zramolałeś może?

Stary:
Za dużo filmów widziałem może, nie wiem. Żeby zużyty na maksa schemat mnie porwał potrzeba czegoś więcej niż przyzwoitego poziomu żartu czy konstrukcji postaci. O konstrukcji fabularnej nie wspominam, bo ta jest właśnie przez schemat odgórnie narzucona. Podobnie, jak i zakończenie.

Krzychu:
Ludzie lubią oglądać coś, co już znają. Czują się w tym schemacie bezpieczniej. Nie wymaga to od nich myślenia. A czy nie o to chodzi w komedii, żeby się odmóżdżyć i pośmiać?

Stary:
Uśmiechnąć raczej, salw śmiechu nie słyszałem. Poza tym prawione tutaj morały bywają nieznośne. Cytując klasyka „Porywa mnie ten patos naszych czasów”. Ja tak nie potrafię dać mu się porwać. Morały i patos muszą być dla mnie ładnie i odświętnie ubrane, nie mogą paradować nago, nie kręci mnie to już. Jak bym miał ochotę na stertę tanich morałów, wróciłbym do czytania demotywatorów.

Krzychu:
Czepiasz się, umoralnianie aż tak nie raziło. Na product placement też udało mi się przymknąć oko. Ja się dobrze bawiłem, nie była to tak durna komedia, jakich obecnie sporo w kinach. Sześć dam. Nie, sześć i pół nawet za piosenkę z początku filmu, którą bardzo lubię.

Stary:
Ale nie musiałeś jej śpiewać tak głośno, inni chcieli się skupić na filmie.

Krzychu:
Ci obok jedli popcorn tak głośno, że myślałem, że mojego podśpiewywania nie będzie słychać.

Stary:
Ja przyznam, że podirytowany zacząłem oglądać ten film. Półgodzinnym blokiem reklamowym, tumultem wokół, agresywnym product placementem. Złagodził mnie humor w tym filmie, który był na przyzwoitym poziomie. Klimat miłej i niegłupiej komedyjki towarzyszył całości i współgrał z nią naprawdę dobrze. Wyrównuje się to, dla mnie średniak. Ale piątaka mu dam, bo dobry cwaniak z niego.

Krzychu:
Z nas też cwaniaki, kamuflujemy już oceny pisząc je słownie.

Stary:
Hej, a właściwie skąd te 4 bilety? Dwóch nas jest. Nie mów, Ci po prawej to Twoi znajomi? Ci, co tak głośno na początku…

Krzychu:
Daj spokój, prawie cały zjedli na reklamach. W pół godziny i Ty byś ze dwa obiady wtranżolił.

23 czerwca 2013

Człowiek ze stali (2013)


Człowiek ze stali

(2013) reż. Zack Snyder
Krzychu:
Hej, myślałem, że to będzie film o Stalinie.

Stary:
A ja byłem przekonany, że to dopełnienie trylogii Wajdy.

Krzychu:
Nie, nie, Wajda zrobił to w formie epizodu w filmie „Solidarność, Solidarność…” i nazwał to „Człowiek z nadziei”.

Stary:
Obejrzeliśmy za to film o człowieku ze Stali, to od tego to wielkie „S” na piersi pewno, nie?

Krzychu:
Nie, nie słuchałeś, to nie „S”, to znak oznaczający „nadzieję”.

Stary:
„Człowiek z nadziei”?

Krzychu:
Superman po prostu.

Stary:
Podobało mi się to, w jaki sposób w tym filmie budowano napięcie do samego nazwania głównego bohatera „Supermanem”. Żarty żartami, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to będzie film o Supermanie, wiedzieliśmy że ta nazwa musi paść i że trudno ją zaimplementować, by nie brzmiała głupio i niezręcznie. Udało się to zrobić z gracją.

Krzychu:
Wszyscy wiedzieliśmy? Niektórzy zorientowali się dopiero po obejrzeniu napisu „DC Comics”.

Stary:
Poważnie? Nie mówisz chyba o sobie.

Krzychu:
Oczywiście, że nie o sobie. Nawiasem mówiąc, od czego pochodzi skrót „DC” ?

Stary:
Detective Comics.

Krzychu:
Czyli po rozwinięciu skrótu mamy obecnie „Detective Comics Comics”?

Stary:
Na to wychodzi. Jak Ci się podobał film?

Krzychu:
Wiesz co? Podobał mi się. Może za wyjątkiem końcówki, gdzie akcja staje się mało zróżnicowana i monotonna, a niektóre dźwięki nieprzyjemne dla ucha przy kinowej głośności. No i mogli zatrudnić kamerzystę bez choroby Parkinsona. Poza tym był po prostu interesujący. Nie przysypiałem i nie dlatego, że było głośno.

Stary:
To prawda. I mnie też się podobał. Zauważyłem, że film podzielił widownię dość mocno. Niektórzy uwielbiają to, co zobaczyli, inni nie mogą znieść. A my, jak nigdy, się zgadzamy, podobał nam się. Dyskusja, w której dwie strony się zgadzają nie ma żadnego sensu, kończymy recenzję.

Krzychu:
Chyba żartujesz? Jest tyle rzeczy do omówienia.

Stary:
Taki napalony na dyskusję o tym filmie? Niech Ci będzie. Nareszcie mogłem zobaczyć Krypton. Nie tylko kilka wystylizowanych na futurystycznie wyglądające kryształowe pomieszczenia, ale całą planetę, w dodatku zaprojektowaną od zera. Stylistyka Kryptonu różni się od tej, którą znamy z filmu Richarda Donnera i jego kontynuacji.

Krzychu:
Tak, tak, piękny świat, ale strasznie mocno inspirowany światem owadów. Wszystko to wygląda jak termitiery, jedna przy drugiej. Jor-El lata na ogromnej ważce. Nawet ich statki kosmiczne mają odwłoki. Zatem nie jest to zbyt oryginalna wizja obcego świata.

Stary:
Umówmy się, że oryginalna być nie może – kosmici wyglądają dokładnie tak samo, jak ludzie. Nawet mówią po angielsku.

Krzychu:
Wizualnie też nie ma wielkich wodotrysków. Owszem, wszystko wygląda ok, ale ma się wrażenie, że to scenka wyjęta z jakiejś gry komputerowej. CGI wciąż jest rozpoznawalne gołym okiem i mnie, jako gracza, boli to, że muszę oglądać to samo w kinie. Na tym samym poziomie, na którym robi się scenki do najnowszej części Final Fantasy czy nawet co lepszych filmów animowanych. Pierwsza połowa filmu to praktycznie jedna długa animacja.

Stary:
Trochę przesadzasz. Jest nieco polityki i pojawia się Zod. Moim zdaniem najlepsza postać całego filmu. W końcu mamy antagonistę, który nie walczy dlatego „bo jest zły”, ale ma rzeczywiste powody i jego poczynania da się wytłumaczyć. W sumie to chyba najlepiej zbudowana postać tego filmu. Dlaczego mam wrażenie, że nie wymieniam zalet?

Krzychu:
Bo to film o Supermanie. Ale przyznajmy to otwarcie i szczerze, że Superman gdzieś u podstaw nie jest zbyt ciekawą postacią. Superbohater, który ma tyle mocy, jest nieskazitelnie prawy i niezniszczalny? Na siłę ma dodaną jedną słabość, ale ileż można eksploatować jedną słabość bohatera? A gdy w końcu go uśmiercono w którymś komiksie, ktoś i tak na siłę go wskrzesił. Mimo to muszę przyznać, że nawet tak dziwne komiksy, jak „Superman vs. Obcy” potrafiły być dobre, serial animowany był ciekawy, ale zazwyczaj żadna w tym zasługa postaci Supermana. Równie dobrze mógłby to być np. Goku. Nawiasem mówiąc, szkoda że na takim poziomie nie zrobiono aktorskiego „Dragon Ball Z”. A Zod? Zod był ładnie wykreowany poza drobnymi elementami i tekstami, w których zdawał się pałać rządzą mordu, gdy jego cel nakreślony był inaczej. Z jednej strony był mocno związany z Jor-Elem, nawet nawiedzała go jego śmierć, nie pozwalała o sobie zapomnieć. A potem pyta wizerunek Jor-Ela czy czuje ból, po czym z premedytacją próbuje mu go zadać. Jakby z ciekawego antagonisty, nieco niejednoznacznego moralnie, próbowano zrobić kogoś, kogo będziemy mogli pewniej włożyć do odpowiedniej szufladki.

Stary:
Trochę, jak w „Wielkim Gatsbym”, prawda?

Krzychu:
To chyba taka maniera amerykańskiego kina, które wciąż jest prześladowane przez nadmiar dosłowności. A raczej prześladowane przez ludzi, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich widownia tej dosłowności oczekuje. Gdy Superman, przed chwilą atakowany przez wojsko, idzie pośród żołnierzy, a Ci go nie atakują – nie trzeba więcej. A jednak, „On nie jest już naszym wrogiem” musiało zostać wypowiedziane i nie mogłem nie roześmiać się nieco słysząc te słowa.

Stary:
Wiedzą po prostu, że większość widowni jest głupia i nie załapie, jak im się tego nie wbije do głowy. A jak widownia nie zrozumie, to im się nie spodoba. W końcu kto lubi ludzi, którzy mówią nam lub uświadamiają nam jacy jesteśmy ograniczeni? W sumie na tym też polega bolączka Supermana. Gdyby się ujawnił, przestraszyłby ludność, a także uświadomił im że niewiele mogą w porównaniu z nim. Po „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”, które widzieliśmy z Spidermanie, po „będę nikim żeby chronić bliskich” to coś, czego chyba jeszcze nie było w filmach o superbohaterach. A jeśli było, to nie jest to motyw zużyty i przewałkowany.

Krzychu:
Moim małym przekleństwem od początku filmu była świadomość marki.

Stary:
Tia, też zauważyłeś agresywny product placement?

Krzychu:
Tak, ale nie to mam na myśli. Świadomość marki Supermana i wszystkiego co z nią związane. Czekałem, aż Superman założy kostium, aż stanie się Clarkiem Kentem pracującym dla Daily Planet, założy okularki. Zastanawiałem się czy nawiążą do przebierania się w budkach telefonicznych w czasach, gdy wszyscy już mają telefon w kieszeni, a budkę telefoniczną ciężko znaleźć gdziekolwiek. Oczekiwałem tego, tymczasem świat poznaje tutaj Supermana w zupełnie innych okolicznościach. Antagonista pojawia się zanim Superman staje się rozpoznawalny publicznie. W filmie taka konstrukcja oczywiście ma sens, ale gdzieś tam głęboko w pamięci miałem konstrukcję z poprzednich filmów o Supermanie. W tym aspekcie mogę powiedzieć śmiało, że czułem się zawiedziony, choć wiedziałem, że to dla mojego dobra.

Stary:
Ja zawiodłem się w dokładnie odwrotny sposób. Gdy statek z małym Kal-Elem zmierza ku Ziemi i nagle widzimy łódź rybacką, pomyślałem „Wpadł do morza. Świetnie, ojciec nie będzie farmerem, a rybakiem, wyłowi go. Odważnie, ale fajnie, bo nie będzie wiadomo co jeszcze zmienią”. Po czym okazuje się, że to po prostu przejście od razu do dorosłego Clarka, który akurat dorabia jako rybak jednocześnie uciekając przed rzeczywistością. Film pada ofiarą swojej marki. Między Supermanem a Lois Lane przez cały film nic się nie dzieje, nie widzę tu żadnej chemii, by nagle pokazać scenkę, z której wynika coś dokładnie odwrotnego. Gdy oglądałem film, nie odczułem tego, bo też miałem tę świadomość – oni muszą się zejść, tak było zawsze, to część mitu. Gdy wyszedłem z kina i się nad tym zastanowiłem, to mnie to nieco ubodło. Ta para nie jest tu budowana zbyt skutecznie.

Krzychu:
W kilku miejscach miałem wrażenie, że Lois była dodana na siłę. Dlaczego pojawiła się tu? Bo chcieliśmy ją bardziej wplątać w fabułę, poza tym ktoś musiał potem uratować sytuację w tym miejscu i czasie. A tu po co? Żeby wcisnęła przycisk. A potem niech spada. Hej, w sumie, w pewnym sensie można powiedzieć, że Lois leciała na Supermana.

Stary:
Raczej on leciał. Do niej. Żeby ją złapać. Przy drugim razie mi się przejadło. Ale to drobiazgi, całość była niezwykłym spektaklem. Działo się dużo, trzymało w napięciu, film godny polecenia.

Krzychu:
Tylko tak, jak wspominałem, przy końcówce dźwięki niektórych maszyn potrafiły zdrażnić ucho. Sama muzyka, choć świetna i pasująca do całości, bazuje na jednym motywie, który jest naprawdę za bardzo eksploatowany. Nudzi pod koniec. A brak klasycznego motywu muzycznego jest dla mnie grzechem. Co niby stało na przeszkodzie, by taki drobiazg wrzucić?

Stary:
A moim zdaniem dobrze, że tego motywu nie użyto. Podkreśliło to odcięcie od kiczowatości starej serii.

Krzychu:
Widzisz, zbliżamy się do końca i udało nam się uniknąć porównań do Mass Effect 3 i rozwodzenia się nad karierą Christophera Nolana i Zacka Snydera.

Stary:
Dobra, dobra, nie pitol tylko rzucaj mi tu podsumowanie. Ile?

Krzychu:
7/10. Nie jest źle, a nawet mi się podobało. Nie podobało mi się, jak odszedł Jonathan Kent. Bo jego śmierć dla każdego, kto choć trochę zna historię Supermana nie jest zaskoczeniem, ale w jaki sposób to się odbywa… Nie rzucę spoilerem, ale jest to jedna z niewielu scen, które wyszły po prostu fatalnie. To wszystko to jednak detale, ogólnie warto obejrzeć, dobrze się bawiłem, polecam.

Stary:
Ale „szału ni ma”, nie?

Krzychu:
Nie da się ukryć.

Stary:
W tym przypadku zgadzamy się ze sobą, ode mnie 6/10 i krótkie podkreślenie słowne, że to dobra ocena i że warto obejrzeć w kinie. Z kolei w Internetach zbierają się skrajne opinie. A my tak jakoś po środku. Nijakie recenzje szybko umykają uwadze czytelnika albo uciekają z pamięci zaraz po przeczytaniu. Mówiłem od razu, że dyskusja, w której się zgadzamy nie ma sensu.

Krzychu:
Tak? Dobra, to ja na szybko zmieniam zdanie i daję 1/10. Szmira. Uzasadnienie? Bo Zod nie nazwał Supermana wieśniakiem. A mógł.

Stary:
To ja 10/10, arcygenialny. Dlaczego? Bo „Welcome to the Planet” było lepsze niż ujęcie na jakieś sanki w ognisku.

Krzychu:
I pamiętaj o czym rozmawialiśmy, bez dosłowności i prowadzenia czytelnika za rączkę, żadnego podkreślania właściwej oceny filmu, niech czytają całość!

18 czerwca 2013

Wielki Gatsby (2013)


Wielki Gatsby

(2013) reż. Baz Luhrmann
Nikt nie chciał ze mną podyskutować o filmie, więc postawiłem podyskutować sam ze sobą.

Stary:
Wielki Gatsby – wiele oczekiwałem po tym filmie, choć samą książkę kojarzyłem tylko z filmu „Człowiek z księżyca”. Trailer mnie dobrze nastroił – oczekiwałem tajemniczej postaci, wielkiej miłości, wielkich uczuć. Takiej trochę bajki, trochę przerysowanego teatru, naiwności, niewinności. I to właśnie dostałem – udało się zaspokoić te oczekiwania, dlategom z kina wyszedł zadowolon.

Krzychu:
A ja umęczon. Jesteś pewien, że widzieliśmy ten sam film? Seria wykrzywionych min Leonarda wzbudziła w Tobie jakieś uczucia? Przez dwie i pół godziny film miał może kilka momentów, które mogły wzbudzić jakiekolwiek uczucia, ale to nie wystarczy. Film musi mieć postaci, które są ludzkie, ciekawe, działają tak, jakby na ich miejscu zachował się prawdziwy człowiek. Co do jednego masz rację – czułem jakbym oglądał coś w rodzaju teatru. Raczej teatrzyku. Z manekinami zamiast aktorów.

Stary:
Marudzisz. A Tom Buchanan, świetnie zagrany przez Joela Edgertona? Taka jednowymiarowa postać? A niejednoznaczne zachowania Daisy?

Krzychu:
Mąż Daisy sprawił na mnie wrażenie postaci wielowymiarowej, prawdziwej, ale z uporem maniaka kreowano go na antagonistę i zło wcielone. Z kolei Daisy nie poświęcono dość uwagi. Może ta postać miałaby szansę zaistnieć gdyby więcej ekranowego czasu poświęcono na wydarzeniach, które miały miejsce na końcu. Zamiast tego większość tego czasu to cytowane dosłownie fragmenty książki czytane przez narratora i na wszelki wypadek pokazywane na ekranie. Okrzyków „robimy film na podstawie książki” jest wiele i są one trochę na siłę powciskane.

Stary:
To one właśnie naprowadzają na trop. Ta opowieść to spisana legenda. Z jednej strony mamy autora, który opowiada to z własnej perspektywy i urealnia opowieść. Dzięki temu przejmujemy się losami bohaterów. Z drugiej oddala widza, mówi „To tylko opowiadanie”, kolorystyka i efekty wizualne zbliżają ten film do komiksu, a gra z premedytacją jest wyrazista i klarowna.

Krzychu:
Żywe kolory, kontrast wizualny między dobrą dzielnicą, a biedotą jeszcze łykam, ale efektu odrealniającego w postaci ścieżki dźwiękowej już przełknąć nie mogę. Widzę lata 20, a słyszę jakieś dziwne połączenie jazzu, hip-hopu, muzyki elektronicznej i Bóg-raczy-wiedzieć czego jeszcze i nóż mi się w kieszeni otwiera.

Stary:
Ale piosnka z trailera robi wrażenie.

Krzychu:
Tak, głównie w trailerze. W filmie jakoś ulatuje. A może plejada dziwnych tworów muzycznych dławi i zagłusza to, co w ścieżce dźwiękowej smaczne. Ciężko mi powiedzieć. Żeby nie było, że tylko narzekam. Podobał mi się fragment gdy ten Wielki Gatsby zachowuje się jak zakochany uczniak. Słodkie to nawet. Reszta przynudzała albo śmieszyła swoją naiwnością.

Stary:
A ja chciałem dać się ponieść magii kina, dać się poruszyć prostą historią o wielkiej miłości. I myślę, że ten film doskonale mi to umożliwił. DiCaprio i Maguire spisują się tu na medal jak dla mnie.

Krzychu:
Swoją drogą, czy oni coś do siebie mieli? Nick na początku był zainteresowany ładną brunetką, a potem ten wątek szybko się urywa. Nick woli Gatsbiego, wyraźnie tęskni za nim w swych wspominkach. Może to opowieść o nie tej miłości, o której myśleliśmy?

Stary:
Już nie doszukuj się tu czegoś, czego tu nie ma. Daję 8/10, bo po prostu wzbudził we mnie emocje i pozwolił uwierzyć w coś, o czym zapomniałem. Ukoił moje skołatane nerwy, otrzymałem katharsis.

Krzychu:
Ja otrzymałem takie ukojenie nerwów, że mało nie zasnąłem już w połowie filmu. I czasami żałowałem, że tak się nie stało, uniknąłbym masy pitolenia. Dla tych paru scen nie było warto. Wizualnie też nie zachwyca, zielone ekrany biją po oczach. Próbowali je maskować dziwnym efektem rozmycia, ale nie do końca to się udało. Jest postać męża Daisy, coś tam dla siebie znalazłem, więc 4/10 mogę dać.

20 marca 2013

Weekend z królem (2012)


Weekend z królem

(2012) reż. Roger Michell

Wspominałem już, za jak tani chwyt uważam dorabianie haseł marketingowych i żerowanie na sukcesie innych filmów. "Film twórców..." jest jednak niczym w porównaniu z praktyką sugerowania, że mamy do czynienia z kontynuacją innego wybitnego dzieła. O ile w przypadku takich filmów jak "Aliens vs. Avatars" może mieć to swój urok, o tyle w przypadku wysokobudżetowych hitów prosto z Hollywood jest to po prostu cios poniżej pasa. Winni są oczywiście przede wszystkim polscy tłumacze i dział marketingu. Dlaczego zatem dałem się nabrać i wybrałem się do kina? Dwa słowa: Bill Murray.

"Weekend z królem" opowiada wycinek życia prezydenta USA - F.D.Roosevelta - z punktu widzenia jego dalekiej krewnej i kochanki. Nie będę tego ukrywał, historia ta wlecze się niemiłosiernie, nie pokazuje niemal niczego ciekawego prócz kontrowersyjnej postaci zagranej przez Billa Murraya. Bill gra bardzo dobrze, miło się go ogląda, a jego postać nie jest jednowymiarowa. Z jednej strony usiłuje się go wykreować na świetnego polityka i męża stanu, z drugiej na kobieciarza i obłudnika w życiu prywatnym. Taka dychotomia z pozoru powinna sama z siebie wygenerować nam doskonały dramat psychologiczny. Niestety, nie tym razem. Dlaczego?

Zacznijmy od tego, że absolutnie nie rozumiem dlaczego kategoryzuje się ten obraz jako "komedię". Kilka scen, które wywołają uśmieszek na twarzy nie obliguje od razu do ustawiania tego filmu na jednej półce z innymi, prawdziwymi komediami. Zdaje się, że "Weekend z królem" tak bardzo ssie jako dramat czy też jako jakikolwiek inny gatunek, że jedyne co mogło go uratować to doszyta łatka "komedii". W końcu na komedię może więcej ludzi przyjdzie do kina. No i Bill kojarzy się głównie z komediami, jak można umieścić go na Bill-boardach i nie napisać "komedia", najlepiej dodając magiczne słówko "roku"? Sporo tych "komedii roku" już mamy, a rok nam się jeszcze na dobre nie rozkręcił.

Zazwyczaj narzekam na scenariusz w filmach. Tym razem odnoszę jednak wrażenie, że scenariusz jest na wysokim poziomie, ale po prostu tematyka jest bardzo niewdzięczna. Z kolei postaci nie są nijakie. Po seansie pamiętałem nie tylko Roosevelta, ale i sporo wyrazistych, ciekawych postaci drugoplanowych. Wszystko wydaje się trzymać kupy i, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zaczyna też kupą zalatywać. Niestety, odnoszę wrażenie, że bardzo wiele w tym filmie jest dopisane na siłę. Dialogi wydają się przez to misternie uszyte, ale bezcelowe. Wyszedł z tego taki pastelowy, dość nijaki, mocno amerykański dramat o zabarwieniu historyczno-politycznym.

Bardzo nie spodobało mi się naginanie historii i interpretowanie jej na korzyść USA. Końcowy napis (jeżeli ten pseudomorał ma być dla was spoilerem, to możecie czuć się ostrzeżeni - choć to ostrzeżenie powinno dotyczyć raczej możliwej frustracji) był dość dziwny. Dokładnej treści nie pamiętam, musicie mi wybaczyć, ale postaram się opisać po krótce o co w nim chodziło. A chodziło w nim o to, że spotkanie przedstawione w filmie rzeczywiście umocniło stosunki między USA i Anglią, w efekcie USA pomogła w 1942 Anglikom w drugiej Wojnie Światowej. To ja jestem ciekaw, gdzie był myślami Roosevelt, gdy jego sojusznika w 1940 naleciało Luftwaffe? I ciekawe czy zrobiliby cokolwiek, aby wesprzeć wojnę w Europie gdyby nie nalot Japończyków. Stawiam na to, że nie. Zatem morał przekręcił dość znacznie kontekst całego filmu. Zdawało mi się, że widzę, jak przebiegły prezydent prowokuje króla do dyplomatycznej porażki, której skutkiem był właśnie brak konieczności wspierania konfliktów w odległej Europie. Być może nawet o to chodziło, ale przecież amerykańska cenzura nie mogłaby takiej wersji historii przepuścić.

Ocena: 5/10

5 marca 2013

Daję nam rok (2013)


Daję nam rok

(2013) reż. Dan Mazer

Spodziewałem się miłej i subtelnej komedii, może romantycznej, może niekoniecznie. Starałem się nie sugerować sloganami „film twórców największego hitu sprzed kilku lat, który reklamowaliśmy jako film twórców największego hitu....”. Zazwyczaj słowem-kluczem do rozwikłania zagadki jest tutaj słówko „twórców”. Pojęcie bardzo szerokie, może oznaczać oczywiście reżysera albo scenarzystę (wówczas z pewnością jednak nikt nie próbowałby tego kamuflować), może też oznaczać producenta, aktorów, operatora, montażystę, makijażystkę, statystów czy kogokolwiek innego. Tutaj jednak kudosy za odwagę, na plakacie możemy zobaczyć dokładnie dzieło jakich twórców zobaczymy. Co nie zmienia jednego: jeżeli film musi powoływać się na sukces innego filmu, to zazwyczaj oznacza, że ktoś, kto ten film widział i go promuje sam nie wierzy w jego sukces. W tym przypadku całkowicie go rozumiem.

Bardzo zdziwiłem się, że na seansie na początku byłem tylko ja i moja dziewczyna, która chyba w akcie zemsty za „Szklaną Pułapkę 5” wyciągnęła mnie do kina na to arcydzieło. W końcu pojawiło się kilka osób więcej, odetchnąłem z ulgą. Wiadomo, że komedie dobrze ogląda się w kinie ze względu na instynkt stadny, który tak uparcie próbują wciąż wykorzystywać sitcomy. O ile martwego śmiechu z TV nie cierpię, tak o sile naturalnego stadnego rżenia w kinie przypomniał mi niedawno „Swing”. Jeszcze nie wiedziałem co mnie czeka tym razem.

Zaczyna się idyllicznie, nasi bohaterowie zakochują się, biorą ślub. I już tutaj pojawia się pierwszy piasek w zębach. Ksiądz w decydującym momencie zaczyna kaszleć, wręcz dusić się. Troszkę zastanawiałem się do czego to ma prowadzić, czy to ma być jakiś „zły znak” czy element humorystyczny. Nie wiem, ale miałem tego dość po pierwszych kilku kaszlnięciach, a tu końca nie widać. Może powinienem teraz leżeć w spazmach śmiechu, a film czeka aż się podniosę z podłogi? Gdyby tak było, to z pewnością udusiłbym się ze śmiechu już po wyjściu z domu i zobaczeniu pierwszej chmurki na niebie. Zatem wychodzi na to, że scena była właściwie bez sensu. A co dalej? Tak, dalej można śmiało powiedzieć, że film trzyma równy poziom.

Większość humoru polega na czymś, czego nie cierpię, a mianowicie na stawianiu bohaterów w niezręcznych sytuacjach. Widząc takie sytuacje, sam czuję się niezręcznie, odruchowo zasłaniam oczy jakbym był zmuszany do oglądania czegoś obrzydliwego. A tutaj na takim humorze zbudowane jest praktycznie wszystko. Ciekawym pomysłem było za to pojawienie się postaci, która KAŻDYM jednym zdaniem, w każdej wypowiedzi stawia się w niezręcznej sytuacji i do tego nic sobie z tego nie robi.

Gdy nie ma się pomysłu na dobry humor sytuacyjny, na jakąś komedię omyłek, dowcip słowny czy właściwie jakikolwiek dowcip, wówczas najłatwiej wrzucić przekleństwo, pokazać jak ktoś sra albo pożartować z seksu. To ostatnie może być jeszcze zabawne, gdy wykonane z wyczuciem. Film „Daję nam rok” robi to z ogromnym wyczuciem. Na przykład dobudowuje osobną scenę, w której powinniśmy się śmiać widząc na ekranie gołego fiuta w kontekście seksualnym. Jakbym chciał obejrzeć pornola, to zostałbym w domu. Większość filmu oglądałem trzymając się za głowę albo zasłaniając jedno oko.

Muszę oddać jednak nieco sprawiedliwości – ze dwa żarty im się naprawdę udały. Ponadto zakończenie w ciekawy sposób nawiązuje do klasyki komedii romantycznych jednocześnie nieco się z niej wyśmiewając. Motyw ten bardzo by mi się spodobał, gdyby nie to, że kibicowałem innemu rozwiązaniu „intrygi”.

Jeżeli lubisz komedie w stylu „American Pie” (którego nie widziałem nigdy w całości; zacząłem oglądać w telewizji i na szczęście mogłem przełączyć kanał po obejrzeniu pierwszej sceny), to film „Daję nam rok” może Ci się bardzo spodobać. W przeciwnym przypadku unikaj jak ognia. Główni bohaterowie nieciekawi, nijacy i przyćmieni przez kilka postaci drugoplanowych, niskopoziomowy humor, przewidywalna fabuła, dwa dobre żarty i zakończenie z pomysłem, choć też niezbyt wybitnym. Mam dla was dobrą radę: nie oglądać przed wypiciem paru głębszych, a najlepiej nie oglądać wcale.

Ocena: 3/10

20 lutego 2013

Swing (2012)


Swing

(2012) reż. Abelard Giza

Byłem na Swingu. Nie, nie na lekcjach tańca!

Jest to najnowsza komedia Abelarda Gizy znanego z kabaretu Limo. I już na samym początku filmu otrzymujemy jakże ważną informację – film jest na podstawie sztuki teatralnej. Mamy jedność miejsca, akcji, czasu, teatralne aktorstwo wykonane przez aktorów znanych głównie z Trójmiejskich scen kabaretowych. Nie jest to komedia w stylu amerykańskich blockbusterów, w których głównym powodem do „śmiechu” są narkotyki, alkohol czy dziwne wygłupy. Nie jest to komedia w stylu polskich blockbusterów, gdzie powodem do śmiechu mają być głównie przekleństwa. To film w stylu najlepszych odcinków „Hotelu Zacisze”, gdzie już sam scenariusz i nakreślona w nim sytuacja powoduje uśmiech na twarzy widza.

Nastawienie się na „Swing” jako na adaptację sztuki jest bardzo ważne, pozwoli wam bawić się od samego początku. Ja o tym nie wiedziałem, przez co moja zabawa rozpoczęła się dopiero gdzieś w drugiej minucie.

W zakresie konwencji mamy tutaj absolutnie wszystko: żarty udane, jak i kompletnie nietrafione, subtelniejsze, jak i przesadzone do granic. Na fali żartów udanych oraz dobrze i sensownie splecionej intrygi śmiejemy się także z tych nietrafionych. Całość wprowadza tak niezwykłą atmosferę na widowni, że ta potrafi śmiać się do rozpuku oglądając czwórkę ludzi przy stole, którzy spokojnie jedzą posiłek. Na ekranie dwie postaci siedzą, nic nie mówią przez – na oko – blisko minutę, jedna postać lekko pociera palcem końcówkę noża. A publiczność ryczy ze śmiechu. Ogromny plus za odważne wprowadzenie tego typu momentów. Doskonale służą one jako retardacja, ale i mają w sobie ogromną dawkę dowcipu, głównie dzięki grze aktorów. Odnoszę wrażenie, że większość kinowych przebojów choruje na ADHD, a ich autorzy boją się jakiegokolwiek fragmentu, w którym „nic się nie dzieje”. Smutni Panowie w garniakach nie zawsze rozumieją, że cisza na ekranie wcale nie oznacza, że „nic się nie dzieje”. W „Swingu” w tych właśnie momentach dzieje się bardzo wiele. I spodoba się to każdemu, bo sos, w którym umaczany jest ten film działa jak glutaminian sodu.

„Swing” nie jest jednak filmem idealnym. Konwencję teatralną można przyjąć bez popitki, ale teatralne aktorstwo na początku potrafi razić sztucznością. Jak najbardziej pasuje do całości, bawi, ale wymaga nieco od widza. Utrzymanie zasady trzech jedności sprawia nieco klaustrofobiczne odczucie. Gdy Lucyna idzie gotować do kuchni, mam ochotę pójść za nią, choć na chwilę zobaczyć jej minę albo ekspresję krojenia selera. „Swing” ma kilka momentów, które są przewidywalne. Nie wyjaśnia też wszystkich zachowań – możemy się ich domyślać, ale też nie do końca jest z czego te domysły brać. Mam na myśli głównie końcówkę filmu, zatem powstrzymam się od konkretów, zobaczycie sami.

Zamknięcie akcji w „czterech ścianach” nie oznacza nudnego filmowania – mamy różne tonacje kolorystyczne idealnie wpasowujące widza w klimat, ciekawe zabiegi montażowe przypominające mi nieco „rwane” ujęcia z „Superprodukcji” Machulskiego, choć tu sprawdzają się nieco lepiej.

Po seansie cała sala wychodziła spłakana ze śmiechu. Nie zabrakło też nie-aż-tak banalnego morału, który nie musiał być młócony nie wiadomo jak długo „żeby na pewno dotarł”. W tej formie robi znacznie lepsze wrażenie.

Tak, moi drodzy, jednak można zrobić DOBRĄ POLSKĄ komedię. I to bez ostentacyjnego product placementu (choć można mieć wątpliwości czy nie maczał w tym swoich palców Instytut Warzywnictwa w Skierniwicach albo jakaś sieć sprzedawców małż). Sam z bólem policzków opuszczałem kino słysząc z tyłu głosy „Musimy pójść na to jeszcze raz”, a gdzieś z przodu „My to już jesteśmy drugi raz...”. Osobiście drugi raz się nie wybieram, za dobrze mi siedzi w pamięci. Za to Blu-Raya kupię i kiedyś z chęcią rano po jakiejś imprezie skacowanym gościom pokażę, a z pewnością im się lepiej zrobi.

Ocena: 8/10