12 kwietnia 2014
Godzilla kontra Biollante (1989)
Godzilla kontra Biollante
(1989) reż. Kazuki Omori
Minęło 5 lat zanim studio Toho odważyło się na realizację kolejnego filmu z Godzillą w roli głównej. Najwidoczniej nikt nie miał pomysłu na fabułę, bo po raz kolejny zorganizowano konkurs na scenariusz. Zwycięski tekst i tak został przerobiony (przepraszam, "poddany koniecznym przeróbkom") zanim został zrealizowany. Mając w pamięci porażkę Jet Jaguara i całego filmu „Godzilla kontra Megalon” byłem zrażony do tego typu pomysłów. „Godzilla kontra Biollante” udowadnia jednak, że czasami amatorzy fani potrafią mieć ciekawe, ale i dość odjechane pomysły. Jednak, jak wiemy, dobry pomysł nie zawsze przekłada się na dobrą realizację. Jak będzie tym razem?
Akcja zaczyna się zaraz po wydarzeniach znanych nam z poprzedniego filmu. Tokio w zgliszczach, a naukowcom udaje się odnaleźć kawałki ciała Godzilli. Te okazują się bardzo cennym materiałem do dalszych badań genetycznych. Reszty zapewne się domyślacie.
Przesłanie skierowane przeciwko zaawansowanym badaniom genetycznym nie trzyma się kupy. Z jednej strony wciąż przedstawiane jest jako coś złego, czego powinno się zaprzestać. Tymczasem w rzeczywistości widzimy przerażające skutki tych badań, ale i zbawienne dla ludzkości. Czyli – nie podejmujmy się badań, dajmy się zabić.
Wstęp nastraja wyjątkowo dobrze. Oprócz akcji, która zaczyna się od samego początku (przypomnienie destrukcji Tokio, walka o materiał genetyczny potwora) pozytywnie nastraja także muzyka. Rockowa wariacja na temat dobrze znanych Godzillowych motywów to jest coś, czego się nie spodziewałem. I zostałem mile zaskoczony. Ku mojemu zdumieniu wraca także „wesoła” melodia znana jeszcze z pierwszego filmu (ta „pasująca” do detonacji min głębinowych).
Jedno staje się jasne – poprzednia odsłona wbrew temu, co twierdziłem w swoim poprzednim tekście, jest jednak rebootem przekreślającym wszystko oprócz pierwszej części. „Godzilla kontratakuje” nie mogło mieć miejsca, gdyż widzimy tu sceny z Osaki, gdzie słynna pagoda stoi nienaruszona. Oczywiście mogła być odbudowana, ale stawiam jednak w tej chwili na to, że walka z Angilasem jednak nie miała miejsca w tym uniwersum. Z kolei akcja „Godzilla kontra Biollante” ma miejsce głównie w 5 lat po wydarzeniach z „Godzilli”, czyli idealnie zbieżnie z czasem realizacji filmów. Ach, no i nie liczcie, że wyżej wspominana pagoda zostanie zdewastowana – nic z tego tym razem.
Aktorstwo jest niestety na dość niskim poziomie. O ile japońskie kwestie przechodzą bezboleśnie, tak angielskie wołają o pomstę do nieba. Napisy mam w języku angielskim i w trakcie, gdy postaci po angielsku mówiły, napisów nie było. A żeby ich słowa zrozumieć trzeba było mieć nieraz naprawdę wiele wyobraźni.
Zresztą cała ta międzynarodowa intryga wydała mi się zbędna, dodana na siłę. A może po prostu nie poświęcono temu wątkowi odpowiedniej uwagi. Snuje się on tam gdzieś w tle, czasem odrobinę posunie się do przodu, by w finale nawet ciekawie się zakończyć. Szkoda, że widz zostaje z wrażeniem, że ten motyw był zupełnie zbędny. Wielka szkoda, przecież w „Godzilli” z 1984 polityczne rozgrywki były rzeczywiście ciekawe.
Motyw miłości, tęsknoty, próba wplecenia w to nieco ciekawszych wątków ludzkich niestety także skazana została na porażkę. Coś się tam pojawia, ale przedstawiane jest w taki sposób, że widz kompletnie nie przywiązuje się do postaci, nie kibicuje jakiemuś rozwiązaniu, stoi gdzieś obok tego wszystkiego. Znacznie bardziej byłem zainteresowany wątkami z „Terroru Mechagodzilli”, które także potraktowane nieco niechlujnie, ale przynajmniej zaciekawiały.
Gwoździem do trumny - jak dla mnie - była postać wizjonerki z mocami paranormalnymi. Z tą trumną może trochę przesadziłem, na papierze musiało to wyglądać ciekawie. Gdy teraz o tym myślę, to pomysł brzmi całkiem nieźle - jest szansa na zbliżenie się do „Dragonballowego feelingu” – ki przeciw potworom, żywe opisywanie i komentowanie walk przybliżanych tym sposobem widzowi. W praktyce w tę postać w ogóle nie uwierzyłem. Trzeba to przyznać – powstała tylko po to, by tłumaczyć widzowi co się tak naprawdę dzieje, by wątki ludzkie ściślej powiązać z potwornymi. W rezultacie mamy postać irytującą swoim mistycyzmem i przekonaniem o swojej nieomylności.
Wątek badania naukowego Godzilli jako ciekawego zwierzęcia, badania właściwości pochłaniania radioaktywności nie jest wcale taki nowy. Pomysł powstał już w pierwszym filmie z cyklu, gdzie naukowcy stanęli przed dylematem unicestwienia stwora lub badania go dla dobra ludzkości. Tu wątek ten jest nareszcie należycie rozwinięty. To jedyne, co w wydarzeniach „ludzkich” mnie zainteresowało. Ach, no i był żołnierz, któremu udało się strzelić z rakietnicy prosto w paszczę Godzilli – so awesome.
Ciekawe jest także to, że tym razem Godzilla nie przychodzi ot tak sobie. Uwolnienie potwora to element szantażu i to człowiek jest bezpośrednio winny.
A jak spisały się potwory? Kostium G (bo i tak nazywany tu bywa Godzilla) uległ drastycznym zmianom. Przede wszystkim – pozbył się zeza (za to dorobiła się go nasza mistyczka). Zębiska wciąż ma wysunięte, ale nie wygląda to już tak idiotycznie. Dorobił się wyrośniętych mięśni barków, sprawia wrażenie jakbyśmy mieli do czynienia z bardziej przykoksowaną wersją potwora z poprzedniego filmu. Troszkę to kontrastuje z przypomnieniami pokazywanymi na początku, jednak sceny są od siebie dość odległe, widz ma prawo nie zauważyć.
Do niektórych scen musieli zbudować sporej wielkości basen albo kręcić nad jakimś jeziorem lub morzem. Sceny demolki wyglądają fachowo. Nie ma tu już takiej rewolucji, jak między serią Showa, a obecnie opisywaną, ale widać stopniowy progres.
I choć potwory wyglądają nieźle, to ich pierwsze starcie następuje już gdzieś w połowie filmu, jest krótkie i kończy się dość jednoznacznie. Dalsze zmagania z Godzillą są nawet ciekawe. Ludzie wykorzystują wszystkie znane im sposoby na zabicie potwora, łącznie z tymi wyciągniętymi nagle z dupy po godzinie seansu. Mam tu na myśli generator pogody z „kierunkowym wystrzeliwaczem” piorunów. I jakoś nikt nie wpada na to, by spróbować metod używanych pięć lat wcześniej. Dodajmy, że sprawdzonych i skutecznych metod. Wprawdzie pojawia się udoskonalony Super-X (nazwany jakże kreatywnie – Super-X 2), próbuje odbić oddech G z powrotem do nadawcy. Ale żeby użyć tych samych pocisków, co ostatnio albo zagrać dziwną wersję nawoływania ptaków, to nie – po co?
Zaś finałowa potyczka pojawia się tak głęboko z dupy, jak to możliwe. Uwaga, spoiler będzie. Otóż Godzilla w finale walczy ponownie z Biollante, którego spalił żywcem wcześniej. Jakim cudem Biollante wraca? Jako niebiański pyłek przylatuje z nieba, materializuje się w postaci dziwnej, przerośniętej rosiczki po czym ulatnia się tym samym sposobem. Czy ma to jakieś uzasadnienie? Bardzo nikłe. Sami autorzy nie mogą się zdecydować czy szukać genezy Biollante w nauce czy w mitologii, korzystają z każdego po trochu. I po całej tej walce Godzilla i tak przeżywa, odchodzi do morza. I to ma być sukces?
Nawet ciekaw jestem czy słabość w postaci podgrzewania temperatury ciała potwora, by uaktywnić zaszczepione bakterie będzie jeszcze wykorzystywana. Albo czy przebite na wylot łapsko będzie nadal ranne i nie do końca sprawne. Co ja gadam, kto by się takimi detalami w takich filmach przejmował, prawda?
Ostatecznie dostałem zestaw nudnych wątków ludzkich z małym, niezbyt przejmującym twistem na koniec. Dostałem też wątek polityczno-szpiegowski, mało ciekawy i w niewielkich ilościach podawany (do polityki z poprzedniego filmu bardzo daleko). Na pseudoliryczne frazesy prawione na koniec nie dałem się nabrać. Oczywiście jest i mięsko główne, czyli świetnie zrealizowane potwory, ich walka i ogólna demolka. Muzyka będąca miksem nowego ze starym sprawdza się wyśmienicie. Choć zadziwił mnie odgłos uderzenia człowieka ciężkim przedmiotem w głowę – BOINK! Co to, film animowany?
Wizualnie spektakl, ale scen ze stworami było jakby mniej, co przy mało porywających ludzkich wątkach sprawiało, że tę godzinę i czterdzieści minut z hakiem odczułem znacznie bardziej. Na powiekach. Hak w powieki – BOINK!
Ocena: 4/10
P.S. Mały cytat na koniec:
„Wyglądasz jak Batman”.
6 kwietnia 2014
Godzilla (1984)
Godzilla
(1984) reż. Koji Hashimoto , R.J. Kizer
Na trzydziestolecie serii Toho wraca do Godzilli. Film nazywany był różnie, różniście, a to „Powrót Godzilli”, a to „Godzilla 1985” (bo w USA ukazał się nieco później, głównie dlatego że tradycyjnie musieli dorobić swoje dokrętki), dodawano podtytuł „The Legend is reborn”. Dlaczego? Oryginalny tytuł brzmi po prostu „Gojira”, czyli „Godzilla” i już, po co to zmieniać i mieszać? Chyba mam odpowiedź na to pytanie.
Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście chęć odróżnienia pierwszego filmu od najnowszej odsłony.
Spodziewałem się, że pierwszy film serii zwanej jako „Heisei” będzie rebootem całej serii, ale nie do końca tak jest. Otóż jest to reboot, ale przekreślający wszystko, co wydarzyło się po „Godzilla kontratakuje”. Wielu twierdzi, że i ten kontratak także jest skreślony, ale mamy tu drobne przesłanki świadczące o tym, że jest inaczej. Wracając do tytułu – zapewne nikt nie chciał wprowadzać widza w błąd. Ja też dałem się wymanewrować, a gdybym miał wybierać najlepszą opcję, wybrałbym jednak „Powrót Godzilli”. Był kontratak, był rewanż, ale powrotu jeszcze nie było.
Dlaczego uważam, że „Godzilla” z 1984 roku to „trójka”? Po pierwsze – Godzilla zostaje uwolniony przez wybuch wulkanu. Jak i gdzie został uwięziony? Patrz: finał części drugiej. Ponadto w mieszkaniach widzimy w tle miniaturowy szkielet tyranozaura, który jest oczkiem puszczonym do widza. Nieco później widzimy szkielet stegozaura albo inne ustrojstwo będące inspiracją dla Angilasa, znanego nam z „dwójki”. Gdyby fabuła miała miejsce po wydarzeniach znanych z „jedynki”, z pewnością musiałoby paść nieco więcej pytań związanych z jej zakończeniem.
Fabuła kręci się tutaj bardzo ciasno wokół Godzilli, rzadko zbaczając w kierunku czegoś na kształt romansu. Nawet wątki polityczne wyraźnie i nierozerwalnie związane są z Godzillą.
Przesłanie filmu nawiązuje do pierwszej odsłony, ale umieszczone zostaje w zupełnie innym kontekście. „Król potworów” ukazał się w okresie, w którym kurz jeszcze na dobre nie opadł po wydarzeniach z drugiej wojny światowej, a strach Japończyków przed bombą atomową był wciąż aktualny i żywy. „Godzilla” z 1984 umaczany jest zaś w sosie zimnej wojny, staje się personifikacją bomby atomowej, która wybucha w obliczu tak napiętej sytuacji międzynarodowej. Prawdziwy wybuch atomowy też będziemy mogli tu zobaczyć.
Tak silne skupianie się na głównym wątku mimo wszystko nie nudzi przez godzinę i czterdzieści minut. Na początku mamy nawet nieźle budowane napięcie zepsute tylko przez dość szczegółową fotkę potwora. Gdybyśmy na samym początku zobaczyli jedynie ów sfotografowany cień, byłoby znacznie ciekawiej. Kiedy potwór się już pojawia, zajmuje większość czasu ekranowego. I większą część ekranu także. Nic dziwnego, naukowcy szacują jego długość na około 80 metrów.
Kostium i model Godzilli w porównaniu do poprzednich odsłon wygląda po prostu rewelacyjnie i zjawiskowo, co autorzy zdają się wiedzieć doskonale. Nie boją się zbliżeń, dalszych planów i pokazywania potwora pod każdym możliwym kątem. Owszem, oczy wciąż ma komiksowe, kły wampirze, niektóre ujęcia wyszły dość dziwnie, na innych widać perfidnego zeza rozbieżnego, ale ogólnego wizerunku to nie psuje. Potwór porusza wargami, rozwiera gębę, mruga, węszy, ma cały zestaw skomplikowanych ruchów. Porusza się dość ciekawie, choć nieraz widoczne jest nienaturalne gibanie się głowy na boki. Muszę przyznać, że szczegółowość modeli i kostiumów zrobiła na mnie duże wrażenie. Nie spodziewałem się, że tą techniką można osiągnąć tak dobry efekt. Wciąż podoba mi się to bardziej niż efekty generowane komputerowo.
Zainwestowano tym razem w rzeczywisty sprzęt, a na ekranie można zobaczyć sporą liczbę statystów. Wartość produkcyjna tego filmu stanęła na znacznie wyższym poziomie niż poprzednie odsłony.
Podrasowano także ryk Godzilli, którego brzmienie nadal przypomina oryginał, ale jest nieco inne, jakby bardziej basowe i bliższe rzeczywistości. Muzyka ogólnie sprawia pozytywne wrażenie, choć czuć lata osiemdziesiąte (za którymi nie przepadam). A melodia towarzysząca pojawianiu się broni „Super X” (ależ kreatywnie nazwana, prawda? Cóż, naukowcy to nie poeci) ma fragment łudząco przypominający muzykę z „Gwiezdnych wojen”. To dość ciekawe porównanie, szczególnie w kontekście bezpośrednich nawiązań do amerykańskiego SDI, znanego także właśnie jako projekt „Gwiezdne wojny”.
„Godzilla” zdecydowanie nie jest filmem kierowanym do najmłodszych, jak to miało miejsce niegdyś. Te dzieci, które fascynowały się serią w latach siedemdziesiątych są już nastolatkami albo dorosłymi, zaś fani pierwszych odsłon to już stare pryki. Wiadomo było, że to właśnie oni w pierwszej kolejności popędzą do kin i to jest film dla nich.
Już na początku widzimy kilka makabrycznych scen i jakiegoś przerośniętego potworka inspirowanego chyba serią o Obcym. Pierwotnie myślałem, że to „Syn Godzilli” (wciąż ładniejszy od Minyi), ale później dowiedziałem się, że to tylko jakaś przerośnięta pijawka (właściwie to Caligdae, cokolwiek to jest - przyp. red.), która zmutowała pod wpływem promieniowania Godzilli. Ludzie giną. Krew już nie sika, ale się pojawia. Co ciekawe, Godzilla w pewnym momencie „krwawi” żółtą cieczą z pyska. Dziwne, kiedyś zwykł sikać krwią.
Potwór nie jest już obrońcą ludzkości, ponownie jest niszczycielem i tym razem jedynym jego przeciwnikiem są ludzie. Na początku jeszcze jest to tylko dziwne zwierzę, które szuka źródeł pożywienia. A że żywi się radioaktywnością… cóż, gdzie znajdzie jej więcej niż u ludzi? Zjada atomową łódź podwodną, podjada w elektrowni i … odchodzi w pogoni za ptaszkami. Zupełnie, jak małe dziecko krzyczące „Oooo, motylek”. Do tego wydarzenia dorobiono nawet jakieś uzasadnienie i wyciągnięto wnioski, ale motyw z magnetyzmem wyglądał na naciągany. Do pewnego momentu zatem mamy wielkiego zwierzaka, a później… Godzilla postanawia zaatakować Tokio. Dlaczego? Nie dostajemy odpowiedzi, ot po prostu, dla zabawy chyba. Co ciekawe, na miejscu wszelkie zniszczenia budynków wychodzą mu zawsze przypadkowo.
Wątek ludzki jakiś tam się zawiązuje. Mamy dziennikarza, który próbuje ujawnić powrót Godzilli (a gdy mu się udaje, dwójka postaci obraża się na niego nie do końca wiadomo z jakiego powodu – ot, nawiązanie do stereotypu złego pracoholika - dziennikarza). Mamy ocalałego świadka powrotu Godzilli i jego siostrę żyjącą w nieświadomości o „ocalałości” swojego brata. Hmm, czy kogoś, kto wiele przeżył można nazwać przeżytkiem? Mamy też przywódców Japonii, USA i Rosji, wszystkich w rozterce i z kwaśnymi minami. Znalazło się nawet miejsce na mały wątek humorystyczny. Jest to dość luźne zbiorowisko okołogodzillowych wydarzeń, czasem udowadniających ludzką głupotę, innym razem mądrość i podskórne dążenie do pokoju na świecie.
Masy ludzkie są zaś głupie doszczętnie. Przy zarządzeniu ewakuacji miasta i ew. ukrywaniu się w podziemiach metra większość mimo wszystko woli wyjść i popatrzeć na walkę Super X z Godzillą. W każdej chwili potwór może ich zabić albo zabić może ich bomba atomowa, ale co tam, chodźmy zobaczyć Godzillę. A potem zdziwienie, panika i śmierć.
Zdziwiła mnie scena, w której helikopter ratuje z walącego się budynku dwie osoby, a dwie zostawia na pastwę losu i odlatuje. Możemy się domyślać, że może było za mało miejsca, może było to zbyt niebezpieczne, ale gotowego wyjaśnienia nie zobaczymy.
Głupoty nie ustrzegł się także potwór, którego zwierzęce zachowania jestem w stanie zrozumieć, ale pędzenie za odgłosami ptaków niczym ćma do światła jest już przesadą. Godzilla nie patrzy dokąd idzie, co stoi na drodze, czy grozi mu tam jakieś niebezpieczeństwo, zero instynktu samozachowawczego, po prostu „ptaaaaaszki”. Tak za ptaszkami gania, może jednak Godzilla to kobieta?
Muszę uznać reboot serii za udany, ale niestety głównie wizualnie. Wątki polityczne były nawet ciekawe. Miałem wrażenie, że cały film to ciągłe „O rany, o jeju, Godzilla nadchodzi, ooooo, nadszedł, zróbmy coś”. Ogląda się dobrze, wszystkie składniki są na miejscu, ale nie mogę powiedzieć, żebym był jakoś specjalnie zaintrygowany czy zainteresowany czymś ponad oprawę wizualną. Na koniec dostajemy tylko smutną piosenkę śpiewaną wyjątkowo po angielsku „Goodbye now Godzilla, Goodbye now, until then…”.
Ocena: 5+/10
3 kwietnia 2014
Terror Mechagodzilli (1975)
Terror Mechagodzilli
(1975) reż. Ishirô Honda
Jeżeli nie oglądałeś jeszcze, drogi czytelniku, filmu „Godzilla kontra Mechagodzilla” to chyba czas najwyższy. Bo to dobry film. No dobra, przyzwoity. I czytając ten tekst musisz mieć świadomość, że możesz natknąć się na spoilery. O ile w przypadku takiego „Rewanżu Godzilli” czy „Godzilla kontra Megalon” rzucając spoilerami ratuję tylko wasz cenny czas, o tyle tutaj naprawdę lepiej obejrzeć wszystko własnoocznie. Tym bardziej, że „Terror Mechagodzilli” to bezpośrednia kontynuacja poprzedniego filmu i bez odniesień do poprzednika bardzo ciężko będzie tu cokolwiek opowiedzieć.
No właśnie, to w końcu „Terror Mechagodzilli” czy „Powrót Mechagodzilli” czy… „Monsters from an unknown planet”? Co jest grane z tymi tytułami? Ten ostatni to jakieś kuriozum totalne, a plakat po prostu zmyślnie zmyśla. Widziałem też plakat z dziwnym tytułem „The Terror of Godzilla”, do którego niektórzy odnoszą się jako do śmiesznego błędu, ale w istocie to plakat do „Godzilla kontra Mechagodzilla” nawiązujący do pierwszego ataku potwora na miasto. Słowo „terror” łatwo może wprowadzić w błąd, ale King Seesar widoczny w tle szybko z niego wyprowadza. Dobra, dość, mimo ładnego polskiego plakatu, wybieram Cię, „Terrorze Mechagodzilli”!
Pierwszą rzeczą, jaką muszę temu filmowi zarzucić to dziwne wprowadzanie widza w błąd obsadą aktorską. Po raz kolejny pojawia się Akihiko Hirata i znowu gra doktorka. Jego postać pokazana jest przez pryzmat jego przeszłości, zatem na starcie widzimy go jako stosunkowo młodego naukowca. I wygląda bardzo podobnie, a może i identycznie do doktorka granego w poprzedniej odsłonie serii. Przez większość czasu byłem przekonany, że to ta sama postać. Wszystko by się zgadzało, we fragmentach przeszłości widać kobietę podobną do wizjonerki, jego fascynacje, badania, wiek. Wszystko oprócz nazwiska. Zostałem wyprowadzony w pole i czuję się oszukany, dopiero po seansie zobaczyłem w Internetach, że imiona postaci są jednak różne. A byłoby to tak ciekawe, gdyby jedna z głównych pozytywnych postaci stała się tu jedną z głównych negatywnych.
Zatem moje próby umiejscowienia tego filmu w czasie sugerując się historią doktorka spełzły na niczym. Można jednak przypuszczać po wspomnieniach o innych potworach (scenki z filmu „Zniszczyć wszystkie potwory” wykorzystane szybko, zgrabnie i z umiarem), że akcja ma prawo mieć miejsce gdzieś na końcu chronologii. Z drugiej strony, dlaczego kosmici i ludzie mieliby tak długo czekać ze zbadaniem wraku Mechagodzilli po ostatnich wydarzeniach?
Wątki ludzkie i fabuła jako taka jest całkiem przyzwoita i tylko trochę nie trzyma się kupy. Tajemnica budowana jest umiejętnie, postaci nie są całkiem jednowymiarowe, a ich działania mają spore znaczenie dla akcji. Jest także wątek miłosny, ale pokpiony całkowicie. Bohaterowie zakochują się w sobie ot tak, bez większej chemii, jakoś tak od pierwszego lub drugiego wejrzenia.
Mamy kosmitów, niestety już nie zmałpionych, choć to zdecydowanie Ci sami. Wyciągnęli wrak Mechagodzilli i planują go odbudować. Jako pomocnika wynajdują sobie szalonego doktorka, który ma … własnego potwora. Dzieją się tu różne mniejsze lub większe „pierdu pierdu”, czyli dużo gadania, ale najważniejszy wątek dramatyczny to miłość ojca do swojej córki (bo w tę znacznie łatwiej tu uwierzyć). Poświęca świat, by ratować jej życie. A ta co? A ta [tu był spory spoiler, ale niniejszym go wycinam, bo aż tak wam zepsuć zabawy nie chcę]. Piękne, romantyczne, kilka głupot musiało powstać by ten wątek utrzymać, ale nic nie szkodzi, bo tylko on trzyma nas przy filmie. A przynajmniej przy sekcjach z ludźmi w roli głównej.
Wspomniałem, że postaci „nie są do końca jednowymiarowe”, co mogło zabrzmieć dość niejasno. Postaram się wytłumaczyć na przykładzie. Widzimy scenę dramatu i konfliktu tragicznego doktorka, który nie chce, ale musi sprzymierzyć się z obcymi i niszczyć ludzkość. Chwilę później kibicuje rozwałce i swoim potworom z nieukrywanym entuzjazmem. Można to poprzeć jakąś podskórną chęcią zemsty, która jest tu zaznaczona, ale nie zmienia to faktu, że pewien dysonans poznawczy spać mi nie daje. Kosmici to też najpierw biedne żuczki, które zmuszone są do przybycia na Ziemię, gdy ich własna planeta wciągana jest przez czarną dziurę. A potem żądne krwi bestie i typowi antagoniści do szpiku kości. I dlaczego chcąc postawić własne miasto chcą zrównać z ziemią Tokio? Co to, mało pól, łąk, pustyń na ziemi mamy? Z jednej strony widzimy złożoność postaci, z drugiej podkreślana jest ich płytkość i stereotypowość.
Swoją drogą mocno eksploatowany jest motyw „nie chcę, ale muszę”. Czasami miałem wrażenie, że nikt nie robi tu już niczego z własnej, nieprzymuszonej woli. Tak, jako dodatkową motywację mamy tu wplecioną odrobinę zemsty, ale w ilości znacznie mniejszej. Nawet Titanosaurus to potwór z natury łagodny, ale kontrolowany przez ludzi okazuje się wredną mendą i faulującym piłkarzem. Przynajmniej trafia, bo taki Mechagodzilla na przykład cela ma fatalnego.
A jak technicznie wyglądają potwory? Kostiumy wciąż na podobnym poziomie, nie spodziewałbym się niczego wielkiego, odgłosy na dłuższą metę nużą i powtarzają się zdecydowanie zbyt często. I to tyle jeśli chodzi o wady.
Titanosaurus jest znacznie ciekawszym potworem niż fragles King Seesar z poprzedniego filmu. Nawiasem mówiąc, z Seesara autorzy musieli jednak nie być zbyt dumni, bo wycięli go całkowicie ze scen przypominających wcześniejsze wydarzenia. Titanosaurus to dinozaur, który ogonem potrafi wygenerować niezłe wiatry (podobnie, jak Rodan czy Mothra robili to skrzydłami) i który, jak się okazuje, ma przepotężną parę w nodze. Jego kopniak wysyła Godzillę daleeeko w powietrze. Odgłos ma ciekawy, brzmi przerażająco, ale powtarzany tak często traci na swojej mocy i szybko staje się irytujący.
Mechagodzilla wykorzystuje tylko swoje umiejętności strzelnicze. Ciągle strzela z palców (moja dziewczyna nie lubi, gdy to robię), ciągle ma piorunujący wzrok i sieje popłoch. Niestety, umiejętności obronne poszły w zapomnienie podobnie, jak magnetyzm Godzilli. Za to kosmici naprawiając swojego robota poszli po rozum do głowy i gdy Godzilla po raz kolejny próbował urwać Mechagodzilli głowę, troszkę się zdziwił, że tym razem okazało się to mniej skuteczne.
Akcja prezentuje się naprawdę fajnie. Musieli mieć na planie jakiegoś piromana entuzjastę, bo wszystko bardzo efektownie eksploduje, a ogień i odłamki latają dosłownie wszędzie. Kostiumy delikatnie zajmują się ogniem, a w jednej ze scen Godzilla nawet nie lekko się podpala, ale po prostu całe jego plecy płoną. Dzięki temu wiele scen wygląda efektownie i docenisz to nawet jeżeli technika kostiumów i makiet nie robi na Tobie wrażenia.
Pewnym novum są sceny z potworami kręcone „od dołu” z prawdziwym niebem w tle. Całkiem możliwe, że to tylko wymuszone dokrętki poza studiem, ale rzeczywiste tło sprawiło na mnie pozytywne wrażenie i było miłą odmianą. Kamera ponownie lubi sobie wykonać objazd pokazując pole walki. Fajnie też wyszło pojawienie się Godzilli. W końcu ponownie stało się to wydarzeniem, czuć dzięki temu kto tu jest gwiazdą wieczoru.
Widzimy nierówną walkę Godzilli z dwoma potworami jednocześnie i oczywiście nasz Wielki G dostaje ostro w swoje Wielkie D. W pewnym momencie obrywa nawet rakietą tak bardzo, że para wychodzi z ust i ogólnie z głowy. Po czym jest żywcem pogrzebany i jakby tego było mało, dodeptany. Krew się nie leje, jak poprzednio, ale brutalności nie brakuje. I co ciekawe, dużą rolę w osłabianiu wrogów mieli ludzie. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że poradziliby sobie bez Godzilli stojącego w ich obronie. Zatem mimo kilku wciąż śmiesznych scen (otrzepywanie się Godzilli z kurzu, dziwne ugryzienie Titanosaurusa w szczękę i łomotanie tak przeciwnikiem o glebę) akcja prezentuje się fachowo i wyjątkowo okazale.
Cóż, nie ma tu humoru (przynajmniej tego zamierzonego), ale to z założenia film dość poważny w swoim tonie i z ponurym zakończeniem. Zwroty akcji jednak bardziej podobały mi się w „Godzilla kontra Mechagodzilla”. Tutaj odnosiłem czasem wrażenie, że za dużo już jest tej gadaniny, za mało posuwania akcji do przodu. Choć pod koniec mamy pewne przesłanki o możliwym kontynuowaniu wątku kosmitów i Godzilli, to jak pokazała historia, był to ostatni film oryginalnej serii. Mimo, że te ostatnie dwie odsłony były naprawdę niezłe, znacznie lepsze od poprzednich, to Toho zrobiło sobie blisko 10 lat przerwy.
Ocena: 5/10
P.S. Są nie tylko cycki, ale i sado maso.
2 kwietnia 2014
Godzilla kontra Mechagodzilla (1974)
Godzilla kontra Mechagodzilla
(1974) reż. Jun Fukuda
Po kilku słabszych filmach z wieloma powtarzającymi się scenami na dwudziestolecie marki otrzymujemy całkiem niezłą perełkę pod niepozornym tytułem „Godzilla kontra Mechagodzilla”. Od początku widać, że tym razem autorzy postarali się o jakość i nawiązania do oryginału. A jednak, jak się chce, to można.
Muzyka jest świeżutka i wprowadza rewelacyjny nastrój. Bolączką będzie konieczność wysłuchania piosenki nowego potwora, który się tu pojawia, a jest nim niejaki King Seesar. Można uznać, że to swoiste nawiązanie do pieśni na część Mothry, ale de facto to tylko przydługi i męczący motyw. Zresztą, jak leniwym trzeba być potworem, żeby w obliczu wielkiego zagrożenia celem podjęcia jakiejkolwiek akcji kazać jeszcze zaśpiewać sobie piosenkę. Może ja też tak zrobię w pracy, nie wstanę rano z łóżka dopóki szef do mnie nie zadzwoni i nie zaśpiewa piosenki „Domowe przedszkole”.
Bardzo fajnie budowane jest tu napięcie, a całość akcji rozkłada się na cały film, a nie tylko na końcówkę (jak to bywało wcześniej). Walka między potworami przewidywana jest w kolejnych przepowiedniach. O pojawienie się King Seesara toczy się zacięty bój. Niemal do końca film potrafi wykorzystać nasze przyzwyczajenia z poprzednich odsłon i zaskoczyć nas nieco innym, nie do końca oczywistym obrotem spraw. Zaskoczyć z lekka potrafi także dźwięk i montaż. Myślę, że każdy znajdzie tu scenę, w której choć trochę uśmiechnie się do siebie.
Troszkę niezrozumiałe wydaje mi się tylko pojawienie się przebłysku King Ghidory w wizji jednej z bohaterek na samym początku filmu. Wychodzi na to, że akcja wciąż ma miejsce przed „Zniszczyć wszystkie potwory”. A sama taka informacja będzie dla mnie spoilerem, bo wiem co się w tamtym filmie działo.
Zatem mamy na początku ukłon w kierunku pierwszych dwóch filmów z serii. Samo zakorzenienie Seesara i całej akcji w mitologii lokalnej także jest takim ukłonem. Wraca nawet Akihiko Hirata znany z wielu ról na przestrzeni serii, ale pamiętany głównie za rolę Serizawy z pierwszego filmu. Mamy też standardowy motyw kosmitów, którego w jubileuszowym Godzilli chyba zabraknąć po prostu nie mogło. Dość głupie wydało mi się to, że po zranieniu lub śmierci ujawnia się ich prawdziwa forma. W rzeczywistości są … gorylami? Czyżby inspiracja „Planetą małp”?
Mamy też gwiazdę wieczoru, czyli mechanicznego potwora skontruowanego przez kosmitów. Ochrzczono go szybko „Mechagodzilla” i w końcu jest to potwór stanowiący sensowne zagrożenie. Walki to już nie tylko dziwne gesty i przewalanki potworów. Poczułem się trochę jakbym oglądał Dragon Ball Z. Godzilla dostaje łupnia w pierwszej walce (co się zdarzało, owszem, choć nie zawsze) po czym ledwo przeżywszy wzmacnia się znacznie i w przedziwny sposób nabiera / uczy się nowej umiejętności (przy okazji po raz kolejny wykazując odporność na pioruny, które niegdyś były przecież jego słabym punktem). Jest to umiejętność… magnetyzmu. Chyba zaczynacie rozumieć porównanie do Dragon Balla – ładowanie energii i oddziaływanie magnetyzmem niczym energią ki, na odległość.
Mechagodzilla także pokazuje wiele ciekawych możliwości ofensywnych i defensywnych. Leje dwa potwory jednocześnie bez większego wysiłku, przynajmniej na początku. Smaczku dodaje bezpardonowe pokazywanie krwi potworów, która choć zbyt wiarygodnie nie wygląda, to robi wrażenie. Kilka scen jest po prostu brutalna – rozdzieranie szczęki, krew sikająca z szyi, makabra jakaś. A jednak, to ta sama makabra, która wzbudza zaciekawienie i emocje i pokazuje, że tym razem mamy do czynienia z przeciwnikiem, z którym nie ma żartów. Nie ma grania z piłę kamieniami, grożenia sobie dziwnymi gestami czy innych zbędnych ceregieli.
Zdjęcia wyglądają ładnie, czysto. Nie znalazłem scen z recyclingu, a jeśli takowe były, to dobrze zamaskowane. Po raz pierwszy też kamera potrafiła wykonać dynamiczne ruchy ukazujące walkę i pozycję potworów względem siebie.
Film nie ustrzegł się wad. Oczywiście, nie omieszkam poczepiać się trochę, jak to mam w zwyczaju.
O ile Godzilla i Mechagodzilla wyglądają fachowo, o tyle King Seesar zaprojektowany został co najmniej słabo. Sprawia wrażenie, jakby wyciągnięty został żywcem z filmu animowanego o Fraglesach. Zresztą na początku dostaje niezłego łupnia, później też nie pokazuje wiele i sprawia ogólne wrażenie pobocznego przydupasa Godzilli, co stoi nieco w konflikcie z całym zbudowanym wokół niego napięciem.
Dlaczego Godzilla próbuje ukręcić głowę Mechagodzilli? Chwilę wcześniej Mechagodzilla obraca głową do woli. Zatem próby wykręcenia głowy powinny być całkowicie bezskuteczne, a jednak tak się nie dzieje.
Nie latam samolotami, ale trochę niepokojące wydaje mi się, że w samolotach wolno im palić. Na myśl przyszło mi tylko „Panie, to ja uchylę okno, żeby trochę ten Pana dym wywietrzyć”. Tak powinien się zacząć serial „Lost”.
W dziesiątej minucie mamy krótkie przypomnienie tego, co widzieliśmy w pierwszej minucie. Nie lubię, gdy traktuje się mnie, jak debila. Wystarczy, że regularnie robię go sam z siebie.
Doktorek widząc potwora z metalu od razu nazywa go „Mechagodzillą”, a po raz pierwszy w życiu widząc nowy materiał od razu nazywa go „Space-titanium”. „Mechagodzillę” zrozumiem, ale skąd teoria, że materiał znaleziony w jaskini należałoby nazwać z przedrostkiem „space”? „Hah, nie widziałeś poprzednich filmów? Wiadomo, że jak czegoś nie wiadomo, to to pochodzi z kosmosu.”
Przycisk kosmitów do otwierania drzwi nie działa? Hah, zastosuj uniwersalny filmowy sposób. Strzel do niego – bo na pewno poczuje moc strzału i ugnie się pod siłą jego argumentów.
„Godzilla kontra Mechagodzilla” to upchany akcją, mniejszymi zwrotami akcji film typowo sensacyjny. Względem znacznie słabszych odsłon takich, jak „Godzilla kontra Megalon” ta odsłona może uchodzić za arcydzieło gatunku, ale w kontekście ogólnie pojętej kinematografii, a także zwykłego zadowolenia z seansu już tak wspaniale nie jest. Zabrakło sensownego przesłania, tych drobnych pseudofilozoficznych wstawek, które nadawały dodatkowy sens i kontekst do całej tej młóćki. Same zwroty akcji też nie są specjalnie wyszukane. Są, bawią, ale, jak to mówią, szału ni ma.
Ciężko go ocenić na przykład w kontekście innych dobrych filmów z serii i chyba nie będę się silił na takie porównania. Można się zatem sprzeczać czy był lepszy niż np. „Godzilla kontra Hedora”, spojrzeć na ocenę i zgodzić się lub nie zgodzić, ale tego typu porównania nie mają już większego sensu. To są po prostu inne filmy, choć pozornie tak bardzo do siebie podobne.
Ocena: 5+/10
30 marca 2014
Godzilla kontra Megalon (1973)
Godzilla kontra Megalon
(1973) reż. Jun Fukuda
![]() |
| Amerykański plakat nawiązujący do plakatu King Konga. Nie, WTC w tym filmie nie występuje, proporcje też się nie zgadzają. |
W ogóle mówiąc o filmie „Godzilla kontra Megalon” powinienem najpierw powiedzieć, że to kolejny film z serii, w którym Godzilli miało w ogóle nie być. Pojawił się tu po to, żeby film się sprzedał. Ktoś mądry bowiem zauważył, że pojedynek kolorowego robota (wymyślonego przez dziecko w konkursie) z nikomu nieznanym potworem, Megalonem, to jednak mało atrakcyjny produkt. Ale przecież konkurs jest konkursem, nie można go olać (co Amerykanie potrafili zrobić np. w przypadku filmu „Maska 2”). Zatem dołożono Godzillę, Sekizawa przerobił scenariusz Fukudy, w tydzień uszyto nowy kostium Godzilli, w trzy tygodnie zdjęcia i pozamiatane. I pomyśleć, że to ten sam scenarzysta, który jest z serią od jej początku.
Tu chronologia staje się jasna i klarowna. Rzecz dzieje się w roku 197X (bo ktoś nie mógł się zdecydować na jakiś konkretny rok, ale to już chyba jest tradycją serii). Zatem znacznie przed „Zniszczyć wszystkie potwory”. Pojawia się tu Gigan znany z poprzedniego filmu i ludzie go rozpoznają. A to oznacza, że poprzednik chronologicznie musiał być umiejscowiony także w latach siedemdziesiątych lub nieco wcześniej. Tylko wciąż średnio wyjaśniony jest powrót Angilasa. I w sumie Godzilli też. Może należałoby wyodrębnić dwa pierwsze filmy jako osobną podserię, która nie ma większego związku z kolejnymi?
Fabuła jest prosta, jak budowa cepa. Kolejne próby atomowe naruszają antyczną podziemną cywilizację. Ci, zamiast przyjechać na kawę i pogadać albo pikietować pod ambasadą postanawiają pokazać nam prawdziwe znaczenie słowa „rozpierducha” nasyłając swojego pupilka, „Megalona”. W jakichś bardzo tajemniczych okolicznościach i przy pomocy mętnych tłumaczeń scenarzysta próbuje wpleść w to wszystko wspomnianego wcześniej robota, którym jest pstrokaty Jet Jaguar.
Ogólnie filmowi przyświeca chyba motto „Deus ex machina”. Jet Jaguar musi gadać z ludźmi i bić się z potworami, więc zmienia rozmiar wedle woli bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Chyba, że „sam sobie napisał program do zmiany rozmiaru” można uznać za uzasadnienie. Musi być robotem, który wykonuje polecenia ludzi, ale i mieć własny charakter, bo to przecież „główny bohater”. Zatem czasem słucha się wroga, potem się okazuje, że jednak bohaterowie mają zapasowy nadajnik, więc słucha się „naszych”, potem olewa wszystkich ciepłym moczem i robi co mu się żywnie podoba, by na koniec znowu słuchać się twórcy i pokazywać swoje przyjazne dzieciom nastawienie. Tego typu sytuacji można doszukać się tu więcej.
Widać, że film jest kierowany bardzo mocno do swojej grupy odbiorczej, czyli dzieci. Tym bardziej niezrozumiałe jest dla mnie serwowanie wyimaginowanych faktów historycznych jako prawdziwe lub prawdopodobne. Nie rozumiem też tańczących kobiet w samej bieliźnie i gołych babek na plakatach. Ja wiem, że to dzieci i cycki to w sumie one mogły widzieć dość niedawno przy ssaniu mamusi, więc może i są oswojone bardziej niż podniecone, ale nie zmienia to powszechnego braku akceptacji dla takich manewrów. A tu proszę – naguśka panienka świeci nam z ekranu cyckami i fakt, że nie widzimy niczego więcej zawdzięczać można tylko kadrowaniu i cieniowi. Mamy coś dla małych milusińskich chłopców, a co dla dziewczynek? Zarośnięta klata przywódcy cywilizacji Seatopii (ależ moc twórcza tkwi w tej nazwie, prawda?). Nie jest to jeszcze poziom znany z filmu „Zardoz”, ale wart wypunktowania. Jest też coś dla naszych małych masochistów - w tym filmie dorośli biją dzieci. Nie jakiś tam klaps, ale prawdziwy cios „z kolanka” powalający dzieciaka na miejscu. To znak – symbol. Słaby film dedykowany dla dzieci to jak mocny kopniak w nich właśnie wymierzony.
Cały film, nie wiedzieć czemu, jest sponsorowany przez kolory: czerwony i żółty. I literkę G. Nie, nie jak Godzilla, g jak… no… gigantyczna porażka… powiedzmy. Jet Jaguar jest usiany czerwonymi i żółtymi elementami. Głównie bohaterowie ubrani są na czerwono albo na żółto i jeżdżą samochodami czerwonymi albo żółtymi. Może i miało być dla dzieci, zatem kolorowo, a wyszło dwukolorowo. To jednak nie to samo.
W filmie pojawia się nowy potwór, Megalon. Jego wygląd jest równie fascynujący, co nazwa. Przypomina bliżej nieokreślonego owada z wiertłami zamiast rąk. Naprawdę, po Giganie z hakami i teraz po Megalonie czekam na potwora z piłami łańcuchowymi zamiast rąk. Ach, właśnie, Gigan też tu się pojawia. Jakim sposobem? Dlaczego? Zostaje wezwany, czyli de facto kolejna popłuczyna nawet nie za dobrze maskująca proceder „deus ex machiny”. Tak naprawdę pojawia się tu, bo kostium można wykorzystać z poprzedniego filmu. Jest zapewne jeszcze w dobrym stanie. No i dlaczego masa materiału filmowego, który jest już nakręcony miałaby leżeć i się kurzyć? Po co wielokrotnie kręcić to samo? Bez sensu. Co? Film będzie trwał niecałą godzinę? Dorzuci się jakąś walkę wojska z potworami, przecież tego materiału też mamy masę.
A co ja mam wam potem na screenshotach pokazywać? W sumie mógłbym śmiało wykorzystać część złapaną z poprzednich filmów. Trzeba to powiedzieć jasno: wkurza mnie taki recycling scen.
To nawet nie jest „tak złe, że aż dobre”, przez większość filmu jest tylko „złe”. Jest po prostu nudno. Nie ma już komizmu, nie ma zbyt wielu powodów do facepalmów, nie ma nic, nic nie ma, Kononowicz ten film reżyserował. No dobra, trochę przesadziłem. Scena pościgu bywa zabawna, szczególnie pisk opon na piachu. Pod koniec filmu można zobaczyć niezwykłą scenę czegoś na kształt „kopniaka z wyskoku” w wykonaniu Godzilli. Przedziwna figura, ale jakże zabawna. W ogóle Godzilla przyjmuje tu jakieś pozy mistrza sztuk walki. Można też popatrzeć, jak kostium Godzilli zajmuje się ogniem. To już drugi taki przypadek w serii. Na koniec jeszcze facepalm wywołany piosenką Jet Jaguara i już.
Chyba zacznę aplikować sobie coś znieczulającego przed seansem następnych części.
Ocena: 1+/10
29 marca 2014
Godzilla kontra Gigan (1972)
Godzilla kontra Gigan
(1972) reż. Jun Fukuda
Po całkiem niezłym „Godzilla kontra Hedora” można się było spodziewać albo utrzymania dobrej passy albo znacznego spadku formy. Zgadnijcie, które się sprawdziło.
Właściwie odnoszę wrażenie, że niewiele nowatorskiego można o tym filmie powiedzieć. Znowu to samo – kosmici kontrolują potwory, te niszczą Tokio, przybywa Godzilla i spuszcza wszystkim manto.
Pierwsza rzecz, która zdziwiła mnie dopiero tutaj, to towarzysz Godzilli, Anguiras (czy też „Angilas”, ciężko stwierdzić, różnie tłumaczą). Co z nim? No właśnie, on żyje. A został przecież zagryziony w „Godzilla kontratakuje”. Tak, wiem, że wrócił jeszcze w „Zniszczyć wszystkie potwory”, ale tam w natłoku potworów jakoś mi to umknęło. Druga rzecz to powrót Ghidory. Ten też już nie żyje. Mało tego, Godzilla i Angilas zamieszkujący wyspę potworów mogą ją opuszczać kiedy chcą. Jak to wytłumaczyć? Wygląda na to, że akcja ma miejsce przed wydarzeniami ze „Zniszczyć wszystkie potwory”, Ghidora jeszcze żyje (a i pod koniec walk nie ginie), a wyspa potworów mogła jeszcze nie być tak chroniona. Ale jak wytłumaczyć to, że Angilas żyje? Może „Godzilla kontratakuje” miała miejsce w jeszcze dalszej przyszłości? I dlaczego Godzilla z Angilasem się kumplują? Nie, jednak coś mi tu nie gra.
Całość wraca w znacznym stopniu do formuły dla dzieci. Widoczna jest spora fascynacja komiksem. Główny bohater projektuje i rysuje swoje wersje potwora do parku rozrywki. Wymyślił potwora, który będzie stworzony z najstraszniejszej dla dzieciaków rzeczy w całym wszechświecie. Potwora powstałego z prac domowych. Naprawdę już powoli ciężko mi odróżnić co jest wątkiem komicznym z premedytacją, a co wyszło niechcący. Żeby było śmieszniej, Godzilla z Angilasem rozmawia. Ich rozmowy brzmią jak zdarta płyta gramofonowa i towarzyszą im komiksowe dymki. Hah, a w amerykańskiej wersji dymki zastąpiono dubbingiem. Uśmiechnąłem się, nie powiem, ale i trzymałem się za czoło – a nuż miałem gorączkę i to, co widzę może być tylko moim majakiem.
Nie jest. Pisałem, że kosmici kontrolują potwory, prawda? Troszkę uprościłem sprawę, co byście od samego początku nie trzaskali się po czole, jak i ja się trzaskałem w trakcie seansu. Otóż są to kosmiczne karaluchy w ludzkich powłokach. I kontrolują potwory na ogromne, kosmiczne odległości przy pomocy odtwarzanych kaset magnetofonowych. Taka kaseta odtworzona gdziekolwiek przywołuje potwora i przy okazji kosmiczne karaluchy wykrywają fakt ich odtworzenia na dowolną odległość. No i strzelają z suszarek. Ach, jak poznać takiego kosmokaralucha w ludzkiej skórze? Po cieniu. Rzucają karaluszy cień. Pewno jeszcze chcielibyście wiedzieć jak takich pokonać? Otóż bierzesz kilka beczek ładunków wybuchowych, stawiasz je za dużym komiksowym rysunkiem głównych bohaterów. Gdy kosmokaraluchy otwierają drzwi, widzą rysunek, myślą, że to wróg, strzelają i wysadzają wszystko w powietrze. Tak, wiem że można samemu wysadzić te ładunki, ale jeśli można użyć umiejętności rysowania komiksów przeciwko kosmitom, to dlaczego nie?
Ciekawe jest poczucie prędkości w tym filmie. Gdy ludzie muszą gdzieś się szybko przemieścić samochodem, mówią „To jakieś 40 km, będziemy tam za godzinę”, po czym widzimy samochód jadący drogą, bez korków, poza miastem. Naprawdę, jeżdżą tam po terenie niezabudowanym z prędkością 40 km/h i to jest ich pośpiech? Z kolei Ghidora i Gigan pędzą z prędkością 4 machów. Mogą rozwijać takie prędkości, ale gdy są na Ziemi, to już idzie im to ślamazarnie. Za to mistrzami ślamazarności są Godzilla z Angilasem, którzy płyną na pomoc i płyną i dopłynąć nie mogą. Może dlatego, że wodę tę bardziej gwałcą niż się w niej poruszają. Taki dziwny styl pływacki.
Jest jedna ciekawa nowość, tytułowy potwór – Gigan. Jest on zaprojektowany… hmm, dziwnie. Zamiast rąk ma jakieś haki, na brzuchu piła elektryczna, a twarz przypomina bardziej La Forge’a ze Star Treka. Przecina brzuchem, rozwala hakami i sieje ogólne zniszczenie. Zaraz, La Forge chyba tego nie robił, prawda?
Potwory niszczące Tokio prezentują się w większości nieźle. Razi czasem jakieś ujęcie z lalkami w sklepie (to miało wyglądać jak ludzie?) albo Ghidora, która podczas lotu potrafi się w ogóle nie ruszać. Godzilla wciąż w tym samym, zużytym kostiumie, co niestety jest czasem widoczne. Montaż też pozostawia nieco do życzenia. Widzimy Godzillę idącą w kierunku kamery i nagle jest w uścisku z Ghidorą, padają i okładają się. Zamiast przeplatać wątek kosmitów walczących z ludźmi i walki potworów – oglądamy najpierw jedno, potem drugie.
Ciekawie rozwija się walka – Godzilla z Angilasem w jednej scenie nawet walczą jak w prawdziwym tag teamie. Szkoda tylko, że przez większość czasu Angilas jest tylko mało pomocnym leszczem. Za to Godzilla, jak się okazuje, zna tajniki boksu. No i co to by była za Godzilla, która by choć raz kamykami w zbijaka nie zagrała z przeciwnikiem?
Pomyślałbym, że to film bardziej dla dzieci. Te komiksy, to masowe jedzenie owoców i warzyw, cała otoczka i ogólny poziom. Z drugiej strony bohaterowie palą papierosy bez większych ceregieli (to jeszcze czasy, gdy papierosy nie szkodziły zdrowiu? ;), a podczas walk stworów leje się krew. W sumie chyba po raz pierwszy, we wcześniejszych filmach krew lała się tylko z ludzi.
A co ludzie mają do powiedzenia w walce z potworami? Daliby sobie już spokój, prawda? Jakoś atakowanie w sposób konwencjonalny, czyli czołgami i samolotami nigdy jeszcze im nic nie dało. Elektryczność, fortele, tajne bronie, owszem, ale zwykłe ataki nigdy. A jednak dowódca wiedząc, że jego wojsko może coś sensownego zdziałać na innym polu, atakując kosmitów kontrolujących potwory, decyduje się zostawić wojsko na obecnym froncie. No tak, po co wysyłać żołnierzy, czołgi i helikoptery na kosmitów, skoro można wysłać sympatycznego grubaska, kobietę i nerda rysującego komiksy. I tak, w tej konfiguracji najdzielniejsza okazuje się kobieta, która kilkoma niepozornymi ciosami „z karata” potrafi załatwić w kilka sekund dwóch uzbrojonych facetów.
„Godzilla kontra Gigan” to wszystko to, co już wielokrotnie było w serii. Nawet szereg scen żywcem ściągnięto z poprzednich filmów zmieniając tylko kolorystykę zdjęć. Muzyka ta sama, motyw ludzki po raz kolejny ten sam, tylko tym razem do reszty zdurniały. Film ratują sceny walk i humor, który pozwala się rozluźnić i czerpać przyjemność z rodzaju „tak złe, że aż dobre”. Szkoda tylko, że po tak fajnym powrocie w poprzednim filmie, tu otrzymujemy odgrzanego kotleta, który już chyba pleśnią podchodzi.
Ocena: 3/10
24 marca 2014
Godzilla kontra Hedora (1971)
Godzilla kontra Hedora
(1971) reż. Yoshimitsu Banno
Zadziwiające, jak bardzo tytuły tych filmów wprowadzają w błąd. „Zniszczyć wszystkie potwory” brzmiało fantastycznie, a wyszło kiepsko (i coś mało tytułowych potworów). „Rewanż Godzilli” – cóż za tytuł! I jakaż okropna porażka! Do kolejnego filmu podszedłem z nastawieniem negatywnym, a tytuł „Godzilla kontra Hedora” nie obiecywał absolutnie niczego. A dostałem chyba najlepszy film od w tej serii od czasu pierwszej części.
Nie to, żeby to było jakieś wielkie osiągnięcie, bo seria ta z natury lata dość nisko nad ziemią, niemniej jednak póki co to jeden z ciekawszych filmów o Godzilli. I jeden z dziwniejszych.
Z jednej strony stara się utrzymać więź z ustanowioną już grupą docelową małych dzieci. Mamy dziecko – bohatera, który podpowiada ojcu – naukowcowi swoje pomysły. Dzieciak jest ciekawski, spostrzegawczy i nawet dobrze zagrany. Widać jego przywiązanie do Godzilli i nie jest ono tak potwornie (get it?) nakreślone, jak w poprzednim filmie u Ishiro.
Z drugiej strony film ten mocno odcina się od serii. Po bublu w postaci „Rewanżu Godzilli” zapewne chciano nieco odświeżyć wizerunek serii i nawet słusznie. Godzilla nie znajduje się już na wyspie potworów odgrodzona od ludzi i jest postacią jednoznacznie pozytywną (choć starsi ludzie nie byli co do tego w 100% przekonani). Niegdysiejszy słaby punkt potwora, czyli elektryczność, obecnie nie tylko nie jest słabym punktem, ale wręcz jest mu kompletnie obojętnym. Zdaje mi się, że Godzilla potrafi tu także wygenerować różne rodzaje swojego oddechu. Na pewno jeden z nich daje ładunek elektryczny, drugi zaś potrafi działać… niczym wydech rakietowy. Tak, tego jeszcze nie było, Godzilla w tym filmie lata. Naprawdę. Niesamowite. Powiem więcej, to jest tak idiotyczne, komiczne i pomysłowe, że aż fajne. Oprócz latania wykazuje się ogólnie znacznie większą inteligencją niż w poprzednich częściach. Pozostaje nie do końca wyjaśnionym co spowodowało jego odmianę i chęć obrony ludzkości przez zagrożeniami.
„Godzilla kontra Hedora” to jednak nie jest film tylko dla dzieci. Właściwie jest on bardziej dla młodzieży. Klimaty hippisowskie bardzo mocno udzieliły się tej produkcji. Z jednej strony mamy sceny bez znacznego uzasadnienia, w których widzimy tańce, hulańce i jakieś „odjazdy”. A nawet umalowaną tancerkę w jednoczęściowym stroju z namalowaną muszelką na cipie. Film przeplatany jest dziwnymi, nieco narkotycznymi animacjami. Z jednej strony to klimat, który do mnie nie do końca przemawia, z drugiej – oglądało się naprawdę nieźle i z zaciekawieniem. Tak, muszę przyznać, że Godzilli w klimacie hippisowskim się nie spodziewałem.
Jest i przekaz – sprzeciw wobec zaśmiecania planety. Podobno wbijany do głowy młotkiem, osobiście tego jednak nie odczułem. Może dlatego, że nie rozumiałem tekstów piosenek.
Ach tak, no przecież, nie wspomniałem o tym - mamy główną piosenkę, a wstępniak przypomina mi serię o Jamesie Bondzie. Kobieta śpiewa i wije się, w tle jakaś pseudoanimacja o silnych kolorach i napisy. Od samego początku wiemy, że to nie będzie zwyczajny film o Godzilli.
Całość charakteryzuje się mocnym, mrocznym klimatem. Kolory są albo przesadzone w „tripach” albo ciemne, szarobure i mulaste. Wszystko uwalane jest szlamem przez potwora (prawdopodobnie przybyłego z kosmosu), który żywi się nieczystościami. Pierwsze co pomyślałem o Hedorze – świetnie, toć wchłaniając nasze brudy oczyści środowisko, cóż za pożyteczne zwierzę. I nawet byłem zaskoczony, że scenarzyści także i o tym pomyśleli, bo moje spostrzeżenie powtarza jedna z postaci. Okazuje się jednak, że potwór w dalszych swoich etapach będzie bardziej śmiercionośny. Efekty jego „trawienia” to trujące gazy.
To także zdecydowanie najbardziej brutalny film z serii od czasu pierwszej części. Możemy zobaczyć kotka uwięzionego w szlamie, ludzkie szczątki na środku miasta widziane przez dziecko, ludzi utopionych w tymże szlamie potwora i wiele innych. Efekt pierwszego starcia Godzilli z Hedorą widzimy także z perspektywy wiadomości telewizyjnych, które podają liczbę ofiar, rannych oraz spowodowane zniszczenia. Do tej pory walki potworów były raczej bezmózgimi naparzankami, nikt się ofiarami ludzkimi nie przejmował zanadto, liczyły się potwory i rozwałka otoczenia. Nie tym razem. Dużą wartość stanowią dla mnie także sceny, w których obserwujemy pojawianie się i walkę potworów z perspektywy zwykłych ludzi i przez pryzmat ich codzienności, co dodaje wiarygodności i smaczku.
Walka między potworami trwa długo i jest nawet ciekawa, potrafi przytrzymać w napięciu. Przyłapałem się na tym, że mówiłem do siebie w głowie „no dawaj, jeszcze kawałeczek” albo „szybciej, szybciej”. I ludzie także mają tu coś do powiedzenia, nie są tylko bezbronnymi ofiarami. Sam zastanawiałem się, jak chcą pokonać potwora, który ma właściwość podobną do T1000 z „Terminatora 2” (właściwie to chronologia jest odwrotna, więc i porównanie powinno być).
Troszkę za dużo czasu i uwagi poświęca się tu na te hippisowskie wstawki. Można się czepiać, że jest to „zbyt dziwna” część cyklu. Dla mnie to nie zarzut, a w przypadku tej serii to niezbędne orzeźwienie i powrót na właściwe tory.
Ocena: 6/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























































