1 marca 2010

Nie trzaskaj drzwiami od obory, bo zgubisz kolczyki

Druga część serii "daleko mam po mleko". Podobno lepsza.

"NIE TRZASKAJ DRZWIAMI OD OBORY, BO ZGUBISZ KOLCZYKI"

DALEKO
MAM PO MLEKO,
WIĘC ZAMIAST GODZIĆ SIĘ Z LOSEM
MYŚLĘ: OBORĘ MAM PRZECIE POD NOSEM
I W OBORZE ZWIERZĄTKA ZDROWE
PÓJDĘ, WYDOJĘ KROWĘ
NIE ROBIŁEM TEGO DO TEJ PORY
WIĘC WCHODZĘ SPOKOJNIE DO OBORY
PODCHODZĘ DO KROWY, ROZPOCZYNAM DOJENIE
I NAGLE OGARNIA MNIE DROBNE ZDZIWIENIE
OGARNIA MNIE ZDZIWIENIE DROBNE
BO TO CHYBA DO KROWY NIEPODOBNE...
ROZUMIEM - JEST SZÓSTA Z RANA
JA NIEWYSPANY I KRÓWKA NIEWYSPANA,
ALE... TA JEST CHYBA JAKAŚ WYBRAKOWANA
- NIC TO - MÓWIĘ - ZNAJDĘ SPOSÓB
I NIE ZWAŻAJĄC NA PRZECIWNOŚCI LOSU
SIĘGAM RĘKĄ CYCA
NIE MA SIĘ CZYM ZACHWYCAĆ
PRZECIEŻ TO NIE KOBIETA
TO I PODNIETA NIE TA
CIĄGNĘ CYCA, KROWA WRZESZCZY
GŁOŚNO, AŻ DOSTAŁEM DRESZCZY
GROŹNYM, MROŹNYM WZROKIEM SPOJRZAŁA NA MNIE KROWA
PEWNO TECHNIKA NIEPRAWIDŁOWA
CAŁA RZECZ TKWI W SPOSOBIE
TERAZ TROCHĘ DELIKATNIEJ TO ZROBIĘ
CIĄGAM, CIĄGAM, PRÓBUJĘ WYDOIĆ
JUŻ POWOLI ZACZYNAM SIĘ NIEPOKOIĆ
CIĄGAM RAZ, DRUGI, TRZECI
KROWIE MLEKO WCIĄŻ NIE LECI
RZECZ TO DLA MNIE NIEPOJĘTA
KROWA CIĄGLE UŚMIECHNIĘTA
ZA TO MI NIE JEST ZBYT ZABAWNIE
KROWA MNIE W KONIA ROBI I TO JAWNIE
O! JEDNAK COŚ W KOŃCU POLECIAŁO,
TYLKO COSIK TAK MAŁO
BYĆ MOŻE PRZESADNIE NARZEKAM,
ALE TA KROWA ŻAŁUJE MI MLEKA
TE WYPŁYWY MAŁE BYŁY I NIECZĘSTE
ALE ZA TO MLEKO - JAKIE GĘSTE
WTEM GOSPODARZ WSZEDŁ DO OBORY
DO POMOCY - ZDAJE SIĘ - SKORY
- CZEMU TAK MAŁO MLEKA? CZYŻBY ZŁA TECHNIKA?
- JAK TO, KURWA, CZEMU? BOŚ TY WYDOIŁ BYKA!

28 lutego 2010

Nie trzaskaj drzwiami od samochodu, bo zgubisz kluczyki

Wiersz, a raczej jawny i zamierzony grafomański dowcip, który spłodziłem bardzo dawno temu. Pisane wielkimi literami jako taki mały hołd dla rękopisu. Wówczas pisałem i w sumie nadal mi się zdarza pisać samymi wielkimi literami. Później spłodziłem jeszcze nieformalną drugą część.

  
"NIE TRZASKAJ DRZWIAMI OD SAMOCHODU, BO ZGUBISZ KLUCZYKI"
DALEKO
MAM PO MLEKO
A ŻEM JEST CHŁOP Z JAJAMI
NIE JEŻDŻĘ TRAMWAJAMI
ŁAŻENIE TEŻ MI SIĘ ZNUDZIŁO,
TO CO BY MIŁO BYŁO
KUPIĘ SĘ AUTOMOBILA
I MOŻE WEŹMIECIE MNIE ZA DEBILA,
ALE SKUSIŁA MNIE TA POWIETRZNA PODUCHA
KUPUJĘ I UŚMIECH OD UCHA DO UCHA
MAM... KUPIŁEM MALUCHA
TOĆ PIĘKNE, TO CO MAŁE
ONA JEST PIERWSZA, INNEJ NIE MIAŁEM
MOJA PANI, PROSIĆ MOŻNA ?
JAZDA BĘDZIE OSTROŻNA
ALE FAJNIE, KLUCZYK PASUJE
PSTRYK... ŁITIŁITIŁITIŁITIŁITI(TO, CO ZAWSZE ZA OKNEM O 8 RANO)ŁITI...
JUŻ ROZRUSZNIK MI PIŁUJE
JEST - ZASKOCZYŁ
BĘDZIE SIĘ TOCZYŁ
JUŻ MOŻEMY ?
TO JEDZIEMY !
OBJEŻDŻAM ŁAGODNIE PODMIEJSKIE ULICE
AŻ W KOŃCU WYJEŻDŻAM NA OBWODNICĘ
JEDZIEMY SPOKOJNIE, AŻ TU BEZ PRZYCZYNY
ŁIŁAJĄ NAM GLINY
TO JA, TROCHĘ DLA UCIECHY,
GAZ DO DECHY !
CISNĘ, CISNĘ AŻ DO BÓLU
- "PRĘDKOŚĆ ŚWIATŁA, PANIE SULU"
MASZ TY SILNIK ZAJEBISTY
BĄDŹŻE SZYBSZA CHOĆ OD ROWERZYSTY
SZYBCIEJ, SZYBCIEJ MOJA MIŁA
TAM POLICJA CIĄGLE ŁIŁA
BĄDŹŻE DOBRĄ, BĄDŹŻE MIŁĄ
ZAISKRZYŁO, ZADYMIŁO
SILNIK NAM ROZPIERDOLIŁO
ZJEŻDŻAMY, PANI SAMOCHODZIK
- POPROSZĘ PAŃSKI DOWODZIK!
- ZA CO PAN MNIE ZATRZYMAŁ, COŚ ŹLE W MYM MALUCHU?
- JAK TO, KURWA, ZA CO? ZA TAMOWANIE RUCHU! 

27 lutego 2010

*** [starszy pan]

*** [starszy pan]

starszy pan trzyma w dłoniach dwa tysiące
lat patrząc z podziwem na synból
w cierniach leży przebite
ciało i krew zimnej nieletniej
przechodzi obok w pielgrzymce do ziemi ściętej

26 lutego 2010

Zasypało ver. 2

Zasypało ver. 2
Widziałem bezimienne krajobrazy
twojej pięknej duszy
doprowadzające mnie do ekstazy
po samiuśkie uszy.

Wiatru wiosennego powiew we włosach,
ciągły bieg, kłus konia,
nagość leżąc w kłosach
w dłoniach trzymać ciepło ulgi na skroniach.

Gdy myślałem już, że nic nas nie zmęczy,
nic nas nie rozdzieli,
zobaczyłem w tęczy
po burzy płaty płatki pustki bieli.

Wątpliwością mi życie dokopało
będąc w ciągłym biegu.
Czy to kwiatów płatkami zasypało
czy płatkami śniegu 

25 lutego 2010

Zasypało ver. 1

Zasypało ver. 1

Ja, ty, kwiaty dwa roz
łąka kłus konia wio!
sny z mak
jem
kłos
ów fallujący bałwan
wschód po ranny wcze
sny
wrze czy samej?

Boje bać się
idź

    I tak zima cie
płonie

   I tak w twoim śnie
ginie 

23 lutego 2010

Znaki (2002)


Znaki

(2002) reż. M. Night Shyamalan
Wy również macie problemy z przeczytaniem nazwiska reżysera? Należy dodać, że jest on odpowiedzialny również za scenariusz i gra jedną z ról drugoplanowych. To ten sam pan, spod ręki którego wyszedł wspaniały "Szósty zmysł", ale także wręcz śmieszne "Zdarzenie". No właśnie, teraz już to wiemy - Shyamalan nie jest tak błyskotliwy, jak po obejrzeniu "Szóstego zmysłu" można by sądzić, ale gdy ukazywały się "Znaki", tej pewności jeszcze nie było.

Klimat tajemniczości i grozy umiejętnie budowany jest już od samego początku. Wprowadza to w dobry nastrój i rodzi nadzieje - to będzie dobry film. Brakuje tutaj jakiegoś momentu oddechu, jakiejś retardacji, widz powoli duszony jest przez wciąż narastającą grozę. Muzyka ciągle stara się to podkreślać. Z jednej strony posunięcie ciekawe, z drugiej czasami frustrujące. Szczególnie wspomniana wcześniej muzyka, która powtarzalnym motywem przewodnim rodzi niepokój, ale ów motyw pojawia się tak nagminnie, że po pewnym czasie ucho zaczyna się zwyczajnie męczyć.

Film zaczyna się od odnalezienia znaków w polu. Motyw znany nam z rzeczywistości, gdyż podobne znaki rzeczywiście znajdowano w wielu miejscach. Znaki te, jak wiadomo, okazały się mistyfikacją. Mimo licznych "ekspertyz" twierdzących, że precyzja wykonania znaków jest tak dalece posunięta, że nie mogło to powstać za sprawą człowieka okazało się, że znaki te powstawały przy użyciu dość prostych metod. To był pierwszy... znak, że film można zacząć odbierać z mniejszą powagą niż na to wskazuje realizacja. Wprawdzie jest tutaj wspomnienie o "znakach uznanych za mistyfikację", Shyamalan jednak prędko próbuje nas przekonać, że tym razem "It's no fake" i jako argument daje powstawanie znaków symultanicznie w wielu miejscach i źdźbła zagięte, lecz nie złamane. Mnie to nie przekonało.

Widać tutaj ogromną inspirację "Nocą żywych trupów" Romero. Podobieństwo jest naprawdę dalece posunięte. Co do filmu Romero nie mamy wątpliwości - był to horrorek klasy B i w tym tkwił ogrom jego uroku, a przy okazji fabułkę oglądało się naprawdę przyjemnie. Tutaj mamy częściowo praktycznie to samo, tylko zrealizowane na poważnie. Ujęcia starają się naprawdę wystraszyć i nie odczuwa się ani przez chwilę odrobiny dystansu do siebie. Nie byłoby w tym niczego złego, gdyby nie to, że fabuła bez tego dystansu traktowana z pełną powagą jest po prostu bzdurna, nie trzyma się prawdopodobieństwa. Czułem się, jakby ktoś próbował mnie przestraszyć bajką dla dzieci. I choćby nie wiem jak dobrze mu to fizycznie wychodziło, to w głowie pozostaje świadomość, że to bzdura na resorach, przez co ciężko jest odczuwać pełnię przyjemności z oglądania. Ponadto dochodzą wątki wyjęte jakby rodem z "Alchemika" Coelho. Z tym, że tutaj miesza się do tego Boga i religię i nie wyjaśnia w najmniejszym stopniu korelacji.

Popsioczyłem, popsioczyłem, ale film ma swoje dobre strony. Jak już wspomniałem, budowanie tajemnicy i realizacja stoją na wysokim poziomie. A fabuła, choć z palca wyssana, jednak bawi. Szkoda tylko, że to, co bawi w tym filmie najbardziej, było już lepiej oddane w "Nocy żywych trupów", a szczegóły i pomniejsze elementy również nie grzeszą oryginalnością.

Jak zwykł mawiać Piotr Kaczkowski - "Nie ma przypadków". Widać starania Shyamalana, który chciał mnie przekonać o prawdziwości tego zdania. A ja wciąż trzymam w pamięci jego "Szósty zmysł" i coraz bardziej przekonuję się, że wyszedł mu jednak z przypadku. Pięć z minusem.

5-/10

22 lutego 2010

Tylko jeden (2001)


Tylko jeden

(2001) reż. James Wong
Obejrzałem niedawno i to nie po raz pierwszy, by przypomnieć sobie czasy, w których James Wong kręcił jeszcze dobre kino akcji. Mamy tutaj dwie gwiazdy - Jeta Li i Jasona Stathama. O ile Jet Li radzi sobie w scenach walki i średnio wypada w scenach, gdzie trzeba coś odegrać (odnoszę wrażenie, że głównie z powodu bariery językowej, lepiej mu szło w filmach, gdzie grał w rodzimym języku), o tyle Statham scen walki praktycznie nie ma i przez cały czas biega z dziwnie wykrzywioną miną. Gry w tym niewiele. Jeżeli ktoś nie wie czy ma ochotę obejrzeć ten film, mam dobrą radę - obejrzeć pierwszą scenę akcji. Jak się nie spodoba - ciężko będzie docenić całość. Za to ja mam ogromny problem przy ocenie tego filmu. Gdy ma się ochotę na dobre kino akcji przy akompaniamencie dobrej muzyki, można się zagalopować i dać mu siedem. Tak też miałem uczynić, bo czułem klimacik, szybka jak u Woltera narracja, główny wątek jako przyjemny pretekst do pokazania ładnego łubudubu, idealnie dopasowana muzyka, która silnie podkręca wrażenia. Po spojrzeniu "na chłodno" film ukazuje wiele wad. Niektóre sceny nie tyle inspirowane Matrixem, co wręcz z niego zerżnięte. Miejscami wyraźnie widać efekty komputerowe (szczególnie razi scena z motorami). Choreografia walk nie błyszczy inwencją. Pozwolę sobie na odrobinę nietolerancji i podsumuję następująco: dla niezbyt wymagających facetów-wielbicieli kina akcji: 7/10 ; dla facetów zdystansowanych do takiego kina - 5+/10 ; dla kobiet najprawdopodobniej 4/10.
A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że po takich filmach, jak "Oszukać przeznaczenie" i "Tylko jeden" Wong nakręcił tak żenującego "Dragonball: Ewolucja"...

6-/10

21 lutego 2010

Star Trek 7 (1994)


Star Trek VII: Pokolenia

(1994) reż. David Carson
Film wieńczący serial z kapitanem Picardem oraz wieńczący przygodę starej ekipy z serią filmów Star Trek. Zarówno reżyser, jak i scenarzyści mocno związani z serialem "Star Trek - The Next Generation". Jak widać na plakacie - zapowiada się spotkanie dwóch najbardziej znanych kapitanów statku Enterprise. Ale jak? Przecież dzieli ich odległość jakichś stu lat. A może jednak się nie spotkają, a jedynie podzielą ten sam los? No tego możecie się dowiedzieć jedynie oglądając film, gdyż z natury nie lubię rzucać spoilerami. To, co mogę zdradzić, to tyle, że rozwiązanie jest niestandardowe, nie odczuwa się aby było naciągane, choć w pierwszej chwili przypuszczałem, że ten film będzie takim właśnie naciąganym komercjuszem. Nie brakuje tutaj także ciekawego nakreślenia postaci - Kirk i Picard żałują elementów swojej przeszłości, zaś Data otrzymuje "chip emocji". Ten pierwszy element miał skłonić do refleksji, ten drugi zaś dodać odrobinę niegłupiego komizmu. Jak na "Star Trekowy" poziom można uznać to przedsięwzięcie za udane, ale rzecz jasna porównywać z filmami traktującymi te problemy poważnie nie należy. W filmie będziemy mogli zobaczyć także Malcolma McDowella oraz Whoopi Goldberg (która podobno zagrała w tym filmie za darmo). McDowell w roli naczelnego czarnego charakteru spisuje się bardzo dobrze. Jego postać, w przeciwieństwie do dość barbarzyńsko i nieracjonalnie konstruowanych do tej pory czarnych charakterów, jest rozpisana niegłupio. Jestem w stanie uwierzyć w motywację i w machiawelliczne podejście tego indywiduum. Szkoda tylko, że poświęcono mu tak niewiele czasu. Czasu zabrakło także dla pozostałych członków załogi, którzy w zasadzie tylko się pojawiają. Z jednej strony - dobrze, że skoncentrowano się na konkretnych wątkach, z drugiej - brakuje szerszego horyzontu charakterów. Podsumować ten film można tylko w jeden sposób - jest to ciekawy, przydługi, ale całkiem niezły odcinek serialu "Next Generation" z wplątaną w to wszystko ekipą ze starych Star Treków.

Ocena: 5+ / 10

20 lutego 2010

Star Trek 6 (1991)


Star Trek VI: Wojna o pokój

(1991) reż. Nicholas Meyer
Szósta część cyklu. Za kamerę wraca reżyser części drugiej, współpracuje także przy scenariuszu m.in. z Nimoyem. Nimoy w składzie odrobinę mnie przeraził podczas napisów początkowych (zraziłem się po trójce i czwórce), z kolei Meyer napawał nadzieją. Tym razem Star Trek staje się kryminałem politycznym. Dowcip jest, ale jest go znacznie mniej niż w dwóch poprzednich częściach, a tam, gdzie występuje, nie jest na wysokim poziomie. Intryga za to jest ciekawa, choć na dzisiejsze standardy i dla wytrawnego widza będzie zbyt przewidywalna. Bardzo spodobał mi się moment, w którym "ci źli" trzymając bohaterów w szachu stwierdzają literalnie "skoro i tak macie zginąć, to opowiem wam kto za tym wszystkim stoi". A raczej to, co dzieje się tuż po tym. Takiego motywu się nie spodziewałem, muszę to przyznać. Po aktorach widać już wyraźnie - są starzy. Wykonanie filmu staje się nierówne. Z jednej strony widać ciągoty do nowych technologii - krew w stanie nieważkości generowana jest komputerowo, większość efektów już bardziej cieszy oko. Z drugiej zaś, wciąż stosuje się ten sam odgłos "piszczących" drzwi, który można usłyszeć od najstarszych odcinków serialu, wystrój wciąż nawiązuje do tradycji. Mieszanka, choć w idei brzmi nieco jak połączenie klasycznej Godzilli z nowoczesnym Terminatorem (pod względem wizualnym, nie fabularnym), w praktyce sprawdza się doskonale. Film naprawdę stworzony z pomysłem, bo Star Treka w wydaniu kryminału i dramatu politycznego jeszcze nie było. Należy wspomnieć, że serial z Picardem i nowym pokoleniem rozpoczął się już w 1987 roku, czyli serial emitowano jeszcze przed wydaniem piątej części filmu. Dopiero tutaj wyczuwalne jest nawiązanie opowieści Kirka do serialu.

Ocena: 6/10